Rozwija się współpraca między polskimi i niemieckimi naukowcami. Wspólne badania dotyczą m.in. historii, fizyki,...

– Polska i Niemcy mają bardzo długie tradycje współpracy naukowej. Na wiele pytań badawczych odpowiedzi można znaleźć tylko wspólnie, w ramach współpracy dwu- lub wielostronnej – mówi prof. Katja Becker, prezeska Deutsche Forschungsgemeinschaft. Matematyka, informatyka, fizyka, chemia czy inżynieria materiałowa – to przykłady dziedzin, w których współpracują ze sobą polscy i niemieccy naukowcy. Tegoroczna nagroda Copernicus – przyznawana współpracującym ze sobą badaczom z Polski i z Niemiec przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej i DFG – trafiła do pary naukowców, którzy już od lat 90. prowadzą wspólne badania nad Holokaustem i świadectwami literackimi z getta żydowskiego w Łodzi (Ghetto Litzmannstadt) – drugiego największego getta w Polsce pod niemiecką okupacją. – Na przestrzeni lat spotykamy polsko-niemieckie zespoły, które współpracują ze sobą już od dziesiątek lat, opublikowały razem dziesiątki prac naukowych – mówi prof. Maciej Żylicz, prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

– Polska i Niemcy to dwa kraje europejskie, sąsiedzi mający długie tradycje ścisłej i owocnej współpracy. Ta współpraca opiera się na wspólnym finansowaniu projektów naukowych, różnego rodzaju umowach i wspólnych warsztatach. DFG ma także kilka instytucji partnerskich w Polsce i nieprzerwanie pracujemy nad dalszym rozwojem tych partnerstw, bo one mają ogromny potencjał. Tylko wspólnie, w ramach dwustronnej i wielostronnej współpracy, możemy znaleźć odpowiedzi na wiele pilnych pytań badawczych – mówi agencji Newseria Biznes prof. Katja Becker, prezeska Deutsche Forschungsgemeinschaft (DFG). – Myślę tu na przykład o kryzysie klimatycznym, utracie bioróżnorodności czy kurczących się zasobach; istnieje wiele naglących problemów badawczych. Ich rozwiązanie możliwe jest tylko w skali globalnej.

– Zrobiono kiedyś badania naukowe, jakie publikacje są najlepiej postrzegane przez innych naukowców. Okazuje się, że najlepiej są postrzegane publikacje zrobione we współpracy. To jest pewna rękojmia realności tego, co się publikuje, oraz tego, że wiele laboratoriów próbowało i dochodziło do tego samego wniosku – mówi prof. Maciej Żylicz, prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

DFG jest w Niemczech główną organizacją finansującą badania naukowe. Dysponując budżetem przekraczającym 3 mld euro rocznie, wspiera wszystkie dziedziny nauk ścisłych i humanistycznych. Od prawie 20 lat zacieśnia też współpracę z Fundacją na rzecz Nauki Polskiej (FNP), będącą największym pozabudżetowym źródłem finansowania polskiej nauki.

– Współpraca polsko-niemiecka rozwija się bardzo dobrze dlatego, że jest budowana od dołu. Są naukowcy, którzy chcą ze sobą współpracować, a my tylko dostarczamy im pieniędzy i możliwości – mówi prof. Maciej Żylicz.

Jak wskazuje, współpraca między polskimi i niemieckimi naukowcami rozwija się najefektywniej w obszarach takich jak matematyka, informatyka, fizyka, chemia czy inżynieria materiałowa. Między innymi  kooperacje w tych obszarach są nagradzane specjalną nagrodą naukową Copernicus.

– Dla mnie jest to bardzo szczególne wyróżnienie. Również przy tej okazji możemy mówić o długich tradycjach. Nagroda przyznawana jest parom uczonych z Polski i Niemiec i można ją otrzymać w każdej dziedzinie nauki, więc cechuje się dużą otwartością. Nagradzamy najlepszych uczonych i mamy nadzieję, że dzięki tej nagrodzie będziemy w stanie inspirować kolejnych do wspólnej pracy – mówi prof. Katja Becker.

Nagroda Copernicus jest przyznawana przez DFG i FNP od 2006 roku. Może ją otrzymać para współpracujących ze sobą naukowców z Polski i Niemiec. Laureaci są wyłaniani w drodze konkursu przez jury złożone z uczonych reprezentujących polskie i niemieckie środowisko naukowe. Z wyróżnieniem, które ma na celu promowanie wspólnych osiągnięć, wiąże się też nagroda finansowa w wysokości 200 tys. euro, która jest przyznawana w równych częściach przez obie organizacje. Każdy z laureatów otrzymuje połowę kwoty i może ją wykorzystać na dalsze badania naukowe.

– W ciągu prawie 20 lat zaobserwowaliśmy, że są polsko-niemieckie zespoły, które współpracują ze sobą już od dziesiątek lat, opublikowały razem dziesiątki prac naukowych – mówi prof. Maciej Żylicz.

Laureatami tegorocznej nagrody Copernicus są prof. Krystyna Radziszewska z Uniwersytetu Łódzkiego oraz prof. Sascha Feuchert, dyrektor Zakładu Literatury Holokaustu na Uniwersytecie w Giessen. Oboje od lat 90. prowadzą wspólne badania nad Holokaustem i świadectwami literackimi z getta żydowskiego w Łodzi (Ghetto Litzmannstadt).

– Getto łódzkie zawsze było w cieniu getta warszawskiego, jest mniej znane. Tymczasem jego dokumentacja jest ogromna, to są miliony dokumentów uratowane w 1944 roku po likwidacji getta. My próbujemy wydobyć je z niepamięci. Tym bardziej że byli w nim też dziennikarze, pisarze deportowani z Europy Zachodniej,  Niemiec, którzy pisali eseje, reportaże i opowiadania. Chcemy to udostępnić innym osobom, a ponieważ robimy to i po niemiecku, i po polsku, może to dotrzeć do szerszej rzeszy czytelników – mówi prof. Krystyna Radziszewska.

– Te teksty napisali ludzie, którzy mieli świadomość, że zostaną zamordowani. Mieli coś do powiedzenia o historii łódzkiego getta. Napisali je dla nas, czytelników z przyszłości. Dlatego mamy obowiązek sprawić, by były one dostępne dla szerszej grupy odbiorców – dodaje prof. Sascha Feuchert.

Uroczystość wręczenia tegorocznej nagrody Copernicus odbyła się 9 czerwca w Warszawie, w Łazienkach Królewskich. Nagroda została wręczona zarówno laureatom edycji 2022, jak i zdobywcom nagrody w edycji 2020: prof. Stefanowi Dziembowskiemu z Uniwersytetu Warszawskiego i prof. Sebastianowi Faustowi z Politechniki w Darmstadt, którzy nie mogli jej odebrać wcześniej osobiście ze względu na pandemię.

– To jest zupełnie inna para naukowców i zupełnie inna dziedzina – kryptologia, która pokazuje nam, w jaki sposób przesyłać bezpiecznie informacje z jednego komputera do drugiego, w jaki sposób sprawdzić, że jesteśmy przez kogoś podglądani. To są rzeczy, które na co dzień mogą się każdemu z nas zdarzyć. Bardzo się cieszę, że matematycy i informatycy przygotowują teoretyczne podstawy nowej nauki – mówi prof. Maciej Żylicz.

W branży produkcyjnej pogłębia się niedobór kadr. Firmy coraz częściej włączają się w proces...

Firmy z sektora produkcji przemysłowej zgłaszają największą od dwóch lat chęć rozbudowy swoich zespołów. Według pracodawców w IV kwartale br. rywalizacja o kandydatów w sektorze produkcji przemysłowej jeszcze...

Pandemia zwiększyła skalę marnowania żywności. Z rosnącym problemem pomagają walczyć nowe technologie

Co roku do kosza trafia 1/3 produkowanej żywności, a statystyczny Polak wyrzuca 247 kg jedzenia. Ograniczenia związane z pandemią koronawirusa sprawiły, że problem wyrzucania jedzenia...

Coraz więcej możliwości rozwoju kariery dla naukowców w Polsce. Infrastruktura i metody badawcze na...

Polskie uczelnie i instytuty dają coraz więcej możliwości rozwoju kariery naukowcom. – Baza badawcza w Polsce jest na światowym poziomie, mamy ośrodki, które nie powstydzą się za...

Trwają prace nad ustawą o badaniach klinicznych. Nowe przepisy będą lepiej chronić pacjentów i...

Polski rynek komercyjnych badań klinicznych jest wart ponad 1,4 mld dol. To ok. 15 proc. wszystkich nakładów na badania i rozwój w naszym kraju. Trwają prace nad nową ustawą, która uszczegółowi unijne rozporządzenie dotyczące zasad i procedur prowadzenia badań. – Zależy nam na tym, aby rozwiązania przyjęte w tej ustawie sprawiły, że prowadzenie badań w Polsce będzie jeszcze bardziej atrakcyjne niż w innych krajach – mówi dr Anna Kacprzyk z INFARMY. Tylko w 2020 roku w badaniach klinicznych prowadzonych w Polsce wzięło udział ponad 25 tys. pacjentów, zyskując dostęp do innowacyjnych terapii, głównie onkologicznych. Nowe przepisy zakładają szereg rozwiązań, które będą lepiej chronić uczestników badań.

Od 31 stycznia br. obowiązuje rozporządzenie unijne w sprawie badań klinicznych produktów leczniczych stosowanych u ludzi. Rozwiązania zawarte w tym dokumencie mają ułatwić prowadzenie badań klinicznych i podnieść ich efektywność. Przepisy te są wprost stosowane w krajach członkowskich, ale niektóre kwestie muszą zostać uszczegółowione na poziomie krajowej legislacji.

Wszyscy w branży firm farmaceutycznych czekamy na implementację w Polsce rozporządzenia 536/2014. Nowa ustawa zawiera szereg propozycji przedyskutowanych z interesariuszami, które – co istotne – wynikają z praktyki. Chodzi o to, aby proces prowadzenia badań klinicznych dawał pacjentom poczucie bezpieczeństwa, mógł realizować cele badania, zapewniał jakość, ale również odpowiadał na wszystkie wyzwania dotyczące usprawnień procesu. Bardzo ważne jest, aby uruchamianie badania i jego przebieg były możliwie jak najszybsze – mówi agencji Newseria Biznes dr Anna Kacprzyk, menedżer ds. innowacji i etyki biznesu Związku Pracodawców Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych INFARMA.

W tym kontekście istotną zmianą wprowadzoną przez unijne rozporządzenie, która uprości procedury rekrutacji pacjentów do badań, jest składanie jednego wniosku o pozwolenie na prowadzenie badania klinicznego. Można to będzie zrobić za pośrednictwem portalu elektronicznego UE, który będzie prowadzić Europejska Agencja Leków we współpracy z Komisją Europejską i państwami członkowskimi. To oznacza, że nie będzie już konieczności wielokrotnego składania informacji w każdym kraju uczestniczącym w tym samym badaniu klinicznym.

Ważnym ułatwieniem będą także rozwiązania dotyczące wyrażania świadomej zgody przez uczestnika badania. Oprócz formy pisemnej możliwe jest również nagranie audio czy wideo. Nowością jest także świadoma zgoda w sytuacjach nagłych, co jest szczególnie istotne dla pacjentów z zawałem serca lub po udarze mózgu.

W krajowej ustawie został wprowadzony instrument indywidualnego dostępu do produktu leczniczego, co oznacza dla pacjentów, którzy uczestniczyli w badaniu, możliwość dostępu do terapii i kontynuowania jej po zakończeniu badania. Jest to rozwiązanie, które obecnie nie funkcjonuje w naszym prawie farmaceutycznym, co na pewno wyrównuje szanse dla polskich pacjentów w stosunku do innych krajów – uważa ekspertka.

Kolejną ważną dla rynku kwestią jest ochrona uczestników badań klinicznych. Jak podkreśla ekspertka INFARMY, obecny sposób dochodzenia ewentualnych roszczeń był dla pacjenta skomplikowany. W rozporządzeniu uregulowano obowiązki sponsora i badacza oraz zobowiązano państwa członkowskie do zapewnienia systemu odszkodowań za szkody poniesione przez uczestników badania w wyniku jego prowadzenia. Polski ustawodawca zaproponował stworzenie państwowego funduszu celowego – Funduszu Ochrony Uczestników Badań Klinicznych, który wypłacałby takie świadczenia po zbadaniu zasadności roszczeń przez zespół niezależnych ekspertów. Dodatkowo badacz i sponsor mają obowiązek posiadać ubezpieczenie OC w związku ze szkodami, które mogą wyrządzić podczas badania.

W naszym odczuciu powołanie takiego funduszu będzie pomocne w sytuacjach, kiedy stanie się konieczne dochodzenie przez pacjentów odszkodowania za udział w badaniu klinicznym. Skala takich ewentualnych problemów nie jest duża, ale chodzi o to, że jeżeli on wystąpi, to żeby po stronie pacjentów nie było dużych utrudnień, również formalnych – wyjaśnia menedżer ds. innowacji i etyki biznesu w INFARMIE. – Nowością w stosunku do obecnego systemu jest wprowadzenie Naczelnej Komisji Bioetycznej. Mamy nadzieję, patrząc na doświadczenie obecnie funkcjonujących komisji bioetycznych, że będzie to większa harmonizacja podejścia do oceny etycznej badania klinicznego oraz ujednolicenie procedur.

Zgodnie z propozycją zawartą w projekcie ustawy taka komisja miałaby działać przy prezesie Agencji Badań Medycznych. Będzie ona – przy pomocy innych komisji bioetycznych – opiniować wnioski o prowadzenie badań klinicznych w ramach oceny etycznej wniosku. Projekt wprowadza przepisy, które mają zagwarantować brak konfliktu interesów osób zasiadających w komisjach.

Elementem, którego nam zabrakło w obecnej ustawie, a który był wcześniej również sygnalizowany przez środowisko sponsorów i firm realizujących badania, jest digitalizacja procesu badań klinicznych – uważa dr Anna Kacprzyk. –  Szczególnie ostatnie dwa lata ujawniły nam potrzebę zastosowania tych rozwiązań. Z drugiej strony samo rozporządzenie 536/2014 stawia na te usprawnienia procesu realizacji badań klinicznych, aby uczynić europejski rynek bardziej konkurencyjnym. Wdrożenie technologii cyfrowych jest tym kierunkiem, który powinien zaistnieć również w Polsce, abyśmy mogli się stać jeszcze bardziej atrakcyjnym krajem dla firm decydujących się na realizację badań klinicznych.

Jak wynika z najnowszego raportu INFARMY i POLCRO „Komercyjne badania kliniczne w Polsce. Możliwości zwiększenia liczby i zakresu badań klinicznych w Polsce”, w ciągu ostatnich 10 lat nasz kraj awansował w światowym rankingu i zajmuje 11. pozycję wśród największych rynków komercyjnych badań klinicznych. Aby Polska pozostała atrakcyjnym miejscem dla realizowania badań klinicznych, zachęty instytucjonalne powinny się koncentrować na wsparciu dla sponsorów badań klinicznych – w postaci infrastruktury i technologii oraz promowania Polski na arenie międzynarodowej. Ogromne znaczenie ma także tworzenie instytucji i programów krajowych wspierających prowadzenie prac badawczo-rozwojowych oraz systemu zachęt.

Sektor badań klinicznych to są zarówno badania komercyjne, jak i niekomercyjne. W przypadku badań niekomercyjnych mogą mieć większe znaczenie zachęty finansowe, kiedy to uruchamiane są określone programy finansujące te badania. W przypadku badań komercyjnych większe znaczenie może mieć odpowiednia infrastruktura, odpowiedniego rodzaju wsparcie po stronie rozwiązań legislacyjnych, odpowiednie rozwiązania, które powodują wzmocnienie sieci ośrodków prowadzących badania, jak również wsparcie badaczy w realizacji projektów międzynarodowych – podsumowuje menedżer ds. innowacji i etyki biznesu w INFARMIE.

Zarówno w Polsce, jak i na świecie głównym obszarem terapeutycznym, w jakim prowadzone są badania, jest onkologia. Największy wzrost badań w latach 2014–2019 zaobserwowano w obszarze chorób układu pokarmowego (o 66 proc.), chorób skóry i tkanki łącznej (o 48 proc.) oraz chorób nowotworowych (wzrost o 46 proc.). 

Innowacyjny system zwiększy bezpieczeństwo pociągów Pendolino. Nowatorskie w skali europejskiej rozwiązanie pozwoli przewidzieć awarie...

TrainScanner, czyli innowacyjne urządzenie do oceny i kontroli stanu technicznego pociągów, rozpoczął pracę na stacji techniczno-postojowej PKP Intercity na warszawskiej Olszynce Grochowskiej. Będzie na bieżąco...

Katowicka Specjalna Strefa Ekonomiczna staje się hubem elektromobilności. Za 70 proc. inwestycji odpowiadają mikro-...

Do Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej ściąga coraz więcej projektów z obszaru elektromobilności. Wśród nich są produkcja pierwszej w historii polskiej marki samochodu elektrycznego Izera oraz inwestycje FCA...

Interesy internautów mają być ponad interesami cybergigantów. Konieczna regulacja mediów społecznościowych

Praktyki monopolistyczne, naruszenia polityki prywatności, mikrotargetowanie i nielegalne gromadzenie danych użytkowników oraz wywieranie szkodliwego wpływu społecznego to tylko część zarzutów stawianych platformom internetowym i koncernom z tzw. grupy GAFAM, które znalazły się pod lupą amerykańskiego Kongresu, a prace nad uregulowaniem ich działalności prowadzi też Unia Europejska. Jeszcze w tym roku ma szansę zostać przyjęty Digital Services Act – kodeks usług cyfrowych, czyli jedna z najważniejszych regulacji dotyczących tego rynku i odpowiedź na główne problemy społeczno-ekonomiczne związane z działaniem globalnych platform. – Jesteśmy w takim momencie, kiedy regulacja mediów społecznościowych jest w zasadzie koniecznością – podkreśla Dorota Głowacka, prawniczka z Fundacji Panoptykon.

– Próby uregulowania rynku mediów społecznościowych nie oznaczają końca tego sektora, ale raczej początek nowej ery, w której bardziej niż interesy ekonomiczne platform będą się liczyły prawa użytkownika, jego świadomy wybór. Mam nadzieję, że powstaną dzięki temu takie media społecznościowe, w których będziemy mieć większy wpływ na to, co tam widzimy, zamiast tego, co jest nam narzucane, powodując przy okazji rozmaite szkody indywidualne i społeczne – mówi agencji Newseria Biznes Dorota Głowacka, prawniczka z Fundacji Panoptykon.

Jesienią ubiegłego roku Facebook po raz kolejny znalazł się w kręgu zainteresowania Kongresu USA po tym, jak dziennik „Wall Street Journal” opisał w serii artykułów nieopublikowane badania dotyczące wpływu Instagrama na nastoletnich użytkowników. Duża ich część przyznała, że korzystanie z portalu pogorszyło ich problemy związane z wizerunkiem własnego ciała, depresją, myślami samobójczymi czy niepokojami. Facebook i inne koncerny z grupy GAFAM – Google, Amazon, Apple i Microsoft – już od dłuższego czasu są przedmiotem zainteresowania amerykańskich polityków, którzy oskarżają je m.in. o praktyki monopolistyczne, naruszenia polityki prywatności i nielegalne gromadzenie danych użytkowników.

Na tym polega model biznesowy platform internetowych. W teorii one są dla użytkowników bezpłatne, czyli nie pobierają opłaty za to, że można sobie założyć profil, jednak to wcale nie oznacza, że one są za darmo. To tylko iluzja. My płacimy swoimi danymi, które platformy wykorzystują do tego, żeby na nich zarabiać, bo sprzedają te dane swoim reklamodawcom – mówi ekspertka. – W dodatku są to nie tylko te dane, które użytkownicy udostępniają w pełni świadomie. To są też tzw. dane wywnioskowane, czyli pewne wnioski na nasz temat, które platformy wyciągają w oparciu o nasze zachowania w sieci, na bazie śladów cyfrowych, które zostawiamy w sposób nieświadomy. Wiele badań pokazało, że platformy targetują nas treścią, wykorzystując nasze słabości, uzależnienia etc. Wszystko po to, żeby wywrzeć na nas jak największy wpływ i sprzedać nam jakiś produkt albo zachęcić do dokonania określonego wyboru politycznego.

Na nadużycia i problemy związane z rosnącą pozycją platform społecznościowych i cyfrowych gigantów z grupy GAFAM zwróciła też uwagę Unia Europejska, która od jesieni 2020 roku pracuje nad Digital Services Act – kodeksem usług cyfrowych. Ma to być jedna z najważniejszych regulacji dotyczących tego rynku. Nowe przepisy, które mają zwiększyć ochronę użytkowników, zapewnić transparentność i odpowiedzieć na główne problemy społeczno-ekonomiczne związane z działaniem globalnych platform internetowych – od mikrotargetowania, przez dezinformację, po utrudnianie konkurencji. Digital Services Act ma szansę zostać przyjęty już pod koniec tego roku.

Jesteśmy w takim momencie, kiedy regulacja mediów społecznościowych jest w zasadzie koniecznością. Tyle wiadomo już na temat szkodliwych konsekwencji ich sposobu działania, a przy tym żadne inne formy naprawiania platform, oparte np. na samoregulacji, dotychczas się nie sprawdziły, że w zasadzie jedyną opcją na to, aby cokolwiek się zmieniło, jest właśnie regulacja prawna. Rzeczywiście ten rynek jest zdominowany przez kilka największych podmiotów, które można policzyć dosłownie na palcach jednej ręki, więc ciężko byłoby wprowadzić skuteczne regulacje tylko z poziomu jednego kraju. Dlatego wydaje się, że o wiele lepszym rozwiązaniem jest właśnie regulacja na poziomie Unii Europejskiej – mówi prawniczka z Fundacji Panoptykon.

Jak podkreśla, działalność platform internetowych ma cały szereg szkodliwych skutków, które są związane z ich modelem biznesowym i działaniem algorytmów odpowiedzialnych za personalizowanie i rekomendowanie treści na Facebooku, YouTubie czy Instagramie. W tej chwili odpowiada za to sztuczna inteligencja, „karmiona” danymi użytkowników (takimi jak wiek, płeć, zamieszkanie, zainteresowania, cechy osobowościowe, preferencje, choroby, preferencje seksualne etc.). Jej zadaniem jest zmaksymalizowanie czasu spędzanego przez użytkowników na platformie, aby obejrzeli jak najwięcej reklam, a przy tym wygenerowali jeszcze więcej danych, które będą dalej napędzać algorytmy reklamowe.

To jest model, który potrzebuje naszego zaangażowania i tego, żebyśmy spędzali na platformie jak najwięcej czasu. Wtedy może nam pokazać jak najwięcej reklam, zaspokoić interesy reklamodawców. Pewnym skutkiem ubocznym jest jednak to, że treści promowane przez systemy rekomendacyjne niekoniecznie mają wysoką jakość, niekoniecznie są wiarygodne i nam służą. Bardzo często jest to dezinformacja i nienawistne treści, które mają stymulować emocje i wywoływać dyskusję, ale w praktyce mogą być szkodliwe i toksyczne. Często konsekwencją tego jest zaś radykalizacja poglądów. Platforma, żeby utrzymać nasze zaangażowanie, pokazuje nam coraz bardziej radykalne  czy idące coraz dalej materiały, ale efektem tego jest to, że społeczeństwa się radykalizują, coraz bardziej się przez to polaryzują – mówi Dorota Głowacka.

Prawniczka z Fundacji Panoptykon wskazuje, że zmiany, które mogłyby poprawić sytuację, powinny obejmować przede wszystkim ograniczenia w wykorzystywaniu przez platformy społecznościowe danych użytkowników na potrzeby targetowania, systemów rekomendacyjnych oraz wyświetlania reklam. Chodzi o to, by użytkownik mógł wybrać model funkcjonowania swojej tablicy i wyświetlania treści, np. w porządku chronologicznym.

– Tym, co najbardziej chcielibyśmy zobaczyć w nowych regulacjach, i co jest furtką do tego, aby trochę osłabić dominację tych kilku podmiotów, które w tej chwili mają pozycję monopolistyczną, są też takie przepisy, które umożliwiłyby pojawienie się na tym rynku nowych graczy – wskazuje ekspertka. – Wydaje się, że największą zmianę przyniosłoby wpuszczenie na rynek podmiotów zewnętrznych, które dostarczałyby systemy niezależnie od platformy. Wyobrażam sobie to w taki sposób, że mógłby to być podmiot zewnętrzny, który oferowałby taką usługę systemu rekomendacyjnego, który właśnie nie byłby oparty na zaangażowaniu użytkownika, ale np. na wiarygodności informacji. Czyli premiowałby informacje z zaufanych źródeł, informacje z gazet, z profesjonalnych mediów, a niekoniecznie takie informacje, które po prostu wzbudzają jak największe emocje.

Tylko w Europie smartfony emitują rocznie 14 mln ton CO2. Telekomy dążą do minimalizowania...

Energia pobierana podczas ładowania smartfona odpowiada zużyciu prądu przez żarówkę LED zapaloną trzy godziny dziennie przez rok, a do wyprodukowania jednego urządzenia mobilnego trzeba zużyć ok. 70 kg surowców i wyemitować...

Fundusz z Tajwanu szuka nad Wisłą start-upów. Chce w nie zainwestować 200 mln dolarów

Tajwańska spółka Taiwania Capital chce zainwestować w Europie Środkowo-Wschodniej, w tym w Polsce, 200 mln dol. Fundusz zajmuje się finansowaniem początkujących biznesów z różnych obszarów technologii. Jej prezes podkreśla, że obie strony mają sobie wiele do zaoferowania. Jest też pod wrażeniem polskiego ekosystemu start-upów.

Poszukujemy partnerów biznesowych. Jesteśmy zainteresowani nawiązaniem współpracy i możliwością inwestowania w start-upy w Polsce – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes David Weng, dyrektor generalny firmy Taiwania Capital z Tajwanu. – Koncentrujemy się na branży zaawansowanych technologii, na obszarze hard tech, deep tech, z uwzględnieniem sektora bio tech. Poszukujemy więc nowo powstałych firm technologicznych, z którymi moglibyśmy współpracować.

Hard tech(nology) i deep tech to firmy typu start-up, których celem jest dostarczanie rozwiązań technologicznych opartych na poważnych wyzwaniach naukowych lub inżynieryjnych. Ich prace wymagają długotrwałych badań i rozwoju oraz dużych inwestycji kapitałowych, zanim dojdzie do komercjalizacji. Generują one cenną własność intelektualną i są trudne do skopiowania.

Taiwania Capital w marcu 2022 roku utworzyła specjalny fundusz skupiający się na krajach naszego regionu. Otworzyła już przedstawicielstwa w Polsce, Czechach, Słowacji, Węgrzech, Litwie, Łotwie oraz w Austrii. Fundusz ten dysponuje 200 mln dol. Zainteresowany jest inwestycjami w takich obszarach jak półprzewodniki, optyka laserowa, biotechnologia, przestrzeń kosmiczna, samochody elektryczne, fintech, przemysł 4.0, oprogramowanie czy inteligentne miasta.

– Jestem  pod wrażeniem ekosystemu start-upów w tym kraju  i jest on dla mnie niezwykle interesujący. Myślę, że jest to bardzo dynamicznie i szybko rozwijające się środowisko. Jesteśmy spółką venture capital i chcemy zainwestować 200 mln dol. amerykańskich w tutejszy ekosystem start-upów – deklaruje David Weng. – Mam nadzieję nawiązać tu przyjaźnie, relacje przedsiębiorcze i długoterminowe partnerstwa strategiczne między Tajwanem i Polską.

W maju wiceminister rozwoju i technologii pojechał na Tajwan z misją gospodarczą, na którą złożyły się X Polsko-Tajwańskie Konsultacje Gospodarcze, spotkania z przedstawicielami tajwańskiego biznesu, nauki i administracji, a także podpisanie porozumień o współpracy w zakresie badań, rozwoju oraz fora inwestycyjne w Tajpej i Kaohsiung. Główne dziedziny współpracy, w których Polska chce współpracować z Tajwanem, to półprzewodniki, elektromobilność i wodór.

Jak podaje MRiT, Tajwan jest obecnie siódmym partnerem handlowym Polski w regionie Azji i Pacyfiku. W 2021 roku obroty handlowe osiągnęły ponad 2,6 mld dol., co oznacza wzrost o 33 proc. rok do roku. W pierwszych dwóch miesiącach 2022 roku handel dwustronny wzrósł o prawie 50 proc. w porównaniu z poprzednim rokiem. Z kolei tajwańskie firmy kontynuujące swoją działalność inwestycyjną w Polsce utworzyły blisko 3 tys. miejsc pracy.

Moim zdaniem Tajwan ma wiele do zaoferowania. Dysponuje przemysłem zaawansowanych technologii, między innymi w sektorach półprzewodników, układów scalonych i ICT. Mamy dobre podstawy do współpracy z Polską w dalszej perspektywie – przekonuje dyrektor generalny Taiwania Capital.

Stay connected

20,831FaniLubię
2,506ObserwującyObserwuj
0SubskrybującySubskrybuj
- Advertisement -

Latest article

Liczba aniołów biznesu rośnie, ale wciąż jest ich za mało. 40 proc. z nich...

Polski rynek aniołów biznesu wciąż jest wielokrotnie mniejszy od tych z Europy Zachodniej, o Stanach Zjednoczonych nie wspominając, i stosunkowo młody. Jednak zainteresowanie tą formą pomnażania kapitału i dzielenia się doświadczeniem szybko rośnie. Największa obawa osób, które chcą dołączyć do grupy aniołów biznesu, dotyczy tego, czy będą umiały realistycznie ocenić szanse danego przedsięwzięcia. Platforma Polish Angels ma ułatwić przepływ know-how i finansowania między doświadczonymi inwestorami i pomysłodawcami start-upów.

 Aniołów biznesu jest w Polsce nadal poniżej tysiąca, ale uważamy, że to będzie się rozwijało i dojdziemy dość szybko do poziomu rynków zachodnich, rozwiniętych. Obserwujemy, że z jednej strony ten segment bardzo szybko się profesjonalizuje. Z drugiej strony widzimy bardzo duże zainteresowanie tą formą pracy ze start-upami na rynku. Coraz więcej nowych osób się zgłasza – mówi agencji informacyjnej Newsera Biznes Robert Ługowski, partner zarządzający Cobin Angels, 

Z raportu Cobin Angels „Jak inwestują najlepsi aniołowie biznesu w Polsce? Polski rynek inwestycji anielskich w 2021 roku” wynika, że jest on w Polsce wciąż na bardzo wczesnym etapie rozwoju. Aż 40 proc. badanych aniołów biznesu inwestuje zaledwie od trzech lat lub krócej, a ponad połowa aniołów biznesu (53 proc.) dokonało od jednej do sześciu inwestycji podczas całej swojej aktywności. Tylko 15 proc. aniołów biznesu to osoby doświadczone, które rozpoczęły alokowanie swoich środków 10 lat temu lub więcej.

Zdecydowana większość (73 proc.) na przestrzeni całej swojej aktywności „anielskiej” nie zrealizowała do tej pory jeszcze żadnego wyjścia z inwestycji, a 17 proc. dokonało pomiędzy jednym a trzema sprzedażami udziałów, co także jest dowodem na wczesny etap rozwoju rynku.

– Widzimy, że jedną z głównych barier dla osób, które chcą inwestować w start-upy, jest brak wiedzy, jak funkcjonuje ten segment, i jak skutecznie inwestować, czyli jak wybierać te najlepsze spółki, najbardziej perspektywiczne, przy możliwie niskim ryzyku – wyjaśnia Robert Ługowski. – Dlatego, aby rozwijać ten sektor w Polsce, zaproponowaliśmy platformę edukacyjną Polish Angels, której celem jest dostarczanie tej wiedzy. Tam są kursy online, ale przede wszystkim też wymiana doświadczeń pomiędzy aktywnymi aniołami biznesu. Wierzymy, że będzie to propozycja dla rynku, która spowoduje, że wiele osób będzie mogło na niego łatwiej wejść. Dzięki temu cały rynek szybciej urośnie i szybciej się sprofesjonalizuje.

Statystyczne anioły biznesu to osoby, które osiągnęły już pewien etap rozwoju zawodowego. Często są to menedżerowie średniego lub wyższego szczebla, ze średnich i większych firm bądź z międzynarodowych korporacji. Kolejną grupą są aktywni przedsiębiorcy, a jeszcze inną tacy, którzy sprzedali już swoje biznesy i skupiają się na wspieraniu młodych spółek technologicznych. Kwoty inwestycji mogą się zaczynać już od 50–100 tys. zł, często też zdarza się, że kilku inwestorów łączy siły i wspiera tę samą spółkę.

Średni roczny budżet inwestycyjny aniołów biznesu wynosi dla 63 proc. badanych do 450 tys. zł. Trzech na pięciu inwestorów od początku swojej działalności jako aniołowie biznesu nie przekroczyło kwoty 1,35 mln zł łącznych inwestycji.

 Start-up od aniołów biznesu otrzymuje oprócz środków finansowych bardzo dużo wsparcia i bardzo często rośnie znacznie szybciej, niż założyciele, osoby zarządzające, są w stanie budować swoją wiedzę. Połączenie z grupą doświadczonych osób pozwala im szybko transferować te doświadczenia, wiedzę, kontakty i po prostu przyspiesza rozwój ­– wyjaśnia partner zarządzający Cobin Angels. ­– Z kolei anioły biznesu oczywiście oczekują korzystnego zwrotu ze swoich inwestycji. Zwrotów nie mierzymy w procentach, tylko w wielokrotności pomnożonego kapitału. Przykładowo aniołowie, którzy zainwestowali w największy polski sukces, czyli w DocPlannera, liczą dzisiaj swoje zyski jako blisko dwustukrotne zwiększenie kwoty, którą zaangażowali na początku.

Istnieje niewielka grupa – ok. 10 proc. – doświadczonych inwestorów, którzy przeznaczyli na inwestycje w start-upy już po ponad 9 mln zł. To Super Angels, wśród których znajdują się m.in. Rafał Brzoska, Wiktor Namysł, Marian Owerko, Robert Lewandowski czy Tomasz Domogała.

Jednocześnie wielu aniołów biznesu podkreśla, że działalność ta jest dla nich formą inspiracji, spełnienia się, przejścia do kolejnego etapu rozwoju kariery i innowacyjności, przekazywania zdobytej wiedzy kolejnemu pokoleniu przedsiębiorców. Z kolei osobom pracującym na etacie w firmach oferuje to okazję do pokazania swojej innowacyjności lub może być sposobem na wyjście z etatu i dołączenie do takiego start-upu jako współwłaściciel.

Europejski czy amerykański rynek aniołów biznesu oczywiście jest znacznie bardziej dojrzały i liczniejszy niż w Polsce. W Stanach Zjednoczonych aniołów biznesu jest dwieście kilkadziesiąt do 300 tys. osób, w krajach Europy Zachodniej kilkanaście do 20–30 tys. per kraj – informuje Robert Ługowski. – W Polsce mamy ich poniżej tysiąca, więc widzimy tutaj jeszcze bardzo dużą przestrzeń do rozwoju. Uważamy, że powinno być co najmniej kilka tysięcy, powiedzmy 5–6 tys. aniołów biznesu w Polsce. Oczywiście również chodzi o to, żeby aniołowie biznesu działali coraz bardziej profesjonalnie i żeby ich aktywność rosła, a wraz z nią również liczba inwestycji.

Technologia coraz szybciej przeobraża rynek pracy. Staje się kluczowa nie tylko dla rozwoju kariery,...

Technologia już dziś jest częścią codziennego życia zawodowego dużej grupy pracowników, a w przyszłości jej udział będzie rósł. 65 proc. Polaków uważa, że kompetencje cyfrowe będą odgrywać coraz ważniejszą rolę na rynku pracy, a 60 proc. ocenia, że osobom biegłym w nowych technologiach będzie łatwiej o podwyżki i awanse – wynika z badań przeprowadzonych przez Grupę Pracuj. Cyfryzacja i zmiana modelu pracy na zdalny lub hybrydowy staje się także stałym elementem wellbeingu pracowniczego. Do korzystania z dobrodziejstw tej sytuacji skłonne są przede wszystkim młode osoby, które szukają pracy elastycznej, dopasowanej do ich stylu życia.

– Technologia diametralnie zmieniła rynek pracy i zmienia go dalej. Na pewno zamknięcie nas w domach, z komputerem, na czas pandemii COVID-19, spotykanie się poprzez ekrany bardzo mocno przyspieszyło ten rozwój – mówi agencji Newseria Biznes Małgorzata Ohme, psycholożka, dziennikarka, współtwórczyni aplikacji Mindgram.

W 2020 roku, wraz z wybuchem pandemii COVID-19, zaczęła się największa od czasów II wojny światowej transformacja umiejętności pożądanych na rynku pracy – pokazuje raport Manpower Group („Niedobór talentów”). W obliczu przyspieszającej rewolucji technologicznej firmy szukają pracowników dysponujących zarówno kompetencjami miękkimi, jak i zaawansowanymi umiejętnościami cyfrowymi. W tej kwestii Polacy są optymistami: z ubiegłorocznego raportu Pracuj.pl („Cyfrowa ewolucja kariery”) wynika, że 67 proc. pozytywnie ocenia swoją biegłość w korzystaniu z technologii w życiu zawodowym. Jednocześnie siedmiu na dziesięciu Polaków ogólnie pozytywnie ocenia wpływ rozwoju technologii na rynek pracy w ostatnich latach.

 Technologia to coś bardzo wspierającego, otwiera bardzo szerokie możliwości, np. to, że możemy dzisiaj pracować z każdego miejsca, sięgać po specjalistów z najdalszego zakątka świata, nie musimy się kierować dostępnością fizyczną – wymienia Małgorzata Ohme.

Big data, uczenie maszynowe, rozwiązania chmurowe, automatyzacja procesów, AI i postępująca robotyzacja w coraz większym stopniu wspierają biznes, a w kolejnych latach będą mieć też rosnące przełożenie na to, w jaki sposób pracownicy wykonują swoje obowiązki zawodowe. Już dziś dzięki rozwiązaniom chmurowym i mobilnym zespoły w firmach mają możliwość szybkiej i łatwej komunikacji. Pracownicy są też świadomi konieczności ciągłości podnoszenia swoich kompetencji cyfrowych: w badaniu Pracuj.pl 44 proc. Polaków oceniło, że w przyszłości zbyt niski ich poziom może być dla nich przeszkodą w szukaniu nowej pracy. Co istotne, większość (73 proc.) uważa też, że to pracodawcy powinni wspierać pracowników w nabywaniu nowych kompetencji cyfrowych.

Jak wynika z badań Manpower Group, średnio co trzecie przedsiębiorstwo w Polsce docelowo planuje połączenie pracy zdalnej z wykonywaniem zadań w siedzibie firmy. Natomiast wśród pracowników 43 proc. uważa, że jesteśmy świadkami końca ery, w której praca na etat była wykonywana w sztywnych ramach czasowych od godziny 9 do 17.

Są różne badania, które mówią o tym, czy efektywność pracowników się poprawiła, czy pogorszyła. Dużo się mówi o rosnącym wskaźniku wypalenia zawodowego. Często wiąże się go z tym, że byliśmy cały czas w formie zdalnej – mówi współtwórczyni aplikacji Mindgram.

Wśród innych minusów pracy zdalnej wymieniane są m.in. obniżenie efektywności komunikacji spowodowane brakiem spotkań twarzą w twarz, utracone więzi z kolegami z pracy. Z drugiej strony pozwoliła się ona pokazać pracownikom od bardziej spontanicznej, ale też bardziej domowej strony, nauczyła ich elastyczności, nieprzewidywalności i dystansu.

Jak podkreśla ekspertka, praca zdalna, która była pewnego rodzaju przymusem na początku pandemii, teraz stała się pożądaną opcją. Nie jest jednak powiedziane, że jest to rozwiązanie korzystne dla wszystkich.

– Najważniejsze jest to, żeby człowiek miał wybór. Czasem nam się wydaje, że w pracy zdalnej byłoby nam lepiej, ale potem okazuje się, że nie jesteśmy zbyt dobrze zorganizowani. Natomiast jeśli weźmiemy pod uwagę swoje zasoby i możliwości, może się okazać, że będziemy bardziej efektywni na Bali niż w Warszawie w WeWorku albo na odwrót. Trzeba mierzyć siły na zamiary. Ilu ludzi, tyle modeli pracy. I cudownie byłoby, żeby każdy miał możliwość wyboru – podkreśla Małgorzata Ohme.

Trend pracy zdalnej i rozwoju cyfryzacji jest dziś bardzo widoczny zwłaszcza wśród młodego pokolenia, które szuka elastycznych, dopasowanych do swojego stylu życia form zatrudnienia.

– To oni dzisiaj na rozmowach rekrutacyjnych pytają, czy mogą pracować z dowolnego miejsca – mówi psycholożka. – Uważam, że mają prawo o to pytać i ci, którzy są dobrymi ekspertami, mają prawo wymagać, żeby pracować w takich warunkach, które sprzyjają ich efektywności. Te warunki każdy sam powinien wobec siebie określić.

W raporcie Manpower Group eksperci wskazują, że w dobie dynamicznych zmian na rynku pracy pewne jest tylko jedno: pandemiczny kryzys powinien przygotować społeczeństwo na pracę przyszłości, która według prognoz będzie zdecydowanie bardziej elastyczna, różnorodna i nastawiona na dbanie o dobre samopoczucie pracowników.

– Technologia otworzyła nam cały obszar dbania o swój własny dobrostan. Jeszcze kilka lat temu nie mówiło się o tym, że powinniśmy wspierać pracowników, jeśli chodzi o ich wellbeing czy mental health. Wśród benefitów nie było opieki psychologicznej czy możliwości rozwoju. Dzisiaj, dzięki nowym technologiom, mamy platformy takie jak np. Mindgram, które zapewniają dostęp do najlepszych specjalistów, do webinarów, szkoleń, audioteki, podcastów, do różnych form prorozwojowych i samopomocowych – mówi Małgorzata Ohme.

O możliwościach, jakie technologia stwarza na rynku pracy, eksperci debatowali podczas jednego z ostatnich spotkań w ramach Thursday Gathering. To cykliczne eventy organizowane przez Fundację Venture Café Warsaw, które do Varso przy ulicy Chmielnej przyciągają szerokie grono ekspertów, firm, start-upów, inwestorów i naukowców.

Polityka Europejskiego Zielonego Ładu może się przyczynić do wzrostu zainteresowania kompostowaniem. Zachętą będą obniżki...

Udział kompostowania w procesie przetwarzania odpadów komunalnych wzrósł w Polsce w ostatnim roku do ponad 13 proc. Założenia Europejskiego Zielonego Ładu, zmierzające do ograniczenia zużycia nawozów i pestycydów, mogą wkrótce zwiększyć zainteresowanie kompostowaniem. Rośliny uprawiane w ziemi zasilanej kompostem są lepiej odżywione i odporniejsze na choroby, szkodniki czy zmiany temperatur. Tworzenie z odpadów kuchennych kompostu jest też dobrym sposobem na ograniczenie marnowania żywności. Zachęty ekonomiczne, takie jak obniżki opłat za odbiór śmieci, mogą być argumentem dla osób inwestujących w kompostowniki.

Kompostowanie w Polsce staje się coraz bardziej popularną metodą zagospodarowania różnego typu odpadów biodegradowalnych. Wpisuje się to w ogólną politykę Unii Europejskiej dotyczącą biogospodarki, czyli wykorzystywania wszystkich źródeł składników pokarmowych, ale również zabezpieczania energetycznego środowiska przyrodniczego. Węgiel jest głównym źródłem energii, nie tylko dla nas, ale również dla środowiska glebowego czy życia roślin i mikroorganizmów. Dopływ węgla jest bardzo ważnym elementem wzrostu i rozwoju roślin. Poza tym jest to pewien wymóg również polityki Unii Europejskiej, ponieważ każdy użytkownik gleby ma dbać o węgiel organiczny – informuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje prof. dr hab. Wojciech Stępień, pracownik Samodzielnego Zakładu Chemii Rolniczej i Środowiskowej w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie.

Współczesne rolnictwo stało się skoncentrowane, przez co w gospodarstwach brakuje naturalnych nawozów pochodzących z upraw czy hodowli. Rozwiązaniem staje się produkcja kompostu, do której używa się wszelkiego rodzaju bioodpadów, również z gospodarstw domowych czy przetwórni. Kompost sprawia, że gleba jest żyźniejsza i wilgotniejsza, dzięki czemu rośliny są lepiej odżywione i zdrowo rosną.

Dbałość o biologię jest priorytetem. Powszechne jest wykorzystanie mikroorganizmów czy organizmów, które w glebie dzięki biomasie zwiększają swoją aktywność i pozwalają również lepiej wykorzystywać potencjał produkcyjny. Stąd kompostowanie staje się ważnym ogniwem biogospodarki. Oczywiście musimy tak przeprowadzać proces kompostowania, żeby on nie był szkodliwy dla środowiska. Głównie chodzi o czystość powietrza, ale również gleby, jeżeli wprowadzamy materię organiczną – dodaje prof. dr hab. Wojciech Stępień.

Kompostowanie może się sprawdzić zarówno w dużych, jak i małych gospodarstwach, nie tylko ekologicznych. Poza resztkami roślin pochodzącymi z ogrodu na kompost nadają się odpadki kuchenne (bez mięsa i kości), fusy z kawy i herbaty, bezzapachowe chusteczki higieniczne, niezadrukowany i pocięty papier, wytłoczki od jajek, zużyta ziemia z doniczek.

– Przykładowo w warzywniczych gospodarstwach, gdzie mamy bardzo dużo bogatych w składniki pokarmowe odpadów z marchwi, kapusty czy innych warzyw, właściwe ich zagospodarowanie poprzez kompostowanie jest jak najbardziej pożądanym, wskazanym i ważnym elementem właściwego gospodarowania składnikami pokarmowymi – mówi ekspert Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie.

Jak wynika z poradnika Instytutu Ochrony Środowiska – Państwowego Instytutu Badawczego, kompost najlepiej przechowywać w zacienionym miejscu, w drewnianych skrzynkach lub specjalnych plastikowych termokompostownikach, które znacznie szybciej rozkładają materię organiczną. Nie można też zapominać o zapewnieniu dostępu do tlenu oraz nawadnianiu kompostu.

Do przyspieszenia procesu kompostowania wykorzystuje się dojrzały kompost lub specjalne szczepionki kompostowe zawierające bakterie tlenowe i inne mikroorganizmy glebowe. Można też wykorzystać większe organizmy, takie jak dżdżownice kalifornijskie. Ich znaczenie w użyźnianiu gleby dostrzegł już w XIX wieku Karol Darwin. Współcześnie na mniejszą skalę praca dżdżownic jest wykorzystywana w specjalnie przystosowanych kompostownikach. Produkcja wermikompostu przybrała też charakter przemysłowy. Według autorów raportu opublikowanego przez MENAFN światowy rynek tego nawozu wypracuje do 2025 roku przychody przekraczające 108 mln dol., podczas gdy w 2021 roku było to 70 mln dol.

– Są to bardzo aktywne mikroorganizmy, które dziennie przeprowadzają przez swój organizm tyle biomasy, ile ważą, czyli najczęściej 1 g. Przetwarzają materię organiczną w biohumus, który jest bardzo wartościowy. Śluz, który powstaje, jest dodatkową pożywką dla wielu mikroorganizmów, czyli jest to jak najbardziej efektywny proces – wskazuje prof. dr hab. Wojciech Stępień.

Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że z roku na rok rośnie udział kompostowania w procesie przetwarzania odpadów. W ubiegłym roku do kompostowania zostało w Polsce przekazanych ponad 1,8 tys. t odpadów komunalnych, co stanowi 13,3 proc. wszystkich takich odpadów. Rok wcześniej było to ponad 1,5 tys. t, co stanowiło 12 proc. wszystkich odpadów komunalnych. Zdaniem eksperta obniżenie stawek za odbiór śmieci dla osób kompostujących odpady mogłoby się przyczynić do popularyzacji inwestowania gospodarstw domowych w ten proces.

Jeżeli chcemy wdrożyć wszystkie założenia biogospodarki Zielonego Ładu, to być może dobre byłyby takie zachęty na początek, żeby się ludzie przyzwyczaili, żeby jednak zadbali pośrednio o środowisko. Nie ma innej metody jak ekonomia – podkreśla ekspert SGGW w Warszawie. – Cały problem jest we właściwym planowaniu gospodarki odpadami, jej kontroli i rozliczania. To jest problem dość złożony, jak wycenić, ile, kiedy. To powinno być szczegółowo przemyślane, znalezienie mechanizmów, jak to oceniać ilościowo, jakościowo, bo z tym jest najczęściej w Polsce problem, jeżeli spojrzymy na różnego typu aspekty związane z gospodarką różnymi materiałami odpadowymi.

Jak podkreśla ekspert, kompost jest bezpieczniejszy dla gleby niż bezpośrednie wprowadzanie do niej biomasy, a jego używanie przyczynia się do zmniejszenia wykorzystania nawozów mineralnych.

– To, co jest w kompoście, w zależności od wsadu, nie zawsze w pełni będzie zaspokajać potrzeby poszczególnych gatunków roślin. Nawozy są niezbędne, jeżeli chcemy uzyskiwać wyższe poziomy plonowania, bo system zamknięty, w jakim funkcjonujemy, pozwala na uzyskiwanie poziomu plonowania na średnim poziomie. Proces kompostowania przyspiesza pewne przemiany, które mogłyby zachodzić w glebie – mówi prof. dr hab. Wojciech Stępień. – Kompost może nie zastępuje, ale zmniejsza zużycie nawozów mineralnych, a przede wszystkim energii, bo azotu, który zabezpieczymy w kompoście, nie musimy pozyskiwać w fabryce nawozów azotowych. Czyli to racjonalizuje gospodarkę, ogranicza zużycie nawozów mineralnych i jak najbardziej w tym kierunku powinniśmy pójść.