Konsumenci muszą się liczyć z kolejnymi podwyżkami cen prądu. Zmiana codziennych nawyków może jednak...

W ubiegłym tygodniu trzech dostawców złożyło do Urzędu Regulacji Energetyki wnioski o zmianę obowiązujących w 2022 roku taryf na sprzedaż energii dla gospodarstw domowych. To oznacza, że jeszcze w tym roku niewykluczone są podwyżki cen. – Prąd, gaz i ciepło w naszych domach w najbliższym czasie nie będą tańsze. Polacy powinni w miarę możliwości uwzględnić te nowe realia w swoich codziennych wyborach – wskazuje Maciej Maciejowski z Polskiego Komitetu Energii Elektrycznej. Żeby zaoszczędzić na rachunkach za prąd, wystarczy zmiana drobnych, codziennych nawyków. Prowadzona przez PKEE kampania „Liczy się energia” pokazuje, jak zrobić to bez konieczności kupowania energooszczędnego sprzętu czy rezygnacji z urządzeń elektrycznych.

– W obecnej sytuacji rosnących cen paliw, agresji Rosji na Ukrainę, inflacji i kosztów CO2 ceny energii rosną na całym świecie. To duże obciążenie dla obywateli i firm, ale nie idą za nim nadzwyczajne korzyści dla branży energetycznej. Energia elektryczna z pewnością będzie droższa w 2023 roku, dlatego tak ważne jest, byśmy wszyscy – producenci węgla, spółki energetyczne i odbiorcy energii – podchodzili do tego tematu odpowiedzialnie i solidarnie. Już teraz warto więc racjonalnie podchodzić do zużycia energii i po prostu zacząć ją oszczędzać, dzięki temu podwyżki będą mniej odczuwalne – mówi Wojciech Dąbrowski, prezes Rady Zarządzającej Polskiego Komitetu Energii Elektrycznej.

W badaniu przeprowadzonym w czerwcu br. przez IBRIS dla PKEE 91 proc. ogółu Polaków zadeklarowało, że uważa się za osoby oszczędzające energię elektryczną. Przeciwnego zdania było jedynie 7 proc. respondentów. Z tego samego badania wynika również, że dla 72 proc. Polaków motywacją do oszczędzania prądu jest troska o środowisko naturalne. Jeszcze większy odsetek respondentów (86 proc.) wskazał na chęć ograniczenia wysokich rachunków za energię elektryczną.

– Prezes Urzędu Regulacji Energetyki wskazywał niedawno, że ciepło, prąd i gaz w naszych domach w najbliższym czasie tańsze nie będą – podkreśla Maciej Maciejowski, dyrektor ds. komunikacji PKEE. – Polacy powinni w miarę możliwości uwzględnić te nowe realia w swoich codziennych wyborach. Powszechną postawą powinno być racjonalne korzystanie z energii i możliwie maksymalna redukcja jej zużycia.

Sposoby na optymalizację zużycia energii i zmniejszenie wysokości rachunków przekazuje ogólnopolska kampania „Liczy się energia”, prowadzona przez Polski Komitet Energii Elektrycznej. Z materiałów i porad dostępnych na stronie www.liczysieenergia.pl można się dowiedzieć, jak zrobić to w najprostszy sposób – bez konieczności kupowania energooszczędnego sprzętu czy drastycznego ograniczenia korzystania z urządzeń elektrycznych. Wystarczy tylko zmiana drobnych, codziennych nawyków.

– Jeśli racjonalnie podejdziemy do tematu oszczędzania energii, te oszczędności mogą być naprawdę spore. Szczególnie w perspektywie kwartału czy roku – podkreśla ekspert PKEE. – To racjonalne podejście obejmuje m.in. dopasowanie energochłonnych czynności do taryfy, jaką posiadamy. Wybrane taryfy zakładają mniejsze opłaty za energię zużywaną w nocy lub weekendy. Jeśli właśnie w tym czasie zaplanujemy włączenie pralki, zmywarki, odkurzanie czy większe gotowanie, to oszczędności mogą sięgnąć nawet kilkudziesięciu procent kosztów.

Z badania Publicis Groupe Data Science dla PKEE wynika, że tego typu działania edukacyjne przynoszą efekty. Po pierwszej edycji kampanii „Liczy się energia” mniej osób deklaruje, że w ogóle ogranicza korzystanie z urządzeń elektrycznych, aby zaoszczędzić na rachunkach za prąd. Wcześniej ten odsetek wynosił 13 proc., a w wyniku działań edukacyjnych spadł o ponad połowę (do 6 proc.). Kampania dotarła do 34 proc. Polaków w wieku 35+, którzy są właścicielami bądź współwłaścicielami domów i mieszkań.

– W tej chwili 46 proc. Polaków w badanej grupie deklaruje ograniczenie korzystania z oświetlenia, podczas gdy przed kampanią ten odsetek wynosił 42 proc. Rezygnację z pozostawiania urządzeń w trybie czuwania deklaruje 28 proc. versus 14 proc. wcześniej. Natomiast używanie energooszczędnych urządzeń – 18 proc. vs. 13 proc. przed kampanią – mówi Maciej Maciejowski.

Na aspekty związane z oszczędzaniem energii warto zwrócić uwagę zwłaszcza latem, mając w planach dłuższą nieobecność w domu bądź mieszkaniu. Przed wyjazdem warto sprawdzić, czy światła we wszystkich pomieszczeniach na pewno są wyłączone. Pozostawienie ich na kilka czy kilkanaście dni może bowiem znacznie podnieść wysokość rachunków za energię i obciążyć domowy budżet. Wyjeżdżając, warto również odłączyć od prądu część urządzeń elektrycznych.

 Chodzi m.in. o telewizor, mikrofalówkę, komputery, pralkę czy wpięte do gniazdek ładowarki. Te urządzenia, nawet pozostając w trybie uśpienia, nadal pobierają energię elektryczną, czego najlepszym przykładem są świecące się diody i zegary na pralce czy kuchence mikrofalowej – mówi dyrektor ds. komunikacji Polskiego Komitetu Energii Elektrycznej.

Rolnictwo komórkowe pomoże rozwiązać szereg problemów związanych z produkcją żywności. W ten sposób można...

Przybywa ośrodków naukowych i start-upów, które pracują nad rozwojem żywności hodowanej komórkowo. Pierwszy wyprodukowany w ten sposób sztuczny hamburger powstał w 2013 roku i od tego czasu tzw. mięso z in vitro robi medialną furorę. Efektem rolnictwa komórkowego mogą być też jednak inne produkty, jak np. jaja, mleko, a nawet owoce morza. Szacuje się, że za kilkanaście lat ta technologia będzie istotną metodą pozyskiwania białka zwierzęcego, przy zapewnieniu korzyści dla stanu środowiska i dobrostanu zwierząt. W tym celu konieczna jest jednak edukacja konsumentów i doprecyzowanie ram regulacyjnych dla rolnictwa komórkowego.

– Przy obecnym areale ziem uprawnych, technologiach uprawy i szalejących zmianach klimatycznych produkcja żywności będzie coraz bardziej utrudniona. Dlatego musimy sięgać po nowe technologie. One będą wchodziły stopniowo i podejrzewam, że to będzie pewna koegzystencja: część tradycyjnego rolnictwa zostanie zachowana, ale równolegle będzie rozwijać się całkiem nowa branża rolnictwa komórkowego i bezkomórkowego – mówi agencji Newseria Biznes Stanisław Łoboziak z Laboratorium Biologicznego Centrum Nauki Kopernik.

Według szacunków przytaczanych przez Organizację Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) w latach 2009–2050 światowa populacja zwiększy się sumarycznie o ponad 1/3 (czyli 2,3 mld ludzi) i w połowie tego stulecia będzie liczyć już 9,1 mld. Wyżywienie takiej populacji wymagałoby zwiększenia ogólnoświatowej produkcji żywności o 70 proc. Roczna produkcja zbóż musiałaby wzrosnąć o miliard ton, produkcja mięsa – o ponad 200 mln ton w porównaniu ze stanem obecnym. Tymczasem możliwości zwiększania są ograniczone, bo już w tej chwili konwencjonalna produkcja mięsa ma znaczący udział w emisji gazów cieplarnianych (ok. 18 proc.), użytkowaniu gruntów oraz w globalnym zużyciu energii i wody. Szacuje się, że do wyprodukowania 1 kg wołowiny potrzeba 15,4 tys. l wody.

Ponadto rolnictwo i hodowla zwierząt są bardzo podatne na skutki zmian klimatycznych i związane z nimi ekstremalne zjawiska pogodowe, takie jak upały, susze i powodzie. Dlatego w obliczu kryzysu ekologicznego i żywnościowego jako rozwiązanie często wskazuje się właśnie na rolnictwo komórkowe. Może ono zaspokoić rosnący popyt na żywność przy równoczesnym ograniczeniu zużycia zasobów naturalnych i mniejszym śladzie środowiskowym. 

– Rolnictwo komórkowe to po prostu hodowla komórek w specjalnych bioreaktorach, czyli takich zbiornikach, gdzie te komórki rosną, po czym uzyskuje się z nich produkty spożywcze. Najprostszym przykładem są oczywiście komórki bakteryjne, jak np. spirulina. To jest niezwykła bakteria, zielona, która zalicza się do tzw. superfoods, ponieważ zawiera bardzo dużo cennych składników mineralnych i odżywczych – wyjaśnia Stanisław Łoboziak. – W rolnictwie bezkomórkowym chodzi z kolei o to, żeby wyciągnąć z komórki to, czego potrzebujemy do produkcji białek, i na tym tylko się oprzeć. W ten sposób możemy produkować białko bez udziału żywej komórki.

Rolnictwo komórkowe polega na wytwarzaniu produktów pochodzenia zwierzęcego z hodowli komórkowych, przy użyciu technik bioinżynieryjnych, które w odróżnieniu od tradycyjnych hodowli nie degradują środowiska i nie powodują cierpienia zwierząt. W tym celu komórki najpierw pobiera się od zwierząt, wykonując bezbolesną biopsję. Następnie, w skrajnie sterylnych warunkach, podawane są im substancje odżywcze, które powodują ich namnażanie i różnicowanie. Dzięki temu przekształcają się w tkankę mięśniową, będącą głównym składnikiem mięsa.

Efektem całego tego procesu jest tzw. mięso z in vitro, które jest produkowane od kilku lat. Ma ono zbliżone właściwości sensoryczne i odżywcze jak tradycyjne mięso. Pierwszy wyprodukowany w ten sposób hamburger powstał w 2013 roku, ale za pomocą tej technologii można stworzyć też inne produkty, jak np. mleko, jaja, a nawet owoce morza. Ocenia się, że za kilka lub kilkanaście lat rolnictwo komórkowe może być już jedną z istotnych metod pozyskiwania białka zwierzęcego przez człowieka. 

– Jeżeli weźmiemy np. mleko i podzielimy je na składniki, zobaczymy, że są w nim różne rodzaje białka. Możemy je wyprodukować osobno. Dzięki temu mamy po prostu mleko bez krowy, ale proporcje składników są w nim takie same – mówi koordynator Laboratorium Biologicznego Centrum Nauki Kopernik.. – Niektórzy lubią różnicować białko roślinne i białko zwierzęce, ale znamy przypadki, kiedy w roślinach są produkowane białka ludzkie, a w komórkach zwierzęcych są produkowane białka roślinne. To jest wymienne, ponieważ mamy uniwersalny kod genetyczny i on jest czytany przez większość żywych komórek. Jeżeli fragment tego kodu, odpowiedzialny za instrukcję powstawania białka, wrzucimy do bakterii, drożdży czy do komórek zwierzęcych, to powstanie nam taki rodzaj, jaki nas interesuje.

W Centrum Nauki Kopernik w 2019 roku zespół Stanisława Łoboziaka wyhodował komórki kurczaka na liściu szpinaku. Do przygotowania wykorzystano celulozowy szkielet z liścia szpinaku, na którym umieszczono komórki mięśniowe kurczaka. Czas hodowli to około trzech tygodni.

Nad rozwojem żywności hodowanej komórkowo pracuje w tej chwili wiele ośrodków naukowych i start-upów. Tej technologii przyglądają się również wiodący producenci mięsa. Drogę do jej rozwoju szeroko otworzyła decyzja amerykańskiej Agencji ds. Żywności i Leków (FDA), która w 2018 roku zaproponowała ramy regulacyjne sprzyjające wprowadzaniu do obrotu żywności hodowanej komórkowo. Jednak rynek wciąż czeka jeszcze wiele wyzwań, wśród których do najważniejszych należy budowanie świadomości konsumentów i dalsze doprecyzowanie ram regulacyjnych dla rolnictwa komórkowego.

Polacy masowo korzystają z cyfrowych usług bankowych. 1/3 robi to znacznie częściej niż przed...

W Polsce popularność bankowości elektronicznej i mobilnej rośnie z każdym rokiem. Klienci coraz częściej rezygnują z wizyt w stacjonarnych oddziałach na rzecz dostępu do usług bankowych przez internet. – Ten proces cyfryzacji sektora bankowego znacznie przyspieszyła jeszcze pandemia COVID-19 – zauważa Krzysztof Krakowiak z Toyota Banku, który wprowadził właśnie możliwość składania wniosków produktowych całkowicie online.

– W ciągu ostatnich lat zachowania konsumentów ewoluowały. Polacy stali się bardziej cyfrowi i otwarci na nowoczesne rozwiązania oferowane przez banki. Chętnie korzystają z bankowości elektronicznej, chcą w krótkim czasie sformalizować i mieć dostęp do rachunku bankowego. Bardzo ważna jest przy tym łatwość i przejrzystość tego procesu, intuicyjność rozwiązań dostarczanych dla klienta – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Krakowiak, członek zarządu Toyota Bank Polska.

Z czerwcowych danych Związku Banków Polskich wynika, że Polacy mają już prawie 40 mln umów bankowości elektronicznej, a blisko 22 mln klientów przynajmniej raz w miesiącu korzysta z serwisów bankowości internetowej. Na przestrzeni ostatniego roku liczba klientów korzystających z tego kanału komunikacji z bankiem wzrosła o 9,4 proc. Jeszcze większy skok popularności zanotowała bankowość mobilna – w ciągu ostatniego roku liczba aktywnych użytkowników bankowych aplikacji mobilnych zwiększyła się o 20 proc. i sięga już 17,5 mln. To odzwierciedla wyraźny trend konsumencki zachodzący w ostatnich latach – Polacy w coraz większym stopniu rezygnują z wizyt w stacjonarnych oddziałach na rzecz dostępu do usług bankowych przez internet.

Digitalizacja przekształciła dotychczas analogowe zasoby w cyfrowe odpowiedniki. To pociąga za sobą również ciągły rozwój cyberbezpieczeństwa, wymaga nieustannego rozwoju świadomości użytkowników w zakresie potencjalnych zagrożeń – mówi Krzysztof Krakowiak. – Ten proces cyfryzacji sektora bankowego znacznie przyspieszyła jeszcze pandemia COVID-19.

W ubiegłorocznym badaniu Deloitte’a („Building on the digital banking momentum. How banks could influence customer channel preferences”) jedna trzecia respondentów wskazała, że korzysta z usług bankowości cyfrowej znacznie częściej niż przed pandemią.

Jak wskazuje, najprostszym przejawem cyfryzacji w bankowości jest w tej chwili właśnie możliwość założenia konta, otwarcia lokaty czy skorzystania z innych usług banku online. Wygoda tego procesu ma duże znaczenie dla klientów banków. Kierując się tym trendem, Toyota Bank Polska wprowadza właśnie możliwość składania wniosków produktowych online. Pierwszym produktem, który można założyć, nie ruszając się sprzed ekranu komputera, jest od czerwca br. Moto Konto.

– Jest to rachunek osobisty dedykowany dla kierowców aut wszystkich marek, ale ze szczególnymi korzyściami dla posiadaczy Toyoty lub Lexusa – mówi Krzysztof Krakowiak.

Posiadacze samochodów tych marek mogą m.in. korzystać ze zniżek na paliwa, a przy tym mniej płacić za prowadzenie rachunku. Do otwarcia konta potrzebne są komputer z kamerą, telefon i dowód osobisty, a wniosek składa się przez stronę internetową banku. Cały proces, jak podkreślają przedstawiciele TBP, jest intuicyjny i automatyczny. Klient nie musi czekać na kontakt ze strony banku w sprawie wniosku czy umawiać się z kurierem w celu dostarczania dokumentów.

Kolejnym produktem, który będzie można założyć w pełni online, jest też Indeksowane Konto Oszczędnościowe, cieszące się dużym zainteresowaniem. Jest to obecnie jedno z najlepiej oprocentowanych kont oszczędnościowych na rynku – mówi członek zarządu Toyota Bank Polska. – Proces obsługi jest przyjazny i bardzo prosty. Uwierzytelnianie klienta odbywa się poprzez weryfikację biometryczną, a podpisanie umowy – poprzez kod SMS na bezpiecznej platformie Autenti. Tuż po założeniu rachunku lub lokaty wszystkie podpisane cyfrowo dokumenty można pobrać na swoje urządzenie.

Digitalizacja usług bankowych ma nie tylko ułatwiać życie klientom, ale też przyspieszyć procedury. Istotnym aspektem pozostają przy tym jednak kwestie cyberbezpieczeństwa i ochrony danych.

– Wykorzystujemy w tym celu najnowsze technologie szyfrowania i gwarantujemy najwyższe standardy bezpieczeństwa wykorzystywane w instytucjach bankowych – podkreśla Krzysztof Krakowiak.

Jak pokazał raport „Digital Banking Maturity” z 2020 roku opracowany przez firmę doradczą Deloitte, polskie banki są bardzo konkurencyjne w rozwijaniu kanałów cyfrowych w segmencie detalicznym. W badaniu, które objęło 318 banków z 39 krajów, pod względem dostępnych funkcjonalności online instytucje w Polsce uplasowały się powyżej średniej i zajęły czwarte miejsce (za Turcją, Hiszpanią i Belgią). Ponadto spośród 13 polskich banków objętych badaniem pięć to cyfrowi liderzy, którzy znajdują się w gronie 10 proc. najbardziej dojrzałych cyfrowo banków na świecie.

Odejście od sprzedaży spalinowych aut jest możliwe jeszcze przed 2035 rokiem. Wyzwaniem jest dostosowanie...

Zgodnie z czerwcowymi decyzjami instytucji unijnych od 2035 roku nie będzie można w UE kupić nowego auta z napędem spalinowym. O tej decyzji mówiło się od kilku lat, więc koncerny samochodowe są na tę zmianę przygotowane. Co więcej, część z nich deklaruje, że już w 2030 roku będą sprzedawać wyłącznie auta elektryczne. – Wyzwaniem na ten moment wydaje się być to, żeby łańcuchy dostaw nadążyły za tymi zmianami, żebyśmy nie utracili wysoko płatnych miejsc pracy w sektorze automotive – mówi Krzysztof Burda, prezes zarządu Polskiej Izby Rozwoju Elektromobilności. Rozwój elektromobilności stwarza jednocześnie szanse na napływ nowych inwestycji do Polski.

Parlament Europejski przyjął przepisy zaostrzające redukcję emisji w obszarze pojazdów lekkich i na rok 2035 przypada nam ten czas, kiedy odejdziemy od sprzedaży nowych samochodów spalinowych. Jest to termin jak najbardziej realny, ponieważ nie jest nowy dla branży – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Burda. – Branża motoryzacyjna jest jednym z kluczowych interesariuszy, którzy brali udział we wszystkich negocjacjach, ponieważ to od nich zależy gotowość technologiczna, by w pełni wdrożyć zeroemisyjne, elektryczne auta.

Taka gotowość już jest. Z danych zebranych przez Transport & Environment wynika, że wiele koncernów deklaruje wcześniejszą realizację tych celów. Dla przykładu należące do Grupy BMW Mini i Rolls-Royce, Mercedes-Benz, marka Renault, wchodzące w skład grupy Stellantis Alfa Romeo i Opel, Lexus czy Volvo już w 2030 roku zamierzają sprzedawać wyłącznie auta z napędem elektrycznym. Fiat chce się stać w pełni elektryczną marką w Europie w ciągu pięciu kolejnych lat. 

– Wyzwaniem na ten moment wydaje się być, aby to łańcuchy dostaw nadążyły za tymi zmianami, dostosowały się do zmieniającego się rynku, a także żebyśmy nie utracili wysoko płatnych miejsc pracy w sektorze automotive, który w naszym kraju odpowiada za znaczną część PKB, a zatrudnia prawie 700 tys. osób – mówi prezes zarządu Polskiej Izby Rozwoju Elektromobilności.

Jak podkreśla, są branże, które mogą być zagrożone, np. producenci komponentów do silników spalinowych, układów wydechowych, których nie ma w pojazdach zeroemisyjnych. Zdaniem eksperta kolejne 13 lat to będzie czas na to, żeby mogli znaleźć swoje miejsce w łańcuchu dostaw dla elektromobilności. Z drugiej strony rozwój segmentu aut zeroemisyjnych może pobudzić nowe inwestycje i utworzyć tu nowe miejsca pracy.

W Polsce są zlokalizowane chociażby fabryki baterii, które już w tym momencie odpowiadają za zaspokojenie 30 proc. ogólnego zapotrzebowania w Europie. Za chwilę, kiedy zostaną zakończone procesy inwestycyjne, będziemy mieli w Polsce największą fabrykę baterii na świecie – mówi Krzysztof Burda. – Sektor baterii jest bardzo dobrym przykładem na to, że elektromobilność daje nowe, wysoko płatne miejsca pracy, w których potrzebujemy inżynierów, nowego wykształcenia. Pociąga to za sobą szereg zmian również w obszarze edukacji i dostosowania się do tych nowych zmian.  

Koreański koncern LG Energy Solution rozpoczął czwarty etap budowy fabryki baterii litowo-jonowych na terenie podwrocławskiej gminy Kobierzyce. Całkowita kwota nakładów przekroczy 3,1 mld euro, a zatrudnienie sięgnie nawet 10 tys. osób. Po zakończeniu tego etapu ma to być największa fabryka akumulatorów EV na świecie o możliwościach produkcyjnych na poziomie 100 GWh. Ma ona zaspokoić około 60 proc. obecnego zapotrzebowania na baterie do samochodów elektrycznych w Europie. Inwestycja LG Energy Solution przyciąga do Polski także kolejne koreańskie firmy z branży.

Coraz bardziej gotowi na zmianę na zeroemisyjną jazdę są także konsumenci, bo popyt na elektryki rośnie dynamicznie z każdym rokiem. PIRE podaje, że w ubiegłym roku co piąty samochód sprzedany w UE miał wtyczkę. Wraz z popularyzacją technologii cena takich aut będzie spadać, co dalej będzie napędzać zainteresowanie, problem w tym, że na razie zarówno auta spalinowe, jak i elektryczne drożeją.

W czasie wszelakich kryzysów, które dosięgają branżę automotive – mam na myśli pandemię COVID-19, zerwane łańcuchy dostaw, problemy ze stalą, półprzewodnikami – ciężko jest określić ten moment, kiedy ceny pojazdów spalinowych i elektrycznych się zrównają. Analitycy szacują, że będzie to 2025 rok, lecz prawdopodobnie niezależnie od rodzaju napędu samochody będą jednak droższe niż obecnie – podsumowuje prezes zarządu Polskiej Izby Rozwoju Elektromobilności.

W ciągu dwóch–trzech tygodni czeka nas wzrost liczby chorych na COVID-19, szczególnie objawowych. Nowe...

– Należy się spodziewać, że w Polsce w ciągu najbliższych dwóch–trzech tygodni wzrośnie liczba osób zakażonych, w szczególności objawowo – mówi dr Aneta Afelt z Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego UW. Sytuacja epidemiczna może się jeszcze zaostrzyć jesienią, kiedy odporność społeczna – nabyta dzięki szczepieniom lub przebyciu COVID-19 – zacznie się obniżać. To zaś może się przełożyć na wzrost liczby hospitalizacji i zgonów. – Natomiast można przypuszczać, że teraz sytuacja faktycznie jeszcze nie będzie dla nas aż tak groźna – mówi ekspertka. Jednocześnie przyznaje, że realna liczba zakażonych SARS-CoV-2 w Polsce jest w tej chwili trudna do oszacowania i może być nawet 20-krotnie wyższa niż oficjalne statystyki.

– Z pewnością nie można myśleć, że jesteśmy już w końcówce pandemii – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Aneta Afelt z Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego Uniwersytetu Warszawskiego, członkini Zespołu ds. COVID-19 przy Polskiej Akademii Nauk. – Jesteśmy dopiero na początku egzystencji tego wirusa w naszym społeczeństwie i z pewnością zostaniemy z nim na długo. A w tym dokładnie momencie, latem 2022 roku, jesteśmy w trakcie narastania fali zakażeń wirusem SARS-CoV-2, wariant omikron BA.4 i BA.5.

Statystyki Ministerstwa Zdrowia pokazują, że liczba zakażonych SARS-CoV-2 w Polsce sukcesywnie wzrasta. W poprzednim tygodniu – po raz pierwszy od ponad dwóch miesięcy – przekroczyła 1 tys. potwierdzonych przypadków w ciągu dnia. Z kolei średnia dzienna liczba nowych zakażeń, obliczana na podstawie danych z ostatnich siedmiu dni, w piątek 8 lipca przekroczyła 720, podczas gdy jeszcze 18 czerwca wynosiła 170.

Dziś bardzo trudno jest odpowiedzieć na pytanie, ilu faktycznie jest w Polsce zakażonych, bo nie mamy formalnego systemu monitoringu – mówi ekspertka. – Te dane, które publikuje Ministerstwo Zdrowia, są danymi bardzo mocno przybliżonymi. Mój kolega, dr Franciszek Rakowski [z Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego UW – red.], sugeruje, że liczba osób zakażonych może być nawet 20–25-krotnie wyższa i jestem gotowa się z tym zgodzić.

W Chinach, z powodu nowych ognisk koronawirusa SARS-CoV-2, już dziesiątki milionów osób są objęte lockdownem, a w dużych miastach ponownie wprowadzone są surowe restrykcje. Liczba zakażeń wywołanych przez bardzo zakaźne subwarianty omikronu BA.4 i BA.5 od tygodni rośnie też w Europie. Ta fala rozpoczęła się w Portugalii na przełomie maja i czerwca, ale teraz wzrost liczby chorych notują kolejne kraje Europy Zachodniej – Włochy, Niemcy (po ok. 90 tys. przypadków dziennie) czy Francja (ponad 120 tys. zakażeń). Coraz częściej mówi się o powrocie do noszenia maseczek.

Biorąc pod uwagę to, w jakiej sytuacji epidemicznej są kraje położone na zachód od Polski, u nas też należy się spodziewać przyrostu liczby osób zakażonych. My jesteśmy opóźnieni względem tych państw o około dwa–trzy tygodnie, więc u nas należy się spodziewać, że w ciągu najbliższych dwóch–trzech​ tygodni również wzrośnie liczba osób zakażonych, w szczególności zakażonych objawowo – prognozuje dr Aneta Afelt. – Ponieważ zgodnie z rytmem przebiegu łańcucha zakażeń mamy do czynienia z taką sytuacją, w której rozwój liczby osób zakażonych objawowo potrzebuje pewnej, dużej liczby osób zakażonych, a pamiętajmy o tym, że duża liczba osób ma przebieg bezobjawowy i one najczęściej nie są świadome tego, że są nosicielami i następnie roznosicielami tego wirusa.

Minister zdrowia Adam Niedzielski poinformował, że rosnąca liczba zakażeń w Polsce nie stanowi na razie ryzyka dla wydolności systemu opieki zdrowotnej. To może się jednak zmienić, jeżeli nastąpi radykalny wzrost nowych zachorowań, ponieważ – jak wskazuje dr Aneta Afelt – subwarianty omikron BA.4, BA.5 mają bardziej zjadliwy przebieg.

W tej chwili wszystkie dane, które napływają z krajów zachodnich, wskazują, że te dwa warianty powodują jednak dużo bardziej istotne skutki zdrowotne niż ten pierwotny wariant omikron – mówi członkini Zespołu ds. COVID-19 przy Polskiej Akademii Nauk. – W krajach takich jak Francja, Wielka Brytania czy Niemcy system jest gotowy do opieki nad pacjentami covidowymi, którzy ciężko przechodzą zakażenie, ale pojawiają się zgony. W tej chwili w Niemczech, w ciągu ostatnich czterech tygodni, było już ponad 190 zgonów wywołanych właśnie tym najnowszym wariantem omikron.

Jak podkreśla ekspertka, latem sytuacja nie powinna się zaostrzyć, ponieważ jesteśmy relatywnie „świeżo” po fali zakażeń z jesieni ub.r. oraz zimy i wiosny br., a także po dawce przypominającej. Mamy więc jeszcze zachowaną odporność populacyjną na świeże zachorowania. Z czasem jednak wyczerpuje się odporność nabyta dzięki szczepieniom lub przebyciu COVID-19.

– Patrząc na tegoroczną jesień, na odległość w czasie między zaszczepieniem albo naturalnym zakażeniem, coraz większa liczba osób będzie tracić odporność immunologiczną na kontakt z nowym wariantem wirusa. A pamiętajmy, że ten wariant BA.5 umyka naszemu systemowi immunologicznemu, co oznacza, że nasz organizm nie rozpoznaje w pierwszej kolejności ataku tego wirusa jako czegoś, co zna – mówi dr Aneta Afelt.

Jednocześnie ekspertka negatywnie ocenia decyzje Ministerstwa Zdrowia o tym, aby nie wprowadzać na razie środków zaradczych, np. w postaci przywrócenia obowiązku noszenia maseczek. Minister Adam Niedzielski zapowiedział, że nie ma na razie w planach żadnych restrykcji, dopóki liczba hospitalizacji nie przekroczy 5 tys. Obecnie w szpitalach jest kilkaset osób z COVID-19. Ministerstwo liczy bowiem, że dzięki szczepieniom i wysokiej odporności społecznej zwiększona liczba zachorowań nie przełoży się na masowe hospitalizacje i zgony.

– Nie są podejmowane kroki dotyczące przywrócenia biernej ochrony epidemiologicznej, a więc np. noszenia maseczek w miejscach takich jak transport publiczny, kina, restauracje i inne, gdzie jest duża gęstość osób – mówi członkini Zespołu ds. COVID-19 przy PAN. – Z punktu widzenia ochrony nas, obywateli, przed konsekwencją zakażeń jest to decyzja, która jest nieroztropna. Wariant omikron w każdej z form jest wariantem wysoce zakaźnym na poziomie zakaźności odry, a więc jest rekordowo łatwo przenaszalny. Nie wracamy do restrykcji dystansowania, wracamy do biur, jesteśmy w trakcie wakacji, bardzo chętnie Polacy ruszyli na wakacje zagraniczne, tymi destynacjami są kraje, w których w tej chwili jest duża liczba zachorowań, to oznacza, że wracając do Polski, możemy przyjechać zakażeni.

P. Gliński: Polski przemysł kreatywny wymaga większego wsparcia państwa. Mocny akcent na nowe technologie...

– Jeżeli chcemy, żeby obszar kultury cyfrowej nie był zbyt silnie skomercjalizowany i żeby rynek dyktował nam warunki i kryteria, to warto budować tę drugą nogę, czyli wsparcie mecenatu państwowego, samorządowego, prywatnego – mówi prof. Piotr Gliński, wicepremier, minister kultury i dziedzictwa narodowego. Takie wsparcie polskim firmom z sektora ma oferować m.in. Centrum Rozwoju Przemysłów Kreatywnych, nowa instytucja powołana do życia miesiąc temu przez resort kultury. To miejsce ma stawiać przede wszystkim na obecność nowych technologii i przedsiębiorczość w kulturze, łącząc tradycyjne dziedziny kultury i sztuki z tymi bardziej nowoczesnymi. Centrum w weekend zainicjowało swoją działalność.

 Centrum Rozwoju Przemysłów Kreatywnych to państwowa instytucja kultury, powołana w celu wsparcia rozwoju przemysłów kreatywnych – od gier komputerowych po design, modę, architekturę, teatr czy taniec, Główne kryteria, które definiują przemysły kreatywne, to są nowe technologie i przedsiębiorczość – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. Piotr Gliński. – Żeby przemysły kreatywne, kultura cyfrowa mogły się dobrze rozwijać, muszą jednak współpracować z wieloma innymi sektorami kultury. Muszą czerpać np. z doświadczeń tańca współczesnego czy kultury antycznej, teatru, literatury. To oczywiste, że najlepsze rzeczy wychodzą wtedy, kiedy twórczo, kreatywnie i mądrze coś się ze sobą łączy.

Nowa państwowa instytucja kultury – Centrum Rozwoju Przemysłów Kreatywnych – została powołana 1 czerwca br. zarządzeniem MKiDN. Ma się zajmować nie tylko twórczym, ale też biznesowym wymiarem działalności kulturalnej. Będzie miejscem integrującym tradycyjne obszary kultury z tymi nowoczesnymi.

Te obszary często się rozwijają spontanicznie, kreatywnie, więc tutaj trudno jest coś zaplanować poza tym, że zarówno polskie państwo ze szczebla centralnego, jak i samorządy muszą i powinny wspierać rozwój tych dziedzin. Niektóre z nich sobie doskonale radzą na rynku, ale nie wszystkie – podkreśla minister kultury i dziedzictwa narodowego.

– Liczba przedsiębiorstw, które już świadczą usługi w sektorach kreatywnych, to 125 tys. firm, które dodają 10 proc. wartości dodanej do polskiej gospodarki. Jednocześnie usługi z sektora kreatywnego to jest 1/5 polskiego eksportu, szalenie ważny element naszej polskiej gospodarki. To przykładowo są oczywiście gry wideo. Mamy już świetnych ambasadorów na świecie, jak chociażby grę Wiedźmin czy ostatnio wpisana do podstaw programowych gra This War of Mine – mówi Justyna Orłowska, pełnomocnik ministra edukacji i nauki ds. transformacji cyfrowej.

Jak podaje MKiDN, działalność nowej instytucji – której siedziba znajduje się przy ulicy Mińskiej na warszawskiej Pradze Południe – skoncentruje się wokół wykorzystania nowoczesnych technologii w kulturze, kulturowych gier wideo, rozszerzonej rzeczywistości, grafiki cyfrowej, reklamy, mody i wzornictwa, a także muzyki czy tańca.  

– Kiedy mówimy o sektorach kreatywnych, nie sposób nie mówić o nowoczesnych technologiach. Nieważne, o czym pomyślimy, czy o sztukach audiowizualnych, czy o grach wideo, to do każdej z tych dziedzin stosowane są nowoczesne technologie. Gry wideo to już także oczywiście gry w wirtualnej rzeczywistości, która bardzo dynamicznie się rozwija. Można przenosić się do różnych miejsc na świecie za pomocą gogli VR. Tutaj wyobraźnia jest jedyną granicą, którą mogą napotkać uczestnicy Centrum Rozwoju Przemysłów Kreatywnych. Tutaj będą powstawały na pewno takie technologie, które będą jeszcze bardziej przybliżały sztukę, wytwory kreatywne do każdego polskiego obywatela, a także obywateli na całym świecie – mówi Justyna Orłowska.

To centrum jest właśnie takim miejscem, gdzie ludzie, którzy mają pomysły, mogą z nimi przychodzić i tutaj je realizować. Będą tu m.in. różnego typu start-upy, organizacje pozarządowe, grupy teatralne, ale też miłośnicy gier komputerowych i nowoczesnych rozwiązań cyfrowych – wymienia prof. Piotr Gliński.

Jak podkreśla, mecenat państwowy i samorządowy jest konieczny, by przemysł kreatywny nie stał się zbyt skomercjalizowany. CRPK ma m.in. inicjować międzybranżową współpracę na rzecz rozwoju polskich przemysłów kreatywnych, a z drugiej strony – promować je na rynkach zagranicznych. To z kolei ma się przyczynić do wzrostu eksportu i uatrakcyjnienia polskiej marki za granicą.

– Mówimy także o finansowych programach, które będą jeszcze bardziej wspierały sektory kreatywne i sprawiały, że firmy będą dawały jeszcze większą wartość dla polskiej gospodarki – mówi Justyna Orłowska.

Centrum Rozwoju Przemysłów Kreatywnych zainaugurowało swoją działalność w miniony weekend. Pierwszą inicjatywą był największy postpandemiczny jam, czyli maraton dla twórców gier w Polsce (United with Ukraine Game Jam), który rozpoczął się w piątek wieczorem. Jego celem było stworzenie w ciągu 48 godzin projektów gier wideo nawiązujących do ukraińskiego dziedzictwa kulturowego. Z zadaniem tym mierzyło się 350 uczestników z całego świata – w formie stacjonarnej i online.

– To jest wyraz solidarności i wsparcia dla Ukrainy walczącej za wolny świat – mówi wicepremier. – W Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego pomagamy Ukrainie od samego początku wojny, a nawet i przed jej wybuchem. Wysyłamy bardzo wiele transportów z materiałami ochronnymi dla zabytków i dzieł sztuki, to jest budowa funduszu digitalizacyjnego kultury ukraińskiej, to są projekty przyjmowania artystów ukraińskich w Polsce, trzy orkiestry symfoniczne, jeden chór i zespół tańca ludowego. To są najważniejsze, najbardziej znane przykłady naszego wsparcia.

Metawersum coraz silniej oddziałuje na branżę gier. Ich twórcy widzą w tym wiele szans

Metawersum jest w tej chwili jednym z najważniejszych trendów kształtujących branżę gier, to już ważna część strategii wielu dużych firm technologicznych – wskazuje firma analityczna Newzoo. GWI zauważa z kolei, że w 2021 roku aż 84 proc. konsumentów na świecie grało na dowolnym urządzeniu, co oznacza, że w przyszłości koncepcja metawersum może przyciągnąć solidną bazę użytkowników. Jak na razie tylko 33 proc. zna i rozumie koncept tej przestrzeni, ale gamerzy i twórcy treści upatrują dużych korzyści z nią związanych.

 Za kilka lat gaming i metawersum mogą mieć bardzo wiele wspólnego. Już w tej chwili szukamy możliwości, sprawdzamy, co gamerzy mogą zyskać w związku z metawersum i Web 3.0, ale też w drugą stronę – czego społeczność gamingowa może nauczyć branże blockchainowe czy metawersowe, związane z wirtualną rzeczywistością. To są bardzo ciekawe korelacje, bo i jedni, i drudzy będą od siebie wiele wymagać. Gracze będą chcieli przede wszystkim tego, żeby wszystko, co powstaje w metawersum, cały ten ekosystem był zabawny i grywalny, żeby dawał nam wartości, które znamy z tradycyjnego gamingu i e-sportu – mówi agencji Newseria Biznes Joanna Marks z GamerHash.

Odkąd Mark Zuckerberg przedstawił projekt metawersum – koncepcję wirtualnego świata, stworzonego od podstaw, który ma funkcjonować równolegle z tym rzeczywistym – ten temat budzi coraz większe zainteresowanie. Metawersum jest określane jako kolejna ewolucja internetu albo Web.3.0. Jak wskazuje firma analityczna Newzoo, stał się już ważną częścią strategii wielu dużych firm technologicznych. Również związanych z gamingiem.

– W metawersum będzie mocno rozwijać się zjawisko play-to-earn i play-and-earn, czyli po prostu graj po to, żeby coś zyskać. I nie będą to wyłącznie natywne waluty powstających projektów gamingowych, ale i kryptowaluty. Zawodnicy, wykonując jakieś drobne zadania, sidequesty, równocześnie dobrze się bawiąc, będą mogli zarabiać pieniądze – mówi Joanna Marks.

Metawersum już w tej chwili jest jednym z najważniejszych trendów kształtujących branżę gier. Oprócz Mety (Facebooka) plany stworzenia autorskiego metawersum mają też m.in. Epic Games (pół roku temu firma zarejestrowała już nowy znak towarowy „Epic Games Megaverse”) oraz Microsoft, który przejął w tym celu spółkę Activision Blizzard, posiadającą katalog znanych gier jak Call of Duty i World of Warcraft.

Wirtualne światy rozwijają się równolegle, jest już kilka projektów metawersowych, które mają też swoje natywne waluty funkcjonujące wewnątrz ekosystemu. Więc żeby grać, zawodnik – czy też osoba niezwiązana z gamingiem, ale będąca pasjonatem takich rozwiązań – będzie musiała najprawdopodobniej posiadać walutę danego projektu, żeby się bawić, kupować NFT, rozwiązywać zadania. Z drugiej strony, jeżeli próg wejścia będzie o wiele niższy, to będziemy mogli w metawersum uzyskiwać wiele korzyści, np. w postaci walut tych ekosystemów. Przykładowo w Sandboksie posługujemy się SAND-ami – mówi ekspertka z GamerHash. – To jest coś, co  ciągle się rozwija, czego ciągle się uczymy, to jest proces. I to jest w sumie najbardziej ekscytujące.

Przeprowadzone w tym roku badanie firmy analitycznej GWI („The biggest 2022 trends”) pokazuje, że 51 proc. respondentów jest zainteresowanych zaangażowaniem się w metawersum, ale jednocześnie tylko 33 proc. zna i rozumie koncept tej przestrzeni. Największych korzyści związanych z tym konceptem upatrują natomiast gamerzy i twórcy treści. 43  proc. uważa, że dzięki tej koncepcji gaming stanie się popularniejszy, a 40 proc. – że rozwiną się gry społecznościowe, a 38 proc. – że stanie się przystępniejszy dla nowych grup odbiorców. Zdaniem 33 proc. metawersum stworzy też więcej możliwości finansowych dla graczy. Po 36 proc. respondentów odpowiedziało, że więcej będzie także możliwości dla niezależnych deweloperów gier oraz dla marek, które będą chciały zaangażować się w gaming.

GWI zauważa też, że w III kwartale 2021 roku w globalnej skali aż 84 proc. konsumentów grało w gry na dowolnym urządzeniu, co oznacza, że w przyszłości koncepcja metawersum może przyciągnąć solidną bazę użytkowników. I choć obecnie w gry VR gra tylko ok. 12 proc. konsumentów, to wzrost w tym segmencie jest błyskawiczny – w porównaniu z II kwartałem 2020 roku wyniósł 67 proc. Ta technologia zyskuje na popularności także poza segmentem gier, ponieważ coraz więcej firm eksperymentuje z VR jako alternatywą dla tradycyjnych połączeń konferencyjnych.

Możliwości, jakie dla różnych branż stwarza Web 3.0, były tematem jednego z Thursday Gathering, cyklicznego spotkania dla społeczności innowatorów. W każdy czwartek o godz. 17 Fundacja Venture Café Warsaw i jej partnerzy zapraszają do CIC w Varso przy ulicy Chmielnej 73 na debaty, warsztaty i rozmowy networkingowe w luźnej atmosferze. Spotkania te są bezpłatne i dostępne dla wszystkich zainteresowanych.

Coraz częstsze ataki na infrastrukturę krytyczną. Szczególnie wrażliwa jest na nie energetyka

Wojna w Ukrainie zwiększyła skalę cyberzagrożeń, jednak od wielu miesięcy systematycznie podejmowane są ataki na polską sieć. Wiele z nich jest kierowanych z Rosji, a szczególnie narażona jest na nie infrastruktura krytyczna, w tym m.in. energetyka. Ekspert Fundacji Bezpieczna Cyberprzestrzeń Robert Kośla wskazuje, że w Polsce operatorzy i zespoły reagowania na incydenty naruszenia cyberbezpieczeństwa już od lat śledzą i wyciągają wnioski z przeprowadzanych przez Rosję cyberataków. Obserwując metody ataków wymierzonych w ukraińską infrastrukturę, polscy operatorzy wdrażają najnowsze metody, które są odpowiedzią na zagrożenia ze strony Federacji Rosyjskiej.  

Jak wynika z raportu Microsoftu, analizującego cztery miesiące cyberwojny, która towarzyszy napaści Rosji na Ukrainę, firma odnotowała zmasowane ataki cybernetyczne skierowane przeciwko 48 różnym agencjom i firmom z Ukrainy. Ich celem było przejęcie setek komputerów i rozprzestrzenianie złośliwego oprogramowania. Analitycy podkreślają, że wprawdzie Rosja od lat atakuje Ukrainę i inne państwa w sieci (np. wirus NotPetya w 2017 roku), ale tegoroczne próby są bardziej wyrafinowane i na szerszą skalę.

– Ataki w cyberprzestrzeni nie zaczęły się z chwilą rozpoczęcia rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Te ataki trwały już od wielu lat, a ich celem była również infrastruktura krytyczna – mówi agencji Newseria Biznes Robert Kośla, członek Rady Fundacji Bezpieczna Cyberprzestrzeń, były dyrektor Departamentu Cyberbezpieczeństwa w KPRM.

Microsoft wskazuje, że wraz z tworzeniem się koalicji międzynarodowej z poparciem dla Ukrainy nasiliły się ataki Rosjan wymierzone w rządy państw sojuszniczych. Analitycy wykryli próby włamania do 128 organizacji w 42 krajach, również w Polsce (głównym celem ataków są Stany Zjednoczone). W 29 proc. przypadków były one skuteczne. Najczęściej atakowano agencje rządowe, firmy z sektora IT, organizacje krytycznej infrastruktury, która jest kluczowa dla ciągłości funkcjonowania państwa. Cyberatak na kolej, placówki medyczne, bankowe czy wodociągi może grozić dotkliwym w skutkach paraliżem, powodując ogromne straty gospodarcze i finansowe, a nawet ofiary w ludziach.

– Ataki w cyberprzestrzeni dotyczą również infrastruktury wykorzystywanej w sieciach przesyłowych i przez operatów systemów energetycznych. Najlepszym przykładem był ubiegłoroczny atak na Colonial Pipeline w Stanach Zjednoczonych. Atak ransomware, którego celem było wyłudzenie okupu za odzyskanie dostępu do systemu zarządzania siecią przesyłową, spowodował wówczas duże problemy z dostępem do paliw – mówi Robert Kośla.

O potężnym cyberataku na swoją infrastrukturę energetyczną w połowie kwietnia br. poinformowała też Ukraina. Sprawcy, posługujący się malware’em Industroyer2, chcieli wyłączyć część systemów tak, aby uniemożliwić wznowienie normalnego działania sieci energetycznej. Według ukraińskiego zespołu CERT-UA i współpracujących z nim ekspertów atak był bardzo wyrafinowany i Rosja najprawdopodobniej planowała go przez kilka tygodni. Gdyby się powiódł, pozbawiłby dostępu do energii elektrycznej nawet 2 mln ludzi. Według medialnych doniesień w kwietniu br. celem rosyjskich cyberataków padła również m.in. infrastruktura związana z energią odnawialną w Niemczech.

W Polsce sektor energetyczny podlega przepisom ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, której celem było m.in. wyznaczenie operatorów usług kluczowych, świadczących usługi bazujące na systemach teleinformatycznych. Tacy operatorzy są zobowiązani do szacowania ryzyka i przeprowadzania audytów sprawdzających, czy środki techniczne zastosowane w celu ochrony przed cyberatakami są wystarczające. Co więcej, operatorzy usług kluczowych mogą podłączać się do tzw. systemu S46, do którego dostęp mają również krajowe zespoły reagowania na incydenty bezpieczeństwa, analizujące aktualne zagrożenia w skali krajowej i globalnej i na bieżąco przekazujące rekomendacje dla operatorów usług kluczowych – mówi członek Rady Fundacji Bezpieczna Cyberprzestrzeń.

Ekspert podkreśla, że w Polsce operatorzy i zespoły reagowania na incydenty naruszenia cyberbezpieczeństwa już od lat śledzą i wyciągają wnioski z przeprowadzonych przez Rosję cyberataków. Taki jest też cel Centrów Wymiany i Analizy Informacji (ISAC) tworzonych dla poszczególnych branż. Do tej pory powstały m.in. ISAC-Kolej w sektorze kolejowym, ISAC-UKE dla telekomunikacji oraz ISAC-GIG dla branży węglowej.

Myślę, że dzięki temu nasi operatorzy są w stanie wdrażać nowe rozwiązania, które są odpowiedzią na zagrożenia hybrydowe i metody stosowane przez Federację Rosyjską, Chiny, Koreę Północną czy Iran w atakach na infrastrukturę krytyczną. O tych atakach jest szeroko mowa, zresztą zostały one objęte sankcjami unijnymi. Patrząc na unijną listę cybersankcji, widać rzeczywiście, jakie podmioty, z jakich państw tego typu ataki sponsorują bądź przeprowadzają – mówi członek Rady Fundacji Bezpieczna Cyberprzestrzeń.

Jak podkreśla, ochrona infrastruktury krytycznej, w tym energetyki, przed cyberatakami obejmuje cały zestaw środków. Nie wystarczą jednak same zabezpieczenia techniczne i najnowsze oprogramowanie. Niezbędne jest też ciągłe monitorowanie aktualnego stanu bezpieczeństwa, pozyskiwanie informacji o najnowszych zagrożeniach i śledzenie nowych metod ataków.

– Musimy również dysponować odpowiednio odporną architekturą, która nie powinna bazować jedynie na naszych własnych komponentach sprzętowych, które mamy w swojej serwerowni. W coraz większym stopniu – i to jest trend globalny – do obsługi sieci przemysłowych są wykorzystywane usługi w modelu chmurowym, który zapewnia większą skalowalność i większe bezpieczeństwo. Ponadto przy rozproszeniu geograficznym trudniej jest skutecznie zaatakować – czy to w cyberprzestrzeni, czy kinetycznie – niż jedną serwerownię, z której zarządzana jest cała sieć – wskazuje Robert Kośla.

Na to też wskazuje Microsoft w swoim raporcie „Defending Ukraine: Early Lessons from the Cyber War”. W ostatnich miesiącach Rosja kierowała swoje ataki na sieci komputerowe znajdujące się na miejscu. Ochrona zasobów oraz infrastruktury cyfrowej ukraińskich rządów i instytucji była możliwa dzięki temu, że szybko przeniesiono je do chmury publicznej i rozlokowano w centrach danych w całej Europie. Wśród innych elementów odpierania cyberataków eksperci wymieniają konieczność rozwijania technologii cyfrowych, sztucznej inteligencji i analizy danych, a także szeroką współpracę sektora publicznego i prywatnego, nie tylko w skali kraju, lecz również na poziomie międzynarodowym.

Rozwija się współpraca między polskimi i niemieckimi naukowcami. Wspólne badania dotyczą m.in. historii, fizyki,...

– Polska i Niemcy mają bardzo długie tradycje współpracy naukowej. Na wiele pytań badawczych odpowiedzi można znaleźć tylko wspólnie, w ramach współpracy dwu- lub wielostronnej – mówi prof. Katja Becker, prezeska Deutsche Forschungsgemeinschaft. Matematyka, informatyka, fizyka, chemia czy inżynieria materiałowa – to przykłady dziedzin, w których współpracują ze sobą polscy i niemieccy naukowcy. Tegoroczna nagroda Copernicus – przyznawana współpracującym ze sobą badaczom z Polski i z Niemiec przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej i DFG – trafiła do pary naukowców, którzy już od lat 90. prowadzą wspólne badania nad Holokaustem i świadectwami literackimi z getta żydowskiego w Łodzi (Ghetto Litzmannstadt) – drugiego największego getta w Polsce pod niemiecką okupacją. – Na przestrzeni lat spotykamy polsko-niemieckie zespoły, które współpracują ze sobą już od dziesiątek lat, opublikowały razem dziesiątki prac naukowych – mówi prof. Maciej Żylicz, prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

– Polska i Niemcy to dwa kraje europejskie, sąsiedzi mający długie tradycje ścisłej i owocnej współpracy. Ta współpraca opiera się na wspólnym finansowaniu projektów naukowych, różnego rodzaju umowach i wspólnych warsztatach. DFG ma także kilka instytucji partnerskich w Polsce i nieprzerwanie pracujemy nad dalszym rozwojem tych partnerstw, bo one mają ogromny potencjał. Tylko wspólnie, w ramach dwustronnej i wielostronnej współpracy, możemy znaleźć odpowiedzi na wiele pilnych pytań badawczych – mówi agencji Newseria Biznes prof. Katja Becker, prezeska Deutsche Forschungsgemeinschaft (DFG). – Myślę tu na przykład o kryzysie klimatycznym, utracie bioróżnorodności czy kurczących się zasobach; istnieje wiele naglących problemów badawczych. Ich rozwiązanie możliwe jest tylko w skali globalnej.

– Zrobiono kiedyś badania naukowe, jakie publikacje są najlepiej postrzegane przez innych naukowców. Okazuje się, że najlepiej są postrzegane publikacje zrobione we współpracy. To jest pewna rękojmia realności tego, co się publikuje, oraz tego, że wiele laboratoriów próbowało i dochodziło do tego samego wniosku – mówi prof. Maciej Żylicz, prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

DFG jest w Niemczech główną organizacją finansującą badania naukowe. Dysponując budżetem przekraczającym 3 mld euro rocznie, wspiera wszystkie dziedziny nauk ścisłych i humanistycznych. Od prawie 20 lat zacieśnia też współpracę z Fundacją na rzecz Nauki Polskiej (FNP), będącą największym pozabudżetowym źródłem finansowania polskiej nauki.

– Współpraca polsko-niemiecka rozwija się bardzo dobrze dlatego, że jest budowana od dołu. Są naukowcy, którzy chcą ze sobą współpracować, a my tylko dostarczamy im pieniędzy i możliwości – mówi prof. Maciej Żylicz.

Jak wskazuje, współpraca między polskimi i niemieckimi naukowcami rozwija się najefektywniej w obszarach takich jak matematyka, informatyka, fizyka, chemia czy inżynieria materiałowa. Między innymi  kooperacje w tych obszarach są nagradzane specjalną nagrodą naukową Copernicus.

– Dla mnie jest to bardzo szczególne wyróżnienie. Również przy tej okazji możemy mówić o długich tradycjach. Nagroda przyznawana jest parom uczonych z Polski i Niemiec i można ją otrzymać w każdej dziedzinie nauki, więc cechuje się dużą otwartością. Nagradzamy najlepszych uczonych i mamy nadzieję, że dzięki tej nagrodzie będziemy w stanie inspirować kolejnych do wspólnej pracy – mówi prof. Katja Becker.

Nagroda Copernicus jest przyznawana przez DFG i FNP od 2006 roku. Może ją otrzymać para współpracujących ze sobą naukowców z Polski i Niemiec. Laureaci są wyłaniani w drodze konkursu przez jury złożone z uczonych reprezentujących polskie i niemieckie środowisko naukowe. Z wyróżnieniem, które ma na celu promowanie wspólnych osiągnięć, wiąże się też nagroda finansowa w wysokości 200 tys. euro, która jest przyznawana w równych częściach przez obie organizacje. Każdy z laureatów otrzymuje połowę kwoty i może ją wykorzystać na dalsze badania naukowe.

– W ciągu prawie 20 lat zaobserwowaliśmy, że są polsko-niemieckie zespoły, które współpracują ze sobą już od dziesiątek lat, opublikowały razem dziesiątki prac naukowych – mówi prof. Maciej Żylicz.

Laureatami tegorocznej nagrody Copernicus są prof. Krystyna Radziszewska z Uniwersytetu Łódzkiego oraz prof. Sascha Feuchert, dyrektor Zakładu Literatury Holokaustu na Uniwersytecie w Giessen. Oboje od lat 90. prowadzą wspólne badania nad Holokaustem i świadectwami literackimi z getta żydowskiego w Łodzi (Ghetto Litzmannstadt).

– Getto łódzkie zawsze było w cieniu getta warszawskiego, jest mniej znane. Tymczasem jego dokumentacja jest ogromna, to są miliony dokumentów uratowane w 1944 roku po likwidacji getta. My próbujemy wydobyć je z niepamięci. Tym bardziej że byli w nim też dziennikarze, pisarze deportowani z Europy Zachodniej,  Niemiec, którzy pisali eseje, reportaże i opowiadania. Chcemy to udostępnić innym osobom, a ponieważ robimy to i po niemiecku, i po polsku, może to dotrzeć do szerszej rzeszy czytelników – mówi prof. Krystyna Radziszewska.

– Te teksty napisali ludzie, którzy mieli świadomość, że zostaną zamordowani. Mieli coś do powiedzenia o historii łódzkiego getta. Napisali je dla nas, czytelników z przyszłości. Dlatego mamy obowiązek sprawić, by były one dostępne dla szerszej grupy odbiorców – dodaje prof. Sascha Feuchert.

Uroczystość wręczenia tegorocznej nagrody Copernicus odbyła się 9 czerwca w Warszawie, w Łazienkach Królewskich. Nagroda została wręczona zarówno laureatom edycji 2022, jak i zdobywcom nagrody w edycji 2020: prof. Stefanowi Dziembowskiemu z Uniwersytetu Warszawskiego i prof. Sebastianowi Faustowi z Politechniki w Darmstadt, którzy nie mogli jej odebrać wcześniej osobiście ze względu na pandemię.

– To jest zupełnie inna para naukowców i zupełnie inna dziedzina – kryptologia, która pokazuje nam, w jaki sposób przesyłać bezpiecznie informacje z jednego komputera do drugiego, w jaki sposób sprawdzić, że jesteśmy przez kogoś podglądani. To są rzeczy, które na co dzień mogą się każdemu z nas zdarzyć. Bardzo się cieszę, że matematycy i informatycy przygotowują teoretyczne podstawy nowej nauki – mówi prof. Maciej Żylicz.

Sektor ochrony zdrowia zatruwa środowisko bardziej niż lotnictwo czy przemysł stoczniowy. Szpitale potrzebują planu...

Co piąty szpital w Polsce ma ponad 70 lat i nie jest energooszczędny. Stan tych budynków ma znaczenie nie tylko dla zdrowia pacjentów, lecz również kondycji środowiska naturalnego. Poza dużym zużyciem energii obciążeniem jest również łańcuch dostaw dla szpitalnej gastronomii czy brak odpowiedniej gospodarki odpadami medycznymi. Transformacja w tym zakresie jest konieczna, ponieważ sektor opieki zdrowotnej obciąża środowisko i klimat nawet bardziej niż lotnictwo czy przemysł stoczniowy – pokazuje nowy raport „Zielone szpitale”, opracowany przez UN Global Compact Network Poland we współpracy z firmą Philips i zaprezentowany podczas Światowego Forum Miejskiego ONZ w Katowicach. W Polsce takim statusem mogą się pochwalić zaledwie dwie placówki.

– Gdybyśmy skumulowali wszystkie szpitale w jednym miejscu i stworzyli z nich hospital state, nowe państwo, to byłoby ono na piątej pozycji pod względem globalnych emisji gazów cieplarnianych do atmosfery – mówi agencji Newseria Biznes Kamil Wyszkowski, dyrektor wykonawczy UN Global Compact w Polsce.

Największym źródłem emisji klimatycznych w służbie zdrowia jest spalanie paliw kopalnych – węgla, ropy i gazu. W sumie opieka zdrowotna odpowiada za 4,4 proc. globalnych emisji CO2. Aż 71 proc. całkowitych emisji gazów cieplarnianych sektora zdrowotnego pochodzi zaś z łańcucha dostaw, czyli np. produkcji i transportu leków, urządzeń medycznych czy jedzenia i wyposażenia dla szpitali.

– Sektor ochrony zdrowia jest w tym momencie bardziej obciążający dla środowiska niż sektor lotniczy albo stoczniowy – wskazuje Michał Grzybowski, prezes Philips Polska.

Co ciekawe, wzrost emisji gazów cieplarnianych w opiece zdrowotnej można by obniżyć o 70 proc., gdyby kraje będące sygnatariuszami porozumienia paryskiego realizowały zawarte w nim zobowiązania. Tak się jednak nie dzieje, a na dodatek tylko 0,3 proc. całkowitych funduszy przeznaczanych na walkę ze zmianami klimatycznymi jest przeznaczanych na transformację systemu opieki zdrowotnej – wynika z nowego raportu „Zielone szpitale”, opracowanego przez UN Global Compact Network Poland we współpracy z firmą Philips.

– Ochrona zdrowia i ochrona planety przed zmianą klimatu to są dwa bardzo silnie powiązane zagadnienia. W tym roku Organizacja Narodów Zjednoczonych uznała prawo do czystego środowiska za prawo człowieka. W tle mamy 9 mln przedwczesnych zgonów na świecie z powodu niskiej jakości powietrza, wody, a w konsekwencji braku dostępu do odpowiedniej opieki medycznej. W Europie to jest pół miliona ludzi, Polska na tej mapie też jest przecież obecna. Sama niska jakość powietrza w naszym kraju zabija co roku nie mniej niż 45 tys. osób – mówi Kamil Wyszkowski.

Autorzy raportu wskazują, że zielona transformacja powinna się rozpocząć od szpitali: poprawy ich efektywności energetycznej, zmiany podejścia do projektowania i budowy, a także cyfryzacji i modyfikacji łańcuchów dostaw dla szpitali tak, aby były bardziej zrównoważone.

– Budynki szpitalne są bardzo silnie energochłonne i dość stare. W Polsce co piąty szpital ma ponad 70 lat, te budynki absolutnie nie są definiowane jako energooszczędne – mówi Kamil Wyszkowski. – Musimy zadbać o to, żeby sieć szpitali i poszczególne budynki były lepiej zarządzane, jak najlepiej doposażone w infrastrukturę, jak najlepiej zbudowane – chociażby po to, żeby uniknąć np. syndromu chorego budynku, który wręcz pogarsza stan zdrowia przebywających w nim osób. Kluczowa jest też dbałość o oświetlenie i hałas, żeby nie był doskwierający, zwłaszcza jeśli chodzi o budynki szpitalne, które są umiejscowione w centrach miast. Wreszcie kwestia wentylacji i innych problemów z niewłaściwą cyrkulacją powietrza, co w kontekście osób chorych ma potężne znaczenie.

Dyrektor polskiego oddziału UN Global Compact wskazuje, że aby zredukować wpływ szpitali i sektora opieki zdrowotnej na środowisko, trzeba podejść do tego kompleksowo, uwzględniając cały łańcuch wartości. A kompleksowe spojrzenie na zielone szpitale powinno uwzględniać też m.in. ich lokalizację i otoczenie.

– Budynki szpitalne generalnie potrzebują zazielenienia. Jeżeli mamy budynek w centrum miasta, spokojnie można go pokryć ścianą zieleni, co sprzyja też energooszczędności, bo taka zielona ściana odbija promienie słoneczne i schładza budynek – wymienia ekspert. – Tak samo warto zadbać też o zieleń wewnątrz budynku.

Raport „Zielone szpitale” pokazuje, że w Polsce coraz więcej placówek inwestuje w pompy ciepła, modernizację węzłów cieplnych i centrale wentylacyjne wyposażone w chłodnice, a także wymienia stolarkę okienną. W ciągu ostatnich ośmiu lat w niektórych szpitalach zużycie energii cieplnej zostało zredukowane nawet o 50 proc., generując oszczędności emisji CO2 na poziomie 1 tys. t rocznie. Dodatkowym plusem jest to, że zastosowanie wszystkich tych rozwiązań zmniejsza również koszt utrzymania szpitala.

– Z dwóch kotłowni węglowo-koksowych zmieniliśmy zasilanie na kotłownię gazową, a dodatkowym źródłem jest olej opałowy. Efektem tej zmiany jest zarówno redukcja emisji, jak i oszczędności. Z kwoty około 500 tys. zł w skali roku, bo tyle wcześniej kosztowało nas utrzymanie kotłowni, zeszliśmy do 110 tys. zł – mówi dr Sławomir Wysocki, dyrektor Wojewódzkiego Specjalistycznego ZZOZ Chorób Płuc i Gruźlicy w Wolicy, jednego z dwóch zielonych szpitali w Polsce. – Emisja dwutlenku węgla została zmniejszona o 730 t, dwutlenku siarki – o ok. 5,4 t. W przypadku tlenku węgla to jest ponad 30 t, ponad 5 kg benzopirenu i 3,6 t pyłów zawiesiny. Jedna kotłownia w małym szpitalu, a taki efekt.

Jak podkreśla, wiele proekologicznych inicjatyw w szpitalu nie wymaga dużych inwestycji, a może przynieść wymierne korzyści ekonomiczne, nie mówiąc już o korzyściach dla zdrowia pacjentów i pracowników. A aspekt kosztów jest dziś kluczowy dla dyrektorów szpitali.

Kolejnym obszarem potencjalnych zmian, które mogłyby wpłynąć na poprawę sytuacji w ochronie zdrowia, jest transformacja technologiczna, np. w zakresie elektronicznego obiegu dokumentów, zarządzania energią czy komunikacji z pacjentami.

– Poprawa środowiska przez technologię zaczyna się już na etapie projektowania sprzętu medycznego. Sam ekodesign determinuje w 70-80 proc. to, w jaki sposób będzie wyglądał cykl życia danego sprzętu, z jakich będzie się składał materiałów, jaka będzie jego architektura, mówimy tu o wielu składowych, m.in.: łatwości czyszczenia, modułowości, długości życia, łatwości serwisowania czy odzyskiwania materiałów z tego sprzętu po to, aby przejść z takiego modelu, w którym sprzęt został wyprodukowany, zużyty i poszedł do utylizacji w stronę modelu gospodarki w obiegu zamkniętym. Czyli sprzęt powstał, jest używany, a następnie jest recyklingowany, odnawiany po to, aby przedłużyć cykl jego życia i reutylizować te zasoby, które zostały pozyskane do jego wytworzenia – mówi Michał Grzybowski, prezes Philips Polska.

Jak podkreśla, w strategii Philipsa zapisany jest cel, by do 2025 roku 50 proc. wytwarzanego sprzętu powstawało właśnie w obiegu zamkniętym.

Premiera raportu UN Global Compact Network Poland miała miejsce 28 czerwca podczas 11. Światowego Forum Miejskiego ONZ (World Urban Forum), które odbyło się w Katowicach.

Stay connected

20,831FaniLubię
2,506ObserwującyObserwuj
0SubskrybującySubskrybuj
- Advertisement -

Latest article

Liczba aniołów biznesu rośnie, ale wciąż jest ich za mało. 40 proc. z nich...

Polski rynek aniołów biznesu wciąż jest wielokrotnie mniejszy od tych z Europy Zachodniej, o Stanach Zjednoczonych nie wspominając, i stosunkowo młody. Jednak zainteresowanie tą formą pomnażania kapitału i dzielenia się doświadczeniem szybko rośnie. Największa obawa osób, które chcą dołączyć do grupy aniołów biznesu, dotyczy tego, czy będą umiały realistycznie ocenić szanse danego przedsięwzięcia. Platforma Polish Angels ma ułatwić przepływ know-how i finansowania między doświadczonymi inwestorami i pomysłodawcami start-upów.

 Aniołów biznesu jest w Polsce nadal poniżej tysiąca, ale uważamy, że to będzie się rozwijało i dojdziemy dość szybko do poziomu rynków zachodnich, rozwiniętych. Obserwujemy, że z jednej strony ten segment bardzo szybko się profesjonalizuje. Z drugiej strony widzimy bardzo duże zainteresowanie tą formą pracy ze start-upami na rynku. Coraz więcej nowych osób się zgłasza – mówi agencji informacyjnej Newsera Biznes Robert Ługowski, partner zarządzający Cobin Angels, 

Z raportu Cobin Angels „Jak inwestują najlepsi aniołowie biznesu w Polsce? Polski rynek inwestycji anielskich w 2021 roku” wynika, że jest on w Polsce wciąż na bardzo wczesnym etapie rozwoju. Aż 40 proc. badanych aniołów biznesu inwestuje zaledwie od trzech lat lub krócej, a ponad połowa aniołów biznesu (53 proc.) dokonało od jednej do sześciu inwestycji podczas całej swojej aktywności. Tylko 15 proc. aniołów biznesu to osoby doświadczone, które rozpoczęły alokowanie swoich środków 10 lat temu lub więcej.

Zdecydowana większość (73 proc.) na przestrzeni całej swojej aktywności „anielskiej” nie zrealizowała do tej pory jeszcze żadnego wyjścia z inwestycji, a 17 proc. dokonało pomiędzy jednym a trzema sprzedażami udziałów, co także jest dowodem na wczesny etap rozwoju rynku.

– Widzimy, że jedną z głównych barier dla osób, które chcą inwestować w start-upy, jest brak wiedzy, jak funkcjonuje ten segment, i jak skutecznie inwestować, czyli jak wybierać te najlepsze spółki, najbardziej perspektywiczne, przy możliwie niskim ryzyku – wyjaśnia Robert Ługowski. – Dlatego, aby rozwijać ten sektor w Polsce, zaproponowaliśmy platformę edukacyjną Polish Angels, której celem jest dostarczanie tej wiedzy. Tam są kursy online, ale przede wszystkim też wymiana doświadczeń pomiędzy aktywnymi aniołami biznesu. Wierzymy, że będzie to propozycja dla rynku, która spowoduje, że wiele osób będzie mogło na niego łatwiej wejść. Dzięki temu cały rynek szybciej urośnie i szybciej się sprofesjonalizuje.

Statystyczne anioły biznesu to osoby, które osiągnęły już pewien etap rozwoju zawodowego. Często są to menedżerowie średniego lub wyższego szczebla, ze średnich i większych firm bądź z międzynarodowych korporacji. Kolejną grupą są aktywni przedsiębiorcy, a jeszcze inną tacy, którzy sprzedali już swoje biznesy i skupiają się na wspieraniu młodych spółek technologicznych. Kwoty inwestycji mogą się zaczynać już od 50–100 tys. zł, często też zdarza się, że kilku inwestorów łączy siły i wspiera tę samą spółkę.

Średni roczny budżet inwestycyjny aniołów biznesu wynosi dla 63 proc. badanych do 450 tys. zł. Trzech na pięciu inwestorów od początku swojej działalności jako aniołowie biznesu nie przekroczyło kwoty 1,35 mln zł łącznych inwestycji.

 Start-up od aniołów biznesu otrzymuje oprócz środków finansowych bardzo dużo wsparcia i bardzo często rośnie znacznie szybciej, niż założyciele, osoby zarządzające, są w stanie budować swoją wiedzę. Połączenie z grupą doświadczonych osób pozwala im szybko transferować te doświadczenia, wiedzę, kontakty i po prostu przyspiesza rozwój ­– wyjaśnia partner zarządzający Cobin Angels. ­– Z kolei anioły biznesu oczywiście oczekują korzystnego zwrotu ze swoich inwestycji. Zwrotów nie mierzymy w procentach, tylko w wielokrotności pomnożonego kapitału. Przykładowo aniołowie, którzy zainwestowali w największy polski sukces, czyli w DocPlannera, liczą dzisiaj swoje zyski jako blisko dwustukrotne zwiększenie kwoty, którą zaangażowali na początku.

Istnieje niewielka grupa – ok. 10 proc. – doświadczonych inwestorów, którzy przeznaczyli na inwestycje w start-upy już po ponad 9 mln zł. To Super Angels, wśród których znajdują się m.in. Rafał Brzoska, Wiktor Namysł, Marian Owerko, Robert Lewandowski czy Tomasz Domogała.

Jednocześnie wielu aniołów biznesu podkreśla, że działalność ta jest dla nich formą inspiracji, spełnienia się, przejścia do kolejnego etapu rozwoju kariery i innowacyjności, przekazywania zdobytej wiedzy kolejnemu pokoleniu przedsiębiorców. Z kolei osobom pracującym na etacie w firmach oferuje to okazję do pokazania swojej innowacyjności lub może być sposobem na wyjście z etatu i dołączenie do takiego start-upu jako współwłaściciel.

Europejski czy amerykański rynek aniołów biznesu oczywiście jest znacznie bardziej dojrzały i liczniejszy niż w Polsce. W Stanach Zjednoczonych aniołów biznesu jest dwieście kilkadziesiąt do 300 tys. osób, w krajach Europy Zachodniej kilkanaście do 20–30 tys. per kraj – informuje Robert Ługowski. – W Polsce mamy ich poniżej tysiąca, więc widzimy tutaj jeszcze bardzo dużą przestrzeń do rozwoju. Uważamy, że powinno być co najmniej kilka tysięcy, powiedzmy 5–6 tys. aniołów biznesu w Polsce. Oczywiście również chodzi o to, żeby aniołowie biznesu działali coraz bardziej profesjonalnie i żeby ich aktywność rosła, a wraz z nią również liczba inwestycji.

Technologia coraz szybciej przeobraża rynek pracy. Staje się kluczowa nie tylko dla rozwoju kariery,...

Technologia już dziś jest częścią codziennego życia zawodowego dużej grupy pracowników, a w przyszłości jej udział będzie rósł. 65 proc. Polaków uważa, że kompetencje cyfrowe będą odgrywać coraz ważniejszą rolę na rynku pracy, a 60 proc. ocenia, że osobom biegłym w nowych technologiach będzie łatwiej o podwyżki i awanse – wynika z badań przeprowadzonych przez Grupę Pracuj. Cyfryzacja i zmiana modelu pracy na zdalny lub hybrydowy staje się także stałym elementem wellbeingu pracowniczego. Do korzystania z dobrodziejstw tej sytuacji skłonne są przede wszystkim młode osoby, które szukają pracy elastycznej, dopasowanej do ich stylu życia.

– Technologia diametralnie zmieniła rynek pracy i zmienia go dalej. Na pewno zamknięcie nas w domach, z komputerem, na czas pandemii COVID-19, spotykanie się poprzez ekrany bardzo mocno przyspieszyło ten rozwój – mówi agencji Newseria Biznes Małgorzata Ohme, psycholożka, dziennikarka, współtwórczyni aplikacji Mindgram.

W 2020 roku, wraz z wybuchem pandemii COVID-19, zaczęła się największa od czasów II wojny światowej transformacja umiejętności pożądanych na rynku pracy – pokazuje raport Manpower Group („Niedobór talentów”). W obliczu przyspieszającej rewolucji technologicznej firmy szukają pracowników dysponujących zarówno kompetencjami miękkimi, jak i zaawansowanymi umiejętnościami cyfrowymi. W tej kwestii Polacy są optymistami: z ubiegłorocznego raportu Pracuj.pl („Cyfrowa ewolucja kariery”) wynika, że 67 proc. pozytywnie ocenia swoją biegłość w korzystaniu z technologii w życiu zawodowym. Jednocześnie siedmiu na dziesięciu Polaków ogólnie pozytywnie ocenia wpływ rozwoju technologii na rynek pracy w ostatnich latach.

 Technologia to coś bardzo wspierającego, otwiera bardzo szerokie możliwości, np. to, że możemy dzisiaj pracować z każdego miejsca, sięgać po specjalistów z najdalszego zakątka świata, nie musimy się kierować dostępnością fizyczną – wymienia Małgorzata Ohme.

Big data, uczenie maszynowe, rozwiązania chmurowe, automatyzacja procesów, AI i postępująca robotyzacja w coraz większym stopniu wspierają biznes, a w kolejnych latach będą mieć też rosnące przełożenie na to, w jaki sposób pracownicy wykonują swoje obowiązki zawodowe. Już dziś dzięki rozwiązaniom chmurowym i mobilnym zespoły w firmach mają możliwość szybkiej i łatwej komunikacji. Pracownicy są też świadomi konieczności ciągłości podnoszenia swoich kompetencji cyfrowych: w badaniu Pracuj.pl 44 proc. Polaków oceniło, że w przyszłości zbyt niski ich poziom może być dla nich przeszkodą w szukaniu nowej pracy. Co istotne, większość (73 proc.) uważa też, że to pracodawcy powinni wspierać pracowników w nabywaniu nowych kompetencji cyfrowych.

Jak wynika z badań Manpower Group, średnio co trzecie przedsiębiorstwo w Polsce docelowo planuje połączenie pracy zdalnej z wykonywaniem zadań w siedzibie firmy. Natomiast wśród pracowników 43 proc. uważa, że jesteśmy świadkami końca ery, w której praca na etat była wykonywana w sztywnych ramach czasowych od godziny 9 do 17.

Są różne badania, które mówią o tym, czy efektywność pracowników się poprawiła, czy pogorszyła. Dużo się mówi o rosnącym wskaźniku wypalenia zawodowego. Często wiąże się go z tym, że byliśmy cały czas w formie zdalnej – mówi współtwórczyni aplikacji Mindgram.

Wśród innych minusów pracy zdalnej wymieniane są m.in. obniżenie efektywności komunikacji spowodowane brakiem spotkań twarzą w twarz, utracone więzi z kolegami z pracy. Z drugiej strony pozwoliła się ona pokazać pracownikom od bardziej spontanicznej, ale też bardziej domowej strony, nauczyła ich elastyczności, nieprzewidywalności i dystansu.

Jak podkreśla ekspertka, praca zdalna, która była pewnego rodzaju przymusem na początku pandemii, teraz stała się pożądaną opcją. Nie jest jednak powiedziane, że jest to rozwiązanie korzystne dla wszystkich.

– Najważniejsze jest to, żeby człowiek miał wybór. Czasem nam się wydaje, że w pracy zdalnej byłoby nam lepiej, ale potem okazuje się, że nie jesteśmy zbyt dobrze zorganizowani. Natomiast jeśli weźmiemy pod uwagę swoje zasoby i możliwości, może się okazać, że będziemy bardziej efektywni na Bali niż w Warszawie w WeWorku albo na odwrót. Trzeba mierzyć siły na zamiary. Ilu ludzi, tyle modeli pracy. I cudownie byłoby, żeby każdy miał możliwość wyboru – podkreśla Małgorzata Ohme.

Trend pracy zdalnej i rozwoju cyfryzacji jest dziś bardzo widoczny zwłaszcza wśród młodego pokolenia, które szuka elastycznych, dopasowanych do swojego stylu życia form zatrudnienia.

– To oni dzisiaj na rozmowach rekrutacyjnych pytają, czy mogą pracować z dowolnego miejsca – mówi psycholożka. – Uważam, że mają prawo o to pytać i ci, którzy są dobrymi ekspertami, mają prawo wymagać, żeby pracować w takich warunkach, które sprzyjają ich efektywności. Te warunki każdy sam powinien wobec siebie określić.

W raporcie Manpower Group eksperci wskazują, że w dobie dynamicznych zmian na rynku pracy pewne jest tylko jedno: pandemiczny kryzys powinien przygotować społeczeństwo na pracę przyszłości, która według prognoz będzie zdecydowanie bardziej elastyczna, różnorodna i nastawiona na dbanie o dobre samopoczucie pracowników.

– Technologia otworzyła nam cały obszar dbania o swój własny dobrostan. Jeszcze kilka lat temu nie mówiło się o tym, że powinniśmy wspierać pracowników, jeśli chodzi o ich wellbeing czy mental health. Wśród benefitów nie było opieki psychologicznej czy możliwości rozwoju. Dzisiaj, dzięki nowym technologiom, mamy platformy takie jak np. Mindgram, które zapewniają dostęp do najlepszych specjalistów, do webinarów, szkoleń, audioteki, podcastów, do różnych form prorozwojowych i samopomocowych – mówi Małgorzata Ohme.

O możliwościach, jakie technologia stwarza na rynku pracy, eksperci debatowali podczas jednego z ostatnich spotkań w ramach Thursday Gathering. To cykliczne eventy organizowane przez Fundację Venture Café Warsaw, które do Varso przy ulicy Chmielnej przyciągają szerokie grono ekspertów, firm, start-upów, inwestorów i naukowców.

Polityka Europejskiego Zielonego Ładu może się przyczynić do wzrostu zainteresowania kompostowaniem. Zachętą będą obniżki...

Udział kompostowania w procesie przetwarzania odpadów komunalnych wzrósł w Polsce w ostatnim roku do ponad 13 proc. Założenia Europejskiego Zielonego Ładu, zmierzające do ograniczenia zużycia nawozów i pestycydów, mogą wkrótce zwiększyć zainteresowanie kompostowaniem. Rośliny uprawiane w ziemi zasilanej kompostem są lepiej odżywione i odporniejsze na choroby, szkodniki czy zmiany temperatur. Tworzenie z odpadów kuchennych kompostu jest też dobrym sposobem na ograniczenie marnowania żywności. Zachęty ekonomiczne, takie jak obniżki opłat za odbiór śmieci, mogą być argumentem dla osób inwestujących w kompostowniki.

Kompostowanie w Polsce staje się coraz bardziej popularną metodą zagospodarowania różnego typu odpadów biodegradowalnych. Wpisuje się to w ogólną politykę Unii Europejskiej dotyczącą biogospodarki, czyli wykorzystywania wszystkich źródeł składników pokarmowych, ale również zabezpieczania energetycznego środowiska przyrodniczego. Węgiel jest głównym źródłem energii, nie tylko dla nas, ale również dla środowiska glebowego czy życia roślin i mikroorganizmów. Dopływ węgla jest bardzo ważnym elementem wzrostu i rozwoju roślin. Poza tym jest to pewien wymóg również polityki Unii Europejskiej, ponieważ każdy użytkownik gleby ma dbać o węgiel organiczny – informuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje prof. dr hab. Wojciech Stępień, pracownik Samodzielnego Zakładu Chemii Rolniczej i Środowiskowej w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie.

Współczesne rolnictwo stało się skoncentrowane, przez co w gospodarstwach brakuje naturalnych nawozów pochodzących z upraw czy hodowli. Rozwiązaniem staje się produkcja kompostu, do której używa się wszelkiego rodzaju bioodpadów, również z gospodarstw domowych czy przetwórni. Kompost sprawia, że gleba jest żyźniejsza i wilgotniejsza, dzięki czemu rośliny są lepiej odżywione i zdrowo rosną.

Dbałość o biologię jest priorytetem. Powszechne jest wykorzystanie mikroorganizmów czy organizmów, które w glebie dzięki biomasie zwiększają swoją aktywność i pozwalają również lepiej wykorzystywać potencjał produkcyjny. Stąd kompostowanie staje się ważnym ogniwem biogospodarki. Oczywiście musimy tak przeprowadzać proces kompostowania, żeby on nie był szkodliwy dla środowiska. Głównie chodzi o czystość powietrza, ale również gleby, jeżeli wprowadzamy materię organiczną – dodaje prof. dr hab. Wojciech Stępień.

Kompostowanie może się sprawdzić zarówno w dużych, jak i małych gospodarstwach, nie tylko ekologicznych. Poza resztkami roślin pochodzącymi z ogrodu na kompost nadają się odpadki kuchenne (bez mięsa i kości), fusy z kawy i herbaty, bezzapachowe chusteczki higieniczne, niezadrukowany i pocięty papier, wytłoczki od jajek, zużyta ziemia z doniczek.

– Przykładowo w warzywniczych gospodarstwach, gdzie mamy bardzo dużo bogatych w składniki pokarmowe odpadów z marchwi, kapusty czy innych warzyw, właściwe ich zagospodarowanie poprzez kompostowanie jest jak najbardziej pożądanym, wskazanym i ważnym elementem właściwego gospodarowania składnikami pokarmowymi – mówi ekspert Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie.

Jak wynika z poradnika Instytutu Ochrony Środowiska – Państwowego Instytutu Badawczego, kompost najlepiej przechowywać w zacienionym miejscu, w drewnianych skrzynkach lub specjalnych plastikowych termokompostownikach, które znacznie szybciej rozkładają materię organiczną. Nie można też zapominać o zapewnieniu dostępu do tlenu oraz nawadnianiu kompostu.

Do przyspieszenia procesu kompostowania wykorzystuje się dojrzały kompost lub specjalne szczepionki kompostowe zawierające bakterie tlenowe i inne mikroorganizmy glebowe. Można też wykorzystać większe organizmy, takie jak dżdżownice kalifornijskie. Ich znaczenie w użyźnianiu gleby dostrzegł już w XIX wieku Karol Darwin. Współcześnie na mniejszą skalę praca dżdżownic jest wykorzystywana w specjalnie przystosowanych kompostownikach. Produkcja wermikompostu przybrała też charakter przemysłowy. Według autorów raportu opublikowanego przez MENAFN światowy rynek tego nawozu wypracuje do 2025 roku przychody przekraczające 108 mln dol., podczas gdy w 2021 roku było to 70 mln dol.

– Są to bardzo aktywne mikroorganizmy, które dziennie przeprowadzają przez swój organizm tyle biomasy, ile ważą, czyli najczęściej 1 g. Przetwarzają materię organiczną w biohumus, który jest bardzo wartościowy. Śluz, który powstaje, jest dodatkową pożywką dla wielu mikroorganizmów, czyli jest to jak najbardziej efektywny proces – wskazuje prof. dr hab. Wojciech Stępień.

Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że z roku na rok rośnie udział kompostowania w procesie przetwarzania odpadów. W ubiegłym roku do kompostowania zostało w Polsce przekazanych ponad 1,8 tys. t odpadów komunalnych, co stanowi 13,3 proc. wszystkich takich odpadów. Rok wcześniej było to ponad 1,5 tys. t, co stanowiło 12 proc. wszystkich odpadów komunalnych. Zdaniem eksperta obniżenie stawek za odbiór śmieci dla osób kompostujących odpady mogłoby się przyczynić do popularyzacji inwestowania gospodarstw domowych w ten proces.

Jeżeli chcemy wdrożyć wszystkie założenia biogospodarki Zielonego Ładu, to być może dobre byłyby takie zachęty na początek, żeby się ludzie przyzwyczaili, żeby jednak zadbali pośrednio o środowisko. Nie ma innej metody jak ekonomia – podkreśla ekspert SGGW w Warszawie. – Cały problem jest we właściwym planowaniu gospodarki odpadami, jej kontroli i rozliczania. To jest problem dość złożony, jak wycenić, ile, kiedy. To powinno być szczegółowo przemyślane, znalezienie mechanizmów, jak to oceniać ilościowo, jakościowo, bo z tym jest najczęściej w Polsce problem, jeżeli spojrzymy na różnego typu aspekty związane z gospodarką różnymi materiałami odpadowymi.

Jak podkreśla ekspert, kompost jest bezpieczniejszy dla gleby niż bezpośrednie wprowadzanie do niej biomasy, a jego używanie przyczynia się do zmniejszenia wykorzystania nawozów mineralnych.

– To, co jest w kompoście, w zależności od wsadu, nie zawsze w pełni będzie zaspokajać potrzeby poszczególnych gatunków roślin. Nawozy są niezbędne, jeżeli chcemy uzyskiwać wyższe poziomy plonowania, bo system zamknięty, w jakim funkcjonujemy, pozwala na uzyskiwanie poziomu plonowania na średnim poziomie. Proces kompostowania przyspiesza pewne przemiany, które mogłyby zachodzić w glebie – mówi prof. dr hab. Wojciech Stępień. – Kompost może nie zastępuje, ale zmniejsza zużycie nawozów mineralnych, a przede wszystkim energii, bo azotu, który zabezpieczymy w kompoście, nie musimy pozyskiwać w fabryce nawozów azotowych. Czyli to racjonalizuje gospodarkę, ogranicza zużycie nawozów mineralnych i jak najbardziej w tym kierunku powinniśmy pójść.