Kamizelka ochronna zadziała jak poduszka powietrzna. Uchroni pracowników budów przed groźnymi upadkami

W Wielkiej Brytanii co drugi wypadek przy pracy w branży budowlanej to upadek z wysokości. W Polsce takie zdarzenia są najczęstszą przyczyną wypadków śmiertelnych przy pracy w tym sektorze, a kontrole inspekcji pracy wskazują na niedostateczne zabezpieczenia pracowników pracujących na wysokościach. Południowokoreański start-up zaprezentował na niedawnych targach IFA w Berlinie system ochronny dla osób pracujących na wysokości, który wyglądem przypomina kamizelkę, a funkcjonalnością – poduszkę powietrzną. Podobne rozwiązania firma stworzyła także dla osób starszych mających problemy z poruszaniem się i równowagą oraz dla motocyklistów.

Nasz system jest przeznaczony dla pracowników budowlanych i wszystkich osób pracujących na wysokościach. Kiedy go nosimy, nie jest napompowany, a w sytuacji upadku z wysokości umieszczony z tyłu sensor żyroskopowy i sensor przyspieszenia wykrywają to zdarzenie i automatycznie napełniają poduszkę powietrzną, która chroni kluczowe części ciała pracownika w chwili upadku – informuje w wywiadzie dla agencji Newseria Innowacje Jenny Messikommer, manager ds. międzynarodowych operacji w Safeware.

System ochronny, kiedy nie jest w aktywnym użyciu, wygląda jak zwykła kamizelka odblaskowa. W chwili kiedy urządzenie wykryje upadek z wysokości, powietrzem napełnia się część wokół pleców i klatki piersiowej oraz kołnierz chroniący kręgi szyjne i obojczyki. System działa więc jak poduszka powietrzna, amortyzująca upadek.

– Kiedy się przewrócimy na płaskiej powierzchni, to poduszka powietrzna się nie napełni. Musi to być upadek przynajmniej z wysokości 1 m, a najlepszą ochronę uzyskamy do wysokości 7 m. Patrząc na statystyki, widzimy, że większość śmiertelnych wypadków zdarza się przy upadkach z wysokości poniżej 10 m i nasz produkt obejmuje ten zakres wysokości – wyjaśnia Jenny Messikommer.

Z danych Health and Safety Executive, brytyjskiego odpowiednika Państwowej Inspekcji Pracy, wynika, że praca na wysokościach jest największym czynnikiem ryzyka u pracowników budów. W 2020 roku prawie połowa, bo 47 proc., wszystkich wypadków budowlanych zanotowanych w Wielkiej Brytanii była spowodowana upadkami z wysokości. Pięcioletnia roczna średnia dla wypadków śmiertelnych na budowach to 37, a średnio 20 to konsekwencja upadku.

W Polsce także branża budowlana jest w czołówce sektorów, w których najczęściej dochodzi do wypadków ze skutkiem śmiertelnym. Z danych PIP wynika, że w ubiegłym roku więcej niż co trzecia ofiara wypadku przy pracy zginęła właśnie na terenie budów (w obiektach nowych, rozbieranych, burzonych lub remontowanych). Najczęściej przyczyną jest upadek z wysokości, np. podczas prac związanych z montażem rusztowania, wchodzenia po drabinie na strop lub też do kabiny dźwigu.

Według Państwowej Inspekcji Pracy w latach 2019–2021 w budownictwie w wypadkach przy pracy śmiertelnie i ciężko poszkodowanych zostało 770 osób, z tego 309 osób straciło życie, a 461 zostało kalekami, odnosząc trwały uszczerbek na zdrowiu. 40 proc. ofiar wypadków na placach budowy zginęło z powodu braku sprzętu ochronnego, np. przez brak barier na krawędziach stropów czy przy otworach technologicznych lub też przez brak indywidualnego sprzętu ochronnego, np. uprzęży, szelek bezpieczeństwa, pasów biodrowych czy urządzeń samohamownych. Takie uchybienia w ubiegłym roku stwierdzono na co czwartej kontrolowanej budowie.

Nasze produkty mogą być bardzo pomocne w rozwiązaniu tego problemu. Szczególnie jeśli mowa o placach budowy. Mamy rusztowania i inne środki zapobiegawcze, ale jeśli już dojdzie do upadku, nie ma nic, co chroniłoby pracownika i my staramy się wypełnić tę niszę – mówi manager ds. międzynarodowych operacji w Safeware. – Mamy też podobne rozwiązanie dla motocyklistów, które również napełnia poduszkę w sytuacji, gdy dochodzi do wypadku, oraz pas chroniący biodra dla osób starszych i mających trudności z poruszaniem. Jeśli zdarzy im się upadek, na przykład w wyniku poślizgnięcia, ich biodra będą chronione przed złamaniem.

 Co ważne, urządzenie może być wykorzystywane wielokrotnie.

– Z przodu i z tyłu znajdują się kasetki. Po jednokrotnym napełnieniu wystarczy wymienić kasetkę i można korzystać z poduszek ponownie. Tkanina jest bardzo mocna, więc poduszka powietrzna nie powinna się rozdzierać w sytuacji wypadku. Jeśli wszystko jest w porządku, można korzystać z systemu tyle razy, ile będzie to potrzebne – dodaje Jenny Messikommer.

Produkt jest już dostępny na rynku koreańskim. Z urządzenia korzystają koncerny takie jak Samsung i Hyundai, a także najwięksi gracze tamtejszego rynku budowlanego. Trwa certyfikacja dla Europy.

Konsumenci wyznaczają kierunki działania dla biznesu. Pod ich wpływem prawie 60 proc. firm zwiększyło...

Temat zrównoważonego rozwoju staje się kluczowy dla konsumentów i biznesu. – Prawie 90 proc. Polaków uważa, że ich wybory i jednostkowe działania mogą mieć pozytywny wpływ na rozwiązywanie globalnych problemów społecznych i środowiskowych, 57 proc. firm zwiększyło ambicje swoich celów środowiskowych – mówi Małgorzata Jarczyk-Zuber, odpowiedzialna za ESG i innowacje w ING Banku Śląskim. Rzeczywiście duże korporacje mają coraz bardziej ambitne cele ESG, ale takie inicjatywy powinny docierać szerzej, także do średniego i małego biznesu oraz samorządów. Do tego potrzebne są wymiana doświadczeń, współpraca i uczciwe podejście – podkreślali eksperci Okrągłych Stołów Klimatycznych zorganizowanych podczas Festiwalu Przyszłości Bomba Megabitowa. Co istotne, nie tylko wymogi konsumentów, ale też globalny kryzys może się stać wyzwalaczem pozytywnej zmiany w zakresie odpowiedzialnego biznesu. 

 Pandemia pokazała, że jesteśmy w stanie przestrzegać pewnych wymogów, zmusić się do ograniczenia i zmiany naszych nawyków. Tak samo potrafimy podjąć ten wysiłek w związku z transformacją klimatyczną, więc to jest wszystko przed nami – mówi agencji Newseria Biznes Alicja Pawłowska-Piorun,  expert – sustainability w Centrum Eksperckim ESG Innowacje ING Banku Śląskiego. – Kryzys może być wyzwalaczem pozytywnej zmiany. Czasami brak czy nowa potrzeba wykreowana przez kryzys jest dobrą inspiracją do zmian, których wcześniej nie mieliśmy motywacji podjąć. Zarówno kwestie kryzysowe związane z walutą, łańcuchami dostaw, brakiem mikrochipów, jak i niestabilną sytuacją za naszymi granicami mogą być takim wyzwalaczem zmian w firmach, ale nie tylko, również w samorządach i w życiu każdego z nas.

Zmianę podejścia konsumentów na bardziej odpowiedzialne widać już było w ubiegłym roku, po półtora roku pandemii, ale jeszcze przed wybuchem wojny. Jak wynika z wrześniowego raportu ING „Wybory Polaków a zrównoważony rozwój”, blisko połowa badanych zadeklarowała, że pandemia skłoniła ich do przemyślenia, w jaki sposób działania i zachowania wpływają na środowisko. Tylko nieco mniej uważa, że ich znajomi i rodziny zmienili swoje zachowanie w trosce o środowisko. Większość badanych twierdziła, że stara się zmniejszyć ilość wytwarzanych odpadów spożywczych oraz segreguje opakowania po żywności i napojach w domu. Blisko 90 proc. Polaków uważa, że takie jednostkowe działania mogą mieć pozytywny wpływ na rozwiązywanie globalnych problemów społecznych i środowiskowych, z czego 26,3 proc. ocenia ten wpływ jako istotny.

Jednocześnie konsumenci mają duże oczekiwania w tym zakresie wobec polityków i biznesu. Przykładowo 69 proc. chce więcej inicjatyw legislacyjnych na rzecz proekologicznych zmian, prawie trzech na czterech ocenia, że rządy powinny przyznawać wsparcie finansowe firmom pod warunkiem realizacji celów klimatycznych.

– Temat zrównoważonego rozwoju jest naprawdę ważny dla naszych interesariuszy, co wiemy z prowadzonych badań. Pokazują to również dostępne raporty. Trzy czwarte konsumentów zrezygnowałoby ze współpracy z firmami, które nie szanują środowiska, swoich klientów i pracowników. Ponad 80 proc. konsumentów deklaruje także, że duże firmy powinny być odpowiedzialne za zrównoważony rozwój i to właśnie one powinny szukać najbardziej efektywnych praktyk w obszarze ESG [dane za PwC Consumer Intelligence Series, 2021 – red.]. To ważny głos i kierunek działania dla biznesu – mówi Małgorzata Jarczyk-Zuber.

Ponad połowa badanych przez ING konsumentów przyznała, że byłaby mniej skłonna kupować w przyszłości produkty firm, które nie podchodzą poważnie do ochrony środowiska czy odpowiedzialności społecznej. Nieco ponad 40 proc. byłoby za to skłonnych płacić więcej za produkty, które są wytwarzane w sposób przyjazny dla środowiska (47 proc.) lub których producent działa w sposób odpowiedzialny społecznie (41,1 proc.).

Same firmy przyznają, że zrównoważony rozwój coraz mocniej wpisuje się w budowanie ich wartości. Trend ten nasilił się w ostatnich miesiącach. Globalne badanie ING wskazało, że 57 proc. firm zwiększyło ambicje swoich celów środowiskowych („Biznes dla klimatu. Raport o zmianie priorytetów” EY i ING).

– Już w roku 2015 odeszliśmy od finansowania węgla, dwa lata później ogłosiliśmy naszą pierwszą deklarację ekologiczną, w tym roku ogłosiliśmy naszą strategię ESG, która jest częścią strategii biznesowej. Oznacza ona, że już do roku 2030 chcemy w naszej gospodarce własnej być neutralni klimatycznie. Ale również wspieramy naszych klientów w zielonej transformacji, udostępniając finansowanie, ale też dzieląc się swoimi praktykami i wiedzą po to, żeby oni również mogli prowadzić biznes w sposób zrównoważony – mówi ekspertka z ING Banku Śląskiego. – W obszarze społecznym ta druga litera S, przede wszystkim pomagamy naszym klientom i pracownikom w tym, żeby byli przedsiębiorczy. Pomagamy im w zarządzaniu finansami i wreszcie wspieramy całe społeczeństwo, żeby być o jeden krok do przodu w życiu i biznesie.

W dniach 10–12 września br. w Krakowie po raz drugi odbył się Festiwal Przyszłości Bomba Megabitowa, łączący światy kultury, nauki i technologii. Tegoroczna edycja, której partnerowali m.in. Allegro, Samsung i ING Bank Śląski, została poświęcona zmianom klimatu i wyzwaniom związanym ze zrównoważonym rozwojem. W jej ramach odbyła się seria Okrągłych Stołów Klimatycznych – warsztatów dla przedstawicieli samorządów, biznesu i aktywistów, których zadaniem było przedstawienie wspólnych rekomendacji dotyczących przeciwdziałania kryzysowi klimatycznemu i przyszłych kierunków rozwoju.

– Najważniejszą rekomendacją Okrągłych Stołów było przejście z perspektywy krótkoterminowej na długoterminową. Przed firmami, które myślą o tym, jak ich biznes będzie działać za 5, 10 czy 15 lat, stoją zupełnie inne wyzwania. To odejście od paradygmatu kwartału. On jest oczywiście potrzebny, ale trzeba myśleć długookresowo, bo wyzwań, z którymi aktualnie się mierzymy, nie jesteśmy w stanie rozwiązać w ciągu kwartału – mówi Alicja Pawłowska-Piorun. – Okrągły stół „Biznes i odpowiedzialność” połączył zarówno duże firmy działające na polskim rynku, jak i samorządy i aktywistów klimatycznych. Był to chyba najtrudniejszy i najliczniejszy stół, więc wielogodzinne obrady początkowo skończyły się chaosem ze względu na mnogość doświadczeń i potencjalnych rozwiązań. Jednak potem podeszliśmy do tego kreatywnie i przekuliśmy to w trzy kierunkowskazy: współpraca, uczciwość i edukacja.

Jak wskazuje, edukacja ekologiczna społeczeństwa jest kluczowa, ponieważ wraz z nią rośnie też popyt na produkty i usługi, które powstają w sposób zrównoważony, bez szkody dla środowiska.

– Nie wszyscy jesteśmy ekspertami w zakresie zmian klimatu, które są ogromnym zbiorem danych. Dlatego edukacja powinna dotrzeć nie tylko do szkół, ale i do firm, zarządów, jak i pani sprzedającej produkty bankowe czy ubezpieczeniowe – dodaje ekspertka.

– Biznesy powinny też brać odpowiedzialność za edukację konsumentów, żeby mogli oni później podejmować odpowiedzialne decyzje dotyczące m.in. tego, czy i co kupować, czy naprawiać produkt albo co z nim zrobić na samym końcu – dodaje Małgorzata Jarczyk-Zuber.

Jednym z tematów dyskusji stołu „Biznes i odpowiedzialność” była edukacja konsumentów, tak ważna dla przeciwdziałania zjawisku, jakim jest greenwashing. Oznacza on, że firmy celowo wprowadzają konsumentów w błąd odnośnie do swojej prośrodowiskowej działalności albo ekologicznych właściwości swojego produktu bądź usługi. O skali greenwashingu świadczy m.in. ubiegłoroczne badanie przeprowadzone przez Komisję Europejską, która wzięła 344 produktów pochodzących – jak wskazywały etykiety – ze zrównoważonej, ekologicznej produkcji. Analiza KE pokazała, że 42 proc. tych deklaracji okazało się fałszywych i nieuczciwych z punktu widzenia unijnego prawa, a w 37 proc. przypadków zastosowano niejasne, niesprecyzowane terminy. 

– Odpowiedzialność wszystkich nas polega na wyposażaniu konsumentów w wiedzę, która pomoże podejmować bardziej zielone i świadome wybory. Budowanie świadomości i edukacja są kluczowe, jeśli myślimy o dobrej i zrównoważonej przyszłości, dlatego edukacja powinna też dotyczyć nas samych – mówi Alicja Pawłowska-Piorun.

Jak podkreśla, w kontekście walki o klimat i zrównoważony rozwój liczy się również wymiana pozytywnych doświadczeń i współpraca biznesu, zarówno na szczeblu sektorowym, jak i międzybranżowym.

 Przykładowo: ktoś prowadził duży tartak, ale obiektywnie rzecz biorąc, nie ma doświadczenia w zakresie ryzyk klimatycznych, przeciwdziałania negatywnym skutkom zmian klimatu, i potrzebuje w tym aspekcie wsparcia. Tutaj krytyczne są partnerstwa, zarówno w ramach branży – np. wypracowywanie wspólnie dobrych praktyk dla branży drzewnej, jak i współpraca z podwykonawcami czy poddostawcami. Równie ważna będzie także współpraca z odbiorcami drewna – np. dużą firmą z branży meblarskiej odbierającej drewno z tego tartaku, która ma swoje własne wymogi odnośnie do ESG. Duże firmy sobie poradzą, zatrudnią consulting i odpowiednie osoby. Ale kluczowe jest, żeby ta wiedza, świadomość i pomocna dłoń zeszła niżej, bo transformacja dotyczy nas wszystkich – podkreśla ekspertka ING Banku Śląskiego.

Handel internetowy rozpędził cyfrową gospodarkę w Polsce. Do 2030 roku jej wartość może się...

Polska ma w tej chwili największą gospodarkę cyfrową w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, wartą ok. 44 mld euro. Ma też największy w tym regionie rynek e-commerce, który w ubiegłym roku był wart 27 mld euro i stanowił 17 proc. krajowego handlu. W ostatnich dwóch latach to właśnie e-commerce był głównym motorem cyfryzacji w Polsce – wynika z nowego raportu McKinsey & Company. Analitycy firmy doradczej oszacowali, że do 2030 roku wartość gospodarki cyfrowej może się potroić, co zapewni jej większą odporność na przyszłe kryzysy.

 Gospodarka cyfrowa w Europie Środkowo-Wschodniej w ubiegłym roku osiągnęła wartość ponad 124 mld euro. Wśród państw tego regionu Polska ma największą gospodarkę cyfrową, której wartość przekracza 44 mld euro – mówi agencji Newseria Biznes Tamara Kruczek z McKinsey & Company. – Według prognozowanego przez nas scenariusza w 2030 roku wielkość europejskiej gospodarki cyfrowej może sięgnąć już nawet 330 mld euro.

Firma doradcza McKinsey & Company opublikowała właśnie kolejny z serii raportów „Digital Challengers”, który pokazuje, że w ostatnich pięciu latach rosnąca gospodarka cyfrowa miała kluczowy wkład w rozwój gospodarczy 10 krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Oprócz Polski są to też: Bułgaria, Czechy, Chorwacja, Litwa, Łotwa, Rumunia, Słowacja, Słowenia i Węgry. 

Co ciekawe, tempo wzrostu gospodarki cyfrowej w tych krajach było szybsze niż w Europie Zachodniej i Północnej. W latach 2017–2021 wynosiło średnio 10,9 proc. rocznie, podczas gdy pozostałe państwa Starego Kontynentu – w tym tzw. cyfrowi liderzy (m.in. Szwecja, Norwegia, Irlandia, Finlandia, Estonia, Belgia) – zanotowały wzrost na poziomie 6,5–7 proc. Mimo to udział gospodarki cyfrowej w PKB krajów Europy Środkowo-Wschodniej wciąż jest jednak niższy niż w przypadku pozostałych regionów. To zaś oznacza, że w nadchodzących latach nadal ma ona ogromny potencjał do wzrostu. McKinsey & Company prognozuje, że w Polsce do 2030 roku cyfrowa gospodarka może już stanowić ok. 9 proc. prognozowanego PKB i osiągnąć wartość 123 mld euro (wzrost o dodatkowe 78 mld euro, czyli ponad 360 mld zł). Analitycy wskazują, że jeśli Polska skorzysta z tego potencjału, zapewni jej to nie tylko ogromne korzyści gospodarcze, ale i odporność na przyszłe kryzysy, bo kraje o wyższym poziomie cyfryzacji odnotowały mniejsze spowolnienie gospodarcze podczas pierwszych fal pandemii COVID-19. 

– Sprawdzaliśmy, jak poszczególne kraje poradziły sobie w pierwszym roku pandemii i zaobserwowaliśmy, że te państwa, które plasują się jako bardziej zaawansowane cyfrowo, poradziły sobie lepiej. Tam wystąpił dużo mniejszy spadek wzrostu gospodarczego – mówi Tamara Kruczek.

Jak pokazuje raport „Digital Challengers”, Polska odnotowała duże przyspieszenie wzrostu cyfrowego zwłaszcza w dwóch ostatnich latach. Jego głównym motorem był przede wszystkim sektor e-commerce, który w latach 2019–2021 rósł w tempie 22 proc. rocznie. W ubiegłym roku był wart już 27 mld euro i stanowił aż 60 proc. gospodarki cyfrowej.

– Handel internetowy w Polsce stanowi już 17 proc. całego krajowego handlu. Tym samym tzw. penetracja e-commerce jest w Polsce na wyższym poziomie niż w krajach takich jak Hiszpania czy Włochy – mówi Magdalena Kotlarczyk, country director Google Polska.

– Cyfrowy handel, w którym przez ostatnie dwa lata obserwowaliśmy pandemiczny boom, to szeroki ekosystem wielu firm, nie tylko sklepów, ale i twórców cyfrowych treści czy firm takich jak InPost. To bardzo długi łańcuch, dzięki któremu doświadczenia konsumentów end-to-end, czyli od momentu rozważania zakupu produktu aż po jego odbiór, są na najwyższym poziomie – dodaje Szymon Wałach, wiceprezes zarządu ds. digitalu i strategii w InPost.

Polski rynek e-commerce jest w tej chwili największym w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Działają w nim zarówno lokalni przedsiębiorcy, jak i silni, krajowi gracze oraz międzynarodowe marki, a tylko w pierwszej połowie 2020 roku powstało aż 2 tys. nowych sklepów online. To właśnie w czasie pandemii, kiedy fizyczne sklepy pozostawały zamknięte, internetowy handel odnotowywał rekordowe wzrosty.

Pandemia była krokiem milowym, jeśli chodzi o zwiększenie świadomości, że cyfrowe rozwiązania mogą być alternatywą dla naszych codziennych potrzeb – mówi Szymon Wałach. – Konsumenci szukali w tym okresie takich rozwiązań, które były odpowiedzią na zamknięte sklepy czy obawy, żeby pojawiać się w miejscach publicznych. Dzisiaj, choć handel już w znaczącej części wrócił do sklepów, wielu konsumentów pozostało przy tych przyzwyczajeniach. Wygoda i wysoki poziom zaufania do cyfrowego handlu powodują, że wzrost nadal postępuje. Może już nie tak dynamicznie jak w okresie pandemii, ale nadal jest istotny.

Pandemia przełamała wiele barier związanych z cyfryzacją w Polsce. Polacy przekonali się do częstszych zakupów w internecie czy korzystania z narzędzi cyfrowych w pracy. Firmy też przyspieszyły inwestycje w tym obszarze. To bardzo dobrze, bo dzięki temu nasza gospodarka staje się bardziej odporna, elastyczna, a jednocześnie bardziej nowoczesna i pozwala doganiać te najbardziej zaawansowane technologicznie kraje Europy – dodaje Paweł Borys, prezes zarządu Polskiego Funduszu Rozwoju.

Jak zauważa, mimo szybkiego rozwoju w ostatnich kilku latach Polska wciąż ma jednak do nadrobienia dość duży dystans względem bardziej rozwiniętych gospodarek zachodnioeuropejskich.

W sektorze przedsiębiorstw wciąż mamy niski udział technologii chmurowych, które są bramą do otwarcia się na świat nowoczesnych technologii. Pod tym względem jest dużo do zrobienia zwłaszcza w segmencie małych i średnich przedsiębiorstw. Sporo możliwości dają też usługi publiczne, zwłaszcza jeśli chodzi o samorządy. W tej chwili nie wykorzystujemy jeszcze w pełni potencjału, jaki dają nowe technologie np. w obszarze zarządzania transportem, oświetleniem, gospodarką odpadami czy energią. Dlatego ważne, żeby te inwestycje w samorządach oraz sektorze MŚP przyspieszyły – mówi Paweł Borys.

Analitycy McKinsey & Company w swojej prognozie wskazują, że dalszy rozwój cyfrowej gospodarki w Polsce może nie zależeć już tak bardzo od sektora e-commerce, ale od drugiego komponentu gospodarki cyfrowej – ICT, czyli wydatków rządu, samorządów i firm na sprzęt, oprogramowanie i powiązane z nimi usługi. Kluczowe znaczenie dla dalszego rozwoju ICT w Polsce ma jednak rozwinięta infrastruktura (szybki internet, mobilne sieci szerokopasmowe, komputery etc.) oraz dobrze wyszkolona pula talentów.

– Ważne są inwestycje w rozwój kompetencji cyfrowych, bo to właśnie one, obok takich twardych narzędzi, są motorem napędowym transformacji cyfrowej – podkreśla Magdalena Kotlarczyk.

Rozwój cyfrowej gospodarki powinien być też wspierany poprzez przyjazne regulacje, np. w obszarze zamówień publicznych czy wykorzystanie technologii cyfrowych w sektorze publicznym. Z okresu pandemii wiemy już, że nie zawsze jest potrzebny tradycyjny podpis na papierowym dokumencie, on równie dobrze może być cyfrowy – mówi Paweł Borys. – Ważne są też inwestycje w samej administracji, np. w administracji skarbowej, służbie zdrowia, Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych czy samorządach, czyli wszystkich punktach styku pomiędzy obywatelem a państwem, które mogą przecież bazować na wygodniejszych dla obywateli technologiach cyfrowych.

Klienci coraz częściej zwracają uwagę na legalność produkcji. Technologia rozpoznawania obrazów pozwala tworzyć „odcisk...

Dzięki algorytmom sztucznej inteligencji analizującym zdjęcia produktu można wychwycić i opisać jego indywidualne cechy. Pozwala to potem zweryfikować oryginalność pochodzenia towaru oferowanego przez sprzedawców. Technologia może być sposobem na walkę nie tylko z podróbkami znanych marek, ale i z procederem nielegalnej wycinki drzew. Obecnie nawet jedna trzecia surowca drzewnego może pochodzić z nielegalnej wycinki.

– Technologia jest dziś ukierunkowana na tworzenie bazy danych produktów. Jeżeli dany producent chce się zdecydować na korzystanie z systemu, to musi wprowadzić do bazy danych wszystkie swoje produkty na etapie końcowym produkcji. Wtedy systemy są w stanie w jakimkolwiek momencie dystrybucji dokonać audytu i potwierdzić, czy dany produkt jest oryginalny lub nie, a jeżeli nie, to oczywiście można wywołać odpowiednie działania służb – informuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Swapan Chaudhuri, współzałożyciel Deeplai.

Tworzenie baz danych produktów jest szczególnie istotne w przypadku tych gałęzi przemysłu, w których notuje się wysoki odsetek nielegalnych metod produkcji czy pozyskiwania surowców. Jedną z takich branż jest sektor drzewny. Z danych opublikowanych przez Interpol wynika, że nawet jedna trzecia drewna w obiegu może pochodzić z nielegalnej wycinki. Wartość rynkowa procederu jest szacowana na 51–152 mld dol. rocznie. Tymczasem każde wycinane drzewo może być katalogowane i w łatwy sposób potem identyfikowane. Pomaga w tym opracowana przez lubelski start-up technologia Product Fingerprint.

– W bardzo skomplikowany sposób wytwarzamy wielowymiarowy odcisk palca produktu za pomocą analizy obrazu. Zdjęcie produktu jest odpowiednio modyfikowane, standaryzowane, analizowane i jest tworzony kod danego produktu. Do tego stworzyliśmy system software’owy i obecnie prowadzimy rozwój własnego kodu, który uniemożliwi fałszerstwa – wskazuje Swapan Chaudhuri.

W przypadku drzew znakami identyfikacyjnymi są rysunek kory i wzór słojów. Analiza obrazu przez algorytmy sztucznej inteligencji uwzględnia te unikalne cechy kłody, a także inne punkty danych, takie jak rozmiar, kształt, średnica czy proporcje.

Podobny mechanizm identyfikacji można jednak zastosować również dla innych produktów, na przykład opon. W tym przypadku „odcisk palca” tworzony jest na podstawie wzoru bieżnika i oznaczeń naniesionych na niego przez producenta, a także dodatkowych informacji obejmujących dane zawarte w kodzie DOT na boku opony. Podczas produkcji opona jest dokładnie skanowana, a algorytmy identyfikują unikalne cechy rysunku bieżnika na gotowym produkcie. Aby zidentyfikować pochodzenie opony będącej już w dystrybucji, wystarczy zrobić jej zdjęcie smartfonem, a algorytm zweryfikuje informacje o produkcie.

Zdaniem ekspertów legalność produkcji i pewność co do pochodzenia coraz częściej stają się dla klienta cechami kluczowymi w procesie decyzji zakupowej. Cena nie jest już jedynym kryterium wyboru.

Markowe firmy, które produkują galanterię skórzaną, na przykład Louis Vuitton, mają pełną świadomość, że na świecie jest produkowanych mnóstwo podróbek. Nie są w stanie tego kontrolować. Marka daje jednak klientowi możliwość zamówienia produktu oficjalnie pod swoim imieniem, z odpowiednim numerem seryjnym, tak żeby kupujący poczuł wartość tego produktu – dodaje współzałożyciel Deeplai.

Ten trend to także jeden z aspektów społecznej odpowiedzialności i dbałości o planetę. Legalność produktu wytworzonego przez zarejestrowaną firmę oznacza zwykle, że spełnia on wszystkie niezbędne warunki produkcji

W przypadku produktów na rynku, które są produkowane w sposób nieoficjalny, musimy mieć tę świadomość, że tam nie są spełniane żadne warunki i że kupując produkt z niepotwierdzonego źródła, tak naprawdę szkodzimy swojej planecie, bo na pewno żadne z przepisów, które firma powinna przestrzegać, nie są przestrzegane – podkreśla ekspert. – Skoro 30 proc. produktów drewnianych, czy to dla budownictwa, czy mebli, czy jakichkolwiek innych dziecięcych zabawek, pochodzi z nielegalnej wycinki, to oznacza, że zostały one wycięte w sposób niekontrolowany, który szkodzi środowisku. Legalna wycinka jest prowadzona poprzez odpowiednie planowanie, odpowiednią decyzję, jakie drzewa wycinamy, w którym miejscu i w którym okresie. 

O możliwości potwierdzania pochodzenia produktu i o znaczeniu tego dla satysfakcji konsumentów Swapan Chaudhuri opowiadał podczas jednego z ostatnich Thursday Gathering. To cykliczny event, który odbywa się w każdy czwartek po 17 w warszawskim Varso przy ulicy Chmielnej. Organizatorem wydarzeń jest Fundacja Venture Café Warsaw.

W 2023 roku Gdańsk będzie europejską stolicą fachowców z różnych branż. Ponad 600 uczniów...

Ponad 600 zawodników z 31 państw Europy przyjedzie do Gdańska, aby rywalizować ze sobą o tytuł najlepszego stolarza, florysty czy kucharza – mówi Dawid Solak z Fundacji Rozwoju Systemu Edukacji. Międzynarodowe zawody EuroSkills, nazywane igrzyskami olimpijskimi zawodów branżowych, w 2023 roku po raz pierwszy odbędą się w Polsce. Laureaci mogą liczyć nie tylko na tytuły, ale i pracę w największych globalnych firmach. Polscy organizatorzy zawodów liczą, że będą one inicjatywą promującą kształcenie zawodowe wśród młodzieży. Po latach zaniedbań ten segment edukacji w ostatnim czasie odzyskuje prestiż i znaczenie. Szereg reform i nowe programy kształcenia w szkołach branżowych spowodowały, że liczba uczniów w takich placówkach wzrosła o ponad 50 tys.

 Sytuacja szkolnictwa branżowego wygląda dziś o wiele lepiej niż jeszcze kilka lat temu – mówi agencji Newseria Biznes Dawid Solak, zastępca dyrektora generalnego Fundacji Rozwoju Systemu Edukacji. – Dekadę temu w roku szkolnym 2010/2011 do szkół kształcenia zawodowego uczęszczało niewiele ponad 800 tys. uczniów. Natomiast na tę chwilę uczy się w nich ponad 850 tys. uczniów. To bardzo ważne, ponieważ nasz system ponadpodstawowego szkolnictwa musi kształcić na potrzeby biznesu, przemysłu, na potrzeby całej gospodarki.

Jak wskazuje, poprawa sytuacji w szkolnictwie zawodowym to w dużej mierze efekt przeprowadzonych w ostatnich latach reform, które wprowadziły nowe programy kształcenia i wymogi jakościowe.

– Reformy, które zostały zrealizowane, zakładają też bardzo bliską współpracę pomiędzy szkołami i przedsiębiorcami, we współpracy z którymi powstają najrozmaitsze programy, klasy patronackie i inicjatywy edukacyjne – wymienia ekspert.

Popularność kształcenia zawodowego odzwierciedlają też statystyki Ministerstwa Edukacji i Nauki, z których wynika, że w roku szkolnym 2020/2021 56,5 proc. młodych ludzi po szkole podstawowej wybrało kształcenie branżowe i techniczne, w stosunku do 43,5 proc. absolwentów, którzy wybrali kształcenie ogólne. 

– Aby nasze szkolnictwo zawodowe było na światowym poziomie i mogło stawać w szranki z edukacją branżową z najwyżej rozwiniętych krajów na świecie, musimy motywować, wręcz wymuszać bliską współpracę szkół z pracodawcami w taki sposób, żeby ten proces kształcenia i praktyk odbywał się w odniesieniu do konkretnych potrzeb gospodarki i konkretnych potrzeb przedsiębiorstw – mówi Dawid Solak. – Każdy przedsiębiorca chciałby, żeby nowy pracownik, który do niego przychodzi, już od pierwszych dni potrafił obsługiwać przynajmniej część systemów, na których pracuje firma. Weźmy np. SAP-a, który jest bardzo popularny w przemyśle. Umiejętność poruszania się w tym programie bardzo dużo daje nowemu pracownikowi. On jest od razu o wiele bardziej produktywny, o wiele lepiej i sprawniej pracuje i szybciej pozwala wypracowywać zyski dla firmy.

Ekspert Fundacji Rozwoju Systemu Edukacji wskazuje, że potrzebne są też inicjatywy, które będą promować szkolnictwo zawodowe wśród młodych ludzi. Jedną z nich są międzynarodowe zawody WorldSkills – nazywane igrzyskami olimpijskimi zawodów branżowych. To największe na świecie konkursy umiejętności zawodowych: od najnowszych technologii komputerowych i robotyki po gotowanie, spawanie i florystykę. Za rok w Polsce odbędzie się ich europejska wersja – EuroSkills 2023.

– To największa na świecie olimpiada młodych zawodowców. Federacja, która je organizuje, jest odpowiednikiem piłkarskiej UEFA w świecie sportu – mówi Dawid Solak. – W ramach tych zawodów do Polski przyjedzie w przyszłym roku ponad 600 zawodników z 31 państw Starego Kontynentu, aby rywalizować ze sobą o tytuł najlepszego stolarza, najlepszego florysty, najlepszej kucharki czy najlepszego operatora maszyn CNC.

Konkursy WorldSkills i EuroSkills odbywają się w formule naprzemiennej, co dwa lata. To wydarzenia porównywalne rangą z dużymi zawodami e-sportowymi. Zawodnicy, którzy biorą w nich udział, mają swoich kibiców, są wspierani przez oficjalne krajowe delegacje i rywalizują z najlepszymi konkurentami, aby potem zdobyć pracę w czołowych światowych firmach. Przykładem jest chociażby Samsung, wręcz masowo zatrudniający laureatów, czy kariera Macieja Pisarka, który podczas WorldSkills Kazań 2019  wywalczył tytuł wicemistrza świata w gotowaniu.

Konkurs EuroSkills do tej pory odbył się siedem razy. Przyszłoroczne mistrzostwa po raz pierwszy odbędą się w Polsce, w dniach 5–9 września 2023 roku w gdańskiej Amber Expo. Organizatorzy szacują, że będzie je oglądać na żywo ok. 100 tys. zagranicznych gości.

– To bardzo duże wydarzenie dla całego sektora edukacji branżowej. Właśnie takimi metodami zamierzamy wprowadzać nowe, interesujące standardy, aby przekonywać młodych ludzi, że wybór szkoły zawodowej jest czasami o wiele lepszą, ciekawszą i lepiej płatną alternatywą niż wybór szkoły o profilu ogólnym – mówi zastępca dyrektora generalnego Fundacji Rozwoju Systemu Edukacji.

Jak podkreśla, na organizacji przyszłorocznych mistrzostw EuroSkills 2023 skorzysta przede wszystkim cały krajowy ekosystem edukacji branżowej.

– Z jednej strony największymi wygranymi będą oczywiście młodzi ludzie i wierzę, że jak najwięcej Polaków przywiezie złote, srebrne i brązowe medale. Z drugiej strony każdy młody człowiek będzie mógł obserwować te zmagania, być może część nauczycieli ze szkół branżowych zacznie dzięki temu stosować nowe, interesujące metody edukacyjne. Oni też będą wygrani – mówi Dawid Solak. – Przede wszystkim skorzysta nasz rynek pracy, który poprzez lepszy poziom kształcenia branżowego oraz bliższe związki między sektorem edukacji i przemysłem, biznesem będzie w stanie efektywnie konkurować z rynkami zachodnimi.

Strategicznym partnerem EuroSkills będą uczelnie, które już rozpoczęły eliminacje najlepszych kandydatów do startu w przyszłorocznych mistrzostwach. Kilkanaście z nich przystąpiło też do Koalicji na rzecz organizacji EuroSkills 2023 i za rok obejmą patronat merytoryczny nad poszczególnymi konkurencjami, związanymi m.in. z zawodami przyszłości (np. AGH – integracja robotów przemysłowych, Politechnika Śląska – przemysł 4.0, Politechnika Krakowska – budownictwo cyfrowe, Politechnika Białostocka – projektowanie w CAD).

Fundacja Rozwoju Systemu Edukacji, która z ramienia MEiN pełni rolę instytucji koordynującej, powołała biuro WorldSkills Poland, które m.in. wyszukuje najzdolniejszych uczniów, studentów oraz absolwentów i przygotowuje ich do udziału w zawodach. W listopadzie br. również w Gdańsku odbędą się ogólnopolskie zawody SkillsPoland 2022, które będą eliminacjami do przyszłorocznych EuroSkills.


 a

Trwają prace nad wyeliminowaniem z użycia szkodliwych odmian plastiku. Bez tych działań do 2040...

Zgodnie z szacunkami UNEP, Programu Narodów Zjednoczonych ds. Środowiska, przemysł tworzyw sztucznych do 2040 roku podwoi swoje zdolności produkcyjne. Równocześnie potroi się ilość odpadów z tworzyw sztucznych trafiających rocznie do oceanów. Państwa na całym świecie podjęły jednak inicjatywę wymierzoną w szkodliwy dla środowiska plastik z grupy polimerów syntetycznych. Nad ograniczaniem jego wykorzystania pracują intensywnie także producenci opakowań. Na aspekt ekologii w opakowaniach często zwracają uwagę również konsumenci.

Jak podaje UNEP, produkcja tworzyw sztucznych wzrosła z 2 mln t w 1950 roku do 348 mln t w 2017 roku. Do 2040 roku ma z kolei jeszcze podwoić swoje moce produkcyjne.

– Plastik z jednej strony jest „cudownym” surowcem, ponieważ znacznie ułatwił nam życie i nie wyobrażamy sobie bez niego życia. Z drugiej strony to łatwo dostępny surowiec, ogromne ilości plastiku przedostają się do mórz, oceanów, są składowane na wielkich wysypiskach śmieci i w efekcie często cząsteczki mikroplastiku dostają się do naszych organizmów, a są to substancje chemiczne, niekoniecznie zdrowe dla nas – mówi agencji Newseria Biznes Agnieszka Sznyk, prezes Instytutu Innowacji Odpowiedzialnego Rozwoju INNOWO.

Jak podaje WWF Polska, każdego roku w morzach i oceanach ląduje ponad 8 mln t plastiku – to tak, jakby co minutę wrzucać do wody całą śmieciarkę odpadów. Naukowcy nazywają już światowy ocean plastikową zupą, a obecne czasy – erą plastiku. Tymczasem w samej UE każdy mieszkaniec generuje rocznie ok. 31 kg śmieci z plastiku, z których do recyklingu trafia tylko 1/3.

– Zanieczyszczenie plastikami, zwłaszcza z grupy polimerów syntetycznych, to jest potężne ryzyko i obciążenie dla środowiska, chociażby dla oceanów. Mamy sześć wielkich plam oceanicznych, największa na północnym Pacyfiku, o pięciokrotnej powierzchni Polski, ewentualnie trzech Francji, żeby to sobie państwo mogli wyobrazić. Jeżeli chcemy zniwelować ten problem, to trzeba po prostu zachęcić do redukcji tego zużycia państwa świata, w szczególności państwa wysokorozwinięte, bo te stać na ogromne ilości zużywanego plastiku w opakowaniach – mówi Kamil Wyszkowski, dyrektor wykonawczy UN Global Compact w Polsce.

Taki jest cel inicjatywy ONZ End Plastic Pollution. To porozumienie 175 państw, które na początku tego roku zadeklarowały, że do końca 2024 roku wypracują konwencję wymierzoną w zanieczyszczenia plastikiem. Ma ona dotyczyć pełnego cyklu życia plastiku – jego produkcji, projektowania i utylizacji. UNEP szacuje, że przejście na gospodarkę o obiegu zamkniętym może m.in. zmniejszyć ilość tworzyw sztucznych trafiających do oceanów o ponad 80 proc. do 2040 r.; zmniejszyć produkcję pierwotnego plastiku o 55 proc. i emisje gazów cieplarnianych o 25 proc.

– Państwa europejskie reprezentowane przez Komisję Europejską przy okazji szczytów klimatycznych ONZ co roku deklarują przyspieszenie prac nad odejściem od polimerów syntetycznych w przemyśle opakowaniowym i to jest odsłona europejskiej batalii o to, żeby w środowisku naturalnym nie było szkodliwego plastiku – mówi Kamil Wyszkowski.

Na walkę z plastikiem nakierowane są różnego rodzaju inicjatywy zarówno na forum ONZ, jak i UE. Przyjęte już unijne regulacje zakazują m.in. produkcji jednorazowych plastikowych produktów, jak np. słomki czy talerzyki. Innym pomysłem na eliminację tego surowca ze środowiska jest wprowadzenie systemu kaucyjnego na opakowania po napojach, co ma zwiększyć poziom recyklingu w tym segmencie.

Zwykłe plastikowe kubeczki można spokojnie zastąpić kubeczkami, które są przygotowywane z wytłoczyn z kawy. Talerzyki jednorazowe można zrobić z odpadu popiekarniczego, tj. otrębów pszennych czy innych podobnych produktów, które zazwyczaj się wyrzuca, utylizuje, a przecież można z nich wytłoczyć talerz, który jest kompostowalny i absolutnie neutralny dla środowiska – mówi dyrektor wykonawczy UN Global Compact w Polsce.

– 75 proc. do tej pory wyprodukowanego plastiku jest już odpadem. I tutaj widzimy wyraźnie, że system zarządzania tym surowcem się nie sprawdził, a właściwie nigdy go nie było, ponieważ tak łatwo było wyprodukować nowe jednorazowe produkty z plastiku. Na jakim etapie jesteśmy? Na szczęście są nowe legislacje, nowe dyrektywy, które właśnie mają nam w tym pomóc, zakładając m.in. eliminację jednorazowych plastików ze środowiska czy wprowadzenie systemu kaucyjnego, który także pomoże nam w obrocie tym surowcem i zawracaniu go do produkcji – podkreśla Agnieszka Sznyk.

W szukanie rozwiązań tego problemu mocno angażuje się także branża opakowaniowa.

– Właściwie wszystkie kategorie opakowań mogą być zastępowalne poprzez inne frakcje plastików bądź tworzyw podobnych do plastiku. Nie ma przestrzeni opakowaniowej, która byłaby skazana na polimer syntetyczny – mówi Kamil Wyszkowski.

Duży potencjał w zakresie eliminowania szkodliwego pasiku mają opakowania papierowe.

– Skupiamy się przede wszystkim na eliminacji ze środowiska najbardziej problematycznych tworzyw sztucznych. W związku z tym szukamy metod zastąpienia plastiku opakowaniami z kartonu – podkreśla Reinier Schlatmann, prezes zarządu DS Smith na region Europy Wschodniej. – Z badania, które przeprowadziliśmy w Polsce, wynika, że 85 proc. konsumentów chce kupować produkty od firmy, która używa możliwie jak najmniej opakowań, a 1/3 uważa, że odpady opakowaniowe są jednym z głównych problemów środowiskowych, z jakimi się borykamy. Widać, że dla konsumentów kwestie ekologii  są bardzo ważnie i traktują je bardzo poważnie.

Jak wynika z raportu UKE, w 2021 roku wolumen dostarczonych przesyłek kurierskich sięgnął 776 mln sztuk, co oznacza, że każdego dnia do rąk polskich konsumentów trafiały średnio 2 mln paczek. To pokazuje, jak istotna jest kwestia ich odpowiednich opakowań.

– Postawiliśmy sobie ambitny cel usunięcia 1 mld sztuk opakowań plastikowych ze środowiska do 2025 roku – mówi prezes DS Smith na region Europy Wschodniej. – Drugim filarem naszych działań jest zamknięcie obiegu za pomocą rozwiązań z odnawialnych surowców, biodegradowalnych i które można poddać w 100 proc. recyklingowi. Kolejnym aspektem jest sam projekt opakowania, bo jeśli odpowiednio je zaprojektujemy, to lepiej ochroni produkt i zabierze mniej przestrzeni w transporcie, a to oznacza znaczącą redukcję emisji CO2 w łańcuchach dostaw naszych klientów.

DS Smith – m.in. we współpracy z  Fundacją Ellen MacArthur – rozwija około 2 tys. projektów spełniających  wymogi cyrkularności. Spółka pracuje nad nowymi ekologicznymi rozwiązaniami w zakresie opakowań. Takie prace prowadzi również w Polsce. We wrześniu tego roku firma otworzyła w Bełchatowie Centrum Innowacji i Produkcji Opakowań Wspierających Zrównoważony Rozwój, w którym będzie zarówno produkować, jak i rozwijać kolejne innowacje. Sama fabryka to inwestycja, która uwzględnia najlepsze praktyki zielonego budownictwa. Jak podkreśla prezes DS Smith w regionie, ma ona także odpowiadać na zapotrzebowanie rynku, które pojawiło się w związku z wymogami gospodarki obiegu zamkniętego oraz nadchodzącymi regulacjami, a także oczekiwaniami samych konsumentów w zakresie ochrony środowiska naturalnego przez firmy.

Kiedy myślimy o tym, jak usprawnić rozwiązania opakowaniowe, nie chodzi nam tylko o samo pudełko, ale o jego funkcjonowanie w całym łańcuchu dostaw. Oznacza to, że musimy przyjrzeć się projektowi opakowań, bo nawet mała zmiana może mieć ogromne znaczenie. Na przykład, gdy zmniejszymy pudełko zaledwie o 1 mm, to na palecie może się zmieścić nawet od 15 do 20 proc. więcej produktów, co finalnie w tym przypadku przełożyło się na obniżenie emisji CO2 o 17 proc. Jest więc wiele aspektów, w których możemy zmniejszyć niekorzystny wpływ na środowisko – podkreśla Reinier Schlatmann. 

Rozbudowa sieci 5G napędzi popyt na światłowody. Ich nowa fabryka w Mszczonowie obsłuży największych...

Rozbudowa sieci szerokopasmowych, wykorzystujących łączność w standardzie 5G, wymaga wykorzystania stukrotnie większej ilości światłowodów, niż miało to miejsce w przypadku sieci 4G. Zdaniem ekspertów to początek dynamicznego rozwoju tego rynku. Corning Incorporated, światowy potentat w dziedzinie produkcji światłowodów, otworzył w Mszczonowie zakład produkcyjny, który ma zaspokoić zapotrzebowanie płynące z krajów Unii Europejskiej i sąsiednich.

Zapotrzebowanie na światłowody jest ogromne. Wynika to z trzech dużych trendów rozwojowych. Są to połączenia szerokopasmowe dla szybkiego internetu, wdrożenia 5G na całym świecie i technologie chmurowe. Te tendencje pozostają w Europie na stabilnym poziomie i zdarzenia geopolityczne w regionie nie mają na nie istotnego wpływu – informuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Michael A. Bell, starszy wiceprezes i dyrektor generalny Optical Communications w Corning Incorporated.

Zakład w Mszczonowie to najnowsza z serii globalnych inwestycji Corning w produkcję światłowodów i kabli, o łącznej wartości ponad 500 mln dol. od 2020 roku. Ma pozwolić zaspokoić rosnące zapotrzebowanie na szybkie połączenia sieciowe na terenie Unii Europejskiej i w sąsiadujących z nią regionach. To jeden z największych zakładów produkcji optycznej w Europie. Kable światłowodowe są już produkowane od dłuższego czasu przez zakład w Strykowie.

Produkujemy dla sieci 5G, dla dużych operatorów, którzy instalują te sieci, produkujemy dla prywatnych firm, które robią cloud computing, oraz do innych zastosowań. Nasi klienci są właściwie w całej Europie i w pobliskich regionach – mówi Mariusz Bielawski, dyrektor fabryki światłowodów w Mszczonowie.

– Nie ma sieci 5G bez światłowodów. Dopiero teraz wprowadzamy sieć bogatą w światłowody, podczas gdy wcześniej ich wykorzystanie było niewielkie. Wynika to z faktu, że potrzebna jest scentralizowana zdolność obliczeniowa. Każda wieża i stacja bazowa wymagają podłączenia do światłowodu. W przypadku 5G powinniśmy mieć około 10 razy więcej stacji niż dla 3G i 4G, co oznacza mnóstwo przewodów światłowodowych i lokalizacji. W efekcie do 5G potrzebne będzie może nawet 100 razy tyle światłowodów, co do 4G i jej poprzedników – ocenia Michael A. Bell.

Zdaniem ekspertów rosnąca liczba inwestycji w rozbudowę sieci szerokopasmowych i chmurowych centrów danych zwiastuje początek długoletniej fali wzrostu na rynku sieci opartych na światłowodach. Według Precedence Research rynek światłowodów był w 2021 roku wyceniany na 7,4 mld dol., a do 2030 roku przychody mają wzrosnąć do 11,1 mld dol. Corning jest jednym z największych światowych graczy na tym rynku.

– Przyglądamy się zapotrzebowaniu wśród naszych klientów i ich zobowiązaniom. W tych obszarach, gdzie są one bardzo silne, dopasowujemy do nich swoją strategię inwestycyjną. Właśnie dlatego otwieramy tutaj nasz zakład, jeden z największych w Europie, w którym produkowane będą światłowody, nazywane kręgosłupem dzisiejszego internetu – podkreśla dyrektor generalny Optical Communications w Corning Incorporated.

W Polsce spółka działa od przeszło 20 lat i zatrudnia ponad 3 tys. osób. Rozwój działalności pozwoli na zatrudnienie kolejnych 250 osób.

Mamy już zatrudnioną całą kadrę menedżersko-inżynieryjną. Ci ludzie byli zatrudnieni odpowiednio wcześniej, zostali przeszkoleni w Stanach, jak produkować te światłowody. W tej chwili zatrudniamy pracowników produkcyjnych. Mniej więcej połowę już zatrudniliśmy, drugiej połowy nadal szukamy – wyjaśnia dyrektor fabryki. – W Polsce nikt nie wie, jak produkować światłowody, bo nikt ich nie produkuje. Dlatego szukamy pracowników, którzy mają odpowiednie nastawienie do pracy, są chętni do poznawania nowych rzeczy, uczenia się do nowych wyzwań, i ich szkolimy. Dajemy naprawdę głęboki pakiet szkoleń, bo to jest dosyć zaawansowana technologia.

Corning rozszerza również zdolności produkcyjne w Stanach Zjednoczonych. W sierpniu koncern ogłosił, że otworzy zakład produkcji kabli światłowodowych koło Phoenix w stanie Arizona. Rozbudowywany jest też zakład produkcji przewodów w Karolinie Północnej. Te inwestycje mają zaspokoić zapotrzebowanie płynące z rynku północnoamerykańskiego.

Polska na ostatnich miejscach w rankingu cyfryzacji wśród państw UE. Przyspieszenie rozwoju 5G pozwoliłoby...

Zgodnie z raportem Komisji Europejskiej DESI 2022 pod względem cyfryzacji Polska zajmuje 24. miejsce wśród 27 państw UE. Chociaż dane z ostatnich pięciu lat wskazują na szybkie nadrabianie zaległości, to w niektórych obszarach wciąż mamy wiele do zrobienia. Jednym z nich są niedostateczne inwestycje w nowe technologie i zbyt powolny rozwój infrastruktury cyfrowej, do czego przyczynia się opóźnienie aukcji na częstotliwości potrzebne do rozwoju sieci 5G w całym kraju – wskazuje raport Fundacji Digital Poland. Przyspieszenie cyfryzacji to nie tylko nieograniczone możliwości dla biznesu, lecz także dla ochrony środowiska. Jak podkreśla członek rady fundacji Andreas Maierhofer, trudno myśleć o cyfryzacji inaczej niż o zielonym procesie. 

– Na postępy w cyfryzacji w Polsce należy spojrzeć z różnych stron. W niektórych obszarach idziemy w dobrym kierunku, szczególnie jeśli chodzi o cyberbezpieczeństwo, którego rozwój przyspieszył kryzys w Ukrainie. Niestety są też takie obszary, w których zostajemy w tyle – mówi agencji Newseria Biznes Andreas Maierhofer, prezes T-Mobile Polska, członek Rady Fundacji Digital Poland biorący udział w debacie „Stan cyfryzacji w Polsce. Czas na działania” podczas Forum Ekonomicznego w Karpaczu.

Potwierdza to zaprezentowany podczas panelu raport Fundacji Digital Poland i Microsoftu „Stan cyfryzacji Polski na tle regionu”. Całkowity poziom rozwoju cyfrowego Polski oceniono w nim na 98 punktów, co oznacza, że jest nieco niższy niż średnia dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej (100 punktów), ale wyniki w poszczególnych obszarach (zbadano ich 55) znacząco się od siebie różnią. Przykładowo dobrze wypadamy pod względem cyfryzacji usług publicznych (14 pkt powyżej średniej) z uwagi na wysoki poziom interakcji społeczeństwa z państwem za pomocą technologii cyfrowych (45 pkt powyżej średniej) oraz wysoki poziom cyfryzacji w sektorze edukacji (18 pkt powyżej średniej). Gorzej niż inne kraje regionu radzimy sobie w obszarze kapitału ludzkiego, np. pod względem udziału kobiet w sektorze technologii czy odsetka absolwentów kierunków informacyjno-komunikacyjnych czy innych kierunków ścisłych. Polska słabo wypada także w zakresie infrastruktury cyfrowej (13 pkt poniżej średniej). Autorzy raportu łączą to m.in. z brakiem aukcji częstotliwości potrzebnych dla rozwoju sieci 5G.

W kwestii 5G zdecydowanie mamy przed sobą dużo pracy. Wciąż nie mamy dostępu do pasma, którego uwolnienie jest niezbędne do rozwoju sieci piątej generacji w całym kraju – podkreśla Andreas Maierhofer. – Najważniejsze jest uzyskanie dostępu do odpowiedniego zakresu częstotliwości. Jako branża mamy nadzieję na jak najszybsze rozpoczęcie aukcji częstotliwości w paśmie C, bez którego trudno będzie nam ruszyć do przodu. Jesteśmy gotowi na wprowadzenie sieci 5G w całym kraju. To najważniejsze, bo trzeba zrozumieć, że pełna cyfryzacja nie będzie możliwa bez łączności opartej na najnowocześniejszej infrastrukturze i technologii.

W kategorii cyfryzacja biznesu raport ocenia Polskę na 99 pkt, czyli 1 poniżej średniej. Krajowe firmy dobrze wypadają pod względem odsetka firm zatrudniających specjalistów z dziedziny technologii informacyjno-komunikacyjnych, ale już w zakresie inwestycji w chmurę obliczeniową jesteśmy o 9 pkt poniżej regionalnej średniej.

– Zastosowanie najnowszych technologii jest absolutnie konieczne, jeśli chcemy zwiększyć stopień cyfryzacji nie tylko w Polsce, ale też w całej Europie. W naszym przypadku, jako T-Mobile Polska, oferujemy najnowsze technologie zarówno jeśli chodzi o internet stacjonarny – poprzez rozwiązania światłowodowe FTTH, jak i sieci komórkowe, czyli 5G oczywiście, w połączeniu z 4G – mówi prezes T-Mobile Polska.

Jak podkreśla, cyfryzacja oznacza nie tylko więcej możliwości dla biznesu, ale także dla ochrony środowiska i oszczędzania zasobów.

– Zielona cyfryzacja to ważny temat dla Polski i nie tylko – właściwie dla całego świata, a szczególnie Europy, bo nie da się jej rozgraniczyć od tematu ogólnie pojętej cyfryzacji. Aby móc skupić się na celach ESG, aby uratować naszą planetę i obniżyć emisje dwutlenku węgla, konieczna jest również cyfryzacja produkcji energii – mówi Andreas Maierhofer.

Przechodzenie na zieloną energię jest jednym z filarów strategii klimatycznej T-Mobile Polska, która zakłada osiągnięcie zerowej emisji własnej netto do 2025 roku, a w całym łańcuchu dostaw do 2040 roku. Już teraz cała energia zużywana przez operatora pochodzi z odnawialnych źródeł, a zgodnie z podpisaną niedawno umową na następne 15 lat spółki z grupy V-Ridium wybudują dwie farmy wiatrowe i trzy fotowoltaiczne, które zapewnią T-Mobile ok. 200 GWh energii elektrycznej rocznie. To więcej, niż wynosi średnioroczne zużycie prądu przez niemal 70 tys. gospodarstw domowych w Polsce.

To wystarczy na zaspokojenie wszystkich potrzeb naszej sieci. To niezwykle ważne, bo energia produkowana będzie przez elektrownie słoneczne i wiatrowe lokalnie w Polsce, co przyczynia się do redukcji emisji CO2 o około 145 tys. t rocznie – podkreśla prezes operatora. – Jest to ogromny krok naprzód i myślę, że taką drogą powinna pójść cała branża. Oczywiście szybkie przejście na zieloną energię nie jest sprawą łatwą, ale im szybciej zaczniemy to robić, tym lepiej przygotujemy się na przyszłość.

Prezes bp w Polsce: Obecna sytuacja przyspieszy transformację sektora paliwowego. Tak, abyśmy uniezależnili się...

– To, co się wydarzyło w ostatnich miesiącach, jest impulsem do tego, żeby transformację energetyczną przeprowadzić jeszcze szybciej i skuteczniej, żebyśmy w przyszłości uniezależnili się od  tradycyjnych, emisyjnych źródeł energii – mówi Bogdan Kucharski, prezes bp w Polsce. Wybuch wojny w Ukrainie i kryzys energetyczny w całej Europie, który jest jej efektem, powinien więc przyspieszyć rozwój zielonych źródeł energii. Nadchodzące miesiące będą jednak trudne dla europejskiego społeczeństwa i gospodarek, co oznacza również nieprzewidywalność dla rynku paliwowego, który przez ostatnie trzy lata podlegał dużej zmienności.

– Branża paliwowa jest swoistym  barometrem aktywności gospodarczej. Przy wzroście gospodarki i PKB zawsze można się spodziewać, że przyspieszy też popyt na paliwa. Natomiast kiedy tempo wzrostu PKB słabnie, to również od razu widać w spadku popytu – mówi agencji Newseria Biznes Bogdan Kucharski. – W tej chwili na tę branżę działa kilka przeciwstawnych sił, ale myślę, że długoterminowe perspektywy dla rozwoju polskiej gospodarki cały czas są bardzo dobre, a najbliższych kilka kwartałów wciąż będzie obarczone dużą zmiennością.

Jak wskazuje, popyt na paliwa w Polsce w ciągu trzech ostatnich lat podlegał gwałtownym zmianom. Wybuch pandemii w 2020 roku mocno go ograniczył, ponieważ konsumenci przestali podróżować i dojeżdżać do pracy. Po okresie obostrzeń, w 2021 roku, zaczął się okres zwiększonej mobilności i rozwoju gospodarczego, które spowodowały, że mimo rosnących cen zużycie paliw transportowych w Polsce wzrosło o 7 proc. r/r (według danych Polskiej Organizacji Przemysłu i Handlu Naftowego). Z kolei I półrocze br. naznaczył przede wszystkim wybuch wojny w Ukrainie, który wpłynął na rynek paliwowy w Polsce na kilka sposobów, np. generując efekt paniki zakupowej w pierwszych dniach wojny, a później zwiększone wolumeny sprzedaży związane z – będącym efektem wojny w Ukrainie – intensywnym ruchem transportowym.

– Do pewnego stopnia była to nawet panika zakupowa, którą widzieliśmy na polskich stacjach przez kilka pierwszych dni. Potem sytuacja się ustabilizowała – przypomina w rozmowie przeprowadzonej podczas Forum Ekonomicznego w Karpaczu prezes bp w Polsce. – Teraz zaczynamy widzieć efekt przypływu uchodźców do Polski i zwiększonej aktywności transportowej z tym związanej, co też będzie generowało na rynku pewien impuls popytowy. Widzimy też strumienie paliwowe, które płyną z Polski do Ukrainy, żeby wspierać tamtejszą gospodarkę.

Jak wskazuje, z drugiej strony na rynek paliw oddziałują też m.in. rozpoczynające się spowolnienie gospodarcze, inflacja, słaby złoty i ogólna niepewność, które w najbliższych miesiącach będą osłabiać popyt. Złożoność rynku pogłębiają na dodatek sankcje nałożone przez UE na Rosję i podejście poszczególnych podmiotów rynkowych do współpracy z rosyjskimi dostawcami. Wszystko to powoduje, że trudno w tej chwili prognozować dalszy rozwój rynku. Prezes bp w Polsce uważa jednak, że obecna sytuacja nie spowolni  transformacji energetycznej w UE, ale wręcz przeciwnie – przyspieszy jej tempo.

– Ostatnie miesiące, wojna w Ukrainie, przerwy w dostawach i kryzys energetyczny, który już widzimy na horyzoncie, to de facto jest katalizator jeszcze szybszej zmiany nie tylko w Polsce, ale i globalnie. Już widzimy tego efekty. Kraje, społeczności lokalne, firmy zaczynają się inaczej organizować, szukają innych źródeł energii i niezależności. To, co się wydarzyło w ostatnich miesiącach, to jest impuls do tego, żeby transformację energetyczną przeprowadzić jeszcze szybciej i skuteczniej, żebyśmy w przyszłości mogli się uniezależnić od tradycyjnych, emisyjnych źródeł energii, których – co właśnie widzimy – łańcuchy dostaw mogą zostać przerwane – mówi Bogdan Kucharski.

Jak podkreśla, wybuch wojny w Ukrainie i będący jej efektem kryzys energetyczny w całej Europie pokazują, że dążenie do osiągnięcia ambitnych celów klimatycznych UE wymaga przyspieszenia.

– Perspektywa czasowa się zmieniła. Chcieliśmy do tego dojść w sposób ewolucyjny, w pełni kontrolowany, ale wydarzenia ostatnich miesięcy pokazują, że ta transformacja energetyczna musi przyspieszyć. To jest impuls do tego, żeby inwestować z większą determinacją, żeby szybciej dojść do niezależności energetycznej i neutralności klimatycznej – ocenia prezes bp Polska.

W nadchodzących miesiącach, a nawet latach ten proces może być jednak trudny dla europejskich społeczeństw, dopóki sytuacja na rynku paliwowym i energetycznym się nie ustabilizuje.

– Nikt z tym nie dyskutuje i już widać, że odpowiedzialne kraje, rządy, społeczności lokalne zaczynają się do tego przygotowywać, wprowadzając rekomendacje, procedury awaryjne, przygotowując się na najbliższą zimę – mówi Bogdan Kucharski. – Wszyscy możemy coś w tym kierunku zrobić. Możemy zoptymalizować i ograniczyć zużycie energii, aby z dobrym efektem dla gospodarki przejść przez ten trudny okres.

Mimo trudnego otoczenia rynkowego i gwałtownych zmian ostatnich miesięcy bp także nie rezygnuje ze swojej strategii transformacji energetycznej. Firma  już dwa lata temu ogłosiła, że w ramach strategii  HASHNetZero zamierza osiągnąć neutralność klimatyczną najpóźniej do 2050 roku i przekształcić się z globalnej spółki naftowej w zintegrowaną grupę energetyczną.

– Wydarzenia ostatnich miesięcy skorygowały tempo realizacji tej strategii, natomiast jej nie zmieniły – zapewnia prezes bp w Polsce. – Wszyscy zdajemy sobie sprawę z wpływu obecnej gospodarki na klimat i środowisko, wiemy, dlaczego transformacja energetyczna jest niezbędna. I nasza strategia w tym zakresie ma zapewnić szybką i skuteczną transformację, żeby w przyszłości dostarczać czystą energię.

Przykładem zaangażowania w transformację energetyczną są m.in. szeroko zakrojone inwestycje bp w energię solarną. Na polski rynek wkroczył już Lightsource bp, deweloper farm fotowoltaicznych i jeden z globalnych liderów energetyki słonecznej. Firma, która w 50 proc. należy właśnie do bp, zrealizuje w Polsce dziewięć projektów o łącznej mocy prawie 760 MW, a kolejne ma w planach.

– To jeden z filarów naszej strategii, który rozwija energię niskoemisyjną. Mówimy o energii wiatrowej, słonecznej, wodorowej, biopaliwach, również elektromobilności. W to inwestujemy, to jest przyszłość całej branży – podkreśla Bogdan Kucharski.

Innym filarem strategii jest segment convenience i mobility. Jak wyjaśnia, w ciągu najbliższych dwóch dekad zmieni się charakter stacji benzynowych – wciąż będą potrzebne, ale będą funkcjonować w innym formacie, oferując różne formy mobilności i szereg dodatkowych usług.

– Projekty energetyczne to projekty wielkoskalowe, transformacyjne, wymagające czasu i dużych nakładów, więc nie można się spodziewać, że świat zacznie funkcjonować w oparciu o inny model i inny rodzaj energii z dnia na dzień. Potrzebne są długoterminowe inwestycje i stąd wynika nasza strategia, która pozwoli skutecznie dojść do zeroemisyjności  – podsumowuje prezes bp w Polsce.

Polskie firmy nie umieją efektywnie komunikować się z inwestorami. W efekcie mają problemy z...

– Główną barierą w pozyskaniu kapitału przez polskie firmy jest brak odpowiedniej komunikacji potrzeb kapitałowych i niewłaściwy sposób przedstawienia projektu inwestycyjnego. Jeśli ten produkt będzie odpowiednio przedstawiony, wtedy kapitał sam szybciej znajdzie do niego drogę – mówi doradca finansowy Robert Chybowski. Jak ocenia, polskie firmy nie potrafią efektywnie komunikować się z inwestorami i funduszami inwestycyjnymi. A to z kolei ogranicza im dostęp do kapitału i rozwoju.

Polskie firmy mają dostęp do kapitału, który pozwala na szybki rozwój. I chociaż tego kapitału jest dużo, to jednak przedsiębiorcy mają pewne problemy, żeby do niego dotrzeć i go znaleźć. I to jest przede wszystkim problem informacyjny, bo firmy nie wiedzą, gdzie go szukać – mówi agencji Newseria Biznes Robert Chybowski.

Dostęp do kapitału jest jednym z podstawowych czynników warunkujących rozwój przedsiębiorstwa w zasadzie na każdym etapie jego funkcjonowania. Widać to m.in. na przykładzie najmłodszych spółek. W ankiecie Fundacji Startup Poland opublikowanej w raporcie „Polskie startupy 2021” 73 proc. start-upów podkreśliło, że swój rozwój oparły na środkach własnych założycieli. Eksperci podkreślają jednak, że nie jest to model finansowania najbardziej sprzyjający rozwojowi. Jeśli chodzi o zewnętrzne źródła kapitału, po jakie sięgają młode spółki, to najwięcej, bo 30 proc., wskazuje na krajowe fundusze venture capital (zarówno publiczno-prywatne, jak i prywatne). Podobny odsetek wskazał na wsparcie anioła biznesu, a 23 proc. – na krajowy akcelerator.

Źródeł pozyskiwania kapitału przez polskie start-upy jest już całkiem sporo. Jak wynika z badania Fundacji Startup Poland, w opinii co trzeciego start-upu coraz łatwiej znaleźć finansowanie, odmiennego zdania jest 18 proc. pytanych. Jak zauważa Robert Chybowski, wielu przedsiębiorców ma problem, aby efektywnie się porozumieć z inwestorami.

Firmy w pierwszej kolejności kierują się do inwestorów indywidualnych, prywatnych, z którymi łatwiej jest im rozmawiać. Tutaj ta komunikacja jest łatwiejsza, mniej wymagająca. I chociaż wydawałoby się, że to właśnie fundusze powinny robić to bardziej profesjonalnie, to jednak komunikacja z nimi jest dla firm trudniejsza. Tutaj jest obszar do poprawy – uważa doradca finansowy. – Trudność w komunikacji wynika głównie z tego, że fund manager myśli przede wszystkim w kategoriach przychodów i kosztów, tzn. aby różnica między nimi równoważyła kapitał, który inwestuje. Natomiast osoba, która przychodzi po ten kapitał, myśli przede wszystkim o swoim produkcie i na tym się koncentruje. I dlatego ta komunikacja jest trudna, ale są narzędzia, które mogą w niej pomóc.

Ekspert wskazuje, że jednym z takich narzędzi jest często wykorzystywana przez inwestorów metoda Lean Canvas, która służy do oceny efektywności modeli biznesowych. To rodzaj zwięzłego, jednostronicowego biznesplanu, który skupia się m.in. na takich elementach biznesu jak: segmentacja klientów, rozwiązanie problemów, przewaga nad konkurentami czy struktura kosztów i przychodów. Dzięki temu jest łatwy do udostępnienia i przedstawienia potencjalnym inwestorom.

– To doskonałe i łatwo dostępne narzędzie, które każdy przedsiębiorca może poznać. Dzięki niemu będzie w stanie samodzielnie przygotować pierwsze informacje, którymi może się łatwo komunikować z funduszem – mówi Robert Chybowski.

Kwestia odpowiedniej komunikacji jest w opinii eksperta kluczem do rozpoczęcia współpracy. Pole do poprawy jest zarówno po stronie inwestorów, jak i firm potrzebujących kapitału.

Przedsiębiorca, który przychodzi do fund managera, spotyka człowieka, który też ma pewną sprawę do załatwienia. Tak jak przedsiębiorca ma produkt i potrzebuje kapitału, tak fund manager ma kapitał, który musi wydać w odpowiednim czasie. Stara się więc dokonać szybkiej selekcji, aby nie tracić czasu na projekty, które nie mają szansy powodzenia. W pewnym sensie jest to egzamin, ale w rzeczywistości jest to jednak rozmowa partnerska. Jeśli obie strony będą się traktować partnersko, komunikować za pomocą gotowych, zrozumiałych narzędzi, wtedy sukces jest dużo bardziej prawdopodobny – ocenia doradca finansowy.

Jak wynika z podsumowania transakcji na polskim rynku venture capital, przygotowanego przez PFR Ventures i Inovo Venture Partners, w ubiegłym roku 379 spółek pozyskało łącznie 3,6 mld zł finansowania od 113 polskich i zagranicznych funduszy. To oznacza wzrost o 79 spółek i aż o 1,5 mld zł względem 2020 roku. W I połowie tego roku na polskim rynku VC przeprowadzono 191 transakcji. Przyniosły one innowacyjnym polskim firmom ponad 2 mld zł. W II kwartale br. 72 proc. inwestycji w polskie start-upy pochodziło z międzynarodowych VC.

Pomoc przedsiębiorcom w pokonaniu barier w nawiązywaniu współpracy z funduszami była celem szkolenia, jakie Robert Chybowski przeprowadził w czasie jednego z ostatnich Thursday Gathering. To cykliczne eventy przyciągające do warszawskiego CIC w Varso społeczność innowatorów, w tym m.in. start-upy i inwestorów. Odbywają się one w każdy czwartek z inicjatywy Fundacji Venture Café Warsaw.

Stay connected

20,831FaniLubię
2,506ObserwującyObserwuj
0SubskrybującySubskrybuj
- Advertisement -

Latest article

W Polsce rusza program rekultywacji hałd kopalnianych. Jest w nich ukrytych nawet do 150...

Na przełomie 2022 i 2023 roku w LW Bogdanka powstanie pierwsza pilotażowa instalacja do odzysku węgla z hałd kopalnianych. To początek programu rekultywacji pogórniczych terenów, który ma umożliwić pozyskanie rocznie ok. 2 mln t pełnowartościowego węgla. Surowiec będzie mógł być wykorzystywany potem w energetyce zawodowej i ciepłownictwie. Program ma także uwolnić grunty, które Enea, właściciel lubelskiej kopalni, chce przeznaczyć pod inwestycje w OZE. Z hałd można odzyskać nie tylko węgiel, lecz także inne surowce do wykorzystania m.in. w budownictwie. – Projekt ma ogromny potencjał środowiskowy, ekonomiczny i surowcowy. W ten sposób chcemy realizować ideę budowy gospodarki obiegu zamkniętego – dodaje Paweł Majewski, prezes Grupy Enea, do której należy kopalnia. Inicjatywa została zarekomendowana przez zespół ekspertów gospodarczych ministra aktywów państwowych, wicepremiera Jacka Sasina. 

– W Polsce jest blisko 150 hałd kopalnianych. Szacujemy, że w każdej z nich znajduje się od 8 do nawet 15 proc. węgla, który można odzyskać. Zakładając, że na każdej z hałd jest co najmniej 10 mln t skały, zwałowiska z tego, co wydobywano przez lata z kopalni jako odpad, a w każdej średnio około 10 proc. węgla do odzyskania, to mówimy o ilości nawet 150 mln t węgla do odzyskania w skali kraju. Tak że potencjał rozwojowy takiego projektu jest duży, w mojej ocenie to po prostu trzeba zrobić – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Majewski.

Program Rewitalizacji i Eksploatacji Hałd Kopalnianych, który uruchomiła właśnie Grupa Enea, docelowo ma pozwolić uzyskiwać z należących do niej hałd nawet 2 mln t węgla rocznie. Grupa zainicjowała go podpisanym właśnie porozumieniem o współpracy pomiędzy należącą do niej spółką Lubelski Węgiel Bogdanka i Grupą CZH, polską firmą związaną z górnictwem, której większościowym akcjonariuszem jest Agencja Rozwoju Przemysłu.

Umowa podpisana między Grupą CZH i Lubelskim Węglem Bogdanka to dopiero początek, pilotaż projektu rewitalizacji i odzyskania węgla z hałd pogórniczych. Ta współpraca w ciągu kilku miesięcy zaowocuje ustawieniem pierwszej instalacji do odzysku węgla. Grupa CZH wnosi tu swoje know-how i kompetencje techniczne, wiedzę, jak taka instalacja powinna być zbudowana i jak powinna funkcjonować, a Bogdanka jest oczywiście właścicielem hałdy – mówi Paweł Majewski.

Pierwsza pilotażowa instalacja rozpocznie pracę w LW Bogdanka na przełomie 2022 i 2023 roku. Nie będzie kolidowała ze standardowym funkcjonowaniem składowiska i działaniem kopalni.

Ta hałda jest najtrudniejsza pod względem technologicznym, bo ona jest stroma, są osuwiska i glina. Inne są już o wiele łatwiejsze. Ale jeśli wykażemy się tutaj, to będzie potwierdzeniem, że naprawdę wiemy, co robimy – dodaje Marek Koźbiał, prezes zarządu Grupy CZH.

CZH od wielu lat rozwija kompetencje związane z zagospodarowaniem składowisk odpadów pogórniczych i dysponuje technologią modułowych instalacji, które służą do odzyskiwania z nich węgla, kruszyw i innych surowców.

– Węgiel odzyskany z takiej hałdy pogórniczej to jest zwykły, porządny węgiel, jak z normalnej, bieżącej produkcji w kopalni, on się niczym nie różni. To jest najczęściej węgiel w klasie miał, zalecany do stosowania w energetyce zawodowej i ciepłownictwie. Z racji tego, że jest drobny, raczej nie zaleca się stosowania go w indywidualnych urządzeniach grzewczych. Ale to jest wciąż pełnowartościowy węgiel, nie żaden odpad – wyjaśnia dr inż. Aleksander Sobolewski, dyrektor Instytutu Technologii Paliw i Energii w Zabrzu.

– Po pierwsze, pozbywając się węgla z tych hałd pogórniczych, sprawiamy, że to, co zostaje, jest już mniej szkodliwe dla środowiska. Po drugie, jeżeli to węgiel energetyczny, to istnieje duże ryzyko, że on prędzej czy później ulegnie samozapłonowi. Mamy już takie przypadki, gdzie olbrzymie pieniądze poszły w rekultywację, wyrosły drzewa, po korzeniach tych drzew dostało się powietrze, a więc tlen, i pod spodem nastąpił samozapłon. Bardzo trudno jest ugasić taką płonącą hałdę. Nie wspominając już o szkodach ekologicznych – mówi Marek Koźbiał.

Technologie pozwalające na odzysk węgla ze zwałowisk są znane i powszechnie stosowane. Opierają się na procesach wykorzystywanych w zakładach przeróbki mechanicznej węgla kamiennego. Instalacja, którą dysponuje CZH, zapewnia pełną linię technologiczną (od klasyfikacji, przez wzbogacanie, po odwadnianie) i może być skalowana, czyli rozbudowywana o kolejne moduły w zależności od potrzeb. Im większa, tym szybsze tempo zagospodarowania hałdy.

– Wyzwaniem będzie teraz przede wszystkim w miarę szybkie uruchomienie większej liczby takich instalacji do odzysku węgla – dodaje Paweł Majewski. – W portfelu Ministerstwa Aktywów Państwowych jest kilka spółek, które się zajmują zagospodarowaniem hałd pogórniczych i które należałoby wyposażyć w odpowiedni kapitał, żeby skala tego odzysku osiągnęła większy wymiar.

 Rekultywacja hałd kopalnianych, które były symbolem transformacji energetycznej XIX i początku XX wieku, w Europie Zachodniej została przeprowadzona na masową skalę. Niemcy, Belgowie i Francuzi mają to za sobą. U nas nigdy nie było na to pieniędzy, zawsze sypało się tę hałdę obok kopalni i mówiło: „kiedyś się nią zajmiemy”. To „kiedyś” trwa już 150 lat. Najwyższy czas, żeby w dobie gospodarki w obiegu zamkniętym wrócić do tych materiałów odpadowych, które można przywrócić społeczeństwu – mówi dyrektor Instytutu Technologii Paliw i Energii w Zabrzu.

Co istotne, węgiel nie jest jedynym surowcem, który można odzyskać z hałd kopalnianych. Przykładowo w Bogdance pozyskane zostaną też materiały mineralne, które później znajdą zastosowanie m.in. w budownictwie.

– To kruszywo do produkcji cementu – wskazuje dr inż. Aleksander Sobolewski. – Większość takich materiałów mineralnych trzeba wydobywać np. w kopalni piasku czy żwiru. Tutaj ten materiał możemy mieć niejako za darmo, a przy okazji rozwiązujemy drugi problem, czyli rozbieramy hałdę.

Grupa CZH bada też możliwości odzyskiwania z odpadów pogórniczych innych surowców, z których część ma krytyczne znaczenie dla gospodarki. Te badania prowadzi wspólnie ze środowiskiem naukowym, w tym m.in. Instytutem Technologii Paliw i Energii oraz krakowskim Uniwersytetem Rolniczym.

– Mamy pobrane próbki i zaczynamy pracować m.in. nad kaolinitem. To jest bardzo poszukiwany towar. Ten kaolinit trzeba wyseparować, ale są problemy związane z np. z tlenkiem żelaza i innymi elementami, które w tym przeszkadzają. Ale jeżeli uda się go wyselekcjonować, będziemy mieć surowiec do produkcji ceramiki, płytek, cegieł etc. Jego obecnie w Polsce nie ma, nasze zakłady ceramiczne przywoziły to spod Mariupola, a teraz szukają po całej Europie, gdzie mogą dostać tę glinę do produkcji – mówi Marek Koźbiał. – Jest też bardzo duży potencjał surowcowy pod nawóz naturalny, nawilżacz do gleby. Tutaj wciąż jesteśmy jednak na etapie badań, ale w tym kierunku idziemy.

Poza odzyskiem węgla i surowców rekultywacja hałd kopalnianych ma jeszcze jeden duży plus. W skali kraju stwarza możliwość uwolnienia łącznie ok. 11 tys. ha gruntów, które mogą być wykorzystane w celach stricte inwestycyjnych.

– Te zrekultywowane tereny planujemy wykorzystać przede wszystkim pod instalacje odnawialnych źródeł energii, czyli głównie farmy fotowoltaiczne. Wszędzie tam, gdzie będzie to oczywiście możliwe ze względów technicznych – zapowiada prezes zarządu Grupy Enea.

Coraz większy popyt na pracowników z branży IT. Firmy technologiczne stawiają na kształcenie kadr

Aktualizacja 10:45

Fachowcy z branży IT znajdują się w czołówce rankingu najbardziej poszukiwanych pracowników na rynku. Z badania ManpowerGroup wynika, że 64 proc. firm z branży cierpi na niedobór talentów w tym obszarze. Dlatego branża wysokich technologii coraz mocniej sama angażuje się w kształcenie przyszłych kadr. Firma Huawei nawiązała właśnie współpracę z Akademią WSB w Dąbrowie Górniczej, w ramach której planowane są m.in. wspólne przedsięwzięcia naukowe i badawczo-rozwojowe, tworzenie programów studiów oraz szkoleń i praktyk przygotowujących do pracy w konkretnych zawodach.

– Cyfrowe technologie są bardzo ważne w dzisiejszym kształceniu, a firmy mogą robić wiele rzeczy, żeby się w ten proces zaangażować. Mogą wspierać uczelnie, organizować stypendia i praktyki bądź warsztaty dla studentów czy różnego rodzaju prezentacje, targi, imprezy pozwalające zobaczyć, co robią firmy wysokich technologii – mówi agencji Newseria Biznes Ryszard Hordyński, dyrektor ds. strategii i komunikacji w Huawei Polska.

W całej Europie popyt na kompetencje technologiczne i informatyczne już w tej chwili mocno przewyższa podaż. Szacuje się, że w Polsce na rynku pracy brakuje ok. 50 tys. informatyków i specjalistów z branży ICT. Wraz z transformacją cyfrową – i trendami takimi jak elektromobilność, automatyzacja, sztuczna inteligencja i cyberbezpieczeństwo – ta luka kadrowa będzie się pogłębiać.

O ile szereg procesów i prac inżynierskich można już dość łatwo zautomatyzować, o tyle myślenie o nowych produktach, usługach czy działalności całych biznesów ciężko oddać sztucznej inteligencji czy nowym technologiom. Dlatego są potrzebni nowi, młodzi świadomi studenci – podkreśla Ryszard Hordyński.

Uczelnie starają się odpowiadać na to zapotrzebowanie, dostosowując kierunki kształcenia do cyfrowych realiów. Biznes, dla którego dostępność wykwalifikowanych kadr ma fundamentalne znaczenie, coraz częściej angażuje się w ten proces, inicjując m.in. współpracę ze szkołami wyższymi czy autorskie programy szkoleniowe.

– Współpraca uczelni z biznesem przynosi duże korzyści, ponieważ studenci zdobywają praktyczną wiedzę. Te nowoczesne trendy, oparte dziś m.in. na sztucznej inteligencji, robotyzacji i wirtualnej rzeczywistości, są implementowane w ramach programów kształcenia właśnie dzięki współpracy z różnymi partnerami – mówi dr hab. Marcin Lis, profesor AWSB, prorektor ds. studenckich i współpracy z otoczeniem w Akademii WSB w Dąbrowie Górniczej.

W ubiegłym tygodniu uczelnia poszerzyła listę tych partnerów właśnie o firmę Huawei. 23 września br. obie strony podpisały porozumienie o współpracy w zakresie edukacji studentów. Wśród zaplanowanych działań są m.in. wspólne przedsięwzięcia naukowe i badawczo-rozwojowe oraz tematyczne konferencje i seminaria dla studentów. Huawei Polska ma także wspomagać Akademię WSB w tworzeniu programów studiów oraz szkoleń i praktyk przygotowujących do pracy w konkretnych zawodach.

– Ta współpraca będzie wielowątkowa. Obejmie m.in. definiowanie wspólnych programów kształcenia i wychodzenie z bardzo praktyczną ofertą dotyczącą sztucznej inteligencji, elektromobilności, ale i obszaru telekomunikacji, realizację wspólnych projektów badawczo-wdrożeniowych i programów dla naszych studentów. Studenci Akademii WSB będą też uczestniczyli w programie Seeds for the Future – mówi prof. Marcin Lis.

Realizowany od dziewięciu lat Seeds for the Future to globalny program edukacyjny Huawei, którego celem jest rozwijanie talentów w dziedzinie technologii ICT i przygotowanie studentów do postawienia pierwszych kroków w profesjonalnym świecie nowych technologii. Program jest skierowany do najzdolniejszych studentek i studentów z uczelni wyższych, głównie tych, którzy uczą się na kierunkach związanych z IT, inżynierią, technologiami czy matematyką. W ramach Seeds for the Future mogą wziąć udział w kilkudniowym cyklu szkoleń i warsztatów prowadzonych przez światowej klasy ekspertów i poznać m.in. trendy w rozwoju sztucznej inteligencji i inteligentnych miast, internetu rzeczy, technologii chmurowych czy zastosowań 5G.

Kolejny obszar współpracy to cykliczne konferencje, które będziemy realizowali pod patronatem Huaweia, dotyczące m.in. innowacyjności i przedsiębiorczości oraz Industry 5.0, ponieważ ta organizacja ma w tym duże doświadczenie i z doświadczeń jej ekspertów będziemy korzystali – mówi prorektor Akademii WSB w Dąbrowie Górniczej.

Huawei prowadzi w całej Europie szereg programów edukacyjnych, stypendiów i szkoleń, które mają stworzyć ekosystem rozwoju talentów i kompetencji cyfrowych. W tym celu firma technologiczna współpracuje z kilkoma polskimi uczelniami.

– Z Akademią Leona Koźmińskiego wspólnie prowadzimy studia w zakresie cyberbezpieczeństwa. Z Politechniką Warszawską, gdzie działa m.in. nasze laboratorium, współpracujemy w zakresie sztucznej inteligencji. Z kolei z Politechniką Poznańską współpracujemy przy kształceniu studentów w zakresie rozwiązań sieciowych. Tak więc pomysłów jest wiele – dodaje Ryszard Hordyński.

We współpracy z uczelniami firma organizuje także program ICT Academy. Globalnie obejmuje on 2 tys. uniwersytetów, a jego celem jest wsparcie wysiłków edukacyjnych oraz przeszkolenie ponad miliona specjalistów i ekspertów ICT do 2024 roku. Huawei od lat stawia też na pogłębianie równości płciowej w dostępie do edukacji w zakresie nowych technologii, angażując się we współpracę z Fundacją Edukacyjną Perspektywy w projekcie „Dziewczyny na Politechniki!” czy też wspierając kampanię HASHWiedzaNieMaPłci organizowaną przez Fundację Sukcesu Pisanego Szminką.

W sezonie grzewczym rośnie ryzyko i liczba pożarów domów. Właściciele nieruchomości zaniedbują wymóg okresowych...

Sezon grzewczy to okres największego zagrożenia pożarowego. W ciągu kilku miesięcy ich liczba się nasila, a szkody z tego tytułu zgłaszane ubezpieczycielom są dwukrotnie częstsze niż w miesiącach letnich. – Ryzyko pożaru w sezonie grzewczym można zminimalizować dzięki regularnym przeglądom instalacji elektrycznej i przewodów kominowych. Koszt takiej usługi to około 200 zł, ale strata całego dorobku w wyniku pożaru to już kilkaset tysięcy złotych – wskazuje Monika Lis-Stawińska z Compensy. Jak podkreśla, okresowych kontroli instalacji i kominów wymaga też polskie prawo budowlane, ale w praktyce wielu właścicieli nieruchomości zaniedbuje ten wymóg, co może się okazać tragiczne w skutkach.

 Ze względu na niższe temperatury i zwiększoną eksploatację urządzeń grzewczych w okresie jesienno-zimowym często dochodzi do awarii w samych urządzeniach i instalacjach, np. przez podłączanie do nich większej liczby piecyków. Dlatego ubezpieczyciele obserwują w tym czasie większą liczbę pożarów, szczególnie w domach jednorodzinnych ogrzewanych paliwem stałym, np. węglem, drewnem czy ekogroszkiem. Ich główną przyczyną jest zazwyczaj zapalenie się sadzy w kominie, popękana instalacja kominowa albo awaria urządzeń właśnie na skutek przeciążenia instalacji – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Monika Lis-Stawińska, dyrektor zarządzająca w Departamencie Likwidacji Szkód Kompleksowych w Compensa TU SA Vienna Insurance Group.

Jak wynika z danych Komendy Głównej Państwowej Straży Pożarnej, które przytacza Compensa, blisko połowa pożarów budynków mieszkalnych w Polsce jest spowodowana przeciążoną lub niesprawną instalacją albo nieprawidłową eksploatacją bądź wadami urządzeń grzewczych, przede wszystkim tych na paliwa stałe, ale również elektrycznych czy gazowych. Liczba zgłaszanych do ubezpieczycieli szkód z tego tytułu w sezonie grzewczym rośnie nawet dwukrotnie.

Obok strat materialnych pożary w budynkach mieszkalnych stanowią duże zagrożenie dla życia i zdrowia domowników, ponieważ wiele z nich jest efektem działania urządzeń grzewczych bez nadzoru, np. w porze nocnej. Ryzyko pożaru w sezonie grzewczym można zminimalizować przede wszystkim dzięki regularnym przeglądom instalacji elektrycznej i przewodów kominowych.

Nie ma bezobsługowych aut, a w samochodach regularnie dokonujemy przeglądów. Tak samo nie ma bezobsługowych domów jednorodzinnych, które służyłyby nam pozostawione same sobie przez lata. Trzeba o nie dbać przez cały rok – mówi Monika Lis-Stawińska. – Dlatego właśnie warto sprawdzić stan techniczny instalacji grzewczej przed sezonem jesienno-zimowym w trosce o bezpieczeństwo naszej rodziny i naszego mienia. Zwłaszcza że dom i to, co się w nim znajduje, jest często dorobkiem całego życia, a niektóre rzeczy, jak np. pamiątki rodzinne, mają też dla nas wartość sentymentalną.

W Polsce przepisy wręcz wymagają, aby instalacja elektryczna i przewody kominowe były poddawane okresowym kontrolom (co istotne, ten obowiązek obejmuje też instalację fotowoltaiczną). Zgodnie z art. 61 i 62 Prawa budowlanego takie przeglądy powinny się odbywać minimum co pięć lat, a obowiązek dbania o stan techniczny budynku spoczywa na jego właścicielu lub zarządcy. Jednak w praktyce wielu z nich zaniedbuje ten wymóg.

– Niestety właściciele domów jednorodzinnych często zapominają o regularnym przeprowadzaniu przeglądów. Dlatego nie mają nawet informacji o ewentualnych usterkach, np. popękanym kominie, z powodu którego może dojść do pożaru i zniszczenia całego mienia – mówi ekspertka Compensy.

Eksperci radzą, żeby dla bezpieczeństwa przeprowadzać przeglądy kominowe i kontrole instalacji nawet częściej, niż wymaga tego prawo – najlepiej przed każdym sezonem grzewczym.

– Przewody kominowe powinny być sprawdzane przynajmniej raz w roku. Wyjątkiem są tutaj nieruchomości ogrzewane paliwem stałym, np. węglem. Wtedy przeglądu powinniśmy dokonywać nawet cztery razy w roku. Natomiast nieco rzadziej, bo dwa razy w roku, należy dokonywać przeglądu w przypadku nieruchomości ogrzewanych paliwem ciekłym, np. olejem opałowym – wskazuje Monika Lis-Stawińska.

Okresowe kontrole powinien każdorazowo przeprowadzać uprawniony do tego mistrz kominiarski albo elektryk, posiadający świadectwa kwalifikacyjne i specjalistyczne urządzenia do przeprowadzania pomiarów z aktualnymi certyfikatami.

Usługa kominiarska to koszt około 200 zł, a strata całego dorobku w wyniku pożaru to może być nawet kilkaset tysięcy złotych. Najwyższa szkoda z tego tytułu, jaką likwidowaliśmy w Compensie, sięgała aż miliona złotych – mówi dyrektor zarządzająca w Departamencie Likwidacji Szkód Kompleksowych w Compensie.

Ważne również, żeby w sezonie grzewczym korzystać z urządzeń takich jak piecyki, kominki czy farelki zgodnie z zaleceniami producenta. Ich nieprawidłowa eksploatacja i lekceważenie zasad bezpieczeństwa także mogą być tragiczne w skutkach.

Przykładowo niektóre kominki bądź też wkłady kominkowe źle znoszą palenie mokrym drewnem czy deskami po budowie nasączonymi substancjami chemicznymi. Dlatego ważne, żeby do palenia w kominkach używać określonego paliwa, np. drewna z drzew liściastych – mówi Monika Lis-Stawińska.

Pożar to jedno z podstawowych ryzyk, przed którego skutkami może ochronić ubezpieczenie nieruchomości. Obejmuje ono przede wszystkim elementy konstrukcyjne domu lub mieszkania, ale jego zakres można poszerzyć o tzw. ruchomości domowe. Zaliczają się do nich m.in. sprzęty codziennego użytku czy rzeczy osobiste (a więc meble, odzież, sprzęt RTV/AGD itd.). W polisie można uwzględnić również elementy przynależące do nieruchomości, m.in. garaż, piwnicę, wyposażenie ogrodu, a nawet antenę satelitarną. W trakcie wyboru odpowiedniej ochrony trzeba pamiętać o dostosowaniu limitów i sumy ubezpieczenia do wartości mienia. Zaniżenie wartości nieruchomości w celu obniżenia składki może bowiem spowodować, że wypłacone odszkodowanie nie wystarczy na pokrycie wszystkich szkód.