Polskie miasta dotkliwie odczują skutki zmian klimatu. Jednym z głównych wyzwań będzie ochrona przed...

Polskie miasta są najbardziej narażone na skutki zmian klimatu – począwszy od niedoboru wody i złej jakości powietrza, po zakłócenia gospodarcze. – Fale upałów przerywane gwałtownymi burzami – do takiego przekładańca już niemal się przyzwyczailiśmy – wskazuje Mariusz Grelewicz, dyrektor zarządzający i prezes zarządu Amiblu Poland. Jak ocenia, główne problemy wodne polskich miast są dziś związane z niedoborem i zanieczyszczeniem wody, ale również z rosnącymi kosztami zaopatrzenia w wodę oraz sanitacji. Rozwiązaniem mogą być technologie i szeroko zakrojone inwestycje infrastrukturalne, m.in. w systemy kanalizacyjne, bo to od ich wydolności zależy bezpieczeństwo miast i ich mieszkańców.

– Zmiany klimatyczne obserwujemy codziennie. To są długie okresy suszy i gwałtowne zjawiska pogodowe: ulewy, podtopienia, burze, huragany. To jest w tej chwili największe zagrożenie, zarówno dla mieszkańców Polski, jak i Europy – mówi agencji Newseria Biznes Mariusz Grelewicz. – Mieliśmy niedawno przykład w Niemczech, gdzie letnie powodzie spowodowały straty w wysokości 4,5 mld euro. My żyjemy bardzo blisko, w tej samej strefie klimatycznej, więc to samo mogło się przytrafić i nam.

Lipcowe ulewy w Niemczech zniszczyły wiele domów, mostów, dróg i linii kolejowych, doprowadziły do osunięć ziemi, w wyniku czego zginęło  co najmniej 170 osób. Również scenariusze klimatyczne dla Polski pokazują, że w nadchodzących 10 latach powszechne staną się coraz częstsze i dłuższe fale upałów. Równie dotkliwe mogą być krótkie, ale bardzo intensywne opady deszczu, powodujące lokalne zalania i podtopienia. Tego typu zjawiska zdarzają się już niemal każdego roku, wywołując straty sięgające ok. 0,1 proc. PKB – wynika z przyjętej rok temu „Polityki ekologicznej państwa do 2030 roku” (PEP2030).

– Jeżeli nie będziemy przebudowywać naszej infrastruktury, to straty spowodowane gwałtownymi zjawiskami pogodowymi będą takie same jak te w Niemczech. Musimy wyremontować, przebudować albo wręcz zbudować na nowo infrastrukturę wodną i ściekową. To nas zabezpieczy przed wielkimi stratami – podkreśla prezes Amiblu Poland.

Oprócz powodzi kolejnym problemem jest susza (atmosferyczna, glebowa, rolnicza i hydrologiczna), która w Polsce pojawia się już co roku i uderza w przemysł, energetykę czy rolnictwo, przekładając się m.in. na wzrost cen żywności. W ubiegłym roku susza wystąpiła na ponad 90 proc. terytorium kraju, a rząd przeznaczył miliony złotych na pomoc dla poszkodowanych rolników i hodowców. Susza, której skutki są z każdym rokiem coraz dotkliwsze, jest też dzisiaj jednym z największych problemów dla samorządów. Analizy PGW Wody Polskie (przeprowadzone na potrzeby planu przeciwdziałania skutkom suszy) pokazują, że w Polsce ok. 45 proc. wszystkich terenów leśnych i rolnych jest zagrożonych występowaniem suszy rolniczej. Z kolei zasięg obszarów zagrożonych suszą hydrogeologiczną stanowi 35,6 proc. powierzchni całego kraju.

Obszarami szczególnie wrażliwymi na skutki zmian klimatu są miasta, w których mieszka obecnie ok. 60 proc. populacji Polski. Z rządowych analiz wynika, że 36 miast Polski – z uwagi m.in. na ekstremalne temperatury, nawałnice, powodzie czy opady marznącego deszczu – będzie w przyszłości narażonych na zakłócenia w funkcjonowaniu transportu. Z kolei w 14 polskich miastach zmiany klimatyczne mogą zakłócać funkcjonowanie sektora energetycznego.

Nie ma sfery życia, która nie zostałaby dotknięta brakiem opadów. Skutki suszy odczuwamy wszyscy: to problemy z zaopatrzeniem w wodę i energię elektryczną, usychająca zieleń miejska, spadająca produkcja żywności i jednocześnie jej rosnące ceny – wskazywała w ubiegłym roku Unia Metropolii Polskich, zrzeszająca 12 największych polskich miast.

Polska jest jednym z najuboższych w wodę krajów w Europie i tylko Czechy, Malta i Cypr mają jej mniej. Podczas gdy średnia ilość wody przypadająca na jednego mieszkańca w Europie wynosi ok. 5 tys. m³ rocznie, w Polsce jest ona prawie trzykrotnie niższa i wynosi 1,8 tys. m³. W okresach suszy jej ilość spada nawet do 1,1 tys. m³, czyli dużo poniżej progu tzw. stresu wodnego.

Jak podkreślają eksperci, konieczne są działania zwiększające retencję, czyli magazynowanie wody opadowej, i długofalowe inwestycje wpływające na poprawę bilansu wodnego. Jak podają Wody Polskie, obecnie retencja w Polsce utrzymuje się na poziomie ok. 6,5 proc., co oznacza, że gromadzimy ok. 4 mld m³ wody. Zgodnie z przyjętym w ubiegłym roku rządowym Programem Rozwoju Retencji w perspektywie 2027 roku jej poziom ma wzrosnąć do 15 proc. Dla porównania w Hiszpanii retencja sięga ok. 40 proc. 

Jak wskazują autorzy raportu „Water City Index 2020”, w ostatnich 15 latach, również dzięki środkom unijnym, polskie miasta wykonały prawdziwy skok cywilizacyjny w obszarze rozwoju infrastruktury wodno-kanalizacyjnej i usług w tym obszarze. Wciąż jednak brakuje zintegrowanego podejścia do ochrony przed powodziami i zapobiegania suszy. Często aktywna polityka wodna prowadzona jest ad hoc, tylko w sytuacji występujących kryzysów. Wśród wymienianych zaleceń znalazły się m.in. tworzenie programów retencji czy uwzględnianie gospodarki wodnej przy planowaniu przestrzennym.

Wśród możliwych do zastosowania technologii na rzecz zwiększania retencji i wykorzystywania wody opadowej w miastach eksperci Amiblu wymieniają m.in. zbiorniki retencyjne z opóźnionym zrzutem wód, które łączą automatykę z prognozą pogody, a także separatory na zaolejoną przez ruch uliczny deszczówkę (dziś taka zanieczyszczona woda trafia prosto do rzek).

Prezes Amiblu Poland wskazuje, że główne problemy wodne miast wiążą się z niedoborem i zanieczyszczeniem wody, ale również z rosnącymi kosztami zaopatrzenia w wodę oraz sanitacji. W Warszawie dochodzą do tego problemy z kanalizacją miejską, gdzie trafiają zarówno ścieki komunalne, jak i woda opadowa. Jak podkreślają eksperci Amiblu, spółki specjalizującej się w zakresie rozwiązań dla wody pitnej, nawadniania i odprowadzania ścieków, taki system jest wprawdzie tańszy, ale mniej efektywny. Zdarza się też, że systemy kanalizacyjne są przestarzałe, oparte na stalowych rurach, a to od ich wydolności zależy bezpieczeństwo miasta i mieszkańców w czasie powodzi.

Nasza technologia opiera się na rurach kompozytowych GRP. To jest dokładnie ta sama technologia, z której wykonywane są nowoczesne samoloty Boeinga czy Airbusa, szybkie pociągi czy jachty – wyjaśnia Mariusz Grelewicz. – Ta technologia w całym cyklu – począwszy od surowców, poprzez produkcję, transport, montaż, po eksploatację i utylizację – charakteryzuje się znacznie mniejszą emisją CO2 w porównaniu z innymi technologiami, takimi jak beton czy stal. Po drugie, biorąc pod uwagę cały cykl życia produktu, ta technologia jest również najtańsza ze względu na trwałość.

Międzynarodowy koncern Amiblu dysponuje całym portfolio technologii z zakresu gospodarki wodnej. Wdrażał je m.in. w Berlinie, Sydney, Rotterdamie, Tallinie czy Hamburgu, a aktualnie doradza władzom Los Angeles, które jest szczególnie narażone na pożary i susze wynikające ze zmian klimatu. Koncern zrealizował też szereg projektów infrastrukturalnych w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Katarze i Arabii Saudyjskiej. Współrealizował projekt oczyszczania Sekwany, polegający na budowie kolektora i zbiornika retencyjnego wody deszczowej, które pozwalają na ograniczenie wylewów rzeki spowodowanych dużymi opadami deszczu.

 Działamy nie tylko w Europie, ale też w Stanach Zjednoczonych, gdzie w związku z planem Bidena występuje ogromne zapotrzebowanie na inwestycje i produkty związane z renowacją infrastruktury. Rozszerzamy też naszą działalność na Afrykę Północną, w tym roku mamy pierwszą inwestycję w Maroku. Stworzyliśmy nowy region geograficzny, Turcja i Bliski Wschód – to są następne etapy naszego rozwoju. Tak więc nie tylko dojrzała Europa, gdzie świadomość zmian klimatycznych jest bardzo duża i gdzie jesteśmy liderem, ale również Stany Zjednoczone, Afryka Północna i Bliski Wschód – wymienia prezes Amiblu Poland.

Zaledwie co trzeci mężczyzna w Polsce wykonuje badania w kierunku raka prostaty. Choroba wykryta...

Listopad jest miesiącem profilaktyki tzw. nowotworów męskich: raka prostaty i jąder. Pierwszy z nich jest już najczęściej występującym nowotworem u mężczyzn, wyprzedzając raka płuca. Z nowotworu wykrytego w zaawansowanym stadium udaje się wyleczyć niewielu chorych, ale wykryty na wczesnym etapie może być skutecznie leczony, w dodatku mało inwazyjnie. Optymalną metodą usunięcia nowotworu jest operacja z użyciem robota medycznego da Vinci.

Jednym z większych problemów, jakie mamy z rakiem prostaty, jest to, że na wczesnych etapach najczęściej nie powoduje żadnych dolegliwości. Mężczyzna czuje się zdrowy. Bardzo często spotykam się w gabinecie z niedowierzaniem pacjentów, że rzeczywiście są chorzy. W przypadku tej choroby nie możemy czekać na objawy, bo one często po prostu nie występują – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr n. med. Paweł Salwa, kierownik Oddziału Urologii w Szpitalu Medicover, ekspert urologii robotycznej, najbardziej doświadczony operator da Vinci w Polsce.

Rak prostaty jest drugim najczęściej występującym wśród mężczyzn nowotworem na świecie. Rocznie notuje się około 1,3 mln nowych zachorowań. Rak ten odpowiada za 20 proc. przypadków wszystkich nowotworów złośliwych. W Polsce co roku 16 tys. panów słyszy taką diagnozę, a ok. 5 tys. z nich umiera. Co istotne, śmiertelność z tego powodu w UE spadła w ciągu ostatnich pięciu lat, a w Polsce – znacząco wzrosła.

W prostacie możemy mieć dwa rodzaje choroby: nowotworową złośliwą, która jest podstępna, śmiertelna i najczęściej nie daje objawów. Druga to łagodny rozrost, który jest uciążliwy, ale na niego się nie umiera. Dlatego tak ważne jest wczesne wykrywanie, które decyduje o tym, jakie mamy szanse na wyleczenie pacjenta – mówi dr Paweł Salwa.

W przypadku wykrycia raka prostaty na wczesnym etapie przeżywalność jest bardzo wysoka, ale drastycznie spada wraz z upływem czasu.

Dopóki rak jest jeszcze w prostacie, mamy ogromną, mniej więcej 90-proc. szansę na całkowite wyleczenie pacjenta. Natomiast jeżeli ten moment przegapimy i dojdzie choćby do jednego przerzutu, to prawdopodobieństwo udanej terapii gwałtownie spada – do 40 proc. mniej więcej przy jednym przerzucie, a jeżeli mamy powyżej trzech–czterech przerzutów, to niestety uznaje się, że danego pacjenta wyleczyć już się nie da – mówi urolog.

Tymczasem pierwsze badanie diagnostyczne jest możliwe już na etapie laboratorium. Służy do tego określenie stężenia białka PSA we krwi. Zaleca się, aby mężczyźni po 50. roku życia wykonywali takie badanie co rok, a w przypadku obciążenia rodzinnego powinni zacząć już młodsi panowie, po 40. roku życia. Jeśli poziom PSA jest podwyższony, konieczna jest dalsza diagnostyka. Nie musi on od razu świadczyć o zmianach nowotworowych, a tylko o łagodnym przeroście prostaty. Z badań obrazowych ocenie prostaty służy m.in. USG transrektalne (TRUS), ale dostępne są coraz nowsze i bardziej nowoczesne metody diagnozowania.

– Złotym standardem i metodą, która aktualnie wydaje się najlepszą, jest najpierw rezonans magnetyczny prostaty, a potem biopsja fuzyjna, czyli pod kontrolą rezonansu z odpowiednim oprzyrządowaniem. To wszystko może się odbyć w sposób bardzo przyjazny dla pacjenta, niebolesny, bezpieczny, a zarazem skuteczny – wskazuje dr Paweł Salwa.

Z Narodowego Testu Zdrowia Polaków przeprowadzonego przez serwis Medonet w partnerstwie z Nationale-Nederlanden wynika jednak, że pacjenci niechętnie decydują się nawet na zupełnie nieinwazyjne badanie przesiewowe. Badaniu PSA poddało się zaledwie 37 proc. ankietowanych w wieku od 55 do 64 lat.

Podejście mężczyzn w Polsce do badań profilaktycznych jest dosyć problematycznym tematem, dlatego że my jako mężczyźni generalnie mało dbamy o swoje zdrowie, a sfera urologiczna jest dodatkowo związana z tematem tabu – mówi kierownik Oddziału Urologii w Szpitalu Medicover.

Jednym ze sposobów leczenia nowotworu prostaty jest jego operacyjne usunięcie. W Polsce wciąż nie ma refundacji niektórych nowoczesnych metod leczenia, takich jak np. operacje w asyście robota da Vinci. 

Robot pozwala nam na niemal mikrochirurgiczne usunięcie chorych tkanek, a ta precyzja pozwala na zachowanie struktur, które potrzebne nam są w dalszym, normalnym życiu. Struktury anatomiczne, które odpowiadają za trzymanie moczu czy erekcję, to są często błonki grubości 1 milimetra – wskazuje ekspert.

Operacje w asyście robota da Vinci polegają na wykonaniu na skórze brzucha kilku małych, wielkości ok. 1,5 cm, otworów, przez które wprowadzane są do ciała jego cztery ramiona. Na jednym umieszczona jest stereoskopowa kamera, dzięki której operator widzi w 3D operowaną przestrzeń z dużym, nawet 20-krotnym powiększeniem. Co ważne, całą operację wykonuje operator, a nie maszyna. Dla chorego operacja robotem da Vinci oznacza mniejszy ból, mniejsze krwawienie śródoperacyjne, mniejsze ryzyko powikłań, skrócony czas gojenia się rany i szybszy powrót do zdrowia.

W Szpitalu Medicover tego typu operacje są już standardem – w ostatnich trzech latach zespół doświadczonych urologów przeprowadził ponad 1,2 tys. takich zabiegów. Wykorzystywana jest do tego autorska metoda doktora Salwy – SMART (ang. Salwa Modified Advanced Robotic Technique), która chroniona jest przez Urząd Patentowy RP.

– To więcej niż wszystkie inne polskie centra robotyczne razem wzięte, a to właśnie doświadczenie ośrodka jest kluczowe, aby rezultat operacji był jak najlepszy. Naszym celem jest wyleczyć pacjenta z choroby nowotworowej, ale także żeby wykonać to z poszanowaniem dla jakości życia, czyli żeby mężczyzna wrócił do normalnego życia jak najszybciej, jak najpełniej – mówi dr n. med. Paweł Salwa.

Innowacyjne badanie może przewidzieć raka prostaty z 20-letnim wyprzedzeniem. Technologie poprawiają diagnostykę i leczenie...

Zarówno w Polsce, jak i w Europie rak prostaty jest w tej chwili najczęściej wykrywanym wśród mężczyzn nowotworem. W ostatnich latach dokonał się znaczący postęp w diagnostyce i leczeniu tej choroby. Takie narzędzia jak biopsja fuzyjna czy wieloparametryczny rezonans magnetyczny pomagają wykryć nawet kilkumilimetrowe zmiany nowotworowe i precyzyjnie określić, czy wymagają one interwencji. Również w leczeniu raka prostaty wykorzystywane są coraz bardziej zaawansowane technologie. Wśród nich są terapie ultradźwiękami tylko konkretnego obszaru gruczołu czy też operacje robotyczne w przypadku nowotworów wymagających agresywnego leczenia. Dzięki temu rak prostaty wykryty odpowiednio wcześnie jest w 90 proc. uleczalny.

 Leczenie w uroonkologii, szczególnie w raku prostaty, zależy od dwóch kluczowych elementów: jest to technologia, i to mamy na najwyższym poziomie, ale też doświadczenie. Połączenie tych dwóch kategorii pozwala na mądre, skuteczne i bezpieczne leczenie chorób urologicznych, a zajmujemy się nie tylko leczeniem raka prostaty, ale też raka nerki, pęcherza moczowego, moczowodu. Jednak to rak prostaty, o którym w tym miesiącu bardzo dużo mówimy, odpowiada za 20 proc. wszystkich rozpoznań nowotworowych wśród mężczyzn – mówi agencji Newseria Biznes dr Stefan W. Czarniecki, specjalista urolog, ordynator Oddziału Urologii HIFU CLINIC i dyrektor ds. innowacji w Szpitalu św. Elżbiety należącym do Grupy LUX MED.

W Polsce rak prostaty jest najczęściej wykrywanym wśród mężczyzn nowotworem. Co roku diagnozuje się go u ok. 16 tys. panów, z których 5–6 tys. umiera. Problemem jest to, że wciąż nowotwór ten jest wykrywany zbyt późno. Mężczyźni zbyt rzadko poddają się podstawowym badaniom takim jak oznaczenie stężenia PSA we krwi (białka wytwarzanego przez komórki prostaty) czy profilaktycznym wizytom urologicznym po 40. roku życia. Przez to statystyki dotyczące umieralności w Polsce wciąż są gorsze niż w krajach europejskich, gdzie wyleczalność tej choroby w ostatnich latach wzrasta.

Jak podkreśla urolog HIFU CLINIC, postęp w tej dziedzinie jest możliwy dzięki nowoczesnym metodom diagnostyki raka gruczołu krokowego.

– Nowoczesna diagnostyka daje fundamentalne korzyści chorym z rakiem prostaty. Dzięki niej jesteśmy w stanie oddzielić tych pacjentów, których naprawdę trzeba leczyć, od tych, których historycznie leczono, a wcale niekoniecznie było to wskazane. Dla przykładu najmniej złośliwy rak prostaty, ale całkiem często wykrywany Gleason 6(3+3) z pierwszej grupy prognostycznej, jest nowotworem, który w pierwszej kolejności powinien być poddany nadzorowi, a nie aktywnemu leczeniu – wyjaśnia dr Stefan W. Czarniecki.

Do określenia, czy dany nowotwór jest mało inwazyjny, służy szereg narzędzi. To m.in. biopsja fuzyjna prostaty. Pozwala ona wykorzystać obraz z wieloparametrycznego rezonansu magnetycznego prostaty do trafienia w bardzo małe, nawet cztero- czy pięciomilimetrowe ogniska nowotworu, które następnie można poddać indywidualnie dobranemu leczeniu.

 HIFU CLINIC w Szpitalu św. Elżbiety jest najbardziej doświadczonym ośrodkiem w Europie – i jednym z niewielu w ogóle – który wykonuje ogromną liczbę biopsji fuzyjnych prostaty. My wykonujemy ją przezkroczowo. Jest to zabieg bezpieczny, przy którym ryzyko sepsy jest radykalnie ograniczone względem tradycyjnych metod – mówi ordynator Oddziału Urologii w tej klinice. – Mamy też badanie 4K i płynną biopsję SelectMDx. To są narzędzia, które nieinwazyjnie są w stanie na 95 proc. przewidzieć wynik późniejszej biopsji.

Badanie 4K, które w Polsce można wykonać tylko w HIFU CLINIC, jest jedynym nieinwazyjnym badaniem przesiewowym mogącym przewidzieć wystąpienie raka z 20-letnim wyprzedzeniem. Z kolei płynna biopsja SelectMDx może na podstawie próbki moczu nieinwazyjnie ocenić procentowe ryzyko wykrycia nowotworu podczas tradycyjnej biopsji prostaty.

– Dodatkowo jest jeszcze badanie mutacji genu BRCA, które wykonuje się także u kobiet w przypadku raka piersi. Okazuje się bowiem, że ok. 6 proc. nowotworów prostaty też jest skorelowanych z tą mutacją. Jeżeli prawidłowo scharakteryzujemy tych pacjentów, u których wykrywamy nowotwór, to możemy mądrzej decydować o tym, których i jak leczyć – mówi dr Stefan W. Czarniecki.

Nie tylko w diagnostyce, ale i w leczeniu raka prostaty wykorzystuje się dziś zaawansowane, nowoczesne technologie. Jedną z nich jest terapia ultradźwiękami – metoda HIFU skupia falę ultradźwiękową o wysokiej energii na precyzyjnie określonym obszarze guza. Wytworzony w ten sposób efekt cieplny w tkance niszczy komórki rakowe. Terapia ta nie wymaga nacinania ciała, może być ukierunkowana jedynie na obszar zajęty nowotworem, dzięki czemu nie niszczy całego narządu. Ma więc mniej efektów ubocznych niż tradycyjne zabiegi, może być także wykonana ponownie w razie nawrotu choroby, również u pacjentów poddanych wcześniej radioterapii czy prostatektomii radykalnej, czyli wycięciu gruczołu.

– Przyszłością w leczeniu raka prostaty jest na pewno terapia fokalna, czyli leczenie nie całego gruczołu, ale tego obszaru, który jest zajęty nowotworem, o ile upewniliśmy się wiarygodnie, że inne części tego gruczołu nie są zajęte – mówi urolog. – Ważne jest też to, że w przyszłości możemy liczyć na pojawienie się szczepionek. Trwają badania w tym zakresie i mam nadzieję, że także w tej chorobie kiedyś szczepionki się pojawią.

W przypadku nowotworów złośliwych, które wymagają agresywnego leczenia, często konieczna okazuje się operacja usunięcia prostaty.

– W takich przypadkach wykorzystujemy robota da Vinci w celu usunięcia prostaty z węzłami chłonnymi lub bez nich. Jest to metoda, która najczęściej pozwala pacjentom na opuszczenie oddziału dwa–trzy dni po zabiegu – mówi dr Stefan W. Czarniecki

Ramiona takiej maszyny są wyposażone w narzędzia chirurgiczne, kamerę endoskopową i mają funkcję sztucznego nadgarstka imitującego ruchy ludzkiej ręki. Chirurg kieruje urządzeniem za pomocą konsoli i ma bieżący podgląd operowanych tkanek nawet w 15-krotnym powiększeniu, w rozdzielczości HD, a nawet w trójwymiarze. Pacjent operowany w asyście takiego robota szybciej wraca do zdrowia, bo ryzyko wystąpienia powikłań jest ograniczone do minimum.

Kilka milionów Polaków wciąż nie widzi potrzeby korzystania z internetu. Co piąta gmina w...

W Polsce fizyczny brak dostępu do internetu jest już dziś problemem marginalnym, zdecydowana większość Polaków ma dostęp do sieci i urządzeń. Jednak problemem, zwłaszcza w starszych grupach wiekowych, wciąż pozostaje brak motywacji. Aż 66 proc. osób, które nie korzystają z internetu, uzasadnia to brakiem potrzeby – wynika z nowego raportu „Wykluczenie społeczno-cyfrowe w Polsce”, przygotowanego przez Fundację Stocznia z inicjatywy Fundacji Orange i Orange Polska. To niesie za sobą poważne konsekwencje społeczne, związane m.in. z ograniczeniem dostępu do edukacji czy pracy. Indeks Wykluczenia Lokalnego wskazuje, że nawet co piąta gmina w Polsce spełnia kryteria wykluczenia społeczno-cyfrowego.

 Im bardziej przyspiesza rozwój technologiczny, tym większe jest wykluczenie społeczno-cyfrowe. Wyraźnie widzieliśmy to w czasie pandemii, która uwypukliła problem rosnących nierówności społecznych w zakresie korzystania z funkcji cyfrowych. Osoby, które przed pandemią w ogóle nie korzystały z nowych technologii, w 90 proc. nadal nie widzą takiej potrzeby. Natomiast ci, którzy mieli praktycznie nieograniczony dostęp do nowych technologii, uciekli o kilka długości do przodu – mówi agencji Newseria Biznes Konrad Ciesiołkiewicz, prezes Fundacji Orange.

Opublikowany na początku tego roku raport Federacji Konsumentów „Wykluczenie cyfrowe podczas pandemii” potwierdza, że pandemia COVID-19 pogłębiła wykluczenie wśród najbardziej zagrożonych nim grup. Z opracowania wynika, że w Polsce aż 4,78 mln osób nigdy nie posługiwało się komputerem. Z kolei 4,51 mln osób w wieku 16–74 lata (15,5 proc. tej grupy wiekowej) nigdy nie korzystało z internetu, a kolejne 1,82 mln korzysta z sieci tylko sporadycznie. Zdecydowaną większość, bo ponad 80 proc. z nich, stanowią osoby powyżej 55. roku życia.

Pod względem wykluczenia cyfrowego Polska plasuje się w ogonie państw UE. Co więcej, lockdowny i ograniczenia wywołane przez pandemią tylko to wykluczenie pogłębiły, a najbardziej pogorszyła się sytuacja seniorów, uczniów (w Polsce 50–70 tys. uczniów nie ma w domu żadnego komputera ani tabletu), mieszkańców wsi, gospodarstw domowych o najniższych dochodach i osób niepełnosprawnych.

– Wykluczenie cyfrowe jest integralną częścią dyskusji o nierównościach społecznych, którym chcemy się przeciwstawić. W XX wieku wyzwaniem była alfabetyzacja, a dzisiaj – z punktu widzenia technologii – mamy do czynienia z pewnego rodzaju alfabetyzacją cyfrową. I to jest przede wszystkim problem o charakterze społecznym, który powinien być podjęty zarówno przez instytucje państwa, jak i organizacje gospodarcze – podkreśla Konrad Ciesiołkiewicz.

Z badań Federacji Konsumentów wynika, że najczęściej wskazane przez Polaków przyczyny niekorzystania z internetu to brak takiej potrzeby (67,7 proc.) i brak odpowiednich umiejętności w tym zakresie (52 proc.). Dla porównania na zbyt wysokie koszty sprzętu czy dostępu do sieci wskazało odpowiednio 21,6 proc. oraz 14,7 proc. badanych. To oznacza, że cyfrowe wykluczenie ma wymiar przede wszystkim społeczny, związany z brakiem kompetencji i motywacji do korzystania z nowych technologii.

Taki sam wniosek płynie również z raportu „Wykluczenie społeczno-cyfrowe w Polsce”, który został przygotowany przez Fundację Stocznia. Jak wyjaśnia prezes Fundacji Orange, raport traktuje nie o samym wykluczeniu cyfrowym, ponieważ ono prowadzi do ograniczenia szans życiowych (od edukacji, przez pracę, po konsumpcję) i zahamowania rozwoju całych społeczności.

Aż 66 proc. osób, które w ogóle nie korzystają z nowych technologii, w większości posiada sprzęt i możliwości, ale z jakichś powodów tego nie robi, twierdząc, że nie ma takiej potrzeby – mówi.

W zależności od grupy społeczno-demograficznej między 20 a 45 proc. z tych osób ma w domu urządzenie zapewniające dostęp do internetu. Tak jest choćby w przypadku seniorów.

– Najbardziej niepokojącym zjawiskiem jest jednak to, że mamy w społeczeństwie do czynienia z pewnym rysem, który usprawiedliwia to zjawisko. Prawie połowa badanych niespecjalnie dostrzega problem, jakim jest wykluczenie o charakterze społeczno-cyfrowym. Z kolei niemal 40 proc. uznaje, że jest to naturalny proces związany z wiekiem. Czyli im starsza osoba, tym bardziej usprawiedliwiony jest fakt, że nie korzysta z sieci – mówi Konrad Ciesiołkiewicz.

Jak podkreśla, w walce z wykluczeniem społeczno-cyfrowym kluczowe jest budowanie kompetencji i motywacji oraz uświadamianie Polakom tego, jakie korzyści niesie ze sobą korzystanie z internetu. 

– Jest to związane z całym szeregiem uwarunkowań społecznych, ekonomicznych, edukacyjnych i wielu innych, które powodują, że ludzie nie mogą na równi korzystać z dobrodziejstw nowych technologii – mówi prezes Fundacji Orange.

Orange Polska przeciwdziała wykluczeniu społeczno-cyfrowemu między innymi poprzez inwestycje w infrastrukturę, programy edukacji cyfrowej (Pracownie Orange, MegaMisja, HASHSuperKoderzy, Lekcja:Enter) czy warsztaty edukacyjne dla seniorów i osób z niepełnosprawnościami. Na potrzeby tych działań operator opracował tzw. Indeks Wykluczenia Lokalnego. Jest to zbiór 30 wskaźników dotyczących m.in. ekonomii, kultury, edukacji i cyfrowości, który – nałożony na mapę Polski – pokazuje, gdzie to wykluczenie społeczno-cyfrowe jest największe i gdzie powinno być kierowane największe wsparcie.

– Na podstawie tego indeksu wiemy, że dziś nawet 20 proc. gmin w Polsce spełnia kryteria wykluczenia społeczno-cyfrowego – mówi Konrad Ciesiołkiewicz. – Przełożyliśmy ten indeks także na działania naszej fundacji. W trakcie realizacji naszych programów edukacyjnych skupiliśmy się szczególnie na tych terenach, które są w największym stopniu zagrożone wykluczeniem. W efekcie dzisiaj 1/5 szkół, która uczestniczy w tych programach, pochodzi właśnie z takich obszarów. To jest kilkaset placówek. Na dodatek aż 80 proc. wszystkich uczestników naszych programów pochodzi z małych miejscowości, liczących do 40 tys. mieszkańców.  

Komisja Europejska pracuje nad pakietem wodorowo-gazowym. Ważą się także losy wsparcia finansowego dla projektów...

Gaz – jako paliwo przejściowe w okresie transformacji – będzie odgrywać coraz ważniejszą rolę w polskim miksie energetycznym. Zwłaszcza w ciepłownictwie, które kogenerację opartą na paliwie gazowym postrzega jako najlepszą obecnie alternatywę dla węgla. Eksperci prognozują, że do 2040 roku polska energetyka będzie już w dość dużym stopniu oparta na gazie, tymczasem w UE rośnie liczba przeciwników zastosowania tego paliwa do produkcji energii. – Trend jest jasny: chodzi o zdekarbonizowanie gazu – mówi Sara Piskor z Europejskiej Sieci Operatorów Systemów Przesyłowych Gazu Ziemnego. Komisja Europejska pracuje nad nową strategią wodorowo-gazową, która ma być znana jeszcze w tym roku.

 Gaz był postrzegany jako baza dla odnawialnych źródeł energii, jako najczystsze z paliw kopalnych, które ma najmniejszy ślad węglowy. Natomiast w tej chwili – ponieważ CO2 stał się w Unii Europejskiej pewną walutą – mamy sytuację, w której ten ślad węglowy gazu okazuje się nadal zbyt wysoki, nie mieści się w coraz ambitniejszych wymogach – mówi agencji Newseria Biznes Sara Piskor, dyrektor ds. strategii, komunikacji i public affairs w ENTSOG – Europejskiej Sieci Operatorów Systemów Przesyłowych Gazu Ziemnego.

Gaz jest postrzegany jako alternatywa w kontekście odchodzenia od węgla, ponieważ charakteryzuje się około dwukrotnie niższą emisyjnością. Z drugiej strony w UE rośnie liczba przeciwników tego paliwa jako nieekologicznego i – drugiego po węglu – najbardziej emisyjnego. Trend ograniczania roli tego surowca w produkcji energii jest coraz silniejszy, co potwierdza m.in. to, że Europejski Bank Inwestycyjny zamierza zaprzestać finansowania projektów gazowych po 2021 roku. 

– Myślę, że pewną przesadą jest jednak stwierdzenie, że gaz jest paliwem schyłkowym. Sytuacja takich krajów jak Polska, które mają przed sobą dużą transformację i będą zastępować gazem inne paliwa kopalne, jest widoczna dla decydentów europejskich, europejska polityka klimatyczna to widzi. Natomiast trend jest jasny – chodzi o zdekarbonizowanie gazu – wyjaśnia ekspertka.

Według danych Agencji Rynku Energii w 2020 roku udział gazu w produkcji energii elektrycznej w Polsce wynosił ok.10 proc. (węgla kamiennego i brunatnego 69,9 proc., a OZE – 17,1 proc.). Jednak zużycie gazu w odpowiedzi na stopniowy spadek zużycia węgla ma rosnąć z każdym rokiem.

– W Unii Europejskiej gaz stanowi dzisiaj ok. 22 proc. całości miksu energetycznego. To też jest duży udział do zastąpienia – mówi Sara Piskor. – Specyficzną rolę gaz odgrywa w sektorze ciepłownictwa. Dlatego ważne, aby tę transformację postrzegać przez pryzmat tego, na ile gotowi są na nią użytkownicy i w jaki sposób zastępować funkcję, jaką dzisiaj spełnia gaz, kolejnymi mocami, które będą bardziej zielone.

Polska dysponuje jedną z najbardziej rozwiniętych w Europie sieci ciepłowniczych, z której jest ogrzewane w sumie ok. 40 proc. zasobu mieszkaniowego Jednak krajowe ciepłownictwo opiera się głównie na węglu, rokrocznie zużywając go ok. 26 mln ton. Emituje przy tym około 68 mln ton CO2 rocznie, czyli aż 1/4 całej, krajowej emisji. Branża wskazuje, że szybkie przejście na OZE jest w jej przypadku niemal niemożliwe – chociażby z braku odpowiedniej technologii, a alternatywą jest dla niej kogeneracja oparta właśnie na paliwie gazowym.

To, jak będzie wyglądać przyszłość gazu, zależy od tego, na ile będziemy umieli opowiedzieć historię o tym, że gaz da się zdekarbonizować, że są technologie i projekty, które to umożliwiają. Mam tu na myśli biogaz i wodór, których rola będzie proporcjonalnie rosnąć wtedy, kiedy rola gazu będzie się kończyć, a nowe moce wytwórcze wodorowe i biogazowe będą instalowane w systemie – mówi dyrektor ds. strategii, komunikacji i public affairs w ENTSOG. – Moim wycinkiem prac jest to, aby sieci, które mamy bardzo bogate, sprawne i dobrze zorganizowane, tworzyły wartość dla klientów również po tej dekarbonizacji.

Jak wskazuje, w kolejnych latach rola gazu będzie prawdopodobnie stopniowo ograniczana, ustępując miejsca wodorowi produkowanemu z OZE (np. w procesie elektrolizy wody). Z opublikowanej w lipcu ub.r. unijnej strategii wodorowej wynika, że udział wodoru w koszyku energetycznym Europy wzrośnie do 2050 roku do poziomu 13–14 proc. (w 2018 roku było to ok. 2 proc.). Rozpoczęcie wykorzystywania czystego wodoru na dużą skalę i w szybkim tempie będzie mieć kluczowe znaczenie dla osiągnięcia przez UE bardziej ambitnego celu redukcji emisji gazów cieplarnianych o co najmniej 50–55 proc. do 2030 roku.

Dyrektor w ENTSOG zauważa, że bardziej niepewna przyszłość czeka natomiast wodór szary i niebieski. Ten pierwszy jest wytwarzany w procesie reformingu metanu lub zgazowania węgla. W produkcji drugiego, mniej emisyjnego niebieskiego wodoru stosuje się natomiast metody wychwytu CO2, a następnie jego składowania lub ponownego wykorzystania. Szary i niebieski wodór stanowią obecnie przeważającą większość globalnej produkcji.

Jak będzie wyglądała rola tych gazów, jest w tej chwili nieprzesądzone. One nie zostały ujęte w rewizji dyrektywy RED II o odnawialnych źródłach energii, ale mają być ujęte w grudniowym pakiecie wodorowo-gazowym. Czekamy na decyzję odnośnie do tego, w jaki sposób będzie zachowana możliwość handlowania certyfikatami, handlowania gwarancjami pochodzenia tych gazów niskoemisyjnych dla całości systemu, czy one będą traktowane dokładnie tak samo jak źródła odnawialne, czy jednak trochę inaczej – podkreśla Sara Piskor.

Druga istotna kwestia to finansowanie gazowych projektów infrastrukturalnych. Wycofywanie się z takiego wsparcia przewiduje m.in. projekt rozporządzenia o transeuropejskich sieciach energetycznych.

Dzisiaj w UE mamy otwartych mnóstwo legislacji, m.in. rozporządzenie o transeuropejskich sieciach energetycznych, w którym został zaproponowany bardzo krótki okres przejściowy. Widzimy trochę obawy ze strony operatorów, czy te projekty zdążą się wpisać i dostać dofinansowanie, bo mówi się o 2027, maksymalnie 2029 roku dla projektów wspierających low-carbon gases. Przed decydentami i całym łańcuchem wartości jeszcze dużo dialogu odnośnie do tego, jak te ramy finalnie będą wyglądać – mówi ekspertka ENTSOG.

Jak podkreśla, dziś rynki energii elektrycznej i gazu są ściśle połączone, bo to z gazu jest wytwarzana energia elektryczna. Tę silną korelację widać w dzisiejszej sytuacji w UE – kryzys na rynku gazowym przekłada się na dynamiczne podwyżki cen prądu w większości krajów członkowskich.

W przyszłości będziemy mieć sytuację odwrotną – to elektryczność będzie produkować wodór, który będzie mógł funkcjonować w gospodarce, i tę zależność pomiędzy gazem a elektrycznością, synergię pomiędzy nimi trzeba dobrze uregulować – mówi Sara Piskor. 

Pandemia zwiększyła zaufanie społeczeństw do technologii. Zdaniem 88 proc. powinny być wykorzystywane do zwiększania...

Pandemia COVID-19 przyspieszyła wdrażanie technologii na rzecz bezpieczeństwa publicznego. Z globalnego badania Motorola Solutions, przeprowadzonego w 10 krajach, wynika, że ten trend ma poparcie obywateli. 88 proc. respondentów chce zmian w dziedzinie bezpieczeństwa publicznego, wynikających ze stosowania zaawansowanych technologii. Zdaniem 70 proc. służby ratunkowe powinny być w stanie przewidzieć zagrożenie, a zaawansowane technologie mogą im w tym pomóc. Warunkiem jest jednak wykorzystywanie ich w sposób przejrzysty i sprawiedliwy.

Akademicki zespół badawczy, kierowany przez dr. Chrisa Brauera z Goldsmiths, University of London we współpracy z Motorola Solutions, przeprowadził globalne badanie, które pokazuje, jak zmieniają się oczekiwania społeczeństwa dotyczące bezpieczeństwa publicznego, zwłaszcza w kontekście pandemii COVID-19. W tym celu przeprowadzono m.in. wywiady z 50 agencjami bezpieczeństwa publicznego, organizacjami komercyjnymi i ekspertami branżowymi w 10 rynków (Australia, Niemcy, Włochy, Malezja, kraje nordyckie, Singapur, Hiszpania, Tajwan, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone).

Przeprowadziliśmy też szeroko zakrojone badanie z udziałem 12 tys. respondentów z tych 10 rynków. Zajmowaliśmy się najnowszymi doniesieniami na temat bezpieczeństwa, sprawdzaliśmy, które jego aspekty ulegają zmianie – mówi dr Jennifer Barth, dyrektorka w Smoothmedia Research Consultancy, jedna z autorek raportu „Konsensus na rzecz zmiany”. – Głównym celem tego projektu było zebranie opinii z trzech źródeł – środowiska biznesu, opinii publicznej i podmiotów oferujących usługi publiczne. Świetnie, że mieliśmy do dyspozycji tak szeroki zakres informacji od przedstawicieli różnych kultur i krajów, którzy reprezentują różne doświadczenia.

Jak wynika z badań podsumowanych w raporcie, pandemia COVID-19 uświadomiła społeczeństwu, że technologia może odegrać znacznie większą niż dotąd rolę w zapewnieniu bezpieczeństwa. Zwiększyła też zrozumienie faktu, że organizacje bezpieczeństwa publicznego i przedsiębiorstwa potrzebują jej, aby reagować na nowe zagrożenia.

– Pandemia przedefiniowała oczekiwania dotyczące bezpieczeństwa. Ludzie chcą rozwijać to pojęcie, oczekują poczucia wspólnej odpowiedzialności – mówi dr Jennifer Barth. – Co bardzo ważne, przechodzimy od reagowania do zapobiegania. Technologia to jeden ze sposobów, w jaki można to osiągnąć. Obserwujemy przeniesienie nacisku z rezultatów, czyli rozwiązywania problemów, w kierunku nadawania szerszego kontekstu bezpieczeństwu, które wykracza poza granice państw, jest sposobem funkcjonowania, a nie tylko reakcją. Nasze badanie społeczne to pokazuje.

Wynika z niego m.in., że 88 proc. obywateli na całym świecie chce zmian w dziedzinie bezpieczeństwa publicznego, wynikających właśnie ze stosowania zaawansowanych technologii. 71 proc. twierdzi, że zaawansowane technologie – takie jak kamery wideo, analiza danych, bezpieczeństwo cybernetyczne i chmura – są potrzebne, żeby sprostać współczesnym wyzwaniom. Z kolei zdaniem 70 proc. służby ratunkowe powinny być w stanie przewidzieć zagrożenie, a zaawansowane technologie mogą im w tym pomagać.

Co bardzo ważne, 75 proc. respondentów stwierdziło, że są gotowi zaufać organizacjom, które korzystają z technologii w celu zapewnienia bezpieczeństwa, pod warunkiem że będzie dla nich jasne to, jak te technologie i informacje są wykorzystywane – mówi ekspertka Smoothmedia Research Consultancy. – Dlatego widzimy potrzebę wzmożonej komunikacji ze strony podmiotów zapewniających bezpieczeństwo. Muszą one informować ludzi o swoich działaniach i sposobie ich realizacji.

Eksperci podkreślają, że konieczne jest zwiększenie społecznej świadomości na temat nowych technologii takich jak sztuczna inteligencja.

– Dla respondentów ważne było przekonanie, że służby ratunkowe muszą być zintegrowane i dysponować najnowocześniejszą technologią, aby móc odpowiednio reagować. Ludzie chcieli wiedzieć, jaki rodzaj technologii jest wykorzystywany i jak to działa. Część z nich ma problem ze zrozumieniem, co właściwie oznacza wykorzystanie np. technologii wideo. Kiedy jednak dociera do nich, jaki to ma związek z bezpieczeństwem, potrafią w większym stopniu przyjąć, że jest to ważne narzędzie – mówi dr Jennifer Barth. – Jest w tym pewna równowaga – to, że służby ratunkowe mogą nosić kamery rejestrujące, pozwala na większą przejrzystość po obu stronach, nie tylko po stronie ratowników.

Badanie Motorola Solutions w części dotyczącej firm, organizacji i agencji bezpieczeństwa publicznego wskazało z kolei, że pandemia przyspieszyła rozwój technologii. Wpłynęła również na ich przyspieszone wdrażanie.

Wrocławska spółka przyspiesza prace nad innowacyjnymi lekami dla psów i koni. Projekty biotechnologiczne w...

Szacuje się, że ok. 20 proc. psów cierpi z powodu zmian zwyrodnieniowych stawów, a ok. 15 proc. choruje na atopowe zapalenie skóry. Schorzenia autoimmunologiczne wśród psów i kotów są coraz częstsze, a ich właściciele oczekują coraz skuteczniejszych i bezpieczniejszych terapii. To zaś pociąga za sobą rozwój rynku biotechnologii weterynaryjnej. Duże koncerny i inwestorzy już dostrzegli w nim potencjał. Mocną pozycję na tym rynku wypracowuje sobie wrocławski Bioceltix, który w tym tygodniu – jako pierwsza spółka biotechnologiczna o profilu weterynaryjnym – zadebiutował na New Connect. Za kilka lat firma chce być już właścicielem i wytwórcą kilku innowacyjnych produktów stosowanych w leczeniu najczęściej występujących u zwierząt chorób.

 Rynek biotechnologii weterynaryjnej to dziedzina bardzo młoda, choć rozwiązania i technologie mają już swoje lata, ponieważ wzięły się z rynku ludzkiego. W 2016 roku wprowadzono do obrotu pierwszy prawdziwy produkt biotechnologiczny, czyli przeciwciała monoklonalne stosowane w leczeniu atopowego zapalenia skóry u psów. Z kolei w 2019 roku mieliśmy pewien precedens, kiedy wprowadzono do obrotu pierwszy na świecie lek zawierający komórki macierzyste jako składnik aktywny stosowany w leczeniu zapalenia stawów u koni – mówi agencji Newseria Biznes dr inż. Paweł Wielgus, członek zarządu spółki Bioceltix.

Rozwój biotechnologii weterynaryjnej to m.in. efekt trendów społecznych dotyczących opieki nad zwierzętami. Właściciele psów czy kotów często traktują je dziś jak członków rodziny – dbają o ich dobrostan, wydają na nie coraz więcej pieniędzy, oczekują lepszych karm i coraz skuteczniejszych leków. To z kolei w naturalny sposób pociąga za sobą rozwój rynku w kierunku nowych, skuteczniejszych i bezpieczniejszych terapii. I tu właśnie pojawia się biotechnologia.

– W tej chwili rynek biotechnologii weterynaryjnej sprowadza się tak naprawdę do kilku produktów, ale wśród psów, kotów czy koni zachorowalność na choroby zapalne i autoimmunologiczne jest na tyle duża, że problem się powiększa. Wyraźnie widać, że strategie największych firm weterynaryjnych na świecie mocno zmierzają właśnie w kierunku rozwoju produktów opartych na biotechnologii – mówi dr inż. Paweł Wielgus.

Wśród zwierząt towarzyszących, jak psy i koty, coraz powszechniejsze są choroby autoimmunologiczne. Szacuje się, że ok. 20 proc. psów cierpi z powodu zmian zwyrodnieniowych stawów, a ok. 15 proc. choruje na atopowe zapalenie skóry. Problem z zapaleniami stawów mają również konie sportowe i rekreacyjne, a więc te, które należy klasyfikować jako zwierzęta towarzyszące. W ich leczeniu ogromną rolę mogą odegrać właśnie leki biologiczne oparte na komórkach macierzystych.

Proces opracowywania innowacyjnych leków dla zwierząt jest krótszy i tańszy niż w przypadku leków dla ludzi. Mimo to rynek biotechnologii weterynaryjnej wciąż jest na dużo wcześniejszym etapie rozwoju. W weterynarii nadal najbardziej powszechnym sposobem leczenia chorób zapalnych i autoimmunologicznych jest leczenie objawowe, za pomocą klasycznych leków chemicznych. Biotechnologia może jednak dostarczyć skuteczniejszych terapii, o ograniczonych skutkach ubocznych, które – tak jak ma to miejsce w przypadku komórek macierzystych – stworzą szansę na leczenie przyczynowe.

– Mówimy tu o możliwości efektywniejszego leczenia chorób o podłożu zapalnym i autoimmunologicznym. To właśnie są choroby, z powodu których cierpi większość zwierząt towarzyszących, i problem niestety się pogłębia. Komórki macierzyste stwarzają szansę leczenia tego typu chorób nie tylko objawowo, jak ma to miejsce przy wszystkich innych produktach, ale również przyczynowo. To znaczy, że za pomocą komórek macierzystych możemy spróbować dotrzeć do przyczyny tego typu schorzeń – wyjaśnia członek zarządu Bioceltix.

Jak podkreśla, biotechnologia weterynaryjna ma przed sobą ogromny potencjał nie tylko w ujęciu terapeutycznym, ale i biznesowym. Duże koncerny weterynaryjne widzą potencjał w lekach biologicznych, zwłaszcza na choroby skóry i stawów, choć ich produkcja jest dużo trudniejsza niż leków chemicznych. Łatwiej jest im więc nabyć gotową technologię, niż pracować nad nią od podstaw bez odpowiedniego doświadczenia. Stąd szereg transakcji M&A, które miały miejsce na tym rynku w ostatnich latach.

W 2017 roku Zoetis przejął za 85 mln dol. spółkę Nexvet Biopharma, rozwijającą przeciwciała monoklonalne na atopowe zapalenie skóry u psów oraz zapalenie stawów u psów i kotów. Dwa lata później Elanco kupiło za 245 mln dol. spółkę weterynaryjną Aratana Therapeutics. Z kolei kilka tygodni temu ten sam koncern – tym razem za 440 mln dol. – nabył spółkę badawczo-rozwojową Kindred Biosciences, która posiada portfolio przeciwciał monoklonalnych m.in. na atopowe zapalenie skóry u psów.

– Biotechnologia w weterynarii jest w tej chwili motorem napędowym strategii wszystkich dużych firm. Widać to zarówno  w obszarze badawczo-rozwojowym, jak i strategicznym, to znaczy na płaszczyźnie fuzji i przejęć. Przez ostatnie lata każda firma biotechnologiczna o profilu weterynaryjnym, która miała ciekawe portfolio produktów, została po prostu kupiona przez dużych graczy. Takich transakcji mieliśmy kilka w ostatnim czasie. I myślę, że to jest też bardzo dobry prognostyk tego, jak Bioceltix będzie postrzegany na arenie międzynarodowej – mówi dr inż. Paweł Wielgus.

Bioceltix rozwija innowacyjne leki dla zwierząt na podstawie własnej, autorskiej technologii ALLO-BCLX, wykorzystującej mezenchymalne komórki macierzyste. To metoda, która umożliwia podanie komórek macierzystych pochodzących od niewielkiej liczby zdrowych dawców dużej liczbie pacjentów w modelu allogenicznym (tzn. między różnymi osobnikami tego samego gatunku).

– Jesteśmy firmą biotechnologiczną z branży weterynaryjnej, która rozwija leki biologiczne bazujące na komórkach macierzystych, stosowane w leczeniu powszechnie występujących schorzeń o podłożu zapalnym i autoimmunologicznym u zwierząt towarzyszących. Obecnie skupiamy się głównie na psach oraz koniach – precyzuje Łukasz Bzdzion, prezes zarządu Bioceltix.

Wrocławska spółka kilka dni temu podpisała umowę z wiodącą, międzynarodową firmą typu CRO (ang. Clinical Research Organization) na kompleksową realizację badania klinicznego dla kandydata na lek stosowany w leczeniu zmian zwyrodnieniowych stawów u psów. 8 listopada Bioceltix – jako pierwsza weterynaryjna spółka biotechnologiczna – zadebiutował na NewConnect. Wyjściowa kapitalizacja spółki została ustalona na poziomie ok. 67 mln zł, do jej kluczowych akcjonariuszy należą w tej chwili Infini ASI (15,2 proc. akcji) oraz Kvarko Group ASI (14,3 proc.).

– Nasza przewaga konkurencyjna jest kilkupłaszczyznowa. Po pierwsze, nasza technologia jest w pełni skalowalna, ponieważ w procesie wytwórczym naszego produktu leczniczego bazujemy na materiale, który może pochodzić od wielu dawców. Dzięki temu jesteśmy w stanie stworzyć całą serię produktu leczniczego. Drugi aspekt to materiał, na którym pracujemy. Bazujemy na odpadzie biologicznym, a więc nie generujemy żadnych wątpliwości etycznych z punktu widzenia wytwarzania naszych produktów leczniczych – mówi prezes spółki.

Jak podkreśla, przewagą Bioceltix jest również objęcie całego procesu hodowli komórek i wytwarzania leków farmaceutycznym standardem jakości GMP.

– Nasza spółka jest jedną z nielicznych na świecie, które posiadają standard farmaceutyczny do wytwarzania weterynaryjnych leków biologicznych, bazujących na komórkach macierzystych – mówi Łukasz Bzdzion. – Ważnym aspektem jest też fakt, że potrafimy naszą technologię skalować ze skali laboratoryjnej do skali farmaceutycznej, co w przypadku leków biologicznych nie jest prostym procesem.

Za kilka lat wrocławski Bioceltix chce być już właścicielem i wytwórcą kilku innowacyjnych produktów stosowanych w leczeniu chorób najczęściej występujących u zwierząt. W tej chwili firma pracuje nad trzema kandydatami na lek – dwoma przeznaczonymi dla psów oraz jednym dla koni. Najbardziej zaawansowany jest proces badań nad preparatem stosowanym w leczeniu zmian zwyrodnieniowych stawów u psów i to on wejdzie jako pierwszy w fazę kliniczną. Po wykazaniu skuteczności w badaniach klinicznych spółka będzie mogła rozpocząć procedurę rejestracji produktu leczniczego w Europejskiej Agencji Leków.

W przypadku kandydata na lek przeznaczonego dla koni Bioceltix jest na etapie wytwarzania trzech serii pilotażowych w standardzie farmaceutycznym GMP. Na przyszły rok zaplanowane jest badanie bezpieczeństwa dla tego produktu.

Strategię rozwoju firmy na 2022 rok możemy podzielić na dwie części. W obszarze badawczo-rozwojowym planujemy badania kliniczne produktu na zapalenie stawów u psów, a także fazę bezpieczeństwa dla produktu na zapalenie stawów u koni. Z kolei w obszarze biznesowym będziemy skupiać się na umowie partneringowej. Pozyskanie partnera branżowego jest dla nas bardzo ważnym, strategicznym działaniem – mówi dr inż. Paweł Wielgus. – Myślimy też o kolejnych środkach publicznych i podtrzymujemy wszystkie dotychczasowe deklaracje odnośnie do tego, że będziemy chcieli przenieść się na rynek regulowany.

KIG apeluje o przesunięcie o 24 miesiące zmian w przepisach o cyberbezpieczeństwie. Pospieszne prace...

– Prace nad ustawą o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa przebiegają zbyt szybko i nie uwzględniają rzetelnej debaty publicznej. Uwagi zgłoszone przez przedsiębiorców z różnych branż powinny zostać uwzględnione i poprzedzone merytoryczną dyskusją – wskazuje Krajowa Izba Gospodarcza w piśmie skierowanym do ministra Janusza Cieszyńskiego. Jej eksperci podkreślają, że nowa ustawa, która niemal od początku budzi kontrowersje, będzie mieć daleko idące skutki dla operatorów i całego rynku telekomunikacyjnego. Dlatego okres vacatio legis powinien być nie krótszy niż 24 miesiące, aby nie wywoływać na rynku chaosu. – Zmiany prawa w formule ad hoc na pewno nie są oczekiwane przez przedsiębiorców, dla których stabilność prawa jest fundamentem prowadzenia biznesu – podkreśla prezydent KIG Andrzej Arendarski.

– Aktualny projekt nowelizacji nie daje spokoju zarówno przedsiębiorcom z branży telekomunikacyjnej, jak i podmiotom korzystającym z ich usług. Dlatego bezwzględnie pożądane są szerokie konsultacje społeczne, podobnie jak maksymalnie długie vacatio legis. Wynika to z ogromnych skutków, jakie będą ponosić dostawcy usług cyfrowych oraz ich odbiorcy – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Arendarski, prezydent Krajowej Izby Gospodarczej.

13 października br. odpowiedzialny za cyfryzację KPRM opublikował kolejną, trzecią już propozycję zmian w ustawie o KSC. Prace nad nowelizacją trwają już kilkanaście miesięcy, a propozycje zmian budzą ogromne zainteresowanie nie tylko ze strony rynku telekomunikacyjnego. Świadczy o tym m.in. fakt, że do pierwszej wersji – opublikowanej we wrześniu ub.r. przez ówczesne Ministerstwo Cyfryzacji – wpłynęło ponad 750 uwag zgłoszonych przez operatorów, firmy prywatne i spółki Skarbu Państwa, prawników, fundacje i stowarzyszenia branżowe, a nawet instytucje publiczne takie jak NASK, UKE, Agencja Wywiadu czy BBN. Nowy projekt w niewielkim stopniu uwzględnił ich zastrzeżenia zgłoszone w toku ekspresowych konsultacji. Tym razem czas na zgłaszanie uwag również był wyjątkowo krótki – konsultacje zakończyły się 2 listopada.

– Wydaje się, że ten dotychczasowy, niestandardowy sposób przeprowadzenia konsultacji publicznych przełoży się też na niestandardowe przyjęcie nowych zapisów prawa – mówi Andrzej Arendarski.

W piśmie skierowanym tydzień temu do ministra Janusza Cieszyńskiego KIG wskazuje, że prace legislacyjne przebiegają zbyt szybko i nie uwzględniają rzetelnej debaty publicznej. Izba podkreśla, że uwagi zgłoszone przez przedsiębiorców z różnych branż powinny zostać uwzględnione i poprzedzone merytoryczną dyskusją, a okres vacatio legis nowej ustawy powinien być nie krótszy niż 24 miesiące.

– Szybkie wprowadzenie nowego prawa prawdopodobnie spowoduje chaos organizacyjny i prawny, ponieważ obecnie zaprezentowana nowelizacja zakłada również wcześniej niesygnalizowane zmiany, jak choćby powołanie Operatora Strategicznej Sieci Bezpieczeństwa (OSSB), która to ma powołać spółkę Polskie 5G, a wszystko to ma być finansowane głównie ze środków publicznych – podkreśla prezydent KIG.

Jak wskazuje, nowelizacja ustawy o KSC będzie mieć daleko idące konsekwencje dla operatorów i całego rynku telekomunikacyjnego. Ta zaś wskazuje, że nowy projekt wciąż jest obarczony wszystkimi wcześniejszymi wadami.

W nowelizacjach pojawiały się również dość kontrowersyjne zapisy jak choćby arbitralne uprawnienia nadane Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa, które może decyzją administracyjną bez jakiejkolwiek możliwości odwołania zmienić dostawców sprzętu i oprogramowania – mówi Andrzej Arendarski. – Patrząc na bezpieczeństwo cyfrowe na świecie, region, w którym my żyjemy, może być i jest szczególnie narażony na ataki, inwigilacje i dezinformacje z obszaru świata, gdzie „wschód słońca jest wcześniej niż w Europie”. Stąd podtekst polityczny jest zrozumiały i nie jest to tylko problem w naszym kraju. Pozostaje jednak pytanie, czy ta formuła będzie wykorzystywana również w innych celach, które nie są związane z bezpieczeństwem cyfrowym Polski.

Chodzi o ocenę ryzyka dostawców usług i sprzętu ICT na podstawie nie do końca jasnych kryteriów, m.in. stopnia powiązania z państwem spoza UE bądź NATO. Firmy, które zostaną przez Kolegium uznane za dostawców wysokiego ryzyka, zostaną przynajmniej częściowo wykluczone z polskiego rynku, bez realnej możliwości odwołania. Z kolei operatorzy telekomunikacyjni, którzy korzystają z ich usług bądź sprzętu, będą zmuszeni pozbyć się ich w ciągu pięciu–siedmiu lat.

Wprowadzona procedura wykluczenia niektórych dostawców usług, produktów i procesów ICT może istotnie wpłynąć na relacje handlowe między przedsiębiorcami telekomunikacyjnymi, podmiotami krajowego systemu cyberbezpieczeństwa, integratorów, vendorów oraz dostawców urządzeń i oprogramowania, a przygotowany projekt nie zawiera zaktualizowanej oceny skutków regulacji w tym zakresie – podkreśliła KIG w liście do ministra Cieszyńskiego.

Wprowadzona w 2018 roku ustawa o cyberbezpieczeństwie to pierwszy w Polsce akt prawny dotyczący tego obszaru. Implementuje do polskiego prawa zapisy unijnej dyrektywy NIS i na szczeblu krajowym reguluje kwestie związane z funkcjonowaniem systemu bezpieczeństwa cyfrowego. To obszar tak wrażliwy i dynamiczny, że zmiany w tym obszarze są konieczne.

Technologie cyfrowe charakteryzują się ciągłą rotacją, mają to w zasadzie wpisane w swoje DNA, stąd inicjatywy rządu związane z nowelizacją ustawy o KSC są i będą wymogiem dostosowującym prawo do otoczenia. Wprowadzona 1 sierpnia 2018 roku ustawa doczekała się obecnie trzech działań związanych z jej nowelizacją. Byłoby to absolutnie zrozumiałe, gdyby nowelizacje ustawy miały charakter konsekwentnej unifikacji prawa. Poprzednie próby nowelizacji wprowadzały bardzo potrzebne wsparcie dla działań Zespołów Reagowania na Incydenty Bezpieczeństwa Komputerowego (CSIRT), Centra Wymiany i Analizy Informacji (ISAC) czy też wsparcie budowy Centrów Operacji (SOC) – wymienia prezydent Krajowej Izby Gospodarczej.

Rząd uzasadnia, że nowelizacja tego dokumentu jest podyktowana ustaleniami na poziomie europejskim. Chodzi m.in. o konieczność wdrożenia do polskich przepisów tzw. 5G Toolbox, który został wypracowany przy udziale wszystkich państw członkowskich UE i przyjęty na początku 2020 roku. Dokument ma wzmocnić poziom cyberbezpieczeństwa w Europie w kontekście budowy sieci 5G. Stąd również i krajowa nowelizacja ustawy o KSC będzie mieć duże przełożenie na wdrażanie tej technologii w Polsce. Bez niej nie ruszy aukcja UKE na częstotliwości z pasma C, które ma stanowić szkielet polskiego 5G. Co równie ważne, nowela ma być także podstawą do dalszego rozwijania polskiego ekosystemu cyberbezpieczeństwa.

Branża IT walczy o najlepszych specjalistów. Dla 76 proc. z nich najważniejsze są możliwości...

Dla specjalistów IT możliwości rozwoju zawodowego są dziś trzecim – po wynagrodzeniu i atmosferze w miejscu pracy – czynnikiem determinującym wybór pracodawcy. Ten aspekt bierze pod uwagę aż 76 proc. z nich, ponad połowa zwraca też uwagę na szkolenia oferowane przez pracodawcę – wynika z badania Biostatu przeprowadzonego dla PGS Software. Przy niedoborze pracowników na rynku zapewnienie warunków rozwoju specjalistom ma dla dostawców usług IT znaczenie strategiczne.  Tymczasem polskie software house&HASH39;y są mocno rozdrobnione, a wiele z nich zaczyna docierać do granic możliwości organicznego wzrostu. Rozwiązaniem często okazuje się konsolidacja, która pozwala firmie szybciej się rozwijać i zapewnia pracownikom możliwość rozwoju kariery poprzez udział w większych i bardziej ambitnych projektach i wdrożeniach. 

Dla wielu firm IT pierwsze miesiące pandemii były trudne, ponieważ klienci wstrzymali projekty i zamówienia w obawie o to, co będzie. Z drugiej strony pandemia przyspieszyła mnóstwo procesów i przechodzenie na pracę zdalną. Cały świat zrozumiał, że cyfrowa droga, którą podążamy, jest jedyną i nie ma już innego wyjścia – mówi agencji Newseria Biznes Wojciech Gurgul, prezes zarządu PGS Software i członek zarządu Xebia Group. – Boom w branży IT, który widzimy dzisiaj, to jest po prostu nadrabianie zaległości. Przedsiębiorstwa i cała gospodarka zależą od narzędzi informatycznych i próbują iść dalej po to, żeby być efektywniejszym, sprawniejszym, żeby móc działać w nowych warunkach i dostosować się do popytu.

Z raportu Organizacji Pracodawców Usług IT (SoDA) „Wpływ COVID-19 na branżę Software House w Polsce” wynika, że pierwsza fala pandemii wiosną 2020 roku skutkowała dużą niepewnością gospodarczą i redukcją kosztów przez firmy, dotyczącą również branży IT. Jednak ta sytuacja dość szybko się poprawiła. Trzecia edycja badania SoDA pokazała, że w ocenie 1/3 firm tworzących oprogramowanie pandemia miała pozytywny wpływ na ich działalność, a 70 proc. z nich optymistycznie patrzy w przyszłość. Ogólnie w 2020 roku firmy zwiększyły przychody o około 20 proc., choć niektóre przekroczyły wzrost nawet o 100 proc. r/r. To oznacza, że polskie software house’y, które w większości działają globalnie, sprzedając swoje usługi za granicą, wyszły z pandemii obronną ręką. Teraz, aby wykorzystać możliwości, jakie daje trwający boom, muszą zapewnić sobie stały napływ talentów. 

– Strukturalny niedobór specjalistów w branży IT nie jest czymś nowym, rynki – zwłaszcza zachodnie – mierzą się z nim od wielu lat. Dodatkowo pandemia, powodując spustoszenie w pewnych segmentach gospodarki, przyspieszyła jeszcze trend przenoszenia wielu usług do internetu, za czym poszło zwiększenie inwestycji w transformację cyfrową. To oznacza, że dziś bardzo wiele firm zmaga się z niedoborem specjalistów takich jak programiści, testerzy oprogramowania, analitycy biznesowi czy menedżerowie IT. Szacuje się, że w tej chwili w Europie i Stanach Zjednoczonych sumarycznie brakuje około 2,5 mln takich specjalistów – mówi Krzysztof Rolak, dyrektor operacyjny PGS Software.

Firmy zajmujące się oprogramowaniem zwiększają zatrudnienie, ponieważ w ich planach pojawiają się nowe projekty. Jak pokazuje raport SoDA, zapotrzebowanie dotyczy głównie programistów i osób wspierających ich pracę, a na przestrzeni ostatniego roku ich pensje wzrosły średnio o 10–20 proc.

– W branży IT ewidentnie mamy w tej chwili rynek pracownika. Co więcej, nie widać przesłanek, aby miało się to w najbliższej przyszłości zmienić – mówi Krzysztof Rolak.

Kłopoty z pozyskiwaniem nowych pracowników powodują, że firmy IT muszą konkurować o talenty. Z badania Biostatu, przeprowadzonego w kwietniu br. dla PGS Software, wynika, że dla 78 proc. programistów, testerów/QA i analityków danych decydującym czynnikiem przy wyborze miejsca zatrudnienia jest wysokość zarobków. Wśród czynników niefinansowych największe znaczenie mają atmosfera panująca w nowym miejscu pracy (84 proc.) oraz możliwości rozwoju zawodowego (76 proc.). Ponad połowa specjalistów z sektora IT zwraca uwagę na szkolenia oferowane przez pracodawcę.

Oznacza to, że dla firm IT strategiczne znaczenie ma w tej chwili tworzenie odpowiednich warunków dla pracowników, bo specjaliści chętniej podejmują pracę w miejscu, które stwarza im możliwości poszerzania swoich kompetencji. Przy obecnym tempie rozwoju technologii ważniejsze niż piłkarzyki i chillout roomy jest to, aby być na bieżąco i ciągle się rozwijać. Żeby to się działo, trzeba uczestniczyć w projektach o dużej skali i wysokim stopniu zaawansowania technologicznego. 

– W PGS Software zatrudniamy ok. 30 osób miesięcznie, są to głównie doświadczeni specjaliści. Zamierzamy utrzymać lub zwiększyć to tempo zatrudnienia w przyszłym roku. Polscy programiści mają doskonałe umiejętności techniczne, od lat zajmują czołowe miejsca w światowych rankingach, do tego znają język angielski i funkcjonują w zachodnim kręgu kulturowym, co bardzo ułatwia im współpracę z klientami z Europy Zachodniej czy Stanów Zjednoczonych – mówi dyrektor operacyjny PGS Software.

Większe możliwości rozwoju i ciekawsze projekty z reguły zapewniają duże firmy. Tymczasem polskie software house’y są mocno rozdrobnione, a wiele z nich zaczyna docierać do granic możliwości organicznego wzrostu, do czego przyczyniają się też problemy z pozyskiwaniem talentów. Rozwiązaniem często okazuje się konsolidacja, która z jednej strony pozwala zaradzić brakom kadrowym i zapewnić pracownikom lepsze możliwości rozwojowe poprzez dostęp do większych projektów, a z drugiej – umożliwia najszybszą skalowalność biznesu.

Ten proces konsolidacji zaczął się już kilka lat temu, kiedy największe firmy zaczęły kupować mniejsze, wyspecjalizowane w konkretnym produkcie, technologii bądź rynku. To jest proces, który musi trwać, bo duzi klienci wymagają dużych dostawców. Tu nie chodzi tylko o masę, ale również o to, jakie przynosimy umiejętności, jak szeroką mamy ofertę, jak duże projekty umiemy obsłużyć – ocenia Wojciech Gurgul. – Nie znaczy to jednak, że w przyszłości nie będzie miejsca dla małych firm, ale one muszą być wyspecjalizowane w bardzo specyficznym produkcie lub technologii.

Drogę konsolidacji obrał również PGS Software. Jeden z największych w Polsce dostawców oprogramowania i usług informatycznych dla firm z całego świata połączył się w tym miesiącu z grupą kapitałową Xebia Group, która świadczy usługi doradztwa w zakresie cyfrowej transformacji i specjalizuje się m.in. w technologiach chmurowych, sztucznej inteligencji i wytwarzaniu oprogramowania. Połączone firmy zatrudniają razem ponad 3,1 tys. pracowników i operują na 14 międzynarodowych rynkach.

– PGS Software jest firmą, która rosła i miała się dobrze, ale też była bardzo lokalna, mocno osadzona w Polsce. Jednak zaczęliśmy dostrzegać, że nasi klienci, którzy są głównie za granicą, na wielu różnych rynkach w Europie i poza nią, oczekują, że ich dostawcy będą bliżej. Dlatego już od pewnego czasu zastanawialiśmy się, co zrobić, żeby stać się firmą bardziej międzynarodową – mówi prezes PGS Software.

Firma może się pochwalić bardzo dynamicznym w ostatnich latach wzrostem: w latach 2015–2020 jej przychody netto rosły średnio o 23 proc. rocznie, a II kwartał tego roku zakończył się rekordowym, 49-proc. wzrostem przychodu r/r. Spółka szukała w ostatnich miesiącach partnera, który umożliwiłby jej umocnienie działalności na rynkach międzynarodowych i dostęp do projektów o większej skali. Połączenie z Xebia Group nie pociąga jednak za sobą bezpośrednich zmian w działalności PGS Software. Obie firmy zakładają bliską współpracę w zakresie dostarczania wyspecjalizowanych usług i doradztwa IT, ale zachowają też dużą niezależność.

– Stajemy się częścią naprawdę dużego organizmu – mówi Wojciech Gurgul. – PGS będzie dużą częścią tej układanki. Nie jesteśmy małym klockiem dokładanym do czegoś większego, ale stajemy się jednym z trzech filarów tej firmy. Wnosimy nasze umiejętności, doświadczenie, rynki i klientów. Jednocześnie widzimy, że niemal od razu pojawiły się nowe możliwości współpracy, które pozwolą nam jeszcze szybciej rosnąć i stwarzać lepsze możliwości naszym pracownikom.

25 proc. firm zwiększyło inwestycje w obszarze technologii w dobie pandemii. Najczęściej finansują je...

Co czwarta firma w czasach pandemii zwiększyła zainteresowanie inwestycjami w obszarze nowych technologii – wynika z badania Santander Leasing. Dotyczy to nie tylko dużych korporacji, ale również małych i średnich przedsiębiorstw. Zwłaszcza pierwsza fala pandemii była pod tym względem intensywna – globalne firmy wydawały na technologie o ok. 15 mld dol. więcej tygodniowo niż przed wybuchem pandemii – wskazuje badanie „CIO Survey 2020” KPMG i Harvey Nash. Wiele z tych zakupów finansowane było – i wciąż jest – przez leasing.

Z trzeciej edycji badania „Leasing Index” firmy Santander Leasing, przeprowadzonej w 2021 roku, wynika, że największy odsetek respondentów postawił na zakup urządzeń mobilnych do prowadzenia firmy.

 Aż 90 proc. udzieliło odpowiedzi pozytywnej, to oznacza, że albo korzysta dzisiaj z tego typu rozwiązań, albo planuje korzystanie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Poręcki, dyrektor zarządzający rynkiem małych i średnich przedsiębiorstw w Santander Leasing. – Na drugim miejscu uplasowały się rozwiązania dotyczące przechowywania danych w chmurze – tutaj mamy 35 proc. pozytywnych odpowiedzi. Na trzecim miejscu są rozwiązania CRM – 33 proc. naszych respondentów jest zainteresowanych rozwojem w tym zakresie. Na kolejnym miejscu znalazły się rozwiązania dotyczące automatyzacji procesów biznesowych w firmie.

Automatyzacja procesów w firmie jest już wykorzystywana w co szóstym przedsiębiorstwie, a co 10. ma ją w najbliższych planach. Z programów ERP do zarządzania firmą korzysta 10 proc. podmiotów i niemal drugie tyle ją wdroży lada moment, natomiast sztuczną inteligencją posługuje się 8 proc. i tyle samo ma jej wprowadzenie w nieodległych planach.

Wykorzystanie nowoczesnych narzędzi ICT oraz plany w ich wdrażaniu różnią się w zależności od wielkości firmy i branży, w jakiej działa  (produkcja, usługi, handel, budownictwo). O ile w obszarze urządzeń mobilnych odsetek wskazań jest podobny zarówno wśród najmniejszych, jak i większych firm, o tyle w chmurze już widać większe różnice. Dziś z cloud computingu korzysta 22 proc mikrofirm (jednoosobowych), 20 proc. zatrudniających od dwóch do dziewięciu osób oraz 26 proc. przedsiębiorstw zatrudniających do 49 osób. Plany rozwoju tej technologii ma odpowiednio 9, 14 i 17 proc. badanych podmiotów.

Istotne dysproporcje występują w przypadku systemów do automatyzacji procesów w firmie. Jak wynika z naszego badania, firmy zatrudniające co najmniej 10 pracowników i branża produkcyjna zdecydowanie najczęściej korzystają z oprogramowania do automatyzacji procesów – mówi dyrektor w Santander Leasing. – Aż 16 proc. mikrofirm oraz 10 proc. przedsiębiorstw do 49 osób planuje inwestycje w tym zakresie. Szczególnie ambitne plany deklaruje produkcja (20 proc.), w 9 proc. – usługi, w 7 proc. – branża budowlana oraz w 5 proc. – firmy handlowe.

Systemy CRM stosuje 14 proc. samozatrudnionych oraz 21 proc. zatrudniających od 9 do 49 osób. Od 9 do 10 proc. przedsiębiorców chce zainwestować w ten obszar jeszcze w bieżącym roku.

Z perspektywy naszej firmy głównym narzędziem do finansowania inwestycji w nowe technologie jest przede wszystkim leasing. Dane po III kwartale tego roku wskazują, że dynamika nakładów na nowe technologie wyniosła aż 68 proc. W porównaniu z rokiem 2019 i 2020, w którym dynamika wynosiła jedynie 5 proc., pokazuje to lawinowy wzrost zainteresowania inwestycjami w tym właśnie zakresie – wskazuje Jakub Poręcki. – Pandemia spowodowała, że trzecią główną gałęzią rozwoju firm – oprócz tradycyjnego inwestowania w parki maszyn i samochody osobowe – są właśnie nowe technologie pozwalające na zdalne zarządzanie firmą. Jesteśmy głęboko przekonani, że ta tendencja będzie się utrzymywała również w najbliższych latach.

Trzecia edycja badania „Leasing Index” wskazała, że wśród małych firm (mikro-, zatrudniających od 2 do 9 osób lub do 49 osób) korzystanie z leasingu deklaruje 49 proc. badanych. To odsetek wyższy o 6 pkt proc. względem 2019 roku i o 14 pkt proc. wyższy niż w 2016 roku. W przyszłości finansowanie leasingiem rozważa kolejne 18 proc. firm. 

Stay connected

20,831FaniLubię
2,506ObserwującyObserwuj
0SubskrybującySubskrybuj
- Advertisement -

Latest article

Blisko 10 mln euro trafi na innowacje w obszarze wód śródlądowych i morskich. W...

Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości w okresie luty–marzec 2022 roku planuje przeprowadzić nabór do konkursu „Innowacje w obszarze wód śródlądowych lub morskich”. O dofinansowanie w ramach Norweskiego Mechanizmu Finansowego w wysokości do 2 mln euro będą mogły się starać mikro-, małe i średnie firmy. – Chodzi o przedsiębiorców działających nad morzem, na jeziorach, rzekach, ale nie rybaków. Mamy na myśli działalność związaną z turystyką, oczyszczaniem wód, dbaniem o ochronę środowiska w obszarze wodnym – wymienia Monika Karwat-Bury z PARP. Do  rozdysponowania będzie ok. 10 mln euro.

– W najbliższych tygodniach planujemy ogłosić konkurs w ramach schematu „Innowacje w obszarze wód śródlądowych lub morskich”. To konkurs, który już miał swoją pierwszą edycję w 2019 roku, ale otrzymaliśmy dodatkowe środki i zdecydowaliśmy o ogłoszeniu nowego naboru w tym obszarze tematycznym – mówi agencji Newseria Biznes Monika Karwat-Bury, ekspertka w Departamencie Wdrożeń Innowacji w Przedsiębiorstwach w PARP.

Norweski Mechanizm Finansowy to bezzwrotna forma pomocy zagranicznej przyznawanej przez Norwegię nowym państwom członkowskim UE od 2004 roku. W ramach Funduszy Norweskich realizowanych jest kilkanaście programów (w tym największy budżetowo program, którego operatorem jest  PARP), w których dotacje mogą pozyskać projekty związane np. z ochroną środowiska, efektywnością energetyczną czy ograniczaniem nierówności społecznych.

Schemat „Innowacje w obszarze wód śródlądowych lub morskich” ma zwiększyć konkurencyjność przedsiębiorców poprzez wdrożenie innowacyjnych procesów, produktów, usług lub rozwiązań, które rozwiną działalność gospodarczą firmy. Projekty w ramach tego schematu mogą jednocześnie przyczyniać się do ograniczenia zanieczyszczenia wód i ich otoczenia.

Nie możemy udzielać dofinansowania firmom transportowym. Przedsiębiorcy, którzy działają w obszarze transportu wodnego, mają możliwość otrzymania dofinansowania tylko na wybrane typy projektów, np. na prowadzenie prac badawczo-rozwojowych lub zwiększenie efektywności energetycznej. Nie mogą jednak realizować klasycznych inwestycji, czyli zakupu taboru transportu wodnego – podkreśla ekspertka PARP. – Natomiast w przypadku przystani, portów morskich lub portów śródlądowych jest rozgraniczenie, czy na pewno jest to port związany z działalnością transportową, czy przystań jachtowa prowadząca działalność turystyczna, rekreacyjną.

PARP planuje ogłosić konkurs na przełomie 2021 i 2022 roku, wnioski będzie można składać przez dwa miesiące – od lutego do marca 2022 roku. Ocena wniosków, w zależności od ich liczby, potrwa od trzech do sześciu miesięcy, wówczas zostanie też ogłoszona lista projektów, które dostaną wsparcie. Projekty muszą zostać zakończone do kwietnia 2024 roku. Na inwestycje w portach morskich lub śródlądowych można uzyskać do 80 proc. wartości kosztów kwalifikowanych.

– Aktualnie mamy do dyspozycji około 7 mln euro, dokładna kwota będzie określona w ogłoszeniu konkursu. Kwota ta najprawdopodobniej ulegnie dalszemu zwiększeniu dzięki powstającym w programie oszczędnościom – do około 10 mln euro. Natomiast pojedynczy przedsiębiorca może otrzymać od 200 tys. euro do maksymalnie 2 mln euro – wskazuje Monika Karwat-Bury.

W pierwszej edycji konkursu do PARP wpłynęło 28 wniosków. Spośród nich 12 zostało rekomendowanych do dofinansowania na łączną kwotę prawie 10 mln euro. Projekty ocenione pozytywnie dotyczyły przede wszystkim inwestycji w rozwój infrastruktury małych portów, przystani oraz ekologicznych i niskoemisyjnych środków transportu w działalności turystycznej na terenie jezior.

Mamy też projekty związane z migracją ptaków na dużych przestrzeniach morskich i związane z farmami wiatrowymi na morzu, także projekty związane z rozwijaniem technologii, które wpływają na np. oczyszczalnie ścieków oraz sposoby oczyszczania i uzdatniania wody – wymienia ekspertka w Departamencie Wdrożeń Innowacji w Przedsiębiorstwach w PARP.

 

 


 

Rolnicy coraz chętniej korzystają z odnawialnych źródeł energii. Ubezpieczenia takich instalacji mogą być dodatkiem...

Panele fotowoltaiczne na dachach to coraz częstszy widok na polskiej wsi. Rolnicy coraz chętniej korzystają z rozwiązań OZE, w czym pomaga m.in. możliwość uzyskania dofinansowania z programu Agroenergia. Eksperci ubezpieczeniowi radzą, by tego typu instalacje włączyć w zakres posiadanej polisy. Ochrona ubezpieczeniowa zadziała m.in. w przypadku przepięcia czy zniszczenia paneli na skutek gradu lub wichury. Zmiany klimatu i związane z nimi gwałtowne zjawiska pogodowe pozostają główną kategorią ryzyk w rolnictwie i ten trend będzie się utrzymywać.

– Ubezpieczenia gospodarstw rolnych to dynamiczna część rynku, w której pojawia się coraz więcej rozwiązań dedykowanych nowym technologiom i odnawialnym źródłom energii, jak np. instalacje fotowoltaiczne czy kolektory słoneczne. Poza typowymi ryzykami, które są związane ze zdarzeniami naturalnymi, takimi jak burze, wiatr czy grad, ubezpieczane są dziś również zdarzenia takie jak przepięcie czy utrata energii – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Paduszyński, dyrektor Departamentu Ubezpieczeń Indywidualnych w TU Compensa SA.

Eksperci rynku energetycznego podkreślają, że technologie OZE mają największy potencjał rozwoju właśnie na obszarach wiejskich. Rząd zapowiada nowe rozwiązania, które mają sprawić, że wykorzystanie biomasy, fotowoltaiki czy innych bezemisyjnych źródeł będzie jak największe. Nad rekomendacjami w tym zakresie pracuje zespół roboczy złożony z ekspertów resortu rolnictwa oraz klimatu i mają one być przedstawione jeszcze w grudniu.

Można więc oczekiwać, że zainteresowanie rolników inwestowaniem w różnego typu mikroinstalacje będzie rosło. Jak wskazuje raport URE, w ubiegłym roku w Polsce energia elektryczna była wytwarzana w niemal 460 tys. mikroinstalacji, a łączna moc zainstalowana wynosiła ponad 3 GW. Niemal 100 proc. stanowiły panele fotowoltaiczne.

Tego typu instalacje są narażone na zniszczenia podobnie jak inne elementy budynków i podobnie jak one mogą podlegać ubezpieczeniom. Na nieco innych zasadach chronione są panele montowane na dachach budynków, a na innych instalacje wolnostojące. W tym pierwszym przypadku jest to element budynku i ubezpieczony powinien zwiększyć jego wartość o wartość paneli. Urządzenia, które stoją bezpośrednio na ziemi, są traktowane jako osobna budowla podlegająca odrębnemu ubezpieczeniu. 

– Dziś rolnik może ubezpieczyć praktycznie każdy rodzaj mienia. Począwszy od budynków, które wchodzą w skład obowiązkowych ubezpieczeń, poprzez mienie ruchome, czyli ruchomości domowe i inne ruchomości znajdujące się na terenie gospodarstwa rolnego – po maszyny, sprzęt rolniczy, zwierzęta czy ziemiopłody znajdujące się w magazynach – wymienia ekspert Compensy. – Rolnik może ubezpieczyć także nowoczesne technologie, np. z zakresu OZE, które są objęte specjalnym ubezpieczeniem od chociażby przepięcia.

Zgodnie z ustawą o ubezpieczeniach obowiązkowych z 2003 roku rolnicy posiadający gospodarstwo o łącznej powierzchni co najmniej 1 ha mają obowiązek ubezpieczenia budynków rolniczych od pożaru i innych zdarzeń losowych oraz wykupienia obowiązkowej polisy OC, która zabezpiecza rolnika, mieszkającą z nim rodzinę i wszystkich tych, którzy pracują w gospodarstwie rolnym.

Właściciele gospodarstw, którym zależy na większej ochronie lub chcą zabezpieczyć się przed skutkami coraz gwałtowniejszych zjawisk pogodowych, mają do wyboru szereg opcji dodatkowych. Co istotne, wszystko to rolnik może ubezpieczyć na jednej polisie, łączącej ubezpieczenie dobrowolne i obowiązkowe w zakresie majątkowym i osobowym.

– Wypłaty odszkodowań w ubezpieczeniach rolnych są najczęściej związane ze zjawiskami naturalnymi. I tu obserwujemy, że te zjawiska są coraz bardziej gwałtowne. Mamy coraz silniejsze opady, coraz gwałtowniejsze wichury, coraz większe lokalne podtopienia – wymienia Andrzej Paduszyński.

Opublikowany w 2019 roku raport Europejskiej Agencji Środowiska (EEA) pokazuje, że ekstremalne warunki pogodowe, takie jak powodzie, susze i fale upałów, z każdym rokiem osiągają poziom nienotowany dotychczas w Europie. To zaś zły prognostyk dla rolnictwa, które jest jednym z sektorów najbardziej narażonych na ich skutki.

Unijna agencja wskazuje, że zmiany klimatu już w tej chwili są mocno odczuwalne dla rolników i sektora rolnego, a prognozy wskazują, że do 2050 roku plony upraw takich jak pszenica, kukurydza i burak cukrowy mogą spać w Europie nawet o 50 proc., co spowoduje znaczny spadek dochodów gospodarstw rolnych. Według EEA w niektórych częściach Europy produkcja roślinna i hodowlana będzie musiała zostać całkiem zarzucona ze względu na nasilone efekty zmiany klimatu („Climate change impacts and adaptation in the agricultural sector in Europe”).

Wpływ gwałtownych zjawisk pogodowych na sektor rolnictwa podkreśla też przyjęta w 2019 roku „Polityka ekologiczna Polski do 2030 roku”. Scenariusze klimatyczne dla Polski pokazują, że w tej dekadzie powszechne staną się coraz częstsze i dłuższe fale upałów. Równie dotkliwe mogą być krótkie, ale bardzo intensywne opady deszczu, powodujące lokalne zalania i podtopienia. Kolejnym problemem jest też susza, która w Polsce pojawia się już co roku, wywołując wielomiliardowe straty po stronie rolników i hodowców.

– Oczywiście nie można zapominać o tym, co trapiło rolnictwo od zawsze, czyli o pożarach. Tych jest bardzo wiele i to też jest istotne zagrożenie, o którym trzeba pamiętać – mówi Andrzej Paduszyński.

Z danych Komendy Głównej Państwowej Straży Pożarnej wynika, że liczba pożarów sukcesywnie rośnie – w 2019 roku w polskim rolnictwie odnotowano 38,3 tys. pożarów, podczas gdy rok wcześniej było ich o prawie 8 tys. mniej. Blisko 3 tys. takich incydentów dotyczyło budynków rolniczych, a 6,5 tys. – upraw i maszyn rolniczych. Do wielu takich zdarzeń dochodzi w okresie żniw, szczególnie jeśli towarzyszy im susza.

Polisa dla rolnika zawiera także obowiązkowe OC z tytułu posiadania gospodarstwa rolnego. W ramach produktów dobrowolnych w Compensie rolnik może to OC rozszerzyć również na życie prywatne. Dodatkowo oferowane jest mu również assistance dla rolnika obejmujące m.in. pomoc medyczną czy informatyczną. 

Nowy start w biznesie. Będzie wsparcie dla przedsiębiorców, którzy musieli zamknąć swoje firmy

Strach przed porażką jest jednym z głównych hamulcowych rozwoju przedsiębiorczości. Jak wynika z badania PARP, 41 proc. osób, które widzą szanse biznesowe w swoim otoczeniu, nie decyduje się na otworzenie własnej firmy z powodu tej obawy. Porażka jest jednak ryzykiem wpisanym w każdy biznes i może stanowić ważną lekcję na przyszłość. Tym, którzy mimo niepowodzenia zdecydowali się wrócić na rynek i ponownie rozpocząć działalność gospodarczą, PARP pomaga w ramach projektu „Nowy start”. O wsparcie, dzięki któremu łatwiejszy będzie powrót na rynek, mogą aplikować mikro-, mali i średni przedsiębiorcy.

Celem projektu „Nowy start” jest przekonanie przedsiębiorców, że ich dotychczasowe porażki biznesowe mogą być ich przyszłym sukcesem, że posiadane przez nich doświadczenie w prowadzeniu biznesu jest bezcenne i niezastępowalne, a nauka na własnych lub cudzych błędach jest jedną z najlepszych metod rozwoju biznesowego – mówi agencji Newseria Biznes Justyna Nosko, ekspert z Departamentu Rozwoju Kadr w Przedsiębiorstwach w PARP.

Budżet na „Nowy start”, który wynosi 15 mln zł, jest finansowany w 100 proc. ze środków unijnych, z Programu Operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój. W programie mogą wziąć udział przedsiębiorcy z sektora MŚP, którzy zdecydowali się wrócić na rynek i ponownie rozpocząć działalność.

Program prowadzony przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości wpisuje się w Politykę Nowej Szansy. Celem obszaru czwartego rządowej strategii jest pokazanie, że niepowodzenie w biznesie nie powinno być postrzegane jedynie jako zjawisko negatywne, ponieważ w konsekwencji może hamować zachowania przedsiębiorcze w przyszłości.

Według przygotowanego przez PARP raportu z badania Global Entrepreneurship Monitor Polska 2021 strach przed porażką wciąż jest wysoko na liście obaw Polaków. Co ciekawe, stracił jednak na znaczeniu w czasie pandemii. W 2020 roku wskazywało na niego 41 proc. respondentów, którzy widzą szanse biznesowe w swoim otoczeniu. To mniej więcej tyle samo, ile wynosi średnia dla Europejczyków. W 2019 roku ten odsetek wśród Polaków wynosił 46 proc. Porażki częściej obawiają się kobiety (43 proc. vs. 38 proc. panów).

– Ważne jest, aby przedsiębiorcy, którzy prowadzą lub współprowadzą kolejne firmy, umieli sięgać do dotychczasowych doświadczeń – tych dobrych, ale i tych nie najlepszych – i wyciągać z nich wnioski, analizować przyczyny niepowodzeń, żeby na ich podstawie mogli osiągać sukcesy w przyszłości – mówi Justyna Nosko.

Po zgłoszeniu się do programu „Nowy start” przedsiębiorcy otrzymują wsparcie szkoleniowo-doradcze i pomoc w poznaniu przyczyn dotychczasowych niepowodzeń, aby w przyszłości mogli uniknąć kolejnych. Celem programu jest też rozwój ich kompetencji w zakresie prowadzenia firmy oraz dostosowanie ich modeli biznesowych do zmieniających się warunków rynkowych. Co istotne, udział w programie nie wymaga wkładu własnego, a dofinansowanie otrzymane w ramach programu „Nowy start” jest bezzwrotne.

– Oferujemy przedsiębiorcom możliwość nauczenia się prowadzenia analiz luk kompetencyjnych w przedsiębiorstwie, a także szkolenia z zakresu prowadzenia działalności gospodarczej w różnych aspektach – np. prawnym, finansowym i ekonomicznym – czy umiejętności osobistych, takich jak walka ze stresem, negocjacje czy asertywność – wymienia ekspertka PARP. – Drugą formą wsparcia jest doradztwo, które jest tematycznie bezpośrednio związane ze szkoleniami, w których brali udział przedsiębiorcy. Co ważne, wszystkie te działania dla przedsiębiorców są bezpłatne. Jedyne, co uczestnik musi zrobić, to wypełnić dokumentację zgłoszeniową i wziąć udział w zajęciach.

Program jest adresowany zarówno do osób prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą, jak i będących wspólnikami w spółkach prawa handlowego.

Zapraszamy przede wszystkim tych przedsiębiorców, którzy zamknęli swoją działalność gospodarczą w ciągu 24 miesięcy przed przystąpieniem do projektu, a w międzyczasie – czyli w okresie sześciu miesięcy przed dniem przystąpienia do projektu – ponownie ją otworzyli – wyjaśnia Justyna Nosko.

Nabór w programie „Nowy start” jest prowadzony przez pięciu operatorów, wyłonionych wcześniej przez PARP. To oznacza, że przedsiębiorcy mają możliwość wyboru jednego z pięciu projektów szkoleniowo-doradczych. Trzy z nich mają zasięg ogólnopolski, dwa są ograniczone do województw mazowieckiego, lubelskiego i łódzkiego. W zależności od operatora i wybranego programu szkoleniowego różne są też terminy, w których zainteresowani przedsiębiorcy mogą składać aplikacje. Ostateczny mija 30 maja 2023 roku.

Przedsiębiorcy zainteresowani udziałem w naszym projekcie, którzy spełniają wskazane kryteria, mogą wszystkie informacje znaleźć na stronie parp.gov.pl w zakładce Finansowanie, następnie Rozwój kompetencji i Nowy start – mówi ekspertka Departamentu Rozwoju Kadr w Przedsiębiorstwach w PARP.

 


a