Zaostrza się globalna rywalizacja w obszarze 5G. Część państw próbuje wykluczyć z rynku chińskich...

– Państwa, które stosują restrykcje wobec chińskich firm technologicznych, argumentują, że stanowią one zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego. W istocie kontekst jest amerykański. Krótko mówiąc, dobre stosunki z USA są tu ważniejsze niż ewentualne korzyści ze współpracy z chińskimi firmami – mówi prof. Edward Haliżak, ekspert ds. stosunków międzynarodowych z UW. Jak wskazuje, rywalizacja w obszarze 5G się zaostrza, a Stany Zjednoczone próbują wykluczyć z globalnego rynku chińskich dostawców tej technologii. Za ich przykładem podąża też część państw UE, w tym m.in. Polska, dla której USA są jednym z głównych sojuszników. – Polska wybiera technologię firm europejskich, które po prostu są droższe. Problem polega na tym, że to przełoży się na ceny usług w tej dziedzinie. To trzeba jasno powiedzieć – podkreśla ekspert.

 5G to technologia przyszłości, która umożliwia digitalizację nieomal wszystkich dziedzin gospodarki i życia społecznego. Opiera się na superszybkich łączach i gromadzeniu jak największej ilości danych. I to właśnie jest klucz, który sprawia, że ta technologia jest bardzo wrażliwa z punktu widzenia operowania ogromnymi ilościami danych i gromadzenia ich – mówi agencji Newseria Biznes prof. Edward Haliżak z Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego.

5G, czyli nowa generacja sieci komórkowej, w porównaniu z 4G/LTE ma stworzyć wręcz rewolucyjne możliwości, oferując szybsze łącza i większą pojemność sieci. Umożliwi tworzenie nowych usług i modeli biznesowych, pozwoli też wdrożyć na dużą skalę rozwiązania oparte na internecie rzeczy w obszarach takich jak smart city czy telemedycyna. Większość ekspertów jest zgodna, że upowszechnienie 5G będzie początkiem kolejnego etapu rewolucji technologicznej. Prace nad standaryzacją sieci 5G już od kilku lat prowadzi światowa czołówka technologicznych gigantów, m.in. Huawei, Ericsson i Nokia.

Na świecie ma miejsce bardzo ostra rywalizacja w dziedzinie 5G. Najbardziej efektywnym dostawcą tej technologii są firmy chińskie ZTE i Huawei. W Europie są to Ericsson i Nokia, które oferują tę technologię po wyższych cenach. W Stanach Zjednoczonych funkcjonują dwie firmy: Cisco i Maverick, które są jednak lekko zapóźnione w stosunku do firm europejskich i chińskich – mówi ekspert ds. stosunków międzynarodowych.

Jak wskazuje, w obawie przed globalną dominacją Chin w obszarze technologii teleinformatycznych administracja Donalda Trumpa w zeszłym roku zainicjowała program Clean Network, który ma wyeliminować chińskich producentów z rynku ICT i budowy 5G.

ZTE i Huawei zostały wykluczone z amerykańskiego rynku jako zagrażające bezpieczeństwu narodowemu. Ten model postępowania wobec chińskich firm, które dysponują zaawansowaną i do tego tańszą technologią, jest jednak dylematem dla wielu państw Unii Europejskiej – podkreśla prof. Edward Haliżak.

Podejście państw UE do chińskich dostawców technologii 5G jest zróżnicowane. Polska, Rumunia czy Czechy naśladują amerykańskie rozwiązania i przyjmują restrykcyjne ustawodawstwo, które wyklucza je z krajowych rynków. Podobnie jak Szwecja, ponieważ Chińczycy są bezpośrednią konkurencją szwedzkiego Ericssona. Jednak inne kraje – w tym np. Holandia, Norwegia czy Niemcy – przyjęły już bardziej elastyczne podejście.

Niemcy w swoich wstępnych projektach dotyczących ustawodawstwa 5G wprowadzają kryterium zaufania. Firmy chińskie są już obecne na niemieckim rynku i – co ważniejsze – Chiny są bardzo ważnym partnerem gospodarczym, dlatego też Niemcy stosują bardziej wyważone podejście w stosunku do tamtejszych firm. To też sprawia, że USA są z tego powodu bardzo złe na Niemcy – wyjaśnia ekspert. – Łagodny stosunek do chińskich inwestycji ma też Hiszpania, ponieważ chińskie firmy są już tam zadomowione i opanowały technologię 3G i 4G. Tutaj znaczenie mają też dobre kontakty z Ameryką Łacińską, gdzie dominująca jest właśnie technologia chińska od Huaweia i ZTE. Hiszpanie chcą pozostawać w tym samym standardzie technologicznym.

Jak podkreśla, w Estonii z kolei każdy przypadek inwestycji chińskiej firmy będzie rozpatrywany jednostkowo pod kątem ewentualnych zagrożeń dla bezpieczeństwa narodowego.

Nie przyjęto ustawodawstwa, które w ogóle zakazuje jakichkolwiek kontaktów, za to wprowadzono rozwiązania bardziej szczegółowe, uzależniające przyznanie koncesji na chińską technologię w zależności od sytuacji – mówi prof. Edward Haliżak.

Każdy kraj stosuje indywidualne podejście do chińskich dostawców infrastruktury dla sieci 5G, ponieważ na poziomie ogólnounijnym nie ma w tym obszarze odgórnych wytycznych.

– Komisja Europejska w 2018 i 2020 roku wydała decyzje dotyczące ochrony danych na jednolitym rynku europejskim. Zgodnie z nimi firmy, które naruszają bezpieczeństwo danych, będą karane finansowo. To wspólne, jednolitorynkowe podejście wypracowane przez strategię cybernetyczną Unii Europejskiej, ale uważa się, że ono stanowi tylko punkt wyjścia dla rozwiązań krajowych – mówi ekspert UW.

Rozwiązania przyjmowane przez poszczególne kraje UE są w dużym stopniu uzależnione od ich relacji z USA, które mają z Chinami napięte stosunki.

– To jest przede wszystkim kwestia relacji politycznych, finansowych i handlowych. Te państwa, które decydują się na współpracę z chińskimi firmami Huawei i ZTE, nie traktują tego w kategoriach zagrożenia dla ich bezpieczeństwa, patrzą na to zupełnie inaczej. Natomiast te, które stosują restrykcje, argumentują to względami bezpieczeństwa narodowego, twierdząc, że chińskie firmy mu zagrażają. Ale w istocie rzeczy kontekst jest amerykański, związany jest z tym, żeby naśladować, podążać za wzorcem amerykańskim. Krótko mówiąc, dobre stosunki z USA są tu ważniejsze niż ewentualne korzyści ze współpracy z firmami chińskimi – ocenia prof. Edward Haliżak.

Polska, dla której Stany Zjednoczone są jednym z głównych sojuszników, pracuje w tej chwili nad nowelizacją ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa. Zawarte w niej zapisy pozwalają zdaniem części ekspertów wykluczyć z rodzimego rynku chińskie firmy na podstawie kryteriów narodowościowych.

– Polska wybiera technologię firmy Ericsson i Nokii, firm europejskich, które po prostu są droższe. Problem polega na tym, że to przełoży się na ceny usług w tej dziedzinie. To trzeba jasno powiedzieć – mówi ekspert UW. – Poza tym nasze cyberbezpieczeństwo w ogóle jest poważnym wyzwaniem, ponieważ my nie mamy własnej technologii, musimy wybierać technologię importowaną. I teraz blokujemy technologię chińską na rzecz technologii europejskich czy amerykańskich, ale to ciągle jest import – uzależnienie od innego źródła, europejskiego lub amerykańskiego.

Ekspert zauważa, że wykluczanie dostawców z Chin z europejskich rynków ma charakter względny, ponieważ nawet firmy takie jak Ericsson i Nokia też korzystają z części elementów pochodzących od chińskich poddostawców.

 Chińczycy mają te technologie rozwinięte jako podzespoły, części, elementy i co najważniejsze, są one chronione patentami. W związku z tym inne firmy – nie chcąc nadużywać własności intelektualnej – po prostu muszą korzystać z rozwiązań chińskich – mówi prof. Edward Haliżak. – Poza tym istnieją obecnie procedury i rozwiązania, które pozwalają zapewnić bezpieczeństwo cybernetyczne rozumiane jako ochrona danych wrażliwych. Te procedury można również zastosować w odniesieniu do chińskich firm. W związku z tym argument bezpieczeństwa narodowego po prostu jest tu nadużywany, biorąc pod uwagę to, że można korzystać z firm chińskich i doskonale je kontrolować.

Polskie firmy w ogonie Europy pod względem wykorzystania chmury. Przyspieszenie w tym obszarze przyniosłoby...

Chmura jest jedną z kluczowych technologii cyfrowej transformacji, ale Polska wciąż musi nadrabiać pod tym względem dystans dzielący ją od bardziej rozwiniętych gospodarek. Poziom wykorzystania technologii chmurowych w naszym kraju jest dziś bowiem 14-krotnie niższy niż w najbardziej zaawansowanych państwach Europy. Szczególnie słabo wypadają pod tym względem małe i średnie firmy. W energetyce i przemyśle wytwórczym z chmury korzysta raptem co piąta firma. Jak szacują eksperci McKinsey, nadrobienie zaległości i szerokie upowszechnienie tej technologii w 2030 roku mogłoby przynieść krajowej gospodarce dodatkowo 121 mld zł, co odpowiada 4 proc. PKB. Największe korzyści odniosłyby z tego handel detaliczny, sektor FMCG oraz transport i logistyka.

Transformacja cyfrowa przyspieszyła, zarówno w administracji publicznej, jak i wśród przedsiębiorców. O ile duże firmy radzą sobie z tym doskonale, o tyle sektor małych i średnich firm potrzebuje wsparcia państwa. Tym wsparciem są projekty tworzone przez podmioty, które współpracują z państwem. Jednolita chmura wydaje się perspektywą do tego, aby pomóc zarówno w sferze państwowej, jak i w sferze przedsiębiorców – mówi agencji Newseria Biznes Olga Semeniuk, wiceminister rozwoju i technologii, która uczestniczyła w prezentacji raportu.

– Z naszych analiz wynika, że poziom wdrożenia rozwiązań chmurowych w Polsce jest obecnie 14-krotnie niższy w porównaniu do europejskich liderów chmury, czyli krajów północnych – mówi Borys Pastusiak, partner w firmie doradczej McKinsey.

Polska gospodarka, aby zachować konkurencyjność, musi nadgonić dystans dzielący ją od europejskich liderów, zarówno pod względem wykorzystania technologii chmurowych, jak i tempa ich wdrażania. W tej chwili w Polsce poziom wdrożenia chmury jest niższy (1,5 raza) nawet od średniej dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej – wynika z nowego raportu „Chmura 2030. Jak wykorzystać potencjał technologii chmurowych i przyspieszyć wzrost w Polsce”, opracowanego przez McKinsey & Company.

Są oczywiście sektory, w których wykorzystanie chmury jest wysokie, takie jak branża teleinformatyczna albo sektor mediowy. Z drugiej strony mamy takie branże jak nieruchomości, energetyka czy przemysł wytwórczy, gdzie wykorzystanie rozwiązań chmurowych jest bardzo niskie i daleko nam do liderów w tym obszarze – mówi Borys Pastusiak.

Z szacunków McKinsey, ujętych w nowym raporcie, wynika, że pełniejsze wykorzystanie technologii chmurowych w polskich firmach i instytucjach publicznych już w 2030 roku może przynieść krajowej gospodarce dodatkowo 121 mld zł, co odpowiada 4 proc. PKB.

– Co warto podkreślić, 80 proc. tej wartości może pochodzić z innowacji, czyli nowych przedsiębiorstw, produktów, procesów cyfrowych umożliwionych dzięki lepszemu wykorzystaniu analityki danych, internetu rzeczy, automatyzacji czy też hiperskalowalności. Pozostałe 20 proc. to korzyści, które może odnieść bardziej tradycyjny biznes, czyli modernizacja infrastruktury IT czy też optymalizacja kosztów operacyjnych – mówi Ewa Granosik, analityczka w McKinsey, autorka raportu.

Analiza pokazuje, że największe korzyści wynikające z upowszechnienia chmury mogą odnieść handel detaliczny, sektor FMCG oraz transport i logistyka. Tylko w tym pierwszym sektorze wykorzystanie dynamicznych cen, inteligentnych promocji i optymalizacja stanów magazynowych – wsparte technologiami chmurowymi – mogłyby przynieść 12 mld zł w 2030 roku.

– Kolejne 11 mld zł może pochodzić z sektora FMCG, z automatyzacji produkcji czy też optymalizacji zużycia energii – mówi Ewa Granosik.

Jak podkreśla, polskie firmy wciąż wskazują jednak na szereg barier, które ograniczają wdrażanie technologii chmurowych. Wśród tych głównych są m.in. niepewność regulacyjna, skomplikowane wymogi i obawy o bezpieczeństwo danych.

– Firmy wskazują także na inne bariery, jakimi są brak odpowiedniej wiedzy na temat tych technologii, jaką wartość dodaną mogą przynieść, oraz deficyt kompetencji na rynku – wymienia analityczka w McKinsey.

W nowym raporcie analitycy wskazują, że Polska ma solidne fundamenty, żeby wykorzystać potencjał technologii chmurowych. To m.in. stabilna sytuacja makroekonomiczna, wysokiej jakości infrastruktura cyfrowa i dostawcy chmury, działający w ramach sektora publicznego.

 Aby jednak do tego roku doścignąć liderów, Polska musiałaby notować roczny wzrost wdrożenia chmury na poziomie nawet 50 czy 60 proc. rok do roku, co oznacza przyspieszenie obecnego tempa dwu-, a nawet dwuipółkrotnie – podkreśla Borys Pastusiak.

Kluczową rolę w upowszechnianiu tej technologii w kolejnych latach będą mieć nie tylko przedsiębiorstwa, ale i sektor publiczny. Dysponuje on bowiem środkami na wsparcie finansowe dla chmury i kreuje prawodawstwo w tym obszarze. Instytucje publiczne, które korzystają z chmury, mogą też stanowić przykład dla innych uczestników rynku. 

60 proc. firm przyspieszyło inwestycje w infrastrukturę IT. Chcą się w ten sposób przygotować...

Dla biznesu pandemia COVID-19 okazała się katalizatorem cyfrowej transformacji. – To po prostu wykorzystanie technologii do tego, żeby firma działała lepiej, sprawniej, bardziej elastycznie – mówi Andrzej Syta z Goldenore. Dlatego coraz więcej przedsiębiorstw inwestuje w nowoczesne rozwiązania IT, by przygotować się na ewentualne kolejne kryzysy. Tego typu inwestycje to konieczność również pod kątem wdrażania nowych technologii w firmach. Rozwiązania chmurowe czy sztuczna inteligencja potrzebują bowiem większych mocy. Do tego trendu przystosowują się także dostawcy sprzętu i oprogramowania, którzy stawiają w ofercie na mocniejsze i bardziej wydajne rozwiązania dla biznesu.

– Biznes na całym świecie musi dostosowywać się do wymogów, jakie narzuca cyfrowa transformacja. Infrastruktura IT jest tego nieodłącznym elementem. Firmy chcą, żeby pomogła im ona stać się sprawnymi, elastycznymi, wydajnymi i odpornymi na cyberataki. Chcą przekształcać dane w wartość, żeby szybko reagować na zmiany rynkowe i utrzymywać konkurencyjność, a przy tym – w obliczu zwiększonej liczby cyberataków – mieć gwarancję, że ich poufne dane są bezpieczne – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Syta, menedżer do spraw przedsprzedaży w Goldenore. 

Pandemia COVID-19 uświadomiła wielu firmom, że aby móc skutecznie działać w warunkach kryzysu i nieprzewidywalności rynkowej, muszą wykazywać się dużą elastycznością. Potwierdza to też tegoroczne badanie „CEO Study 2021”, przeprowadzone przez IBM Institute of Business Value na grupie ponad 3 tys. dyrektorów. 56 proc. z nich podkreśliło potrzebę zwiększenia sprawności operacyjnej i elastyczności swojej firmy w ciągu najbliższych dwóch–trzech lat.

Dla wielu firm zawirowania związane z pandemią okazały się jednak nie tylko wyzwaniem, ale i szansą. Aż 60 proc. ankietowanej kadry kierowniczej wskazało, że wykorzystuje ten czas, aby radykalnie przyspieszyć cyfrową transformację swojej firmy. Z kolei według 2/3 badanych pandemia pozwoliła rozwinąć nowe inicjatywy transformacyjne, które wcześniej napotykały opór.

 Cyfrowa transformacja to po prostu wykorzystanie technologii do tego, żeby firma działała lepiej, sprawniej, bardziej elastycznie – mówi Andrzej Syta. – IBM odpowiedział na tę potrzebę, wprowadzając nowy serwer IBM Power E1080. To pierwszy z generacji serwerów opartych na procesorze Power 10, który jest w stanie odpowiedzieć na najważniejsze wyzwania, z jakimi mierzy się współczesny biznes.

IBM Power E1080 to serwer klasy korporacyjnej oparty na zaawansowanym, wysoko wydajnym procesorze IBM Power10, oficjalnie zaprezentowanym we wrześniu tego roku. To efekt pięciu lat pracy zespołu inżynierów oraz setek nowych i oczekujących patentów.

Powstał przede wszystkim z myślą o zapewnieniu przedsiębiorstwom elastyczności, ciągłości biznesowej i większej wydajności. Gwarantuje mniejsze o 33 proc. zużycie energii, o 50 proc. większą moc obliczeniową i unikalne możliwości skalowania. To obecnie najszybsza, bezpieczna i wydajna platforma serwerowa klasy korporacyjnej, która pozwala firmom korzystać z rozwoju sztucznej inteligencji i bezproblemowo migrować do chmury hybrydowej – mówi menedżer do spraw przedsprzedaży w Goldenore. 

IBM Power E1080 został od podstaw zaprojektowany z myślą o chmurze hybrydowej i obsłudze złożonych środowisk, wymagających dużej mocy obliczeniowej i przetwarzania ogromnych ilości danych. Dzięki nowej technologii Memory Inception obsługuje wielopetabajtowe klastry pamięci, co umożliwia tworzenie pul pamięci w wielu systemach, zwiększając pojemność chmury i jej wydajność.

Wykorzystując serwer oparty na procesorze IBM Power10, można zbudować chmurę przystosowaną do obsługi nawet newralgicznych obciążeń, o kluczowym znaczeniu dla działalności przedsiębiorstwa – podkreśla mówi Andrzej Syta.

Jak wskazuje, technologią o strategicznym znaczeniu dla biznesu jest też sztuczna inteligencja, której wykorzystanie wzrasta z każdym rokiem. I choć według danych Eurostatu za ubiegły rok na razie SI wykorzystuje raptem 7 proc. europejskich przedsiębiorstw, to właśnie w tej technologii firmy widzą w nadchodzących latach największy potencjał. Wdrożenie i trening SI wymagają jednak ogromnej mocy obliczeniowej. Dlatego w procesorze Power10 każdy rdzeń został wyposażony w cztery silniki MMA (Matrix Math Accelerator), które w porównaniu z poprzednikiem, Power9, zapewniają kilkunastokrotne usprawnienie wnioskowania AI.

– Typowe wdrożenie sztucznej inteligencji obejmuje wysyłanie danych z platformy operacyjnej do systemu GPU. Zwykle powoduje to latencję, a przy większej ilości danych w sieci może nawet zwiększać zagrożenie bezpieczeństwa. IBM Power10, dzięki wbudowanym algorytmom wnioskowania, uruchamia mechanizmy AI bliżej punktu danych bez konieczności zastosowania odrębnej infrastruktury, przeznaczonej specjalnie dla sztucznej inteligencji. To z kolei przekłada się na szybsze uzyskanie informacji i większe bezpieczeństwo – tłumaczy ekspert Goldenore. – Wykorzystanie IBM Power10 jest więc sposobem na szybsze wdrożenie w firmie rozwiązań AI i bardziej optymalne korzystanie ze zgromadzonych danych.

IDC szacuje, że globalny rynek platform dla sztucznej inteligencji będzie wart w 2025 roku 27 mld dol., a jego udział w całym rynku serwerów wzrośnie do 21 proc.

Według IBM nowy Power10 to też mniejsze całkowite koszty posiadania infrastruktury IT, co wynika m.in. z faktu, że większa moc kompresji danych per rdzeń przekłada się na mniejsze zapotrzebowanie na licencje, miejsce w serwerowni i czas pracownika IT przeznaczonego do nadzoru operacji.

Ponieważ dane znajdują się w coraz bardziej rozproszonym środowisku, a liczba cyberataków z każdym rokiem rośnie, kluczowy nacisk został położony również na bezpieczeństwo danych od rdzenia aż po chmurę, co gwarantuje m.in. wykorzystanie kryptografii kwantowej. W IBM Power10 wbudowano też czterokrotnie więcej silników szyfrujących per rdzeń niż w przypadku jego poprzednika – wskazuje Andrzej Syta.

Polskie firmy notują wzrost liczby cyberataków. Największym zagrożeniem pozostają błędy po stronie pracownika

Masowe przejście na pracę zdalną okazało się czynnikiem, który wpłynął na cyberbezpieczeństwo polskich firm. Prawie co piąta z nich odnotowała w ubiegłym roku wzrost liczby ataków hakerskich. Ich celem, będącym zarazem najsłabszym ogniwem całego systemu cyberbezpieczeństwa, najczęściej są pracownicy i ich skrzynki mailowe. W przypadku ataku phishingowego mogą posłużyć hakerom jako punkt wejścia do organizacji. Jednak sami pracownicy też często wykazują się niefrasobliwością, np. przesyłając służbową korespondencję na swoje prywatne, słabo chronione skrzynki mailowe. Dlatego – jak podkreślają eksperci ING Tech Poland – pierwszą linią obrony firm przed cyberatakami jest podnoszenie świadomości pracowników. W drugim kroku potrzebne są zabezpieczenia techniczne.

– Czynnik ludzki pozostaje niezmiennie jednym z głównych zagrożeń dla cyberbezpieczeństwa, który w dodatku najtrudniej jest kontrolować. Mimo tego, że inwestujemy duże środki i wysiłek w to, żeby szkolić, pracować nad odpowiednią świadomością, często wystarczy, że tylko jedna osoba popełni błąd, zamyśli się albo zapomni, a taki błąd może być bardzo brzemienny w skutkach dla całej organizacji – mówi agencji Newseria Biznes Przemysław Wolek, dyrektor Pionu Bezpieczeństwa IT w ING Tech Poland.

Z ostatniego „Barometru Cyberbezpieczeństwa 2021” firmy doradczej KPMG wynika, że w ocenie 55 proc. polskich firm pandemia COVID-19 przyczyniła się do wzrostu ryzyka wystąpienia cyberataków. W ubiegłym roku 19 proc. zaobserwowało nasilenie takich incydentów, a 64 proc. przedsiębiorstw odnotowało przynajmniej jeden taki atak. To wzrost o 10 punktów procentowych r/r.

83 proc. przedsiębiorstw ankietowanych przez KPMG w czasie pandemii COVID-19 wdrożyło pracę zdalną, niemal w pełni w klasycznym modelu – z wykorzystaniem służbowych laptopów i szyfrowanych połączeń (VPN). Jednocześnie 51 proc. firm przyznało, że przejście pracowników na home office okazało się wyzwaniem w kontekście zapewnienia bezpieczeństwa, ponieważ praca w modelu zdalnym zwiększyła ryzyko nieautoryzowanych działań i podatność na cyberataki. Co czwarty przyznaje, że zmniejszyła się skuteczność operacji bezpieczeństwa.

Możemy zorganizować liczne sesje awarenessowe dla użytkowników. Mimo tego, że oni będą się super zachowywać podczas tych sesji, ostatecznie nie wiemy, jak zareagują przy prawdziwym ataku – mówi Łukasz Miedziński, dyrektor Departamentu Cyber w ING Tech Poland. – Najczęściej popełniane błędy przez pracowników to przede wszystkim niestosowanie się do polityk, które są jasno zdefiniowane w firmie, łamanie zasad, których powinni przestrzegać.

Jak podkreśla, słabym ogniwem często są zwykłe skrzynki mailowe pracowników, które np. w przypadku ataku phishingowego służą hakerom jako punkt wejścia do organizacji. Dane KPMG wskazują, że ataki oparte na socjotechnice wiążą się z dużymi obawami przedsiębiorców.

Pierwszą fazą takiego ataku jest weryfikacja pracownika i jego zainteresowań. Poprzez social media cyberprzestępca może sprawdzić, czym on się zajmuje na co dzień, czym się interesuje, a następnie stworzyć maila w taki sposób, żeby pracownik bez zastanowienia zainteresował się jego treścią i kliknął w link, który został dla niego przygotowany. Po takiej akcji oczywiście infekcja jest gotowa – mówi Łukasz Miedziński.

Szkolenia pracowników z zakresu cyberbezpieczeństwa obejmują również socjotechnikę. Firmy uczulają swój personel, w jaki sposób przestępcy mogą wykorzystywać dane na jego temat i czym grozi kliknięcie na zainfekowany link. Symulują przykładowe ataki i obserwują reakcję pracowników, szukając słabego ogniwa. Podnoszenie tzw. security awerness wśród pracowników to pierwsza linia obrony firmy przed cyberatakami, ale nigdy nie daje ona 100 proc. gwarancji bezpieczeństwa. Dlatego drugi krok to zabezpieczenia stricte techniczne, które przedsiębiorstwo powinno wdrożyć, żeby zminimalizować ryzyko.

– Zaczynając od tzw. preventive controls, czyli zabezpieczeń, które blokują pewne zachowania pracowników, szyfrowanie czy uwierzytelnianie dwuskładnikowe. Chyba najważniejszy element to ograniczenie dostępu do skrzynek z różnych miejsc. Ważne jest, żeby skrzynki jednak były zawsze obsługiwane z wewnątrz organizacji bądź przez szyfrowane połączenia typu VPN. W dalszej kolejności możemy skoncentrować się na zabezpieczeniach typu detective, czyli monitorujemy pracowników, jak reagują w określonych sytuacjach – wymienia dyrektor Departamentu Cyber w ING Tech Poland.

Korespondencję służbową możemy zabezpieczać na wiele sposobów. Jednym z nich jest klasyfikacja danych, które funkcjonują w firmie, i dbanie o to, aby dane sklasyfikowane wysoko nie mogły opuszczać organizacji. Innym sposobem jest skanowanie contentu wiadomości w taki sposób, żeby przechwytywać wiadomości, które zawierają treści niepożądane, również przeciwdziałając opuszczeniu organizacji – wyjaśnia Przemysław Wolek.

O tym, jakie mogą być tego konsekwencje, świadczy tzw. afera mailowa na szczytach władzy. Od czerwca w internecie pojawiają się szczegóły korespondencji między najważniejszymi politykami w państwie. Rząd nie komentuje sprawy, kwestionując prawdziwość maili.

Trudno jest odnosić się do tego bardzo specyficznie, dlatego że nie wiemy, co dokładnie się wydarzyło – mówi dyrektor Pionu Bezpieczeństwa IT w ING Tech Poland. – W naszej firmie nie wyobrażamy sobie, żeby korespondencja służbowa przetwarzana była na kontach prywatnych i w taki sposób wykorzystywana. To nie powinno mieć miejsca.

Przesyłanie służbowych danych na prywatne skrzynki lub noszenie ich na urządzeniach mobilnych, np. pendrive’ach, oznacza, że organizacja traci kontrolę nad danymi i nie jest w stanie ich dłużej kontrolować. Te praktyki – uważane przez firmy i ekspertów za bardzo niebezpieczne – są jednak bardzo powszechne wśród pracowników.

– Firmowe skrzynki mailowe organizacji są chronione poprzez zaawansowane techniki i zabezpieczenia security. Natomiast skrzynki prywatne już tak dobrze chronione nie są, więc w takim przypadku korespondencja może zostać po prostu przejęta – dodaje Łukasz Miedziński. 

Pracodawcy RP krytycznie wypowiadają się o projekcie ustawy o cyberbezpieczeństwie. Ostrzegają przed pogorszeniem relacji...

Zaledwie tydzień przewidzieli projektodawcy na konsultacje społeczne ustawy o cyberbezpieczeństwie. Po protestach branży zdecydowali się na przedłużenie terminu, ale tylko o kolejne siedem dni. Zdaniem Pracodawców RP to termin zbyt krótki, zważywszy na wagę zagadnienia. – Ustawa wpłynie nie tylko na rynek telekomunikacyjny, lecz także na całą gospodarkę cyfrową w Polsce – podkreśla prezydent tej organizacji. Niektóre zapisy mogą wręcz uderzyć rykoszetem w firmy z innych branż. Zdaniem Andrzeja Malinowskiego chodzi o możliwość ograniczenia działalności Huaweia w Polsce, co może popsuć relacje gospodarcze z Chinami i zakłócić dostawy komponentów dla przemysłu.

Tylko do 2 listopada przedłużono termin konsultacji ustawy o cyberbezpieczeństwie, której nową wersję Ministerstwo Cyfryzacji opublikowało 13 października. I to mimo apelu przedsiębiorców o wydłużenie go do standardowych 30 dni. W opinii prezydenta Pracodawców RP jest to przejaw nonszalancji rządzących.

– Jeśli państwo polskie wprowadza ustawowe przepisy godzące w interes określonych dostawców, jednocześnie nie chce się wsłuchać w głos rynku, to przekaz jest bardzo prosty: projektodawca z nikim, z niczym się nie liczy. Przepisy tam zawarte są istotne nie tylko z punktu widzenia telekomunikacji, ale także dla całej polskiej gospodarki cyfrowej. Mam wrażenie, że opracowane zostały na kolanie. Nie są to standardy, których można oczekiwać po Polsce, kraju w końcu europejskim, który ma już znaczące miejsce w gospodarce globalnej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców RP.

W przekonaniu organizacji przedsiębiorców ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa (KSC) jest wyraźnie wymierzona w chińską firmę Huawei. Zapisy ustawy zostały tak skonstruowane, że dostawca sprzętu do budowy sieci 5G może być uznany za dostawcę wysokiego ryzyka na podstawie uznaniowej decyzji władz. A to rodzi obawy o powtórkę z „lex TVN” i wprowadza czynnik niepewności wśród inwestorów zagranicznych o bezpieczeństwo ich inwestycji w Polsce.

Tymczasem Chiny są dla Polski drugim po Niemczech partnerem handlowym z ponad 14-proc. udziałem w imporcie. Z drugiej strony globalny rynek i tak ma problemy z poprzerywanymi łańcuchami dostaw. Cierpi m.in. rynek motoryzacyjny z powodu braku mikroprocesorów, których większość produkowana jest w Azji, głównie w Chinach. Wstrzymanie dostaw może uderzyć rykoszetem w polskie firmy.

– Uchwalenie przepisów, które w jasny sposób uderzają w chińskich dostawców, z pewnością może zachwiać współpracą gospodarczą, to jest dla mnie nawet pewnik, znając trochę Chińczyków. To będzie bolesne przede wszystkim dla polskich przedsiębiorców, którzy oferują swoje produkty na ogromnym rynku chińskim – przekonuje Andrzej Malinowski. – Dla Chin jesteśmy jako partner handlowy tylko jedną z wielu opcji, inni mogą tę sytuację wykorzystywać. Zdaję sobie sprawę, że na nasze obecne relacje z Chinami mocno rzutuje polityka Stanów Zjednoczonych wobec Pekinu, ale Polska powinna lawirować między korzyściami ekonomicznymi płynącymi ze współpracy z błyskawicznie rozwijającym się rynkiem chińskim a presją o charakterze dyplomatycznym płynącą z Waszyngtonu.

Rząd argumentuje, że przepisy mają dostosować polską legislację do wymogów unijnych, w szczególności do przyjętego w styczniu 2020 roku unijnego zestawu narzędzi na potrzeby cyberbezpieczeństwa sieci 5G (Toolbox). Jednak zdaniem przedsiębiorców efekt wprowadzenia proponowanych przepisów może być wręcz przeciwny. Zwrócił na to uwagę sam koncern Huawei w swoich uwagach do projektu. Podkreśla on, że w stanowisku Rady Europejskiej, przedstawionym na posiedzeniu w październiku 2020 roku, wprawdzie apeluje ona do UE i państw członkowskich o wykorzystanie Toolboxa, wskazuje jednak, że ewentualne ograniczenia wobec dostawców wysokiego ryzyka dotyczyć powinny tylko kluczowych aktywów określonych jako krytyczne i wrażliwe w unijnych, skoordynowanych ocenach ryzyka. Dodatkowo potencjalni dostawcy 5G muszą być poddawani ocenie opartej na wspólnych, obiektywnych kryteriach, a UE musi pozostać otwarta dla wszystkich przedsiębiorców przestrzegających europejskich norm i przepisów.

– Kryteria proponowane do oceny dostawców nie mają nic wspólnego z dbałością o cyberbezpieczeństwo. Uznaniowość jest szczególnie widoczna, gdy weźmiemy pod uwagę, że w procesie oceny bezpieczeństwa sprzętu i oprogramowania ustawa uwzględnia udział wyłącznie osób związanych z władzami, a nie przewiduje udziału organizacji wywodzących się z sektora telekomunikacyjnego jako operatorów – argumentuje prezydent Pracodawców RP. – Branża już dawno wypracowała standardy weryfikacji jakości sprzętu. Są testy i certyfikaty. Uznaniowość przepisów godzi w zasady równego dostępu do rynku. Może to także stanowić kolejny element tej niepotrzebnej wojny z Unią Europejską, naruszać regulacje unijne i prawo międzynarodowe. 

Przemysł zgłasza największe od lat zapotrzebowanie na pracowników z kompetencjami technicznymi. W ich kształcenie...

Firmy produkcyjne chcą zatrudniać coraz więcej pracowników, ale też szukają coraz bardziej wyspecjalizowanych kompetencji. Ten trend będzie postępować. Raport Światowego Forum Ekonomicznego wskazuje, że do 2025 roku rozwój automatyzacji i nowych technologii przyczyni się do powstania 97 mln nowych stanowisk. Eksperci podkreślają, że kompetencje przyszłości, które będą potrzebne do ich obsługi, powinny być kształcone już od najmłodszych lat. Tę potrzebę widzi coraz więcej miast i samych przedsiębiorców, którzy wspólnie angażują się w projekty naukowo-edukacyjne. Przykładem może być nowa inwestycja w Gnieźnie.

– Dzisiaj technologię wykorzystuje się już wszędzie, zarówno w działaniach fizycznych czy typowo wytwórczych, przemysłowych, jak i w działaniach kulturalnych – mówi agencji Newseria Biznes Jarosław Grobelny, wiceprezydent Gniezna. – Młodzież nie ma dzisiaj orientacji, a także nie mają jej rodzice, jakie zawody przyszłości będą potrzebne. Nie jesteśmy w stanie nawet ich określić do końca, dlatego że to wszystko dynamicznie się zmienia. Dlatego też najbardziej istotne jest to, żebyśmy zmienili mentalność, żeby dzieciaki chętnie korzystały z nauki, zarówno w szkołach zawodowych, jak i na poziomie technikum i później ewentualnie uzupełniały swoją wiedzę o to, co jest potrzebne.

Jak wynika z raportu World Economic Forum „The Future of Jobs 2020”, do 2025 roku podział czasu pracy między ludźmi a maszynami będzie niemal równy. W okresie tych kilku lat 85 mln miejsc pracy zostanie zautomatyzowanych i będzie wykonywanych przez maszyny tylko ze wsparciem człowieka. Równocześnie powstanie 97 mln nowych etatów. Do obsługi tych miejsc pracy będą potrzebne wyspecjalizowane kompetencje.

Już dziś, jak wynika z Barometru ManpowerGroup, zapotrzebowanie przemysłu na wykwalifikowanych pracowników jest najwyższe od lat. Wpływ na to ma z pewnością ożywienie gospodarcze po okresie pandemicznych lockdownów, a także coraz większe inwestycje firm w automatyzację i nowoczesne technologie.

– Dla naszej firmy, produkującej okna dachowe, cyfryzacja jest szeroko rozumiana. Może to być automatyzacja, robotyzacja produkcji, ale może to być użycie jakichś nowoczesnych software’ów do planowania, komunikacji, zarządzania firmą i procesem – wymienia Robert Purol, dyrektor gnieźnieńskiej fabryki VELUX, która jest jednym z największych w regionie pracodawców.

W cenie są nie tylko kompetencje twarde, ale i miękkie takie jak krytyczne myślenie i analiza, nastawienie na rozwiązywanie problemów, umiejętności w zarządzaniu swoim czasem, elastyczność i ustawiczne kształcenie. Jak wskazuje raport WEF, 94 proc. pracodawców oczekuje, że pracownicy będą  aktywnie podnosić swoje kwalifikacje. Jeszcze w 2018 roku odsetek ten wynosił 65 proc.

Co ciekawe, wśród najważniejszych barier we wdrażaniu innowacji firmy najczęściej wymieniają te dotyczące kadr. Są to brak pożądanych umiejętności na lokalnym rynku pracy, problem z pozyskaniem talentów i brak kompetencji kadry kierowniczej. Na każdą z nich wskazuje między 41 a 56 proc. przedsiębiorców badanych przez WEF. Dlatego same firmy angażują się w kształcenie przyszłych kadr, inwestując w edukację najmłodszych. Na takie inicjatywy decydują się też władze miast, które wiedzą, że dostęp do wykwalifikowanych pracowników jest kluczowym czynnikiem lokowania się biznesu w danym miejscu.

W wielu krajach Europy istnieje już coś takiego, co się nazywa dual education, czyli to, że młodzież kształcąca się w szkołach technicznych ma prawo i obowiązek pracować u pracodawców, a więc kształcić się też już u pracodawców – mówi Lidia Mikołajczyk-Gmur z Fundacji VELUX, które są partnerami projektu.

– Z tym musimy sobie poradzić w najbliższym czasie, żeby te kompetencje dopływały – podkreśla dyrektor gnieźnieńskiej fabryki VELUX.

Kształcenie kompetencji przyszłości w Gnieźnie i okolicach ma wspierać nowa inwestycja – Stolica eXperymentu, czyli nowoczesne, interaktywne centrum edukacyjne na kształt warszawskiego Centrum Nauki Kopernik. Ma to być miejsce, w którym dzieci i młodzież będą się uczyć podstaw programowania, automatyki i robotyki, poznawać podstawowe zjawiska fizyczne i chemiczne oraz bardziej zaawansowane nowe technologie, jak wirtualna i rozszerzona rzeczywistość czy sztuczna inteligencja.

 Celem Stolicy eXperymentu jest przede wszystkim umożliwienie kształcenia kadr przyszłości, zarażanie techniką i technologią od najmłodszego pokolenia. Nie tylko tych, którzy mają pewne predyspozycje do nauki przedmiotów ścisłych, ale także tych, którzy są humanistami. Dzięki temu, że zapoznają się z możliwościami, jakie stwarza dziś technologia, będą mieć możliwość wykorzystania jej w swoich przyszłych działaniach – wyjaśnia wiceprezydent Gniezna. – Nie bez przyczyny Stolica eXperymentu jest zlokalizowana w tzw. kwadracie edukacji, obok Centrum Kształcenia Praktycznego i Ustawicznego. Młodzież ze szkół zawodowych i techników będzie zdobywać tu dodatkową wiedzę i kompetencje.

W nowoczesnym, interaktywnym centrum naukowym o powierzchni 1,1 tys. mkw. znajdą się m.in. laboratoria programowania i robotyki, druku i skanowania 3D, laboratorium multimediów VR i AR oraz sztucznej inteligencji, a także laboratorium robotyki i automatyki oraz pracownie fizyczne i chemiczne. W Gnieźnie właśnie uroczyście wmurowano pod tę inwestycję akt erekcyjny. Jest ona wspólnym przedsięwzięciem Gniezna i powiatu gnieźnieńskiego, a finansowe wsparcie w wysokości 8 mln zł zapewniły Fundacje VELUX.

– Ten budynek powinien zapełnić się uczniami za około 13 miesięcy. Przed nami jeszcze ogromna ilość pracy, ponieważ Stolica eXperymentu to nie tylko budynek, ale także ludzie – edukatorzy i animatorzy – którymi trzeba go wypełnić – mówi Jarosław Grobelny.

W Stolicy eXperymentu będziemy gościć dzieci od wieku przedszkolnego aż po dorosłych – dodaje Lidia Mikołajczyk-Gmur. – Generalnie chodzi o to, żebyśmy nie bali się nauk technicznych, fizyki i chemii, żebyśmy potrafili zadawać pytania, kwestionować pewne rzeczy i eksperymentować. Stąd nazwa inwestycji.

Stolica eXperymentu to projekt, który ma nie tylko pokazywać, że nauka przedmiotów ścisłych nie musi być nudna i trudna.

– Te kompetencje to m.in. robotyka, automatyka, programowanie, ale może za 10 lat one będą jeszcze inne, ponieważ one będą się zmieniać w miarę tego, jak świat idzie do przodu – mówi ekspertka z Fundacji VELUX.

Możliwe będą także zajęcia doszkalające dla dorosłych – zarówno dla pracowników firm działających na lokalnym rynku, jak i dla nauczycieli – którzy będą chcieli podnosić swoje kompetencje w tych obszarach i wykorzystywać je w pracy.

Jak wskazuje Lidia Mikołajczyk-Gmur, zaangażowanie w projekt Stolica eXperymentu wpisuje się w ogólne cele Fundacji VELUX, które już od kilku lat wspierają szkolnictwo zawodowe nie tylko w Polsce, ale i m.in. w Czechach, na Węgrzech i Słowacji. Wynika to z faktu, że całej tej części Europy brakuje kadr o kompetencjach technicznych.

– W Gnieźnie mamy też m.in. klasę patronacką w jednej ze szkół ponadpodstawowych, mamy też technika, z których pozyskujemy pracowników na staże, oraz uczelnie wyższe, gdzie też staramy się pozyskiwać absolwentów i oferować im pracę po studiach – mówi Robert Purol.

 Powinniśmy zatrzymywać tę najzdolniejszą młodzież w mieście, ale żeby było to możliwe, musimy dać im atrakcyjną ofertę pracy i możliwości rozwoju. Jeżeli będziemy mieć firmy, które będą rozwijać się tu, na miejscu, dzięki zaangażowaniu technologicznemu, wówczas ta oferta będzie na tyle atrakcyjna, że młodzież, która na studia wyjeżdża do Wrocławia, Poznania czy Warszawy, wróci do naszego miasta i będzie stanowić trzon kadry technologicznej – dodaje Jarosław Grobelny.

Rynek telekomunikacyjny broni się przed dużymi zmianami. Operatorzy chcą uniknąć wielomilionowych strat [DEPESZA]

Branża telekomunikacyjna jest zaniepokojona kształtem nowelizacji ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, nad którą pracuje rząd. Chodzi o zapisy dotyczące uznawania firm technologicznych za dostawców wysokiego ryzyka. Kryteria są tak sformułowane, że mogą wykluczać dostawców z Azji. Operatorzy telekomunikacyjni, którzy korzystają z ich sprzętu lub usług, mogą być zmuszeni do wycofania przynajmniej części z nich w ciągu kilku lat, co pociągnie za sobą wielomiliardowe straty. Straty poniosą nie tylko duże, ale i mniejsze podmioty – wskazuje Krajowa Izba Komunikacji Ethernetowej (KIKE), zrzeszająca małych i średnich operatorów telekomunikacyjnych.

Nad nowelizacją ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa (KSC) rząd pracuje już od ponad roku. W połowie października KPRM opublikował trzecią wersję projektu, który został już skierowany do Komitetu Rady Ministrów do spraw Bezpieczeństwa Narodowego i Spraw Obronnych.

– Nowa odsłona projektu nie uwzględniła praktycznie żadnych propozycji zmian, jakie sformułowała KIKE przy poprzednich konsultacjach. Dlatego trudno powiedzieć, że zostały w niej uwzględnione oczekiwania małych i średnich operatorów. Nadal identyfikowane są poważne ryzyka dotyczące wycofania z rynku sprzętu chińskich producentów, z których korzysta większość członków KIKE – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Bazański, ekspert Grupy Roboczej ds. Kontaktów z Administracją Publiczną w Krajowej Izbie Komunikacji Ethernetowej, radca prawny z Kancelarii itB Legal.

Według rządowych propozycji przepisów opublikowanych w połowie października nowy organ – kolegium ds. cyberbezpieczeństwa – będzie mógł nadać firmie technologicznej status dostawcy wysokiego ryzyka. Taka decyzja zapadnie po analizie szeregu kryteriów, wśród których znalazły się także kryteria narodowościowe. Oceniane będzie m.in. prawdopodobieństwo, z jakim dostawca sprzętu lub oprogramowania znajduje się pod kontrolą państwa spoza terytorium Unii Europejskiej lub NATO. Eksperci podkreślają, że może to uderzyć w chińskie korporacje, m.in. firmę Huawei, która jest jednym z trzech głównych dostawców infrastruktury dla 5G.

Firmy, które na tej podstawie zostaną uznane za dostawców wysokiego ryzyka, będą de facto wykluczone z polskiego rynku, z ograniczoną możliwością odwołania. Ponadto operatorzy telekomunikacyjni, którzy korzystają z ich sprzętu lub usług, będą zmuszeni wycofać je w ciągu pięciu–siedmiu lat.

– Podkreślenia wymaga fakt, że obowiązkowi wycofania będą podlegały produkty, usługi i procesy ICT wskazane w decyzji ministra właściwego do spraw informatyzacji, a więc nie wszystkie produkty, usługi i procesy ICT oferowane przez dostawcę wysokiego ryzyka – wyjaśniono w uzasadnieniu nowelizacji ustawy.

W raporcie „Prawne i ekonomiczne skutki ograniczenia konkurencji wśród dostawców sprzętu sieciowego 5G w Polsce” analitycy Audytela i Dentons oszacowali, że wykluczenie z polskiego rynku chińskich dostawców sprzętu sieciowego wygeneruje straty po stronie operatorów telekomunikacyjnych. Sięgną one od 13,4 do 14,9 mld zł. Drugim skutkiem może być ograniczenie konkurencji, a co za tym idzie, także wzrost cen sprzętu dostarczanego przez pozostałych graczy na rynku. To zaś oznaczałoby, że operatorzy poniosą większe koszty w związku z dalszym rozwojem sieci. Analitycy szacują ten koszt na 3,5 mld zł.

Straty poniosą jednak nie tylko duże podmioty działające na rynku, na co wskazuje raport Krajowej Izby Komunikacji Ethernetowej, zrzeszającej małych i średnich operatorów telekomunikacyjnych. KIKE przy okazji publikacji pierwszej wersji ustawy przeprowadziła badanie sprawdzające, jaki sprzęt przeważa w działalności tych podmiotów oraz jaki jest szacowany koszt ewentualnej wymiany urządzeń od producentów, którzy pochodzą spoza Unii i USA (jeden z istotniejszych producentów sprzętu elektronicznego spośród krajów członkowskich NATO).

– Z opublikowanego przez KIKE raportu, który pokazuje skalę wykorzystania elementów sieciowych z państw zza Wielkiego Muru, wynika, że ziszczenie się czarnych scenariuszy może finalnie doprowadzić do konieczności wymiany sprzętu przez małych i średnich operatorów telekomunikacyjnych. To z kolei będzie wiązać się z nieprzewidzianymi, wysokimi wydatkami – mówi Łukasz Bazański.

W badaniu wzięło udział 57 przedsiębiorców z segmentu małych i średnich firm telekomunikacyjnych. Raport pokazuje, że 100 proc. z nich korzysta ze sprzętu producenta, który ma swoją siedzibę poza Unią Europejską lub USA. Co istotne, taki sprzęt średnio stanowi 80,79 proc. ogólnie wykorzystywanego sprzętu w działalności operatorów. Prawie połowa z nich (47 proc.) korzysta z urządzeń chińskiego Huaweia, ale wśród popularnych dostawców są też koreański Dasan, pochodzące z Chin TP-Link i ZTE oraz tajwańskie D-Link i ZyXEL. Oszacowany przez małych i średnich operatorów koszt wymiany takiego sprzętu wyniósłby co najmniej 161,8 mln zł, a średnio 2,99 mln zł dla pojedynczej spółki.

– Nie ma żadnych uzasadnionych powodów, aby sądzić, że sprzęt chińskich dostawców jest bardziej lub mniej narażony na ataki czy też mógłby takie ataki generować. To może dotknąć każdego producenta towaru lub usługi. Dlatego ważne jest wprowadzanie odpowiednich wymagań i zabezpieczeń na poziomie sprzętu – niezależnie od tego, kto go wyprodukował. Bez stygmatyzowania konkretnych producentów i dostawców tylko dlatego, że geograficznie pochodzą z Azji – podkreśla ekspert GARP KIKE. 

KIKE zgłosiła cały szereg zastrzeżeń już do poprzedniej wersji noweli ustawy o KSC, wskazując m.in., że nie uwzględnia ona ekonomiczno-gospodarczych skutków, jakie będą się wiązać z wprowadzeniem nowych przepisów. Według izby ich konsekwencje dla małych i średnich operatorów będą wręcz dramatyczne. Uwagi KIKE nie zostały jednak uwzględnione w pracach nad kolejnymi wersjami noweli. Podobnie jak zastrzeżenia innych organizacji branżowych, ekspertów, prawników i podmiotów z rynku telko, którzy w sumie zgłosili do projektowanej regulacji ponad 750 uwag. Nowa wersja, opublikowana w połowie października, uwzględnia je w niewielkim stopniu.

– Kolejna odsłona projektu niczego nie zmienia. Ryzyka dla małych i średnich operatorów istnieją nadal – mówi Łukasz Bazański, wskazując, że projekt noweli ustawy o KSC powinien trafić do ponownych konsultacji publicznych.

Wykluczenie Huaweia z polskiego rynku może wywołać ostrą reakcję Chin. Łańcuchy dostaw dla fabryk...

– To będzie jeden z najważniejszych papierków lakmusowych polskich intencji w stosunku do Chin – mówi prof. Bogdan Góralczyk z Centrum Europejskiego UW, oceniając prace nad nowelizacją ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa. Projekt, który w ocenie rynku telekomunikacyjnego stał się narzędziem politycznych rozgrywek, zawiera zapisy pozwalające wykluczyć z polskiego rynku firmy technologiczne na podstawie kryteriów narodowościowych. W ocenie ekspertów są one wprost wymierzone w chiński koncern technologiczny Huawei, a ich uchwalenie może zaszkodzić polskim relacjom gospodarczym z Państwem Środka.

Chińczycy mogą nam poprzecinać kanały dostaw. Jak to wygląda, można zaobserwować już na rynku amerykańskim, gdzie te łańcuchy dostaw zostały pozrywane i Amerykanie nie mają chociażby możliwości montowania samochodów czy innego sprzętu, bo chińscy poddostawcy przestali dostarczać komponenty. To samo może stać się w Polsce, więc konsekwencje byłyby poważne – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. Bogdan Góralczyk, profesor UW, wykładowca Centrum Europejskiego UW, politolog, ekspert ds. relacji z Chinami. – Chiny potrafią bardzo ostro i agresywnie wręcz reagować w obronie swoich interesów i tego bym się spodziewał w przypadku Huaweia.

Chiny są dla Polski drugim (po Niemczech) największym partnerem handlowym. Według danych GUS w 2020 roku miały 14,4-proc. udział w polskim imporcie, wart przeszło 146,5 mld zł. Z kolei udział Chin w polskim eksporcie był wart 13,2 mld zł. Wymiana handlowa z Państwem Środka w ubiegłym roku wzrosła, nawet pomimo pandemii. Uchwalenie przepisów, które uderzą w chińskich dostawców sprzętu i oprogramowania, może nią jednak zachwiać.

Chodzi o procedowaną nowelizację przepisów o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, która zdaniem ekspertów może być wymierzona w chińskie koncerny działające w Polsce. Wątpliwości ekspertów rynku budzą kryteria nadawania dostawcom technologii statusu wysokiego ryzyka. Wśród nich znalazły się bowiem kryteria nietechniczne, narodowościowe. To m.in. ocena prawdopodobieństwa, że dany dostawca znajduje się pod kontrolą państwa spoza UE i NATO, na ile państwo ingeruje w daną firmę. Również sam koncern obawia się takiego scenariusza.

– Trzeba też zaznaczyć, że Huawei wcale nie jest jedyną chińską firmą na naszym rynku, więc nie ma tu jakiegoś monopolu. Bardzo dobrze sprawuje się też np. obecny w Polsce koncern Xiaomi, więc powstaje pytanie, czy to będzie dotyczyć tylko jednej firmy, czy całego chińskiego sprzętu hi-tech – mówi wykładowca Centrum Europejskiego UW. – Problem w tym, że Huawei i jego 5G jest w tej chwili według specjalistów najlepsze, a konkurencja ze strony Ericssona czy Nokii nie jest tej samej rangi. Czyli Chińczycy dostarczają nam nie tylko tani sprzęt, ale na dodatek najlepiej spełniający kryteria i wymogi techniczne.

Jak wskazuje rząd w uzasadnieniu nowego projektu, o takim statusie firmy technologicznej decydować ma kolegium ds. cyberbezpieczeństwa, a postępowanie w tej sprawie będzie prowadzić minister właściwy do spraw informatyzacji. Zapewnia także, że pod uwagę mają być brane zarówno aspekty techniczne, jak i pozatechniczne, mające wpływ na bezpieczeństwo narodowe. Ocena profili ryzyka dostawców jest jednym z narzędzi uzgodnionych przez państwa członkowskie Unii Europejskiej, Komisję Europejską i ENISA w 5G Toolbox.

– W mojej opinii kluczowe dla Polski będzie nie tylko nasze ustawodawstwo, ale też to, jak do zagadnień związanych z Huaweiem podejdzie nowa administracja w Niemczech i nowy kanclerz, ktokolwiek nim będzie. Jeżeli Niemcy próbowaliby usuwać Huaweia ze swojego rynku, czego nie przewiduję, to wtedy Polska w zasadzie nie ma wyjścia, bez względu na swoje ustawodawstwo, bo oba rynki są silnie powiązane. Jeżeli natomiast Niemcy podejmą odwrotną decyzję, to w Polsce powinniśmy się nad tym prawnie i politycznie zastanowić – mówi ekspert ds. relacji z Chinami.

W ocenie części ekspertów nowela ustawy o KSC stała się narzędziem politycznych rozgrywek, a w tle są m.in. napięte relacje między Chinami i USA. Stany Zjednoczone już od dawna oskarżają Huaweia o niejawne związki z rządem w Pekinie i potencjalne wykorzystywanie sprzedawanego sprzętu w celach wywiadowczych. W obawie przed globalną dominacją Chin w obszarze technologii teleinformatycznych administracja Donalda Trumpa zainicjowała z zeszłym roku program Clean Network, który miał wyeliminować chińskich producentów z rynku ICT i budowy 5G.

Polski Instytut Spraw Międzynarodowych zauważa, że w przyszłości USA mogą uzależniać swoją współpracę z sojusznikami od stopnia nasycenia ich gospodarek i infrastruktury chińskimi technologiami. Z kolei Polska we wrześniu ub.r. podpisała ze Stanami deklarację o współpracy w zakresie bezpieczeństwa przy wdrażaniu technologii 5G.

– Kwestie 5G i w ogóle wysokich technologii stały się kością niezgody między Chinami i Stanami Zjednoczonymi, a poniekąd całym Zachodem – mówi dr hab. Bogdan Góralczyk.

Jego zdaniem wpisanie się w amerykańską kampanię wymierzoną w firmy technologiczne z Chin może mocno zaszkodzić polskim relacjom gospodarczym z Państwem Środka.

To będzie jeden z najważniejszych papierków lakmusowych polskich intencji w stosunku do Chin – mówi profesor Centrum Europejskiego UW. – Były czynione przygotowania do wizyty prezydenta Andrzeja Dudy w Chinach, które teraz są w zasadzie zamknięte ze względu na pandemię. Jednak nie wiem, czy jeżeli w przyszłym roku prezydent by tam pojechał, to czy nie będzie już za późno.

Rektor Uczelni Łazarskiego: Ustawa o cyberbezpieczeństwie wymaga ponownych konsultacji. Wątpliwości budzi zgodność z prawem...

– W tym projekcie ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa pojawiły się całkowicie nowe przepisy, dotyczące choćby spółki pod nazwą Polskie 5G czy funduszu celowego na rzecz strategicznej sieci bezpieczeństwa. Dlatego potrzebne są ponowne konsultacje – ocenia prof. Maciej Rogalski, rektor Uczelni Łazarskiego. Jak podkreśla, już przy poprzednich wersjach nowelizacji były zgłaszane liczne uwagi z rynku, ale zostały one uwzględnione tylko w niewielkim stopniu. Aktualna wersja projektu nadal zawiera więc szereg wad prawnych i jest wątpliwa pod kątem zgodności z międzynarodowym, unijnym, a nawet polskim prawem.

 13 października została opublikowana kolejna wersja projektu noweli ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa. Rynek telekomunikacyjny wiązał z nią duże nadzieje, związane z licznymi uwagami i propozycjami konkretnych zmian, które były zgłaszane do poprzedniej wersji. Niestety tylko nieliczne uwagi sformułowane przez branżę telekomunikacyjną zostały uwzględnione – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. Maciej Rogalski.

Nad nowelizacją ustawy o KSC rząd pracuje już od ponad roku. Jej pierwsza wersja została opublikowana we wrześniu ub.r. przez ówczesne Ministerstwo Cyfryzacji, a przedsiębiorstwa z rynku telekomunikacyjnego, eksperci i organizacje branżowe zgłosiły do niej wówczas ponad 750 uwag. Tydzień temu odpowiedzialny za cyfryzację KPRM przedstawił już trzecią wersję tej noweli, która tylko w marginalnym stopniu uwzględnia uwagi z rynku. Mimo to projekt został już skierowany na Komitet Rady Ministrów do spraw Bezpieczeństwa Narodowego i Spraw Obronnych. 

Analizując kolejne wersje, można dostrzec ewolucję tej noweli – z projektu, który początkowo regulował kwestie związane z cyberbezpieczeństwem, do aktu prawnego, który w tej chwili przewiduje tworzenie nowych operatorów telekomunikacyjnych i spółek, które mają nimi zarządzać, oraz zasady rozdysponowywania częstotliwości. Te kwestie są bardzo ważne dla branży telekomunikacyjnej, ponieważ będą bezpośrednio wpływać na konkurencję na tym rynku – mówi ekspert.

Projekt noweli ustawy o KSC zawiera m.in. pomysł powołania państwowego operatora telekomunikacyjnego. Ma on działać jako spółka Skarbu Państwa i dostarczać instytucjom publicznym (takim jak m.in. KPRM, Kancelaria Sejmu czy Prezydenta RP, wojsko i Policja) usługi telekomunikacyjne na potrzeby realizacji celów związanych z obronnością, bezpieczeństwem i porządkiem publicznym. Państwowy operator będzie działać w ramach częstotliwości zapewnionych mu przez prezesa UKE i korzystać z infrastruktury operatorów komercyjnych. Ci natomiast będą zobowiązani udostępnić mu swoje zasoby.

W tym projekcie pojawiły się też całkowicie nowe przepisy dotyczące choćby spółki pod nazwą Polskie 5G czy funduszu celowego na rzecz strategicznej sieci bezpieczeństwa. Dlatego potrzebne są ponowne konsultacje. Przypomnę, że zgodnie z obowiązującym prawem w przypadku wprowadzenia „istotnych zmian” do projektu publiczne konsultacje powinny zostać przeprowadzone. I to nie tylko dlatego, że wymagają tego przepisy regulujące tryb pracy nad aktami społecznymi. Przede wszystkim możliwość wypowiedzenia się co do ich treści powinni mieć najbardziej zainteresowani, czyli w tym przypadku przedsiębiorcy telekomunikacyjni, dostawcy, producenci i izby zrzeszające, a także sami konsumenci – podkreśla rektor Uczelni Łazarskiego i radca prawny w kancelarii Rogalski i Wspólnicy.

W trakcie poprzednich konsultacji na wady prawne konstruowanych rozwiązań wskazywało też Rządowe Centrum Legislacji. Zastrzeżenia ekspertów i branży budziła m.in. prawidłowość konstrukcji prawnej postępowania w sprawie uznania firmy technologicznej za dostawcę wysokiego ryzyka.

 Niestety tylko część uwag w tym zakresie została uwzględniona, a obecna wersja projektu wprowadza kolejne odstępstwa od podstawowych zasad postępowania administracyjnego – mówi prof. Maciej Rogalski.

Firmy uznane za dostawców wysokiego ryzyka nie będą mieć de facto żadnej możliwości reakcji na decyzję kolegium. Projekt nie przewiduje bowiem narzędzi prawnych, które dawałyby im realną możliwość odwołania od tej decyzji czy nawet uzyskania jej uzasadnienia.

W toku postępowania została wyłączona możliwość wnoszenia środków zaskarżenia na istotne czynności, jak choćby na opinię Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa. Wyłączona jest jawność postępowania, a decyzji o wykluczeniu dostawcy z rynku nadawany jest rygor natychmiastowej wykonalności, którego uchylić nie może nawet sąd. Nie sprzyja to realizacji zasad rzetelnego postępowania i gwarantowania jego stronie ochrony praw. Te przepisy powinny być zmienione – ocenia radca prawny.

Kwestia tzw. dostawców wysokiego ryzyka jest jedną z największych kontrowersji w projektowanej nowelizacji. Zakłada ona, że dostawców infrastruktury dla sieci 5G w Polsce będzie oceniać rządowe Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa, które pod uwagę weźmie takie czynniki jak np. prawdopodobieństwo, że dostawca znajduje się pod wpływem państwa spoza UE bądź NATO oraz jakie obowiązuje w danym kraju prawo w zakresie ochrony danych osobowych, ochrony praw obywatelskich i praw człowieka.

Firmy, które na podstawie tych kryteriów zostaną uznane przez kolegium za dostawców wysokiego ryzyka, zostaną odcięte od kontraktów i wykluczone z polskiego rynku. To oznacza, że operatorzy telekomunikacyjni, którzy korzystają z ich usług bądź sprzętu, w ciągu kilku lat będą zmuszeni się ich pozbyć.

Ta konstrukcja budzi poważne wątpliwości co do jej zgodności z prawem. Natomiast konsekwencje uznania tych przepisów za sprzeczne z prawem byłyby bardzo poważne. Oznaczałoby to bowiem, że ewentualny nakaz usunięcia sprzętu od tzw. dostawcy wysokiego ryzyka byłby pozbawiony podstaw. W praktyce – w przypadku wycofania tego sprzętu z sieci operatora i zastąpienia go innym oraz wobec braku możliwości i opłacalności przywrócenia stanu poprzedniego – otwierałoby to podstawy do dochodzenia roszczeń odszkodowawczych od Skarbu Państwa – podkreśla prof. Maciej Rogalski.

Według ekspertów ujęty w noweli mechanizm wykluczania konkretnych firm na podstawie kryteriów narodowościowych uderzy głównie w chińskie koncerny technologiczne, przede wszystkim Huaweia, który jest jednym z głównych dostawców infrastruktury dla 5G. W tegorocznym raporcie („Prawne i ekonomiczne skutki ograniczenia konkurencji wśród dostawców sprzętu sieciowego 5G w Polsce”) analitycy Audytela i Dentons oszacowali, że skutkiem arbitralnej decyzji o wykluczeniu tego dostawcy z rynku i usunięcia jego sprzętu z sieci telekomunikacyjnych będą straty operatorów sięgające nawet 14,9 mld zł. Konieczność wycofania i rezygnacja ze sprzętu Huaweia będzie też oznaczać kolejne opóźnienia we wdrażaniu tej technologii 5G w Polsce.

Trzeci kwartał nie był dobry dla chińskiej gospodarki. Trwający tam kryzys energetyczny może się...

Od tygodni na rynku chińskim trwa kryzys związany z niewypłacalnością największego lokalnego dewelopera, a także kolejnych podmiotów w branży. To mocno przekłada się na wyniki całej gospodarki Państwa Środka. Dodatkowo w przemyśle zaczyna brakować energii, co wymusza przestoje fabryk. Powodzie uniemożliwiają wydobywanie większej ilości węgla, więc Chiny chcą zwiększyć jego import. Jeśli zima w Europie i Azji będzie mroźna, to już drogie surowce mogą jeszcze podrożeć. Trwający w Chinach kryzys energetyczny może mieć poważne konsekwencje dla światowego rynku węgla i może być odczuwalny również w Polsce. Eksperci oceniają, że nie powinien on jednak wpłynąć na długofalową strategię zielonej rewolucji energetycznej w Państwie Środka.

– Gospodarka Chin przynajmniej w ostatnich miesiącach była w stosunkowo dobrej kondycji, ale ostatnie tygodnie uwidoczniły wiele kryzysów, czy to na rynku nieruchomości, czy energetyczny związany z brakiem dostaw węgla. To z kolei wiązało się z tym, że po krótkiej, kilkumiesięcznej przerwie doszło do odbicia eksportowego i zaczęło brakować energii – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Radosław Pyffel, ekspert ds. Azji i polityki międzynarodowej. – Trudno teraz cokolwiek spekulować. Cała gospodarka światowa pogrążona jest w pandemicznym kryzysie i jeśli do tego dojdą Chiny, to ogólna sytuacja globalna będzie ciężka.

W III kwartale 2021 roku produkt krajowy brutto Chin wzrósł tylko o 4,9 proc. wobec analogicznego okresu rok wcześniej, a względem poprzedniego kwartału jedynie o 0,2 proc. Ekonomiści spodziewali się spowolnienia tempa wzrostu gospodarczego, ale nieco mniejszego, niż pokazały wyniki z gospodarki. Słabsze okazały się także dane o inwestycjach w aglomeracjach miejskich oraz o produkcji przemysłowej, które we wrześniu wzrosły w ujęciu rocznym odpowiednio o 7,3 proc. zamiast spodziewanych 8,0 proc. oraz o 3,1 proc. zamiast 4,5 proc. Pozytywnie zaskoczyła natomiast sprzedaż detaliczna, która była wyższa niż rok wcześniej o 4,4 proc., a nie, jak szacowano, o 3,3 proc.

– Chiny przez ostatnich kilka dekad nie przeżywały w ogóle poważnego kryzysu gospodarczego, więc 2020 rok nie był dla nich tak odczuwalny jak dla innych gospodarek. Tym bardziej uważam, że jest to niebezpieczne zjawisko i trzeba brać pod uwagę, że kiedyś taki kryzys może nastąpić – zauważa Radosław Pyffel. – A skutki mogą być dużo poważniejsze niż w państwach demokratycznych, gdzie wówczas dochodzi do rozwiązania parlamentu, nowych wyborów. Chiny nie są systemem demokracji parlamentarnej, w związku z tym wszelkie kryzysy ekonomiczne, jeśli są głębokie i poważne, to skutki społeczne i polityczne są dużo poważniejsze.

Cieniem na chińskim rynku kładzie się kilka kwestii, z których dwie wybijają się na pierwszy plan. Po pierwsze, od kilku tygodni trwa kryzys na rynku nieruchomości, związany z niewypłacalnością największego dewelopera, spółki Evergrande Group. Nie wywiązał się on już z wypłaty odsetek od obligacji, nie płaci podwykonawcom, którzy wstrzymali prace, a Chińczycy, którzy kupili „dziurę w ziemi”, protestowali pod siedzibą firmy. Wprawdzie rząd zapewnia, że sytuacja związana z ewentualnym upadkiem firmy jest pod kontrolą, ale już kolejny deweloper, Phantasia Holding, nie spłacił zobowiązań, a cały chiński rynek nieruchomości był bardzo rozgrzany i jest teraz sztucznie schładzany przez władze w Pekinie. Ponieważ sektor ten odpowiada za 30 proc. chińskiego PKB, nic dziwnego, że odbiło się to na wyniku całej gospodarki.

Kolejnym problemem jest niedobór węgla. Część fabryk w Chinach musi wstrzymywać produkcję, bo nie starcza energii elektrycznej niezbędnej do ich funkcjonowania. Jest to zresztą problem ogólnoświatowy, nie tylko chiński. Brakuje gazu ziemnego, węgla i ropy naftowej, tymczasem kraje OPEC+ nie zdecydowały się na początku października na zwiększenie produkcji ponad dotychczas zakładany plan. Magazyny gazu w Europie mają zbyt mało zapasów, a Chiny już zapowiedziały, że będą kupować węgiel w każdej ilości i po każdej cenie. Sytuacji nie poprawiają powodzie, które uniemożliwiają pracę części kopalń.

– Ceny surowców idą bardzo w górę albo stają się one niedostępne. Jeśli Chiny będą cierpieć na niedobór pewnych towarów, to będą skupować wszelkie ilości surowca. Jeśli zaczną skupować węgiel, może go po prostu zabraknąć dla innych. Może to oznaczać destabilizację rynku tego surowca, a to się dzieje przecież także w przypadku innych surowców dzisiaj – mówi ekspert ds. Azji i polityki międzynarodowej. – Jedną z wdrażanych propozycji rozwiązania tego problemu jest produkcja własnego węgla, ale on nie wystarczy, bo jest niskokaloryczny i konieczny jest jego import z Mongolii, Indonezji i Rosji. Z kolei Rosja eksportuje bardzo dużo węgla do krajów europejskich, w tym do Polski. Około 18 proc. węgla na rynku polskim pochodzi z tego kraju.

Trwający kryzys energetyczny może się przełożyć na odsunięcie w czasie harmonogramu zielonej transformacji Państwa Środka. Chiny zadeklarowały, że chcą osiągnąć neutralność ekologiczną do 2060 roku, korzystając z odnawialnych źródeł energii oraz atomu, na razie jednak ceny tradycyjnych surowców energetycznych pną się w górę. Węgiel od początku roku podrożał o ponad 170 proc., gaz o ponad 100 proc., ropa teksańska WTI o ponad 63 proc., a norweska Brent o niemal 70 proc. Eksperci twierdzą wprawdzie, że jest to ostatni triumf „brudnych” surowców i od zielonej rewolucji nie da się uciec, na razie jednak zima, o ile będzie mroźna na półkuli północnej, rysuje się w ciemnych barwach.

– Realizacja pakietu klimatycznego w Chinach jest jednak długofalowym celem, dlatego że sami Chińczycy chcą żyć w ekologicznym środowisku. Myślę, że władza chciałaby zorganizować społeczeństwo ekologiczne i rzeczywiście do tego dąży – przekonuje Radosław Pyffel. – Po drugie, pamiętajmy, że 75 proc. światowej produkcji paneli słonecznych opanowały już dzisiaj Chiny, tak że na tych zmianach klimatycznych będą zarabiać. W związku z tym są zainteresowane zieloną gospodarką, bo będzie ona im przynosić zyski. Natomiast może być podjęta jakaś próba renegocjacji. Chiny mogą na przykład poprosić o złagodzenie przyjętych założeń, czyli przesunięcie tego czasu redukcji emisji CO2 o kilka lat.

Stay connected

20,831FaniLubię
2,506ObserwującyObserwuj
0SubskrybującySubskrybuj
- Advertisement -

Latest article

Blisko 10 mln euro trafi na innowacje w obszarze wód śródlądowych i morskich. W...

Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości w okresie luty–marzec 2022 roku planuje przeprowadzić nabór do konkursu „Innowacje w obszarze wód śródlądowych lub morskich”. O dofinansowanie w ramach Norweskiego Mechanizmu Finansowego w wysokości do 2 mln euro będą mogły się starać mikro-, małe i średnie firmy. – Chodzi o przedsiębiorców działających nad morzem, na jeziorach, rzekach, ale nie rybaków. Mamy na myśli działalność związaną z turystyką, oczyszczaniem wód, dbaniem o ochronę środowiska w obszarze wodnym – wymienia Monika Karwat-Bury z PARP. Do  rozdysponowania będzie ok. 10 mln euro.

– W najbliższych tygodniach planujemy ogłosić konkurs w ramach schematu „Innowacje w obszarze wód śródlądowych lub morskich”. To konkurs, który już miał swoją pierwszą edycję w 2019 roku, ale otrzymaliśmy dodatkowe środki i zdecydowaliśmy o ogłoszeniu nowego naboru w tym obszarze tematycznym – mówi agencji Newseria Biznes Monika Karwat-Bury, ekspertka w Departamencie Wdrożeń Innowacji w Przedsiębiorstwach w PARP.

Norweski Mechanizm Finansowy to bezzwrotna forma pomocy zagranicznej przyznawanej przez Norwegię nowym państwom członkowskim UE od 2004 roku. W ramach Funduszy Norweskich realizowanych jest kilkanaście programów (w tym największy budżetowo program, którego operatorem jest  PARP), w których dotacje mogą pozyskać projekty związane np. z ochroną środowiska, efektywnością energetyczną czy ograniczaniem nierówności społecznych.

Schemat „Innowacje w obszarze wód śródlądowych lub morskich” ma zwiększyć konkurencyjność przedsiębiorców poprzez wdrożenie innowacyjnych procesów, produktów, usług lub rozwiązań, które rozwiną działalność gospodarczą firmy. Projekty w ramach tego schematu mogą jednocześnie przyczyniać się do ograniczenia zanieczyszczenia wód i ich otoczenia.

Nie możemy udzielać dofinansowania firmom transportowym. Przedsiębiorcy, którzy działają w obszarze transportu wodnego, mają możliwość otrzymania dofinansowania tylko na wybrane typy projektów, np. na prowadzenie prac badawczo-rozwojowych lub zwiększenie efektywności energetycznej. Nie mogą jednak realizować klasycznych inwestycji, czyli zakupu taboru transportu wodnego – podkreśla ekspertka PARP. – Natomiast w przypadku przystani, portów morskich lub portów śródlądowych jest rozgraniczenie, czy na pewno jest to port związany z działalnością transportową, czy przystań jachtowa prowadząca działalność turystyczna, rekreacyjną.

PARP planuje ogłosić konkurs na przełomie 2021 i 2022 roku, wnioski będzie można składać przez dwa miesiące – od lutego do marca 2022 roku. Ocena wniosków, w zależności od ich liczby, potrwa od trzech do sześciu miesięcy, wówczas zostanie też ogłoszona lista projektów, które dostaną wsparcie. Projekty muszą zostać zakończone do kwietnia 2024 roku. Na inwestycje w portach morskich lub śródlądowych można uzyskać do 80 proc. wartości kosztów kwalifikowanych.

– Aktualnie mamy do dyspozycji około 7 mln euro, dokładna kwota będzie określona w ogłoszeniu konkursu. Kwota ta najprawdopodobniej ulegnie dalszemu zwiększeniu dzięki powstającym w programie oszczędnościom – do około 10 mln euro. Natomiast pojedynczy przedsiębiorca może otrzymać od 200 tys. euro do maksymalnie 2 mln euro – wskazuje Monika Karwat-Bury.

W pierwszej edycji konkursu do PARP wpłynęło 28 wniosków. Spośród nich 12 zostało rekomendowanych do dofinansowania na łączną kwotę prawie 10 mln euro. Projekty ocenione pozytywnie dotyczyły przede wszystkim inwestycji w rozwój infrastruktury małych portów, przystani oraz ekologicznych i niskoemisyjnych środków transportu w działalności turystycznej na terenie jezior.

Mamy też projekty związane z migracją ptaków na dużych przestrzeniach morskich i związane z farmami wiatrowymi na morzu, także projekty związane z rozwijaniem technologii, które wpływają na np. oczyszczalnie ścieków oraz sposoby oczyszczania i uzdatniania wody – wymienia ekspertka w Departamencie Wdrożeń Innowacji w Przedsiębiorstwach w PARP.

 

 


 

Rolnicy coraz chętniej korzystają z odnawialnych źródeł energii. Ubezpieczenia takich instalacji mogą być dodatkiem...

Panele fotowoltaiczne na dachach to coraz częstszy widok na polskiej wsi. Rolnicy coraz chętniej korzystają z rozwiązań OZE, w czym pomaga m.in. możliwość uzyskania dofinansowania z programu Agroenergia. Eksperci ubezpieczeniowi radzą, by tego typu instalacje włączyć w zakres posiadanej polisy. Ochrona ubezpieczeniowa zadziała m.in. w przypadku przepięcia czy zniszczenia paneli na skutek gradu lub wichury. Zmiany klimatu i związane z nimi gwałtowne zjawiska pogodowe pozostają główną kategorią ryzyk w rolnictwie i ten trend będzie się utrzymywać.

– Ubezpieczenia gospodarstw rolnych to dynamiczna część rynku, w której pojawia się coraz więcej rozwiązań dedykowanych nowym technologiom i odnawialnym źródłom energii, jak np. instalacje fotowoltaiczne czy kolektory słoneczne. Poza typowymi ryzykami, które są związane ze zdarzeniami naturalnymi, takimi jak burze, wiatr czy grad, ubezpieczane są dziś również zdarzenia takie jak przepięcie czy utrata energii – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Paduszyński, dyrektor Departamentu Ubezpieczeń Indywidualnych w TU Compensa SA.

Eksperci rynku energetycznego podkreślają, że technologie OZE mają największy potencjał rozwoju właśnie na obszarach wiejskich. Rząd zapowiada nowe rozwiązania, które mają sprawić, że wykorzystanie biomasy, fotowoltaiki czy innych bezemisyjnych źródeł będzie jak największe. Nad rekomendacjami w tym zakresie pracuje zespół roboczy złożony z ekspertów resortu rolnictwa oraz klimatu i mają one być przedstawione jeszcze w grudniu.

Można więc oczekiwać, że zainteresowanie rolników inwestowaniem w różnego typu mikroinstalacje będzie rosło. Jak wskazuje raport URE, w ubiegłym roku w Polsce energia elektryczna była wytwarzana w niemal 460 tys. mikroinstalacji, a łączna moc zainstalowana wynosiła ponad 3 GW. Niemal 100 proc. stanowiły panele fotowoltaiczne.

Tego typu instalacje są narażone na zniszczenia podobnie jak inne elementy budynków i podobnie jak one mogą podlegać ubezpieczeniom. Na nieco innych zasadach chronione są panele montowane na dachach budynków, a na innych instalacje wolnostojące. W tym pierwszym przypadku jest to element budynku i ubezpieczony powinien zwiększyć jego wartość o wartość paneli. Urządzenia, które stoją bezpośrednio na ziemi, są traktowane jako osobna budowla podlegająca odrębnemu ubezpieczeniu. 

– Dziś rolnik może ubezpieczyć praktycznie każdy rodzaj mienia. Począwszy od budynków, które wchodzą w skład obowiązkowych ubezpieczeń, poprzez mienie ruchome, czyli ruchomości domowe i inne ruchomości znajdujące się na terenie gospodarstwa rolnego – po maszyny, sprzęt rolniczy, zwierzęta czy ziemiopłody znajdujące się w magazynach – wymienia ekspert Compensy. – Rolnik może ubezpieczyć także nowoczesne technologie, np. z zakresu OZE, które są objęte specjalnym ubezpieczeniem od chociażby przepięcia.

Zgodnie z ustawą o ubezpieczeniach obowiązkowych z 2003 roku rolnicy posiadający gospodarstwo o łącznej powierzchni co najmniej 1 ha mają obowiązek ubezpieczenia budynków rolniczych od pożaru i innych zdarzeń losowych oraz wykupienia obowiązkowej polisy OC, która zabezpiecza rolnika, mieszkającą z nim rodzinę i wszystkich tych, którzy pracują w gospodarstwie rolnym.

Właściciele gospodarstw, którym zależy na większej ochronie lub chcą zabezpieczyć się przed skutkami coraz gwałtowniejszych zjawisk pogodowych, mają do wyboru szereg opcji dodatkowych. Co istotne, wszystko to rolnik może ubezpieczyć na jednej polisie, łączącej ubezpieczenie dobrowolne i obowiązkowe w zakresie majątkowym i osobowym.

– Wypłaty odszkodowań w ubezpieczeniach rolnych są najczęściej związane ze zjawiskami naturalnymi. I tu obserwujemy, że te zjawiska są coraz bardziej gwałtowne. Mamy coraz silniejsze opady, coraz gwałtowniejsze wichury, coraz większe lokalne podtopienia – wymienia Andrzej Paduszyński.

Opublikowany w 2019 roku raport Europejskiej Agencji Środowiska (EEA) pokazuje, że ekstremalne warunki pogodowe, takie jak powodzie, susze i fale upałów, z każdym rokiem osiągają poziom nienotowany dotychczas w Europie. To zaś zły prognostyk dla rolnictwa, które jest jednym z sektorów najbardziej narażonych na ich skutki.

Unijna agencja wskazuje, że zmiany klimatu już w tej chwili są mocno odczuwalne dla rolników i sektora rolnego, a prognozy wskazują, że do 2050 roku plony upraw takich jak pszenica, kukurydza i burak cukrowy mogą spać w Europie nawet o 50 proc., co spowoduje znaczny spadek dochodów gospodarstw rolnych. Według EEA w niektórych częściach Europy produkcja roślinna i hodowlana będzie musiała zostać całkiem zarzucona ze względu na nasilone efekty zmiany klimatu („Climate change impacts and adaptation in the agricultural sector in Europe”).

Wpływ gwałtownych zjawisk pogodowych na sektor rolnictwa podkreśla też przyjęta w 2019 roku „Polityka ekologiczna Polski do 2030 roku”. Scenariusze klimatyczne dla Polski pokazują, że w tej dekadzie powszechne staną się coraz częstsze i dłuższe fale upałów. Równie dotkliwe mogą być krótkie, ale bardzo intensywne opady deszczu, powodujące lokalne zalania i podtopienia. Kolejnym problemem jest też susza, która w Polsce pojawia się już co roku, wywołując wielomiliardowe straty po stronie rolników i hodowców.

– Oczywiście nie można zapominać o tym, co trapiło rolnictwo od zawsze, czyli o pożarach. Tych jest bardzo wiele i to też jest istotne zagrożenie, o którym trzeba pamiętać – mówi Andrzej Paduszyński.

Z danych Komendy Głównej Państwowej Straży Pożarnej wynika, że liczba pożarów sukcesywnie rośnie – w 2019 roku w polskim rolnictwie odnotowano 38,3 tys. pożarów, podczas gdy rok wcześniej było ich o prawie 8 tys. mniej. Blisko 3 tys. takich incydentów dotyczyło budynków rolniczych, a 6,5 tys. – upraw i maszyn rolniczych. Do wielu takich zdarzeń dochodzi w okresie żniw, szczególnie jeśli towarzyszy im susza.

Polisa dla rolnika zawiera także obowiązkowe OC z tytułu posiadania gospodarstwa rolnego. W ramach produktów dobrowolnych w Compensie rolnik może to OC rozszerzyć również na życie prywatne. Dodatkowo oferowane jest mu również assistance dla rolnika obejmujące m.in. pomoc medyczną czy informatyczną. 

Nowy start w biznesie. Będzie wsparcie dla przedsiębiorców, którzy musieli zamknąć swoje firmy

Strach przed porażką jest jednym z głównych hamulcowych rozwoju przedsiębiorczości. Jak wynika z badania PARP, 41 proc. osób, które widzą szanse biznesowe w swoim otoczeniu, nie decyduje się na otworzenie własnej firmy z powodu tej obawy. Porażka jest jednak ryzykiem wpisanym w każdy biznes i może stanowić ważną lekcję na przyszłość. Tym, którzy mimo niepowodzenia zdecydowali się wrócić na rynek i ponownie rozpocząć działalność gospodarczą, PARP pomaga w ramach projektu „Nowy start”. O wsparcie, dzięki któremu łatwiejszy będzie powrót na rynek, mogą aplikować mikro-, mali i średni przedsiębiorcy.

Celem projektu „Nowy start” jest przekonanie przedsiębiorców, że ich dotychczasowe porażki biznesowe mogą być ich przyszłym sukcesem, że posiadane przez nich doświadczenie w prowadzeniu biznesu jest bezcenne i niezastępowalne, a nauka na własnych lub cudzych błędach jest jedną z najlepszych metod rozwoju biznesowego – mówi agencji Newseria Biznes Justyna Nosko, ekspert z Departamentu Rozwoju Kadr w Przedsiębiorstwach w PARP.

Budżet na „Nowy start”, który wynosi 15 mln zł, jest finansowany w 100 proc. ze środków unijnych, z Programu Operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój. W programie mogą wziąć udział przedsiębiorcy z sektora MŚP, którzy zdecydowali się wrócić na rynek i ponownie rozpocząć działalność.

Program prowadzony przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości wpisuje się w Politykę Nowej Szansy. Celem obszaru czwartego rządowej strategii jest pokazanie, że niepowodzenie w biznesie nie powinno być postrzegane jedynie jako zjawisko negatywne, ponieważ w konsekwencji może hamować zachowania przedsiębiorcze w przyszłości.

Według przygotowanego przez PARP raportu z badania Global Entrepreneurship Monitor Polska 2021 strach przed porażką wciąż jest wysoko na liście obaw Polaków. Co ciekawe, stracił jednak na znaczeniu w czasie pandemii. W 2020 roku wskazywało na niego 41 proc. respondentów, którzy widzą szanse biznesowe w swoim otoczeniu. To mniej więcej tyle samo, ile wynosi średnia dla Europejczyków. W 2019 roku ten odsetek wśród Polaków wynosił 46 proc. Porażki częściej obawiają się kobiety (43 proc. vs. 38 proc. panów).

– Ważne jest, aby przedsiębiorcy, którzy prowadzą lub współprowadzą kolejne firmy, umieli sięgać do dotychczasowych doświadczeń – tych dobrych, ale i tych nie najlepszych – i wyciągać z nich wnioski, analizować przyczyny niepowodzeń, żeby na ich podstawie mogli osiągać sukcesy w przyszłości – mówi Justyna Nosko.

Po zgłoszeniu się do programu „Nowy start” przedsiębiorcy otrzymują wsparcie szkoleniowo-doradcze i pomoc w poznaniu przyczyn dotychczasowych niepowodzeń, aby w przyszłości mogli uniknąć kolejnych. Celem programu jest też rozwój ich kompetencji w zakresie prowadzenia firmy oraz dostosowanie ich modeli biznesowych do zmieniających się warunków rynkowych. Co istotne, udział w programie nie wymaga wkładu własnego, a dofinansowanie otrzymane w ramach programu „Nowy start” jest bezzwrotne.

– Oferujemy przedsiębiorcom możliwość nauczenia się prowadzenia analiz luk kompetencyjnych w przedsiębiorstwie, a także szkolenia z zakresu prowadzenia działalności gospodarczej w różnych aspektach – np. prawnym, finansowym i ekonomicznym – czy umiejętności osobistych, takich jak walka ze stresem, negocjacje czy asertywność – wymienia ekspertka PARP. – Drugą formą wsparcia jest doradztwo, które jest tematycznie bezpośrednio związane ze szkoleniami, w których brali udział przedsiębiorcy. Co ważne, wszystkie te działania dla przedsiębiorców są bezpłatne. Jedyne, co uczestnik musi zrobić, to wypełnić dokumentację zgłoszeniową i wziąć udział w zajęciach.

Program jest adresowany zarówno do osób prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą, jak i będących wspólnikami w spółkach prawa handlowego.

Zapraszamy przede wszystkim tych przedsiębiorców, którzy zamknęli swoją działalność gospodarczą w ciągu 24 miesięcy przed przystąpieniem do projektu, a w międzyczasie – czyli w okresie sześciu miesięcy przed dniem przystąpienia do projektu – ponownie ją otworzyli – wyjaśnia Justyna Nosko.

Nabór w programie „Nowy start” jest prowadzony przez pięciu operatorów, wyłonionych wcześniej przez PARP. To oznacza, że przedsiębiorcy mają możliwość wyboru jednego z pięciu projektów szkoleniowo-doradczych. Trzy z nich mają zasięg ogólnopolski, dwa są ograniczone do województw mazowieckiego, lubelskiego i łódzkiego. W zależności od operatora i wybranego programu szkoleniowego różne są też terminy, w których zainteresowani przedsiębiorcy mogą składać aplikacje. Ostateczny mija 30 maja 2023 roku.

Przedsiębiorcy zainteresowani udziałem w naszym projekcie, którzy spełniają wskazane kryteria, mogą wszystkie informacje znaleźć na stronie parp.gov.pl w zakładce Finansowanie, następnie Rozwój kompetencji i Nowy start – mówi ekspertka Departamentu Rozwoju Kadr w Przedsiębiorstwach w PARP.

 


a