Huawei: Nowy projekt ustawy o cyberbezpieczeństwie to ewidentna dyskryminacja. Służy okazywaniu geopolitycznych sympatii [DEPESZA]

Po wielomiesięcznych pracach rząd opublikował nowy projekt ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa. Rynek telekomunikacyjny zarzuca, że dodano do niego zupełnie nowe zapisy, za to nie usunięto wad, którymi były obarczone poprzednie wersje i które zgłaszano w toku konsultacji. Mimo to projekt został już skierowany do Komitetu Rady Ministrów ds. Bezpieczeństwa Narodowego i Spraw Obronnych. W propozycjach pozostały niejasne i subiektywne kryteria oceniania dostawców infrastruktury, m.in. na podstawie powiązania z krajem spoza UE i NATO. – To ewidentna dyskryminacja naruszająca międzynarodowe umowy – podkreśla Ryszard Hordyński z Huaweia, chińskiego koncernu, któremu na podstawie nowych przepisów mogłoby grozić wykluczenie z polskiego rynku.

– Ta ustawa w obecnym kształcie jest nie do zaakceptowania. Z setek uwag, które rynek zgłosił do poprzedniej wersji, ustawodawca uwzględnił tylko kilka zmian. Projekt powinien zostać ponownie przeanalizowany i zaktualizowany, niezbędne jest usunięcie wad wskazanych przez wszystkich interesariuszy w toku konsultacji społecznych – mówi agencji Newseria Biznes Ryszard Hordyński, dyrektor ds. strategii i komunikacji w Huawei Polska.

Rząd od ponad roku pracuje nad nowelizacją ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa (KSC). Zmiany, które szykuje resort, będą mieć duże przełożenie na wdrażanie w Polsce sieci 5G oraz wybór dostawców infrastruktury i oprogramowania dla nowego standardu telekomunikacyjnego. Już pierwsza wersja planowanej noweli, opublikowana we wrześniu ub.r. przez ówczesne Ministerstwo Cyfryzacji, wzbudziła duże kontrowersje m.in. ze względu na ekspresowy, 14-dniowy termin publicznych konsultacji, w toku których eksperci, organizacje branżowe i przedsiębiorstwa z rynku telko zgłosiły do niej ponad 750 uwag. Jednak uwzględnione zostały tylko nieliczne.

Teraz odpowiedzialny za cyfryzację KPRM przedstawił kolejną już wersję projektu, która została już skierowana do Komitetu Rady Ministrów do spraw Bezpieczeństwa Narodowego i Spraw Obronnych (KRMBNSO). Jednak branża podkreśla, że wciąż jest ona obarczona wszystkimi wcześniejszymi wadami. Jedną z głównych są uznaniowe, niejasne kryteria wyboru dostawców infrastruktury dla sieci 5G w Polsce. Ich oceny ma dokonywać Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa, które pod uwagę weźmie takie czynniki jak np. prawdopodobieństwo, że dostawca znajduje się pod wpływem państwa spoza UE bądź NATO oraz jakie obowiązuje w danym kraju prawo w zakresie ochrony danych osobowych, ochrony praw obywatelskich i praw człowieka. Co istotne, firmy, które na podstawie takich kryteriów zostaną uznane przez Kolegium za tzw. dostawców wysokiego ryzyka, zostaną odcięte od kontraktów i de facto wykluczone z polskiego rynku. Z kolei operatorzy telekomunikacyjni, którzy korzystają z ich usług bądź sprzętu, w ciągu kilku lat będą zmuszeni się ich pozbyć.

– Cyberbezpieczeństwo jest kwestią czysto techniczną, opartą na przesłankach merytorycznych. Tymczasem – mimo licznych uwag z rynku w toku zeszłorocznych konsultacji – kryteria oceny dostawców w KSC nadal nie opierają się na technicznych wskaźnikach, np. na modelu certyfikacji elementów. Wciąż są one oparte na subiektywnych przesłankach, jak np. kraj pochodzenia dostawcy, zamiast rzetelnej weryfikacji urządzeń i usług z wykorzystaniem uznanych, międzynarodowych systemów certyfikacji takich jak NESAS czy ISO – wskazuje Ryszard Hordyński.

Jak podkreśla, projekt skupia się na dostawcy, a nie na jego poszczególnych produktach, jak ma to miejsce w regulacjach przyjętych przez inne kraje UE, m.in. Niemcy i Finlandię. Jego zapisy natomiast, które dotyczą przestrzegania praw człowieka, wskazują na możliwość wykluczenia z polskiego rynku firm technologicznych z Chin, głównie koncernu Huawei, który jest jednym z trzech głównych dostawców infrastruktury 5G. 

– Choć w ustawie nie pada nazwa naszej firmy, nieobiektywne i nietransparentne kryteria skonstruowano tak, żeby tylko jeden spośród trzech dostawców sieci 4G i 5G w Polsce mógł niekorzystnie przejść weryfikację, której jednym z punktów jest kraj pochodzenia i należność do UE lub NATO – podkreśla dyrektor ds. strategii i komunikacji w Huawei Polska. – Jest to ewidentna dyskryminacja, naruszająca międzynarodowe umowy handlowe i regulacje dotyczące swobody prowadzenia działalności gospodarczej.

Jak ocenia, nowelizacja ustawy o KSC jest w tej chwili narzędziem politycznych nacisków (w tle jest m.in. wojna handlowa między Chinami i USA, czyli jednym z głównych polskich sojuszników), a nie dokumentem, który ma wyznaczyć zasady bezpieczeństwa w cyberprzestrzeni. Potwierdza to m.in. fakt, że w Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa nie będzie żadnych przedstawicieli branży ani środowisk eksperckich.

– Prawodawca chce kluczowe decyzje zostawić w rękach polityków. Na takiej podstawie nie rozwiążemy problemów z obszaru cyberbezpieczeństwa, a tylko wykażemy swoje sympatie geopolityczne. Konieczne jest włączenie w proces oceny dostawców wysokiego ryzyka przedstawicieli rynku: operatorów, dostawców i izb branżowych – podkreśla Ryszard Hordyński.

Eksperci i stowarzyszenia branżowe niemal od początku prac nad nowelą wskazują też, że projektowane przepisy są sprzeczne z międzynarodowymi umowami o wolnym handlu oraz z prawem UE, dotyczącym m.in. swobody prowadzenia działalności gospodarczej i zakazu dyskryminacji ze względu na narodowość. Huawei zapowiada wręcz, że o prawo do oferowania swoich rozwiązań 5G jest gotowy walczyć nawet w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej  słowa te padły przy okazji rozpatrywania decyzji o wykluczeniu Huaweia i ZTE z rynku szwedzkiego przez tamtejszy sąd drugiej instancji.

W październiku ubiegłego roku Szwecja wykluczyła chiński koncern technologiczny z budowy infrastruktury dla sieci 5G. Tamtejszy organ regulacyjny – Urząd ds. Poczty i Telekomunikacji (PTS) – ogłosił aukcję na częstotliwości dedykowane nowej technologii, przyjmując kryteria, które uniemożliwiają operatorom telekomunikacyjnym wykorzystanie sprzętu chińskiego koncernu. Huawei odwołał się jednak od tej decyzji.

Sąd Administracyjny uznał, że PTS dopuścił się uchybień, nie komunikując się z Huaweiem w sprawie bezpośrednio jej dotyczącej. I to jest doskonały przykład dla twórców KSC, aby przed wdrożeniem nowych przepisów skonsultowali się jeśli nie bezpośrednio z nami, to chociażby z operatorami, którzy korzystają z naszego sprzętu i najdotkliwiej mogą odczuć konsekwencje wejścia tej ustawy w życie. Wady nowego projektu KSC wyraźnie pokazują jednak, że potrzebne są szerokie konsultacje rynkowe, dzięki którym ustawodawca będzie mógł ocenić i wdrożyć zmiany, który zabezpieczą harmonijny rozwój całego rynku telekomunikacyjnego w Polsce – mówi dyrektor ds. strategii i komunikacji w Huawei Polska.

W ubiegłym roku na zlecenie Huaweia brytyjska firma Assembly Research policzyła, że wdrożenie przepisów o KSC w poprzednim kształcie może opóźnić budowę sieci 5G w Polsce nawet o trzy lata, co pociągnęłoby za sobą straty sięgające 4,8 mld euro.

 W obliczu tak nieprecyzyjnych i uznaniowych przepisów powstaje pytanie nie tyle o dyskryminację Huawei czy jakiegokolwiek innego dostawcy sprzętu, co raczej o przyszłość polskiej telekomunikacji w ogóle. Problemy spowodowane nieszczególnie owocnymi pracami nad prawodawstwem związanym z cyberbezpieczeństwem w Polsce już dzisiaj skutkują ponad rocznym opóźnieniem we wdrażaniu sieci 5G, a ustawa o KSC w obecnej formie dalej nie gwarantuje podstaw do sprawnej budowy tej technologii – wskazuje Ryszard Hordyński.

Projekt nowelizacji ustawy o KSC – po zaopiniowaniu przez KRMBNSO – ma zostać skierowany pod obrady Stałego Komitetu Rady Ministrów. Po zaakceptowaniu go przez Komitet projekt zweryfikuje komisja prawnicza pod względem poprawności legislacyjnej i redakcyjnej. Decyzję o przyjęciu projektu i skierowaniu go do Sejmu podejmie Rada Ministrów. 

Lotnictwo zmierza w zielonym kierunku. Perspektywa nadchodzących lat to alternatywne paliwa, nowe napędy i...

Lotnictwo jest coraz częściej postrzegane jako nieekologiczne i zagrażające środowisku. Sektor zmierza w stronę zielonej transformacji,  która ma ograniczyć jego ślad węglowy. W ocenie ekspertów będzie ona przebiegać w kilku etapach. – Perspektywa najbliższych pięciu lat to paliwa syntetyczne i biopaliwa. Natomiast perspektywa 10 czy 20 lat to będą już nowoczesne napędy lotnicze, zupełnie odbiegające od tych, z którymi mamy do czynienia obecnie – prognozuje dr inż. Tomasz Balcerzak z Uczelni Łazarskiego. Jak zauważa, wraz z ich wprowadzeniem przebudowy będzie wymagać też infrastruktura naziemna na lotniskach.

– Rozwój napędów lotniczych będzie przebiegał w kilku fazach. Pierwszą będzie faza rozwoju i udoskonalania już istniejących napędów lotniczych, klasycznych silników cieplnych. Będzie ona polegać na zwiększaniu ich możliwości, ciągu, spalania mieszanki paliwowo-powietrznej w wyższych temperaturach, ciśnieniach etc. Ale ta technologia ma swoje granice. Drugi etap rozwoju napędów lotniczych będzie więc polegać na stosowaniu nowych technologii paliw. Mówi się m.in. o paliwach syntetycznych, biopaliwach, a nawet paliwach opartych na wodorze. W trzecim etapie będziemy mogli już zapomnieć o klasycznych napędach lotniczych. Pojawią się nowoczesne technologie napędów hybrydowych, plazmowych etc. – mówi agencji Newseria Biznes dr inż. Tomasz Balcerzak z Instytutu Prawa Lotniczego i Kosmicznego Uczelni Łazarskiego.

Po gwałtownym hamowaniu z powodu pandemii ruch lotniczy nie wrócił jeszcze do poziomów sprzed dwóch lat, ale powoli się odbudowuje. Lotnictwo jest dla Unii Europejskiej sektorem o znaczeniu strategicznym, który jeszcze przed pandemią COVID-19 wnosił do europejskiej gospodarki ok. 300 mld euro (czyli ok. 2,1 proc. PKB), zapewniając ponad 5 mln miejsc pracy (dane KE). Zanim koronawirus sparaliżował podróżowanie, ten sektor był w fazie boomu, a IATA szacowała, że do 2037 roku liczba pasażerów na światowych lotniskach potroi się do ponad 8,2 mld osób. Z kolei według prognoz EASA liczba lotów w latach 2017–2040 miała wzrosnąć sumarycznie o ponad 40 proc.

Boom na latanie ma jednak określone konsekwencje środowiskowe, bo podróżowanie samolotem wiąże się ze sporymi emisjami CO2. Według kalkulatora udostępnianego przez fundację myclimate lot w jedną stronę na trasie Warszawa–Paryż to ok. 259 kg CO2 w przeliczeniu na jednego pasażera. EASA podaje natomiast, że w skali całej UE ten sektor odpowiada za ok. 3,6 proc. całkowitych emisji gazów cieplarnianych. Unia dąży jednak do ich zminimalizowania – nie tylko w lotnictwie, ale i w całym sektorze transportu. W tym kierunku zmierzają unijne regulacje, dlatego zarówno w Europie, jak i na całym świecie trwają prace nad nowymi, bardziej zielonymi technologiami, które można będzie wdrożyć w lotnictwie, ograniczając jego ślad węglowy.

Najszybciej będziemy mogli wykorzystywać biopaliwo bądź paliwo syntetyczne w obecnych silnikach. To jest perspektywa około pięciu lat. Właściwie testy już trwają, są już szeroko zakrojone próbne loty, np. na mieszance paliwa klasycznego z biopaliwami – mówi ekspert z Instytutu Prawa Lotniczego i Kosmicznego Uczelni Łazarskiego.

Jak podaje EASA, w UE certyfikowano już kilka ścieżek produkcji biopaliw lotniczych, a kilka innych jest w trakcie procesu zatwierdzania. Eksperci wskazują, że odejście od tradycyjnych paliw lotniczych będzie niezbędnym elementem zminimalizowania emisji CO2 w tym sektorze.

Alternatywne paliwa opracowuje i rozwija już wiele firm z sektora lotniczego, w tym m.in. Airbus, który w połowie kwietnia tego roku poinformował  o pierwszym rejsie samolotu Beluga wykorzystującym zrównoważone paliwo lotnicze SAF (Sustainable Aviation Fuel). Z kolei kilka miesięcy wcześniej lotniczy gigant ogłosił, że pracuje nad stworzeniem samolotu napędzanego paliwem wodorowym (projekt ZEROe). Airbus ma w planach uruchomienie pierwszego komercyjnego samolotu na ciekły wodór (LH2) w 2035 roku.

– Perspektywa 10 czy 20 lat to będą już nowe technologie nowoczesnych napędów lotniczych, zupełnie odbiegające od tych, z którymi mamy do czynienia obecnie – mówi dr inż. Tomasz Balcerzak.

Obiecującym kierunkiem dla branży lotniczej są m.in. samoloty elektryczne i hybrydowe, nad którymi pracują już m.in. Airbus i Boeing. Szacuje się, że pierwsze tego typu konstrukcje mają się pojawić w powietrzu około 2030 roku.

W tej chwili napędy elektryczne są jak na razie wykorzystywane w małej skali, w małych samolotach. One będą rozwijać się trochę tak jak samochody w wersji hybrydowej, gdzie w pewnym zakresie wykorzystujemy jeszcze klasyczny napęd. Natomiast po osiągnięciu określonej wysokości samolot będzie leciał już tylko i wyłącznie na napędzie elektrycznym, a przy lądowaniu znów przejdzie na klasyczny napęd. To będzie taki system hybrydowy – mówi ekspert z Uczelni Łazarskiego.

Jak wskazuje, zaletą biopaliw czy paliw syntetycznych jest to, że w większości będą one bazować na już istniejącej infrastrukturze wykorzystywanej w portach lotniczych, więc nie będą wymagać olbrzymich inwestycji.

– Natomiast w odniesieniu do bardziej skomplikowanych, przyszłościowych napędów prawdopodobnie trzeba będzie już dostosować do nich odpowiednią infrastrukturę. Zmiany obejmą więc nie tylko wprowadzenie nowych napędów, nowych technologii w statkach powietrznych, ale również infrastrukturę naziemną w portach lotniczych – mówi dr inż. Tomasz Balcerzak.

Orange Polska uruchamia pod Warszawą gigantyczne centrum danych. Nowoczesne serwery i sieć ułatwią rozwój...

W ciągu najbliższych pięciu lat światowy rynek komercyjnych centrów danych ma wzrosnąć ponad dwukrotnie. W Polsce powierzchnia takich obiektów do 2025 roku będzie przyrastać w tempie 8 proc. rocznie, aby osiągnąć 90 tys. mkw. – wynika z raportu PMR. To odpowiedź na rosnącą dynamicznie ilość przesyłanych danych. Orange Polska tylko w sierpniu odnotował 64-proc. wzrost rok do roku ilości danych przesyłanych po światłowodzie. W sieci mobilnej wzrost ten wyniósł ok. 26 proc. Tak duży ruch w sieci ma obsługiwać nowa infrastruktura operatora – ogromne centrum danych Warsaw Data Hub, jakie powstało w Łazach pod Warszawą. Znajdą się tam nie tylko serwery Orange, ale i jego klientów biznesowych. Nowy obiekt pozwoli zwiększyć niezawodność sieci i zmniejszyć jej opóźnienia, co jest kluczowe przy usługach oferowanych w sieci 5G.

Chcemy zaoferować naszym klientom bezpieczne miejsce, gdzie będą mogli korzystać z usług data center i kolokacji – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Piotr Jaworski, członek zarządu ds. sieci i technologii Orange Polska. – Warsaw Data Hub to obiekt nowoczesny, który został stworzony przede wszystkim po to, aby pomieścić w sobie infrastrukturę Orange Polska służącą do świadczenia usług, ale także aby był przyjazny i dostępny dla klientów biznesowych, którzy będą mogli  instalować tu swoją infrastrukturę.

Położenie blisko stolicy ma szczególne znaczenie, bo to tu popyt na usługi rośnie najszybciej. Warsaw Data Hub w podwarszawskich Łazach ma zapewniać optymalne warunki pracy urządzeń, a także ciągłe zasilanie i nieprzerwaną transmisję danych. To szczególnie istotne z uwagi na obserwowane wzrosty ruchu w sieci. 

W komorach serwerowych Warsaw Data Hub ma się znaleźć 1,6 tys. mkw. powierzchni wyposażonej w niezależne zasilanie, wentylację i system gaszenia pożarów przestrzeni dla sprzętu IT i sieciowego. W kolejnych etapach inwestycji w miarę rosnących potrzeb obiekt będzie mógł zostać rozbudowany o dodatkowe komory.

– Warsaw Data Hub został wybudowany przede wszystkim pod kątem dużego bezpieczeństwa energetycznego. Mamy tam zainstalowane zarówno systemy, które pozwalają utrzymywać zasilanie w przypadku braku energii z zewnątrz, jak i systemy związane z kontrolą dostępu zewnętrznego. Autoryzowani klienci będą oczywiście mieli łatwy i swobodny dostęp do obiektu – tłumaczy Piotr Jaworski.

Istotną kwestią jest także minimalizacja opóźnień w sieci. Będzie to miało kluczowe znaczenie przy oferowaniu usług 5G takich jak komunikacja z autonomicznymi samochodami czy operacje na odległość. To właśnie one będą wymagały minimalnych opóźnień na zakładanym poziomie ok. 5 ms RTT (5 milisekund Round Trip Time). 

Mimo swoich rozmiarów Warsaw Data Hub będzie obiektem przyjaznym dla środowiska. Jak podkreśla Orange Polska, samo przeniesienie części głównych serwerów operatora pozwoli znacznie zmniejszyć liczbę wykorzystywanych urządzeń.

– Dzięki zastosowanym rozwiązaniom będziemy rocznie emitować do atmosfery około 5 tys. ton dwutlenku węgla mniej. Na terenie Warsaw Data Hub planujemy też wybudowanie farmy fotowoltaicznej o mocy 0,5 MW. Zużycie wody będzie mniejsze o ponad 500 m3, niż gdybyśmy korzystali z wodociągów, ponieważ wykorzystujemy tak zwaną szarą wodę z opadów atmosferycznych – wyjaśnia członek zarządu ds. sieci i technologii Orange Polska.

Na parkingu przy WDH są też stacje ładowania dla samochodów elektrycznych, a 700 mkw. najbliższego otoczenia budynku wyłożono kostką brukową pochłaniająca smog. Szacowane przez Orange 5 tys. ton CO2, o które dzięki proekologicznym rozwiązaniom uda się ograniczyć emisję, to tyle, ile rocznie emituje prawie 1,3 tys. samochodów.

Według analityków Mordor Intelligence światowy rynek komercyjnych centrów danych osiągnął w 2020 roku przychody sięgające 49 mld dol. Do 2026 roku kwota ta ma przekroczyć 108 mld dol.

Polacy masowo korzystają z usług publicznych w internecie. Dla firm i inwestorów zagranicznych e-administracja...

W czasie pandemii wiele usług publicznych zostało przeniesionych do online’u i Polacy coraz chętniej z nich korzystają. Rekordowym zainteresowaniem cieszy się Profil Zaufany, który jest kluczem do e-usług administracji i z którego korzysta już prawie 13 mln Polaków. – Pod względem cyfryzacji usług dla biznesu wciąż jednak mamy wiele do nadrobienia, a wiele rozwiązań służy raczej samym urzędnikom, a nie firmom – ocenia Piotr Jaśkiewicz z kancelarii Baker McKenzie. Szczególnie utrudnione zadanie mają inwestorzy zagraniczni. Problemem dla nich jest m.in. ograniczony dostęp do metod weryfikacji online.

– Digitalizacja usług dla biznesu w polskiej administracji trochę jeszcze kuleje. Europejski wskaźnik DESI w zakresie usług e-administracji plasuje nas na 20. miejscu w Unii Europejskiej. Odstajemy najbardziej w zakresie liczby użytkowników administracji oraz usług dla biznesu. W 2014 roku byliśmy w okolicach średniej unijnej pod względem procenta usług, które można załatwić online, i od tego czasu, podczas gdy inne państwa poprawiały swoje wskaźniki, u nas ten wskaźnik spadł. Obecnie jesteśmy na 26. miejscu, wyprzedzamy tylko Grecję i Rumunię – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Jaśkiewicz, prawnik polski i amerykański, counsel w kancelarii Baker McKenzie.

W ostatnim rankingu Komisji Europejskiej DESI 2020, który pokazuje postępy państw UE w obszarze cyfryzacji (dane za 2019 rok), Polska awansowała o dwie pozycje, ale wciąż jest to końcówka stawki – 23. miejsce. Doceniono m.in. cyfryzację w służbie zdrowia, czyli uruchomienie e-recepty czy e-skierowania. Jednak pod względem dostępności usług administracji elektronicznej dla przedsiębiorstw wynik Polski to jedynie 75 punktów na 100, podczas gdy średnia dla UE wynosi 88. Ekspert Baker McKenzie także wskazuje, że w trakcie pandemii COVID-19 cyfryzacja w administracji publicznej nabrała dużego rozpędu, jednak wciąż nie ma dużo e-usług kierowanych do biznesu, a te dostępne nie zawsze rzeczywiście służą biznesowi.

– Wydaje się, że często funkcją nowo wprowadzanych rejestrów jest tak naprawdę przerzucenie na biznes ciężaru wprowadzania danych do systemów komputerowych, żeby nie musieli tego robić urzędnicy. Tutaj przykładem jest jednolity plik kontrolny, który nie pomaga w żaden sposób biznesowi, natomiast służy do kontroli przedsiębiorców, podobnie sprawozdanie finansowe – wymienia Piotr Jaśkiewicz.

Część wprowadzanych udogodnień, zamiast ułatwiać przedsiębiorcom życie, nawet je komplikuje. Przykładem jest akceptowanie podpisów elektronicznych – różne usługi administracji wymagają jego różnych ustawień i w dodatku brakuje jasnych instrukcji, które pomogłyby firmom odnaleźć się w tych wymaganiach. Druga istotna wada to niedopracowanie istniejących systemów, przez co nie są one przyjazne w obsłudze.

– Weźmy system do założenia spółki w 24 godziny. Formularze mamy tam elektroniczne, więc wydawałoby się, że wszystko załatwimy sprawnie, ale okazuje się, że jednak jakieś trzeciorzędne dane musimy sami napisać na komputerze i wgrać do systemu – wyjaśnia prawnik kancelarii Baker McKenzie. – System nie weryfikuje kompletności wniosku. Jeżeli okaże się, że mamy jakiś błąd, musimy wypełniać i podpisywać wszystko od nowa, więc wtedy mamy spółkę w dwa tygodnie i często z dokumentami podpisywanymi trzykrotnie przez pięć różnych osób.

Problemem dla biznesu jest także fakt, że systemy administracji nie współpracują między sobą, więc jedno zdarzenie gospodarcze trzeba wprowadzać do kilku rejestrów. Zdarza się również, że wprowadzane zmiany w e-administracji, które wiążą się z nowymi obowiązkami dla firm, często nie są odpowiednio wcześnie przygotowane. Przez to przedsiębiorcy aż do uruchomienia systemu nie wiedzą, jak on będzie funkcjonował i z jakimi wyzwaniami się wiązał.

– Jeżeli wiemy, że mamy dużą reformę i powstaje nowy rejestr, który będzie całkowicie elektroniczny, oczekiwalibyśmy, że dużo wcześniej będziemy mieli instrukcje, jak z tego korzystać, co umożliwiłoby przedsiębiorcom przygotowanie się do takiej zmiany. Natomiast w Polsce to się nie zdarza. Przy rejestrze beneficjentów, wcześniej przy elektronicznym składaniu sprawozdań finansowych, ostatnio przy wprowadzeniu elektronicznego KRS-u informacje na temat szczegółów technicznych pojawiły się tak naprawdę w dniu, w którym ruszał rejestr – mówi Piotr Jaśkiewicz.

Szczególnie trudne są sprawy administracyjne dla inwestorów zagranicznych. Problemem jest m.in. brak różnych opcji językowych w załatwianiu formalności urzędowych w Polsce. Często potrzebne są tłumaczenia przysięgłe, co nie tylko wydłuża czas na załatwienie sprawy, lecz również zwiększa związane z tym koszty. Innym problemem jest nieuznawanie przez administrację podpisów elektronicznych z innych państw.

– Jest to o tyle niezrozumiałe, że przepisy unijne zrównują status wszystkich podpisów elektronicznych wydanych w Unii Europejskiej, stąd każdy podpis – włoski czy niemiecki – powinien być w Polsce uznawany, ale serwery polskiej administracji po prostu nie przyjmą tych dokumentów – podkreśla prawnik Baker McKenzie. – Obsługujemy wiele korporacji działających globalnie. Członkowie ich zarządu mają całą szufladę podpisów elektronicznych z różnych państw na potrzeby e-administracji i zazwyczaj dają radę samodzielnie podpisać wszystkie dokumenty. W momencie, gdy słyszą, że jest dokument z Polski, organizowane są sesje z udziałem sztabu informatyków i prawników, ponieważ tam zawsze coś nie działa. To nie jest najlepsza laurka.

Paradoksalnie tego typu problemy z weryfikacją tożsamości powodują, że inwestorzy chętniej skorzystaliby z offline’owego trybu załatwienia sprawy, ale często jest to niemożliwe.

– Takie usługi, które są w stu procentach elektroniczne, zaczynają blokować biznes – mówi Piotr Jaśkiewicz. – Przykładowo, jeśli chcielibyśmy szybko wymienić członków zarządu na osoby z zagranicy, jest to niemożliwe z dnia na dzień, ponieważ taki nowy zarząd musiałby ujawnić się w rejestrze beneficjentów. Ma na to siedem dni i musi zrobić to elektronicznie, podczas gdy uzyskanie polskiego podpisu elektronicznego z zagranicy w siedem dni niemal graniczy z cudem.

Shell chce mieć największą na świecie sieć ładowarek do aut elektrycznych. Koncern stawia także...

Do 2035 roku Shell zamierza ograniczyć ślad węglowy netto swoich produktów energetycznych o 30 proc., a do 2050 roku zredukować go o 65 proc. Jednocześnie celem koncernu jest stanie się biznesem energetycznym o zerowej emisji netto do 2050 roku. Zielona strategia Shella obejmuje też rozbudowę sieci stacji LNG – obecnie jednej z najczystszych dostępnych alternatyw dla oleju napędowego dla ciężarówek oraz infrastruktury do ładowania elektryków. W ciągu kolejnych czterech lat paliwowo-energetyczny koncern chce zwiększyć liczbę dostępnych ładowarek z 60 tys. do 500 tys. Shell sukcesywnie zmienia także stacje paliwowe, które przekształcają się w wielofunkcyjne punkty, gdzie klienci mogą także dobrze zjeść i napić się kawy. Strategia Shell Retail zakłada, że do 2025 roku ok. 50 proc. marży będzie pochodzić z produktów i usług pozapaliwowych.

– W mobilności przyszłości dużą rolę odegrają pojazdy elektryczne. Jeśli patrzymy na rozwój tej branży, aspiracją Shella jest uzyskanie pozycji globalnego lidera w zakresie ładowania elektryków. Naszym celem jest zwłaszcza zwiększenie liczby punktów ładowania z obecnych 60 tys. do ponad 500 tys. w 2025 roku. Na niektórych rynkach, na przykład w Wielkiej Brytanii, już jesteśmy liderem – mówi agencji Newseria Biznes Carol Chen, wiceprezes ds. marketingu w Grupie Shell.

Według danych ACEA (Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodów) w I kwartale tego roku liczba nowych rejestracji samochodów elektrycznych w UE wzrosła o ponad 59 proc. r/r, do blisko 146,2 tys. sztuk. W przypadku hybryd typu plug-in ten wzrost wyniósł aż 175 proc., do 208,4 tys. sztuk. Na szybko rosnącym rynku elektrycznej mobilności swoje miejsce chce znaleźć Shell, który w całej Europie rozwija partnerstwa w celu budowy infrastruktury dla elektryków. Paliwowo-energetyczny koncern chce w ciągu nadchodzących czterech lat ośmiokrotnie zwiększyć liczbę swoich stacji ładowania.

– Strategia polega na zbudowaniu Shell Recharge jako podmarki stacji do ładowania pojazdów elektrycznych, co pozwoli zdobyć zaufanie naszych klientów. Jednocześnie budowa infrastruktury będzie się odbywać zarówno po stronie detalicznej, jak i po stronie klienta docelowego – mówi Carol Chen.

W Polsce firma planuje otworzyć 10 stacji ładowania Shell-Ionity. Wiceprezes ds. marketingu grupy wskazuje, że tak szybki rozwój infrastruktury ładowania elektryków będzie wyzwaniem, m.in. ze względu na wciąż relatywnie niski popyt, ponieważ po polskich i europejskich drogach nadal jeździ stosunkowo mało takich pojazdów.

W swojej strategii Shell uwzględnia także rozbudowę sieci stacji LNG. To obecnie jedna z najczystszych alternatyw dla oleju napędowego w transporcie ciężkim. Jak podkreślają przedstawiciele koncernu, ciężarówki napędzane tym paliwem są również przystosowane do wykorzystywania bio-LNG, które jest neutralne pod względem emisji dwutlenku węgla. Prognozy Shella dotyczące globalnego zapotrzebowania na skroplony gaz mówią o jego dwukrotnym wzroście do 2040 roku. W ciągu ostatniego roku zostały otworzone dwie pierwsze stacje Shell LNG w Bielanach Wrocławskich i Świecku. Punkty są częścią korytarza LNG składającego się docelowo z 39 stacji budowanych w ramach konsorcjum BioLNG EuroNet. Wśród nich planowane są także kolejne stacje w Polsce: w Piotrkowie Trybunalskim, Iłowej, Jędrzychowicach i Poznaniu.

– W Polsce działa wiele firm z branży logistyki i transportu. Ważne jest, aby były one jak najmniej obciążające dla środowiska. LNG, czyli ciekły gaz ziemny, to bardzo ważne biopaliwo dla przyszłości, dlatego rządy powinny zaangażować się w jego wspieranie. Naszym zdaniem jest to świetna opcja tankowania ciężarówek naszych klientów w drodze po Polsce, a także w całej Europie, zależnie od potrzeb – mówi Sydney Kimball, wiceprezes ds. mobilności na Europę oraz Afrykę Południową w Grupie Shell.

W kręgu zainteresowania Shella są też inne paliwa alternatywne, w tym wodór. Koncern już w tej chwili inwestuje w infrastrukturę wodorową m.in. w Wielkiej Brytanii, Holandii czy Niemczech, gdzie do 2030 roku zamierza wybudować 400–500 punktów tankowania wodoru.

– Widzimy wyraźnie, że wodór także będzie odgrywać istotną rolę w przyszłości energii – mówi Carol Chen. – Obserwujemy rosnące trendy, jak właśnie paliwa wodorowe, LNG czy e-mobilność. Wszystkie one są ważne także w kontekście polskiego rynku. Musimy też jednak brać pod uwagę popyt ze strony klientów, żeby wiedzieć, kiedy on wzrośnie, i dostosować odpowiednio budowę infrastruktury. Cały proces rozbudowy infrastruktury – od uzyskania pozwoleń poprzez planowanie sieci – zajmuje sporo czasu. Powstaje więc kluczowe pytanie: jak przyspieszyć planowanie w obliczu rosnącego zapotrzebowania konsumentów, jak uczynić je bardziej wydajnym i efektywnym kosztowo.

Odnawialna energia i paliwa alternatywne wpisują się w dekarbonizację transportu, którą Shell zamierza wspierać. Zgodnie z przyjętą niedawno strategią Powering Progress do 2030 roku koncern planuje ograniczyć emisje netto dwutlenku węgla o 20 proc., do 2035 roku o 45 proc., a do 2050 roku zredukować ją o 100 proc. Według niej Shell będzie inwestować 8–9 mld dol. rocznie w filar transformacji.

– Założenia naszej strategii są bardzo przejrzyste: chcemy ograniczyć własne emisje dwutlenku węgla, ale jednocześnie pomóc naszym klientom ograniczyć ich emisje w poszczególnych sektorach – m.in. lotniczym, morskim czy budowlanym – dzięki pełnej gamie produktów i rozwiązań. Razem możemy osiągnąć cel zerowego zużycia energii netto dużo szybciej – mówi wiceprezes ds. marketingu w Grupie Shell.

Jednym z narzędzi, które mają służyć osiągnięciu tego celu, są tzw. NBS – nature based solutions, czyli rozwiązania oparte na ochronie przyrody. Wśród nich jest usługa dla biznesu polegająca na kompensacji emisji dwutlenku węgla z paliwa zakupionego za pomocą karty Shell Card. Koncern obliczy wysokość emisji CO2 generowanych przez floty i zrównoważy je poprzez zakup kredytów węglowych pochodzących z międzynarodowych projektów, które chronią i odbudowują naturalne ekosystemy. W Polsce usługa ta jest dostępna od stycznia br. dla klientów biznesowych, ale w niektórych krajach, takich jak Wielka Brytania, Holandia, Niemcy, Austria czy Szwajcaria, Shell umożliwia kompensację CO2 również klientom indywidualnym.

– Obecnie skupiamy się na obu typach napędów – zapewniamy tradycyjnie benzynę, olej napędowy, LNG, ale i ładowanie samochodów elektrycznych – dodaje Sydney Kimball. – Bardzo dużą uwagę poświęcamy też naszym sklepom. Mamy 45 tys. lokalizacji w 80 krajach i chcemy zapewniać klientom znakomite paliwa, produkty i jakość obsługi.

Strategia Shell Retail zakłada, że do 2025 roku ok. 50 proc. marży będzie pochodzić z produktów i usług pozapaliwowych. Shell zamierza w tym celu m.in. inwestować i rozwijać marki własne, takie jak nowy koncept kawiarniano-gastronomiczny Shell Café, który w sierpniu zadebiutował w Polsce i części krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Nowa marka – wprowadzona w miejsce dotychczasowego deli by Shell – oferuje kawę premium i obsługę baristów, co ma przyciągnąć na stacje nawet niezmotoryzowanych klientów. 

– Shell koncentruje się na utrzymaniu i wzmocnieniu lojalności obecnych klientów i pozyskaniu jak największej liczby nowych – zapewnia Sydney Kimball. – Przemieszczając się czy jeżdżąc na spotkania, klienci oczekują przede wszystkim wygody i wysokiej jakości. Chcą mieć pewność, że ich pojazd zostanie zatankowany najlepszym paliwem albo odpowiednio naładowany. Oczekują dostępu do najlepszych napojów i produktów, a nasz nowy koncept Shell Café jest w stanie im to zapewnić.

Paliwowo-energetyczny koncern sukcesywnie przekształca swoje stacje w wielofunkcyjne punkty, które są miejscem, gdzie klienci mogą zrobić drobne zakupy, napić się kawy i dobrze zjeść, odebrać paczkę albo skorzystać z myjni. Dlatego w Polsce na wielu stacjach Shella można już m.in. odebrać paczkę DHL, skorzystać z paczkomatów InPost albo zrobić drobne zakupy do domu w sklepach Shell Select.

Polacy przyzwyczaili się do zawierania umów czy składania wniosków przez internet. Bezpieczna weryfikacja tożsamości...

W czasie pandemii COVID-19 Polacy przestawili się na korzystanie z usług elektronicznych. Dotyczy to zarówno e-oferty administracji publicznej, jak i usługodawców takich jak firmy telekomunikacyjne, ubezpieczeniowe, finansowe czy energetyczne. Przez kanały zdalne użytkownicy m.in. zawierają umowy, zgłaszają roszczenia, składają wnioski i zlecają polecenia zapłaty. Do tego potrzebna jest jednak bezpieczna weryfikacja tożsamości klienta. Udostępniana przez KIR usługa mojeID umożliwia potwierdzenie tożsamości za pomocą bankowości internetowej. To ułatwia dostęp do e-usług, ponieważ nie wymaga zapamiętywania szeregu haseł i ich regularnego zmieniania ze względu na bezpieczeństwo danych.

– mojeID jest coraz powszechniej wykorzystywaną metodą potwierdzania tożsamości w ramach usług świadczonych zarówno przez podmioty komercyjne, jak i administrację publiczną – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Wichowski, dyrektor Linii biznesowej usługi identyfikacji w KIR. – Użytkownik nie musi w żaden sposób aktywować usługi ani rejestrować się do niej. Po prostu w momencie, w którym usługodawca wymaga potwierdzenia tożsamości klienta i umożliwia mu wykonanie tej czynności z wykorzystaniem mojeID, wystarczy, że wybierze mojeID jako metodę jego uwierzytelnienia.

Użytkownik usługi KIR ma możliwość potwierdzenia swojej tożsamości przez bankowość internetową i dane posiadane przez banki uczestniczące w systemie.

 Użytkownik wybiera bank, który będzie potwierdzał jego tożsamość i który następnie przeprowadzi go przez proces zdalnego potwierdzenia tożsamości. Bank jako dostawca tożsamości prezentuje klientowi informacje, do kogo, w jakim celu i w jakim zakresie jego dane będą przekazane. Po udzieleniu przez użytkownika zgody na przekazanie jego danych z potwierdzeniem tożsamości zostaje on z powrotem przekierowany na stronę usługodawcy do procesu, który wymagał jego uwierzytelnienia – wyjaśnia Piotr Wichowski.

Dostawcami tożsamości w usłudze mojeID są kluczowe banki komercyjne oraz większość banków spółdzielczych zrzeszonych i współpracujących z Bankiem BPS i SGB-Bank (ponad 500 banków spółdzielczych). Z tego rozwiązania może korzystać ponad 14 mln klientów, którzy są użytkownikami bankowości elektronicznej.

– W obszarze usług publicznych mojeID jest wykorzystywane przy logowaniu do usług i serwisów administracji publicznej, jak ePUAP czy Internetowe Konto Pacjenta. Umożliwia też uwierzytelnienie użytkownika w procesie założenia i korzystania z Profilu Zaufanego, wymaganego do podpisywania dokumentów, wniosków i deklaracji składanych w ramach spraw realizowanych w obszarze administracji publicznej – mówi dyrektor Linii biznesowej usługi identyfikacji w KIR.

W tym obszarze wykorzystanie usługi wyraźnie wzrosło w czasie pandemii, kiedy Polacy więcej spraw urzędowych załatwiali online, unikając osobistych wizyt w urzędach. Z Profilu Zaufanego korzysta 12,5 mln Polaków, a tylko w wakacje przybyło 900 tys. użytkowników.

Z miesiąca na miesiąc widać rosnącą popularność e-usług nie tylko w sektorze administracji, lecz także w innych segmentach gospodarki takich jak ubezpieczenia, ochrona zdrowia, finanse, energetyka czy telekomunikacja. Za tym idzie wzrost wykorzystania również usługi mojeID.

– Oferowana przez nas usługa może być wykorzystana m.in. w procesie zawierania umów, np. ubezpieczeniowych, telekomunikacyjnych czy na dostawę prądu i gazu. Umożliwia rejestracje do portali i zakładanie kont zapewniających dostęp do usług oferowanych np. przez firmy ubezpieczeniowe czy dostawców usług w zakresie ochrony zdrowia. Usługa ułatwia także składanie wszelkich zgłoszeń i kwestionariuszy, jak zgłoszenie roszczenia szkody czy odszkodowania z polisy ubezpieczeniowej – wymienia ekspert KIR. – W ostatnim czasie widzimy też coraz powszechniejsze wykorzystanie mojeID w procesie AML-owym, czyli w celu spełnienia wymogów określonych przez ustawę o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu.

Jak pokazało badanie Kantar przeprowadzone dla KIR i ZBP, Polacy chcą mieć możliwość korzystania z narzędzi do cyfrowej weryfikacji tożsamości przy logowaniu do różnych serwisów (32 proc.), autoryzowaniu dyspozycji i oświadczeń (32 proc.), potwierdzaniu swojej tożsamości w serwisach internetowych (42 proc.) oraz rejestracji w celu dostępu do usług (22 proc.). Co trzeci Polak, który aktywnie korzysta z bankowości internetowej, chce również móc zdalnie potwierdzać swoją tożsamość w kontaktach z administracją publiczną. Sami użytkownicy usług wskazują coraz więcej obszarów potencjalnego wykorzystania tożsamości cyfrowej, co może świadczyć o ich rosnącym zaufaniu.

– mojeID jest usługą zapewniającą najwyższe standardy bezpieczeństwa we wszystkich obszarach jej funkcjonowania. Wykorzystujemy najnowsze rozwiązania technologiczne i kryptograficzne, zapewniające bezpieczeństwo procesów i danych przetwarzanych w ramach potwierdzenia tożsamości – wyjaśnia Piotr Wichowski.

Jak podkreśla przedstawiciel KIR, istotną wartością usługi mojeID jest jej zgodność ze wszystkimi obowiązującymi regulacjami – zarówno unijnymi, jak i krajowymi, które określają zasady świadczenia usług identyfikacji elektronicznej.

Prace nad medycznymi innowacjami przyspieszają. W Zabrzu otwarto nowoczesne centrum naukowo-badawcze

W Zabrzu swoją działalność rozpoczęło Europejskie Centrum Innowacyjnych Technologii dla Zdrowia (European HealthTech Innovation Center – EHTIC). Inwestycja warta 110 mln zł to jeden z najnowocześniejszych w Europie ośrodków naukowo-badawczych, który będzie rozwijać i wdrażać technologie z zakresu sztucznej inteligencji, telemedycyny i inżynierii biomedycznej. – Chcemy się koncentrować na największych problemach współczesnej medycyny. Będziemy rozwijać technologie na potrzeby onkologii, kardiologii oraz innych specjalizacji – zapowiada dyrektor EHTIC, prof. Marek Gzik.

 Szpital przyszłości to lekarze i personel medyczny, ale i wiele technologii, które wyręczą ich w czynnościach absorbujących cenny czas. Sztuczna inteligencja i algorytmy będą też wspomagać lekarzy w podejmowaniu decyzji o tym, jaka ścieżka leczenia będzie dla danego pacjenta najlepsza – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. inż. Marek Gzik.

We wdrożeniu takiego szpitala przyszłości pomoże otwarte właśnie w Zabrzu Europejskie Centrum Innowacyjnych Technologii dla Zdrowia. EHTIC to zarazem jeden z najnowocześniejszych w Europie ośrodków, który będzie prowadzić badania m.in. nad sztuczną inteligencją, telemedycyną i informatyką kliniczną. 

– Przygotowujemy całą infrastrukturę po to, żeby uruchamiać kolejne laboratoria i rozwijać technologie, które zostaną zaimplementowane w medycynie i obszarach takich jak bioinformatyka, bioelektronika, biomechatronika czy biomateriały – mówi dyrektor Europejskiego Centrum Innowacyjnych Technologii dla Zdrowia. – Inżynieria biomedyczna ma szerokie zastosowania w medycynie, w diagnostyce, terapii, ale także tzw. home care, czyli opiece domowej. Chcemy się tu koncentrować na największych problemach współczesnej medycyny.

– Potrzebujemy takich nowoczesnych placówek, w których będą powstawały nowe technologie biomedyczne, jako że na styku dziedzin dzieje się najwięcej. Dlatego bardzo się cieszę i wydaje mi się, że właśnie to połączenie inżynierii biomedycznej z medycyną ma bardzo duży potencjał – mówi prof. dr hab. n. med. Tomasz Szczepański, rektor Śląskiego Uniwersytetu Medycznego.  

– W Europejskim Centrum Innowacyjnych Technologii dla Zdrowia  naukowcy będą pracować nad systemami wspierającymi procesy leczenia i rehabilitacji. To m.in. technologie informatyczne, materiałowe, czyli związane np. z implantami, elektronika medyczna i różnego rodzaju systemy wirtualnej rzeczywistości, wspomagające procesy rehabilitacji. Mamy też pracownię słuchu, wirtualną salę operacyjną i wiele innych technologii, które dopiero pojawiają się w medycynie, ale niedługo będą już standardem – dodaje prof. dr hab. inż. Arkadiusz Mężyk, rektor Politechniki Śląskiej.

EHTIC ma opracowywać i wdrażać technologie, które realnie przyczynią się do poprawy profilaktyki, diagnostyki i leczenia pacjentów. Obecny na uroczystości otwarcia centrum prezydent Andrzej Duda stwierdził, że niosą one wielkie nadzieje i szanse dla pacjentów. Samą inwestycję określił jako inspirujący przykład współdziałania nauki, biznesu i samorządu przy współudziale państwa.

– Nie tak dawno w tym centrum powstała już technologia, która wspomaga kardiologów interwencyjnych. Jest to system neutralizacji wirusów podczas wykonywania zabiegów ratowania życia w trakcie zawałów serca. To swego rodzaju czasza odprowadzająca powietrze, w którym może znajdować się wirus groźny dla zdrowia zarówno personelu, jak i pacjenta – mówi prof. Marek Gzik.

W Polsce obserwujemy nieustanny rozwój innowacji, czego przykładem jest niewątpliwie otwarte właśnie Europejskie Centrum Innowacyjnych Technologii dla Zdrowia – projekt unikatowy nie tylko w skali naszego kraju, ale także Europy – dodaje Marcin Bruszewski, dyrektor generalny Philips Health Systems Polska. – Nowoczesny szpital dziś już istnieje, ale wciąż jest niezsynchronizowany, niepołączony. Zadaniem takich miejsc jak EHTIC jest połączenie wiedzy, doświadczeń i rozwiązań technologicznych, tak aby te rozproszone jeszcze elementy stanowiły jeden, dobrze funkcjonujący system. Naszą misją jest to, żeby właśnie poprzez technologię zapewniać pacjentom lepszą jakość życia.

Europejskie Centrum Innowacyjnych Technologii dla Zdrowia to inwestycja, której koszt sięgnął 110 mln zł. W ramach projektu powstał budynek laboratoryjny wyposażony w nowoczesną aparaturę naukowo-badawczą. Około 72 mln zł na ten cel pochodziło ze środków unijnych, 18 mln zł zainwestował Philips, a kolejne 20 mln zł dołożyły Zabrze oraz Politechnika Śląska.

 Wyjątkowość tego miejsca to jego lokalizacja w Zabrzu – mieście, w którym funkcjonuje Śląski Uniwersytet Medyczny, Śląskie Centrum Chorób Serca i wiele instytutów badawczych działających w obszarze technologicznego wspomagania medycyny. Tu mieści się też Wydział Inżynierii Biomedycznej Politechniki Śląskiej, a zatem mamy pewien ekosystem innowacji, które są wdrażane do praktyki medycznej – mówi prof. Arkadiusz Mężyk. 

Wyjątkowość tego miejsca polega także na tym, że będą tu skupione najnowsze technologie. Pozyskany partner, jakim jest firma Philips, gwarantuje dostęp do najnowocześniejszej aparatury medycznej i technologii informatycznych, co jest niezmiernie ważne, bo przyszłość medycyny jest dziś związana ze sztuczną inteligencją – dodaje prof. Tomasz Szczepański. 

Polski przemysł zyska na rozwoju morskich farm wiatrowych. Dziś branża liczy około 400 firm

Polski łańcuch dostaw dla branży offshore obejmuje dziś ponad 400 przedsiębiorstw – podaje Ministerstwo Klimatu i Środowiska. Branżowi eksperci oceniają, że udział krajowych firm w projektach pierwszej fazy rozwoju morskich farm wiatrowych będzie sięgał 20–25 proc., ale potencjał krajowego przemysłu w tym obszarze jest nawet dwukrotnie większy. Jak największe lokalne zaangażowanie ma zapewnić porozumienie sektorowe, które branża offshore podpisała z rządem w połowie września.

 Offshore jest wielką szansą dla naszych konstruktorów, inżynierów, stoczni, armatorów, marynarzy, właściwie dla wszystkich serwisantów. To jest branża, o którą powinniśmy dbać i podejmować jak najszybciej słuszne decyzje, abyśmy zaistnieli nie tylko w stawianiu i remontowaniu samych farm wiatrowych, ale również w ich obsłudze. Jako armator chcemy obsługiwać farmy wiatrowe nie tylko na Bałtyku, ale żeby otworzyły się przed nami drzwi również na całym świecie – mówi agencji Newseria Biznes Dorota Arciszewska-Mielewczyk, prezes zarządu spółki Polskie Linie Oceaniczne.

Morskie farmy wiatrowe na Bałtyku mają być jednym z filarów polskiej transformacji energetycznej. Zgodnie z rządowymi planami na koniec tej dekady moc zainstalowana w offshore ma sięgnąć ok. 5,9 GW, a w 2040 roku – już 11 GW. Pierwsze prace instalacyjne mają się rozpocząć w 2024 roku, zaś pierwsze przyłączenia do sieci zaplanowano dwa lata później, na 2026 rok. Wart ok. 130 mld zł projekt budowy farm wiatrowych na Bałtyku ma się stać kołem zamachowym dla całej gospodarki. Ministerstwo Klimatu i Środowiska chce, aby jak największy udział miały w nim polskie firmy.

– Jako armator jesteśmy żywo zainteresowani, żeby posiadać statki, które będą odpowiadały deweloperom, ale i takie, które będą zajmowały się badaniami, obsługą i załogami pracującymi przy farmach wiatrowych na Bałtyku. Nie pogardzimy też własnymi statkami, jeżeli takie zadanie również wyznaczy nam polski rząd – mówi Dorota Arciszewska-Mielewczyk.

Jak podaje MKiŚ, już w tej chwili polski łańcuch dostaw dla branży offshore obejmuje ponad 400 przedsiębiorstw. 120 z nich – w tym spółki z udziałem Skarbu Państwa, m.in. PGE i PLO – podpisało się pod zawartym 15 września br. porozumieniem sektorowym na rzecz rozwoju morskiej energetyki wiatrowej w Polsce. Jego stronami są też organy administracji rządowej i kluczowe ministerstwa, podmioty z sektora oświaty i nauki, inwestorzy oraz organizacje branżowe (łącznie ponad 200 podmiotów). Porozumienie ma stanowić platformę współpracy między nimi.

To drugi tego typu dokument na świecie, wzorowany na brytyjskim Offshore Sector Deal. Ma się przyczynić  do maksymalizacji tzw. local content, czyli udziału polskich przedsiębiorców w łańcuchu dostaw dla morskich farm wiatrowych, które będą powstawać w polskiej wyłącznej strefie ekonomicznej na Bałtyku.

Obecnie potencjał local content w łańcuchu dostaw dla morskiej energetyki wiatrowej szacuje się na 20–25 proc. dla projektów, które powstaną w pierwszym etapie (o mocy 5,9 GW) – wynika z raportu „Optymalizacja rozwoju krajowego łańcucha dostaw morskiej energetyki wiatrowej w Polsce”, opracowanego przez Polskie Stowarzyszenie Energetyki Wiatrowej, Polskie Towarzystwo Morskiej Energetyki Wiatrowej i Instytut Jagielloński. Eksperci wskazują jednak na znacznie większy od tych szacunków potencjał krajowego przemysłu. W kolejnej dekadzie udział lokalnych przedsiębiorstw w rozwoju morskich farm może osiągnąć nawet 45–50 proc. Z kolei w optymistycznym scenariuszu do 2050 roku w Polsce mogłoby zostać zainstalowanych nawet ok. 28 GW w morskich farmach wiatrowych, osiągając poziom nawet 65 proc. udziału lokalnego łańcucha dostaw w całości dostaw dla sektora offshore.

My się tego offshore&HASH39;u w Polsce dopiero uczymy, więc zawsze jest coś, co trzeba dopracować. Już w tej chwili mamy wielu pracowników, którzy budują i konstruują dla branży offshore, marynarzy, którzy pływają i obsługują farmy wiatrowe, więc mamy potencjał. Musimy wykorzystać swoją szansę. To są oczywiście bardzo kosztowne inwestycje, ale w przyszłości one gwarantują bardzo duże przychody i przede wszystkim budowanie tego local contentu, żebyśmy mogli stać się niezależnym podmiotem, a na pewno dobrze na tym zarabiać – zaznacza prezes Polskich Linii Oceanicznych.

Jak podkreśla, doświadczenie, jakie firmy zdobyłyby na krajowym podwórku, otworzyłoby im także drogę na rynki zagraniczne. Do rozwoju w sektorze offshore potrzebują jednak wsparcia formalnego.

Ważnym elementem jest też skoordynowanie wszystkich tych działań, bo tort jest bardzo duży, ale jesteśmy w stanie podzielić tę pracę i wesprzeć się wzajemnie, żeby jako Polska bardzo dobrze zafunkcjonować w sektorze offshore – mówi Dorota Arciszewska-Mielewczyk.

Podpisując Polish Offshore Wind Sector Deal, minister klimatu i środowiska Michał Kurtyka zapowiedział, że Polska ma ambicje i możliwości, aby stać się jednym z liderów rozwoju morskiej energetyki wiatrowej na Bałtyku, a nawet w Europie. Jednocześnie przypomniał, że w lutym tego roku weszła w życie długo wyczekiwana przez branżę tzw. ustawa offshore’owa, której celem jest m.in. zapewnienie ram prawnych i wieloletniego wsparcia dla podmiotów zainteresowanych rozwojem sektora offshore wind w Polsce. Branża wskazuje, że mimo to procedury administracyjne związane z budową farm wiatrowych na Bałtyku wciąż się przedłużają. Dlatego rząd szuka kolejnych ułatwień, żeby przyspieszyć ten proces.

Według zapowiedzi pełnomocnika rządu ds. OZE Ireneusza Zyski w Polsce do 2040 roku ma powstać od 60 do nawet 77 tys. nowych miejsc pracy związanych bezpośrednio i pośrednio z programem budowy morskich farm wiatrowych na Bałtyku. Jak wynika z tegorocznego raportu „Energia (od)nowa”, opracowanego przez ILF Consulting Engineers – Polska ma szansę, aby do tego czasu stać się już dojrzałym rynkiem w branży offshore, wiodąc prym w basenie Morza Bałtyckiego. Warunkami są jednak dostosowanie zaplecza portowego, rozwój innowacji oraz infrastruktury logistycznej i obsługowej, a także budowa kadr dla tego sektora, których na dzisiaj też brakuje.

Drony mogą zrewolucjonizować rolnictwo. W najbliższych latach sprawdzą się przede wszystkim w opryskach i...

Tradycyjną – wydawałoby się – branżę, jaką jest rolnictwo, coraz częściej zmieniają nowoczesne technologie takie jak internet rzeczy czy sztuczna inteligencja, a globalny sektor agritech rośnie w siłę. Według badań Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie rolnicy jako najbardziej przydatne w ich codziennej pracy wskazują technologie, które podnosiłyby efektywność nawożenia, wspomagały uprawę ziemi czy umożliwiały automatyczne prowadzenie maszyn. Jednymi z urządzeń, które mogą zmienić realia pracy rolników, są drony i roboty rolnicze z powodzeniem zastępujące już człowieka na przykład podczas oprysków.

– Na rolnictwo wpływają głównie technologie związane z internetem rzeczy. To na przykład drony czy rozwiązania punktowe, lokalnie instalowane na polu, takie jak czujniki w glebie. Mówimy też o rozwiązaniach z rolnictwa precyzyjnego. To chociażby łaziki, które są w stanie pielić pole podczas cyklu upraw – informuje w rozmowie z agencją Newseria Sebastian Konkol ze Spectre Solutions.

Jak wynika z badań Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie, a przytaczanych w raporcie Startup Poland „Technologia w rolnictwie”, 54 proc. rolników wskazało technologie automatycznego prowadzenia maszyn jako najbardziej przydatne w codziennej pracy. Jeszcze więcej, bo 72 proc. rolników, chętnie wykorzystywałoby technologie podnoszące efektywność nawożenia. Dla 48 proc. kluczowe byłoby wykorzystanie systemów wspomagających uprawę ziemi. Kolejną istotną w sektorze technologią jest telemetria.

Autonomiczne urządzenia rolnicze z jednej strony mogą odciążyć rolników w pracy, a z drugiej – zastąpić ich przy doglądaniu upraw zlokalizowanych w miejscach trudno dostępnych. Drony rolnicze XAG uczestniczą od lipca w testowych opryskach pól ziemniaczanych zlokalizowanych w Andach w Ekwadorze na wysokości ponad 3 tys. m n.p.m. W opryskach wykorzystywany jest dron wyposażony w cztery dysze do rozpylania i 16-litrowy inteligentny zbiornik na ciecz. Dzięki takim urządzeniom rolnicy nie tylko byliby odciążeni od pracy w trudno dostępnym terenie, ale i nie byliby narażeni na kontakt z pestycydami. W rozwoju popularności takich rozwiązań pozwala również fakt, że drony rolnicze nie należą do najbardziej skomplikowanych bezzałogowców.

To nie jest sztuczna inteligencja, to jest po prostu algorytm, który steruje torem lotu tak, aby optymalnie wypełnić misję. W przypadku zaś na przykład sprzętów jeżdżących mówimy o bardzo zaawansowanych algorytmach, takich jak w samochodach Tesli, gdzie wytyczamy ścieżkę na polu przed uruchomieniem  sprzętu, a potem uprawa dzieje się praktycznie sama – mówi Sebastian Konkol.

Tymczasem możliwości związane z zastosowaniem dronów w rolnictwie wiążą się również ściśle z rolnictwem precyzyjnym. Bezzałogowce wyposażone są w głowice, na których można zamontować aparaty o wysokiej rozdzielczości, czujniki czy skanery. Zebrane w czasie przelotu nad polem informacje pozwalają na przykład na stworzenie cyfrowego bliźniaka uprawy, na który naniesione zostają informacje o wilgotności czy poziomie wegetacji roślin. Takie informacje poddane analizie umożliwiają na przykład przeprowadzanie symulacji dotyczących możliwych szkód w uprawach w wyniku klęsk żywiołowych. Wykorzystanie dronów w terenach rolniczych staje się coraz popularniejszym narzędziem pracy właścicieli upraw. Nieco trudniej jest natomiast wprowadzać drony w przestrzeń powietrzną miast.

Jeśli chodzi o automatykę, a szczególnie o drony, to mamy bardzo rozwinięte i dobrze poukładane prawo, ale biznes oczekuje jeszcze więcej. Potrzebujemy możliwości łatwego transportu paczek w obrębie miast. Tam obszar U-Space jest dla nas w tym momencie może nie zamknięty, ale bardzo mocno utrudniony – ocenia ekspert.

Według analityków BIS Research światowy rynek dronów i robotów rolniczych osiągnie do 2026 roku przychody na poziomie ponad 30 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu utrzyma się na poziomie ponad 22 proc. Ożywieniu na tym rynku sprzyjają między innymi duże inwestycje rządowe. Narodowy Instytut Żywności i Rolnictwa (NIFA), działający przy Departamencie Rolnictwa USA, zainwestował wiosną tego roku prawie 22 mln dol. w programy pomagające producentom rolnym w zarządzaniu skutkami zmian klimatu, oddziałujących na ich grunty i produkcję rolną. Rolnicy otrzymają dofinansowania na wprowadzenie innowacji w technologiach rolniczych. Zdaniem analityków tego typu programy wyzwolą popyt na drony i roboty rolnicze.

Wykorzystanie nowoczesnych technologii w rolnictwie było tematem prelekcji podczas jednego z wrześniowych Thursday Gathering, cyklicznych spotkań dla społeczności innowatorów, które co tydzień w czwartkowe popołudnia odbywają się w Varso przy ulicy Chmielnej w Warszawie z inicjatywy Fundacji Venture Café Warsaw. 

Największe rynki lotnicze wciąż pozostają zamknięte. Od ich odmrożenia zależy tempo powrotu branży do...

Międzynarodowy ruch lotniczy wciąż jest dużo niższy niż przed pandemią. Mimo że sytuacja stopniowo się poprawia – we wrześniu dzienna liczba lotów była na poziomie...

Stay connected

20,831FaniLubię
2,506ObserwującyObserwuj
0SubskrybującySubskrybuj
- Advertisement -

Latest article

Blisko 10 mln euro trafi na innowacje w obszarze wód śródlądowych i morskich. W...

Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości w okresie luty–marzec 2022 roku planuje przeprowadzić nabór do konkursu „Innowacje w obszarze wód śródlądowych lub morskich”. O dofinansowanie w ramach Norweskiego Mechanizmu Finansowego w wysokości do 2 mln euro będą mogły się starać mikro-, małe i średnie firmy. – Chodzi o przedsiębiorców działających nad morzem, na jeziorach, rzekach, ale nie rybaków. Mamy na myśli działalność związaną z turystyką, oczyszczaniem wód, dbaniem o ochronę środowiska w obszarze wodnym – wymienia Monika Karwat-Bury z PARP. Do  rozdysponowania będzie ok. 10 mln euro.

– W najbliższych tygodniach planujemy ogłosić konkurs w ramach schematu „Innowacje w obszarze wód śródlądowych lub morskich”. To konkurs, który już miał swoją pierwszą edycję w 2019 roku, ale otrzymaliśmy dodatkowe środki i zdecydowaliśmy o ogłoszeniu nowego naboru w tym obszarze tematycznym – mówi agencji Newseria Biznes Monika Karwat-Bury, ekspertka w Departamencie Wdrożeń Innowacji w Przedsiębiorstwach w PARP.

Norweski Mechanizm Finansowy to bezzwrotna forma pomocy zagranicznej przyznawanej przez Norwegię nowym państwom członkowskim UE od 2004 roku. W ramach Funduszy Norweskich realizowanych jest kilkanaście programów (w tym największy budżetowo program, którego operatorem jest  PARP), w których dotacje mogą pozyskać projekty związane np. z ochroną środowiska, efektywnością energetyczną czy ograniczaniem nierówności społecznych.

Schemat „Innowacje w obszarze wód śródlądowych lub morskich” ma zwiększyć konkurencyjność przedsiębiorców poprzez wdrożenie innowacyjnych procesów, produktów, usług lub rozwiązań, które rozwiną działalność gospodarczą firmy. Projekty w ramach tego schematu mogą jednocześnie przyczyniać się do ograniczenia zanieczyszczenia wód i ich otoczenia.

Nie możemy udzielać dofinansowania firmom transportowym. Przedsiębiorcy, którzy działają w obszarze transportu wodnego, mają możliwość otrzymania dofinansowania tylko na wybrane typy projektów, np. na prowadzenie prac badawczo-rozwojowych lub zwiększenie efektywności energetycznej. Nie mogą jednak realizować klasycznych inwestycji, czyli zakupu taboru transportu wodnego – podkreśla ekspertka PARP. – Natomiast w przypadku przystani, portów morskich lub portów śródlądowych jest rozgraniczenie, czy na pewno jest to port związany z działalnością transportową, czy przystań jachtowa prowadząca działalność turystyczna, rekreacyjną.

PARP planuje ogłosić konkurs na przełomie 2021 i 2022 roku, wnioski będzie można składać przez dwa miesiące – od lutego do marca 2022 roku. Ocena wniosków, w zależności od ich liczby, potrwa od trzech do sześciu miesięcy, wówczas zostanie też ogłoszona lista projektów, które dostaną wsparcie. Projekty muszą zostać zakończone do kwietnia 2024 roku. Na inwestycje w portach morskich lub śródlądowych można uzyskać do 80 proc. wartości kosztów kwalifikowanych.

– Aktualnie mamy do dyspozycji około 7 mln euro, dokładna kwota będzie określona w ogłoszeniu konkursu. Kwota ta najprawdopodobniej ulegnie dalszemu zwiększeniu dzięki powstającym w programie oszczędnościom – do około 10 mln euro. Natomiast pojedynczy przedsiębiorca może otrzymać od 200 tys. euro do maksymalnie 2 mln euro – wskazuje Monika Karwat-Bury.

W pierwszej edycji konkursu do PARP wpłynęło 28 wniosków. Spośród nich 12 zostało rekomendowanych do dofinansowania na łączną kwotę prawie 10 mln euro. Projekty ocenione pozytywnie dotyczyły przede wszystkim inwestycji w rozwój infrastruktury małych portów, przystani oraz ekologicznych i niskoemisyjnych środków transportu w działalności turystycznej na terenie jezior.

Mamy też projekty związane z migracją ptaków na dużych przestrzeniach morskich i związane z farmami wiatrowymi na morzu, także projekty związane z rozwijaniem technologii, które wpływają na np. oczyszczalnie ścieków oraz sposoby oczyszczania i uzdatniania wody – wymienia ekspertka w Departamencie Wdrożeń Innowacji w Przedsiębiorstwach w PARP.

 

 


 

Rolnicy coraz chętniej korzystają z odnawialnych źródeł energii. Ubezpieczenia takich instalacji mogą być dodatkiem...

Panele fotowoltaiczne na dachach to coraz częstszy widok na polskiej wsi. Rolnicy coraz chętniej korzystają z rozwiązań OZE, w czym pomaga m.in. możliwość uzyskania dofinansowania z programu Agroenergia. Eksperci ubezpieczeniowi radzą, by tego typu instalacje włączyć w zakres posiadanej polisy. Ochrona ubezpieczeniowa zadziała m.in. w przypadku przepięcia czy zniszczenia paneli na skutek gradu lub wichury. Zmiany klimatu i związane z nimi gwałtowne zjawiska pogodowe pozostają główną kategorią ryzyk w rolnictwie i ten trend będzie się utrzymywać.

– Ubezpieczenia gospodarstw rolnych to dynamiczna część rynku, w której pojawia się coraz więcej rozwiązań dedykowanych nowym technologiom i odnawialnym źródłom energii, jak np. instalacje fotowoltaiczne czy kolektory słoneczne. Poza typowymi ryzykami, które są związane ze zdarzeniami naturalnymi, takimi jak burze, wiatr czy grad, ubezpieczane są dziś również zdarzenia takie jak przepięcie czy utrata energii – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Paduszyński, dyrektor Departamentu Ubezpieczeń Indywidualnych w TU Compensa SA.

Eksperci rynku energetycznego podkreślają, że technologie OZE mają największy potencjał rozwoju właśnie na obszarach wiejskich. Rząd zapowiada nowe rozwiązania, które mają sprawić, że wykorzystanie biomasy, fotowoltaiki czy innych bezemisyjnych źródeł będzie jak największe. Nad rekomendacjami w tym zakresie pracuje zespół roboczy złożony z ekspertów resortu rolnictwa oraz klimatu i mają one być przedstawione jeszcze w grudniu.

Można więc oczekiwać, że zainteresowanie rolników inwestowaniem w różnego typu mikroinstalacje będzie rosło. Jak wskazuje raport URE, w ubiegłym roku w Polsce energia elektryczna była wytwarzana w niemal 460 tys. mikroinstalacji, a łączna moc zainstalowana wynosiła ponad 3 GW. Niemal 100 proc. stanowiły panele fotowoltaiczne.

Tego typu instalacje są narażone na zniszczenia podobnie jak inne elementy budynków i podobnie jak one mogą podlegać ubezpieczeniom. Na nieco innych zasadach chronione są panele montowane na dachach budynków, a na innych instalacje wolnostojące. W tym pierwszym przypadku jest to element budynku i ubezpieczony powinien zwiększyć jego wartość o wartość paneli. Urządzenia, które stoją bezpośrednio na ziemi, są traktowane jako osobna budowla podlegająca odrębnemu ubezpieczeniu. 

– Dziś rolnik może ubezpieczyć praktycznie każdy rodzaj mienia. Począwszy od budynków, które wchodzą w skład obowiązkowych ubezpieczeń, poprzez mienie ruchome, czyli ruchomości domowe i inne ruchomości znajdujące się na terenie gospodarstwa rolnego – po maszyny, sprzęt rolniczy, zwierzęta czy ziemiopłody znajdujące się w magazynach – wymienia ekspert Compensy. – Rolnik może ubezpieczyć także nowoczesne technologie, np. z zakresu OZE, które są objęte specjalnym ubezpieczeniem od chociażby przepięcia.

Zgodnie z ustawą o ubezpieczeniach obowiązkowych z 2003 roku rolnicy posiadający gospodarstwo o łącznej powierzchni co najmniej 1 ha mają obowiązek ubezpieczenia budynków rolniczych od pożaru i innych zdarzeń losowych oraz wykupienia obowiązkowej polisy OC, która zabezpiecza rolnika, mieszkającą z nim rodzinę i wszystkich tych, którzy pracują w gospodarstwie rolnym.

Właściciele gospodarstw, którym zależy na większej ochronie lub chcą zabezpieczyć się przed skutkami coraz gwałtowniejszych zjawisk pogodowych, mają do wyboru szereg opcji dodatkowych. Co istotne, wszystko to rolnik może ubezpieczyć na jednej polisie, łączącej ubezpieczenie dobrowolne i obowiązkowe w zakresie majątkowym i osobowym.

– Wypłaty odszkodowań w ubezpieczeniach rolnych są najczęściej związane ze zjawiskami naturalnymi. I tu obserwujemy, że te zjawiska są coraz bardziej gwałtowne. Mamy coraz silniejsze opady, coraz gwałtowniejsze wichury, coraz większe lokalne podtopienia – wymienia Andrzej Paduszyński.

Opublikowany w 2019 roku raport Europejskiej Agencji Środowiska (EEA) pokazuje, że ekstremalne warunki pogodowe, takie jak powodzie, susze i fale upałów, z każdym rokiem osiągają poziom nienotowany dotychczas w Europie. To zaś zły prognostyk dla rolnictwa, które jest jednym z sektorów najbardziej narażonych na ich skutki.

Unijna agencja wskazuje, że zmiany klimatu już w tej chwili są mocno odczuwalne dla rolników i sektora rolnego, a prognozy wskazują, że do 2050 roku plony upraw takich jak pszenica, kukurydza i burak cukrowy mogą spać w Europie nawet o 50 proc., co spowoduje znaczny spadek dochodów gospodarstw rolnych. Według EEA w niektórych częściach Europy produkcja roślinna i hodowlana będzie musiała zostać całkiem zarzucona ze względu na nasilone efekty zmiany klimatu („Climate change impacts and adaptation in the agricultural sector in Europe”).

Wpływ gwałtownych zjawisk pogodowych na sektor rolnictwa podkreśla też przyjęta w 2019 roku „Polityka ekologiczna Polski do 2030 roku”. Scenariusze klimatyczne dla Polski pokazują, że w tej dekadzie powszechne staną się coraz częstsze i dłuższe fale upałów. Równie dotkliwe mogą być krótkie, ale bardzo intensywne opady deszczu, powodujące lokalne zalania i podtopienia. Kolejnym problemem jest też susza, która w Polsce pojawia się już co roku, wywołując wielomiliardowe straty po stronie rolników i hodowców.

– Oczywiście nie można zapominać o tym, co trapiło rolnictwo od zawsze, czyli o pożarach. Tych jest bardzo wiele i to też jest istotne zagrożenie, o którym trzeba pamiętać – mówi Andrzej Paduszyński.

Z danych Komendy Głównej Państwowej Straży Pożarnej wynika, że liczba pożarów sukcesywnie rośnie – w 2019 roku w polskim rolnictwie odnotowano 38,3 tys. pożarów, podczas gdy rok wcześniej było ich o prawie 8 tys. mniej. Blisko 3 tys. takich incydentów dotyczyło budynków rolniczych, a 6,5 tys. – upraw i maszyn rolniczych. Do wielu takich zdarzeń dochodzi w okresie żniw, szczególnie jeśli towarzyszy im susza.

Polisa dla rolnika zawiera także obowiązkowe OC z tytułu posiadania gospodarstwa rolnego. W ramach produktów dobrowolnych w Compensie rolnik może to OC rozszerzyć również na życie prywatne. Dodatkowo oferowane jest mu również assistance dla rolnika obejmujące m.in. pomoc medyczną czy informatyczną. 

Nowy start w biznesie. Będzie wsparcie dla przedsiębiorców, którzy musieli zamknąć swoje firmy

Strach przed porażką jest jednym z głównych hamulcowych rozwoju przedsiębiorczości. Jak wynika z badania PARP, 41 proc. osób, które widzą szanse biznesowe w swoim otoczeniu, nie decyduje się na otworzenie własnej firmy z powodu tej obawy. Porażka jest jednak ryzykiem wpisanym w każdy biznes i może stanowić ważną lekcję na przyszłość. Tym, którzy mimo niepowodzenia zdecydowali się wrócić na rynek i ponownie rozpocząć działalność gospodarczą, PARP pomaga w ramach projektu „Nowy start”. O wsparcie, dzięki któremu łatwiejszy będzie powrót na rynek, mogą aplikować mikro-, mali i średni przedsiębiorcy.

Celem projektu „Nowy start” jest przekonanie przedsiębiorców, że ich dotychczasowe porażki biznesowe mogą być ich przyszłym sukcesem, że posiadane przez nich doświadczenie w prowadzeniu biznesu jest bezcenne i niezastępowalne, a nauka na własnych lub cudzych błędach jest jedną z najlepszych metod rozwoju biznesowego – mówi agencji Newseria Biznes Justyna Nosko, ekspert z Departamentu Rozwoju Kadr w Przedsiębiorstwach w PARP.

Budżet na „Nowy start”, który wynosi 15 mln zł, jest finansowany w 100 proc. ze środków unijnych, z Programu Operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój. W programie mogą wziąć udział przedsiębiorcy z sektora MŚP, którzy zdecydowali się wrócić na rynek i ponownie rozpocząć działalność.

Program prowadzony przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości wpisuje się w Politykę Nowej Szansy. Celem obszaru czwartego rządowej strategii jest pokazanie, że niepowodzenie w biznesie nie powinno być postrzegane jedynie jako zjawisko negatywne, ponieważ w konsekwencji może hamować zachowania przedsiębiorcze w przyszłości.

Według przygotowanego przez PARP raportu z badania Global Entrepreneurship Monitor Polska 2021 strach przed porażką wciąż jest wysoko na liście obaw Polaków. Co ciekawe, stracił jednak na znaczeniu w czasie pandemii. W 2020 roku wskazywało na niego 41 proc. respondentów, którzy widzą szanse biznesowe w swoim otoczeniu. To mniej więcej tyle samo, ile wynosi średnia dla Europejczyków. W 2019 roku ten odsetek wśród Polaków wynosił 46 proc. Porażki częściej obawiają się kobiety (43 proc. vs. 38 proc. panów).

– Ważne jest, aby przedsiębiorcy, którzy prowadzą lub współprowadzą kolejne firmy, umieli sięgać do dotychczasowych doświadczeń – tych dobrych, ale i tych nie najlepszych – i wyciągać z nich wnioski, analizować przyczyny niepowodzeń, żeby na ich podstawie mogli osiągać sukcesy w przyszłości – mówi Justyna Nosko.

Po zgłoszeniu się do programu „Nowy start” przedsiębiorcy otrzymują wsparcie szkoleniowo-doradcze i pomoc w poznaniu przyczyn dotychczasowych niepowodzeń, aby w przyszłości mogli uniknąć kolejnych. Celem programu jest też rozwój ich kompetencji w zakresie prowadzenia firmy oraz dostosowanie ich modeli biznesowych do zmieniających się warunków rynkowych. Co istotne, udział w programie nie wymaga wkładu własnego, a dofinansowanie otrzymane w ramach programu „Nowy start” jest bezzwrotne.

– Oferujemy przedsiębiorcom możliwość nauczenia się prowadzenia analiz luk kompetencyjnych w przedsiębiorstwie, a także szkolenia z zakresu prowadzenia działalności gospodarczej w różnych aspektach – np. prawnym, finansowym i ekonomicznym – czy umiejętności osobistych, takich jak walka ze stresem, negocjacje czy asertywność – wymienia ekspertka PARP. – Drugą formą wsparcia jest doradztwo, które jest tematycznie bezpośrednio związane ze szkoleniami, w których brali udział przedsiębiorcy. Co ważne, wszystkie te działania dla przedsiębiorców są bezpłatne. Jedyne, co uczestnik musi zrobić, to wypełnić dokumentację zgłoszeniową i wziąć udział w zajęciach.

Program jest adresowany zarówno do osób prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą, jak i będących wspólnikami w spółkach prawa handlowego.

Zapraszamy przede wszystkim tych przedsiębiorców, którzy zamknęli swoją działalność gospodarczą w ciągu 24 miesięcy przed przystąpieniem do projektu, a w międzyczasie – czyli w okresie sześciu miesięcy przed dniem przystąpienia do projektu – ponownie ją otworzyli – wyjaśnia Justyna Nosko.

Nabór w programie „Nowy start” jest prowadzony przez pięciu operatorów, wyłonionych wcześniej przez PARP. To oznacza, że przedsiębiorcy mają możliwość wyboru jednego z pięciu projektów szkoleniowo-doradczych. Trzy z nich mają zasięg ogólnopolski, dwa są ograniczone do województw mazowieckiego, lubelskiego i łódzkiego. W zależności od operatora i wybranego programu szkoleniowego różne są też terminy, w których zainteresowani przedsiębiorcy mogą składać aplikacje. Ostateczny mija 30 maja 2023 roku.

Przedsiębiorcy zainteresowani udziałem w naszym projekcie, którzy spełniają wskazane kryteria, mogą wszystkie informacje znaleźć na stronie parp.gov.pl w zakładce Finansowanie, następnie Rozwój kompetencji i Nowy start – mówi ekspertka Departamentu Rozwoju Kadr w Przedsiębiorstwach w PARP.

 


a