Rewolucja cyfrowa przeniesie komunikację z klientami do rozszerzonej rzeczywistości. Dla przedstawicieli pokolenia Z to...

92 proc. przedstawicieli pokolenia Z chce w zakupach korzystać z narzędzi rozszerzonej rzeczywistości. O atrakcyjności takiej formy prezentowania oferty świadczy możliwość większego zaangażowania odbiorców, dotarcia do konkretnego grupy klientów i łatwa mierzalność efektów kampanii. Dostawcy usług elektronicznych skupiają się więc na stworzeniu narzędzi ułatwiających użytkownikom obcowanie z wirtualną, rozszerzoną czy mieszaną rzeczywistością. Ich zdaniem stanowią one przyszłość marketingu.

Nowe technologie w komunikacji marketingowej odgrywają bardzo ważną rolę. Żyjemy w fascynujących czasach, które porównuję z erą Gutenberga, kiedy został wynaleziony druk. Mało ludzi wie, że rewolucja cyfrowa, która teraz zachodzi, będzie miała na nas w przyszłości podobny wpływ. Jedną z technologii, którą mamy przyjemność się zajmować, jest właśnie rozszerzona rzeczywistość, która potrafi wchodzić w interakcję z codziennymi przedmiotami, pomaga nam edukować i wspierać sprzedaż – mówi agencji Newseria Innowacje Sebastian Żywiecki, prezes zarządu w VMS Media, firmy specjalizującej się w kampaniach z wykorzystaniem VR i AR oraz autorskiej aplikacji Viuu,

Jak wynika z ankiety przeprowadzonej na Snapchacie przez Global Crowd DNA, 92 proc. konsumentów z pokolenia Z chce korzystać z narzędzi rzeczywistości rozszerzonej w zakupach dokonywanych drogą elektroniczną. 60 proc. ankietowanych jest zdania, że narzędzia AR dają bardziej osobiste odczucia w procesie wyboru kupowanego towaru. Ponad połowa przedstawicieli pokolenia Z deklaruje, że reklama w technologii AR zwróciłaby ich uwagę.

Zastosowanie wirtualnej, rozszerzonej i mieszanej rzeczywistości w komunikacji z klientem pozwala go zaangażować w większym stopniu niż tradycyjny przekaz, bo angażuje wiele jego zmysłów. Wciąga odbiorcę w świat wirtualny i powoduje, że chce tam pozostać.

– Kluczową rolą jest chęć interakcji zwykłego człowieka z daną treścią. Kiedyś wszyscy byli zafascynowani zdjęciami, później przyszedł moment na materiały wideo, a dziś największą skuteczność potrafią wygenerować elementy, w których my jako człowiek możemy wejść w interakcję, dlatego że z chęcią chcemy się dzielić tymi informacjami ze swoimi znajomymi, przyjaciółmi, kolegami, rodziną. To zwykły element wiralowości, który możemy wygenerować – mówi Sebastian Żywiecki.

Przykładem ciekawej inicjatywy, w której do promocji marki wykorzystywana jest rozszerzona rzeczywistość, może być pomysł australijskiej firmy Accolade Wines specjalizującej się w produkcji win. „Banrock Station” to doświadczenie rozszerzonej rzeczywistości, które umożliwia użytkownikom z całego świata zapoznanie się projektami środowiskowymi firmy. Doświadczenie AR pozwala konsumentom obejrzeć filmy z lokalnych szlaków i zobaczyć efekty ekologicznych wysiłków przedsiębiorstwa. Następnie użytkownicy mogą posadzić drzewo AR w swoim salonie i pielęgnować je, jednocześnie poznając korzyści środowiskowe i węglowe wynikające z sadzenia prawdziwych drzew. Doświadczenie zawiera również linki do informacji na temat asortymentu win Banrock Station i firmowej winnicy.

Wirtualna rzeczywistość i rozszerzona rzeczywistość pozwalają na to, że możemy pojmować nasz najbliższy czas w zupełnie inny sposób. Dzięki temu możemy przenieść się przykładowo w ulubione miejsce i zobaczyć otoczenie, do którego normalnie nie moglibyśmy się udać, lub obcować ze sztuką – podkreśla prezes zarządu VMS Media.

Zdaniem ekspertów poza immersyjnością, czyli możliwością pełnego „zanurzenia” się w wirtualnym świecie, dużą zaletą nowych technologii jest pokazanie marki w innym świetle jako innowacyjnego podmiotu otwartego na nowinki. To wpływa na odbiór i zwiększenie zasięgu, a to z kolei może przekładać się na większe zaufanie do marki. Inna korzyść z kampanii w wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości czy z wykorzystaniem innych technologii to fakt, że dużo łatwiej można oceniać jej efektywność. Bardziej precyzyjnie można także dotrzeć z przekazem do konkretnych grup odbiorców, co w przypadku mediów tradycyjnych nie jest takie proste.

Widzimy dokładnie, jak często i kto wchodzi w interakcję z danym materiałem czy produktem, jak często odbiorcy po niego sięgają, czy chcą go wziąć z półki. Mamy pełną dowolność, jeżeli chodzi o badanie ROI, czyli zwrotu z inwestycji. Jeżeli chodzi o zwiększenie zasięgów, wszystko zależy od tego, z jaką grupą konsumentów chcemy się komunikować. Nowe technologie są naturalnym kierunkiem w przekazie do zetów czy millenialsów – wskazuje Sebastian Żywiecki.

Meta zapowiada, że do 2024 roku chce doprowadzić do debiutu autorskich gogli AR, które umożliwiałyby użytkownikowi sprawne poruszanie się po świecie metawersu. Z raportu Sky Quest Technology wynika, że do 2027 roku rynek mieszanej rzeczywistości wypracuje przychody sięgające 93 mld dol., a średnioroczne tempo wzrostu przekroczy 40 proc.

– Zastosowanie nowych technologii to jak najbardziej przyszłość marketingu. Świat, który nas otacza, diametralnie się zmienia. Kiedyś niewyobrażalne było dla nas odbywanie spotkań poprzez Zooma, dziś jest dla nas codziennością. Arthur C. Clarke kiedyś powiedział, że każda wystarczająco zaawansowana technologia dla zwykłego człowieka jest magią i taką magią są te nowe technologie, które nie do końca jeszcze umiemy rozumieć. Natomiast my od nich nie uciekniemy, czy to będzie trwało pół roku, rok czy dwa lata, nie jestem w stanie tego powiedzieć, natomiast ta zmiana właśnie się dzieje i zależy wyłącznie od tego, jak będziemy te technologie przyjmowali i chcieli z nich korzystać – podkreśla prezes VMS Media.

Wodór będzie paliwem przyszłości. W tym roku zaczną działać w Polsce pierwsze stacje do...

Rynek pojazdów napędzanych ogniwami wodorowymi w ciągu kilku lat zwiększy przychody niemal czterdziestokrotnie – przewidują analitycy Market Research Future. Na razie czynnikiem ograniczającym rozwój napędów opartych na tym paliwie jest stosunkowo wysoki koszt wytworzenia go w zeroemisyjnym procesie i brak odpowiedniej infrastruktury do tankowania. Pierwszą taką stację w tym roku w Krakowie otworzy PKN Orlen. Najbliższe lata przyniosą jednak coraz większe zainteresowanie inwestycjami w ten obszar rynku paliw, co przyczyni się do obniżenia kosztów produkcji zielonego wodoru. Wysokie ceny tradycyjnych paliw sprawiają, że ten proces może przyspieszać.

– Wodór w przyszłości może być nośnikiem, który zastąpi w znacznym stopniu ropę naftową, ale również inne nośniki energii, takie jak węgiel czy gaz. Szacuje się, że do roku 2050 wodór może stanowić nawet 10 proc. energii, która będzie niezbędna nam jako ludzkości do zastosowań przemysłowych i transportowych. Natomiast jest to oczywiście proces długoterminowy – mówi agencji Newseria Innowacje Jacek Cichosz, prezes zarządu Air Products na Polskę.

Według analityków Market Research Future światowy rynek pojazdów napędzanych wodorowymi ogniwami paliwowymi osiągnął w 2020 roku przychody sięgające niemal 1,2 mld dol. Do 2028 roku jego wycena wzrośnie jednak do poziomu niemal 47 mld dol. Jak wskazują autorzy raportu, na stosunkowo niskie jak na razie zainteresowanie ogniwami wodorowymi wpływa wysoki koszt stworzenia infrastruktury stacji paliw w porównaniu z innymi paliwami alternatywnymi. Na cenę wpływa też wysoki koszt wytworzenia wodoru.

– Jeżeli mówimy o zastosowaniu zielonego wodoru, który jest przede wszystkim produkowany w oparciu o odnawialne źródła energii i w procesie elektrolizy wody, to mówimy o konieczności dużych inwestycji w nową infrastrukturę. To przede wszystkim zakup elektrolizerów, montaż instalacji źródeł energii odnawialnej. Te koszty inwestycji będą na pewno rzutowały na tym etapie na znacznie wyższy koszt wodoru jako alternatywnego paliwa – przyznaje Jacek Cichosz.

Jednak w opinii eksperta wraz ze zwiększeniem skali produkcji i inwestycji będziemy obserwować spadek kosztu jednostkowego wytworzenia energii. Do 2030 roku produkowanie zielonego wodoru powinno być porównywalne kosztowo z obecnie produkowanym wodorem przemysłowym.

Co ważne, koszt wodoru musi być odnoszony także do kosztów alternatywy, czyli paliw konwencjonalnych, takich jak gaz czy ropa. W obecnych uwarunkowaniach i przy obecnie wysokich kosztach wydaje się, że czas na uzyskanie niższego kosztu wodoru w stosunku do klasycznych paliw może być znacznie krótszy – mówi przedstawiciel Air Products, firmy, która jest największym na świecie producentem i dostawcą wodoru na świecie.

W uchwalonej pod koniec ubiegłego roku Polskiej Strategii Wodorowej do roku 2030 rząd deklaruje, że do 2030 roku w naszym kraju moc instalacji do produkcji niskoemisyjnego wodoru osiągnie potencjał 2 GW. Ma też powstać pięć dolin wodorowych, a po polskich drogach będzie się poruszało od 800 do 1 tys. autobusów napędzanych wodorem. Z kolei już w 2025 roku ma działać 35 stacji tankowania tego paliwa. Wraz z rozwojem napędów wodorowych musi bowiem podążać inwestycja w infrastrukturę do tankowania takich pojazdów.

– Potrzebna jest jasna strategia na poziomie ogólnokrajowym, która będzie definiowała ścieżkę rozwoju dla wodoru. To jest o tyle istotne, że ze strategii wynikają też rozwiązania legislacyjne niezbędne do tego, żeby taka infrastruktura mogła powstać. Na początkowych etapach wdrożeń nowych technologii to są również środki wspierające i dotacje, które umożliwią uruchomienie całego procesu inwestycyjnego – wymienia prezes zarządu Air Products. – Fakt braku stacji tankowania wodoru jest klasycznym dylematem: jajko czy kura. Ktoś powie: nie ma stacji do tankowania, bo nie ma pojazdów, w konsekwencji nie ma pojazdów, ponieważ nie ma gdzie ich zatankować.

Jak wynika z marcowego Licznika Elektromobilności, prowadzonego przez PSPA i PZPM, park wodorowych samochodów osobowych liczy 119 egzemplarzy. W I kwartale br. zarejestrowano 40 sztuk takich aut, co oznacza wzrost o 900 proc. r/r. Zgodnie z zapowiedziami PKN Orlen w najbliższych tygodniach w Krakowie zostanie uruchomiona pierwsza stacja tankowania wodoru, w przyszłym roku powstaną kolejne – w Poznaniu i Katowicach. Strategia wodorowa koncernu zakłada, że do końca tej dekady kierowcy w Polsce będą mogli korzystać z sieci 57 stacji. Równolegle PKN Orlen planuje uruchomienie 10 hubów wodorowych, m.in. we Włocławku czy Płocku, w których będzie produkowany niskoemisyjny wodór (pierwszy hub działa od zeszłego roku w Trzebini, na razie jest tam produkowany szary wodór z przeznaczeniem dla transportu). Do 2030 roku paliwowy koncern planuje zainwestować 7,4 mld zł w technologie związane z wytwarzaniem i dystrybucją tego paliwa.

– W Europie Zachodniej funkcjonuje już ponad 200 stacji tankowania wodoru. Można powiedzieć, że kraje zachodnie, takie jak Niemcy, Francja, Hiszpania czy Wielka Brytania, są parę kroków przed nami. Ale jestem przekonany, że w ciągu najbliższych dwóch–trzech lat powinniśmy mieć już w Polsce infrastrukturę i sieć stacji do tankowania wodoru, jak również pierwsze pojazdy wykorzystywane w zastosowaniach transportowych. Liderami będą przede wszystkim przedsiębiorstwa komunikacji miejskiej, które już ogłaszają przetargi i rozpoczynają procesy zakupów floty autobusów napędzanych wodorem – przewiduje ekspert.

W marcu przetarg na zakup 22 autobusów wodorowych ogłosiło Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacji w Poznaniu. Taki zakup planuje także m.in. Zarząd Transportu Miejskiego w Lublinie.

40 proc. Polaków jest za zakazem produkcji materiałów, których nie można recyklingować. Firmy muszą...

Gospodarka obiegu zamkniętego w firmach to już nie tylko wymóg polityki UE, lecz również oczekiwań konsumenckich. Z badania zleconego przez Stena Recycling wynika, że ośmiu na 10 Polaków chce korzystać z produktów wykonanych z materiałów pochodzących z recyklingu, a 38 proc. przyznaje, że w ciągu ostatniego roku zrezygnowało z zakupu produktów lub usług, które nie powstały w zgodzie z zasadami zrównoważonego rozwoju. Dlatego coraz więcej firm – zarówno dużych, jak i małych – inwestuje w projekty w duchu GOZ, a najlepsze inicjatywy są co roku nagradzane w ramach konkursu Stena Circular Economy Award. W zakończonej właśnie V edycji jury doceniło innowacje ukierunkowane na zamianę odpadów w biomasę, dawanie przedmiotom drugiego życia i wprowadzanie do sprzedaży produktów z surowców wtórnych. Wśród tegorocznych laureatów znaleźli się zarówno rynkowi giganci, np. Kaufland i IKEA Retail, jak i mniejsze przedsiębiorstwa, np. WoshWosh. 

 W badaniu, które zleciliśmy na pięciu rynkach – w Szwecji, Norwegii, Danii, Finlandii i Polsce – zapytaliśmy 5 tys. konsumentów o to, jakie są ich oczekiwania i preferencje dotyczące produktów, z których korzystają. Badanie jednoznacznie pokazało, że ośmiu na 10 klientów oczekuje, aby do wytworzenia produktów, które kupują, użyte zostały materiały pochodzące z recyklingu. To bardzo wyraźny sygnał wysyłany do przedsiębiorców, żeby projektowali swoje produkty tak, aby można było je poddać recyklingowi i ponownie użyć, w myśl idei „reduce–reuse–recycle” – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Bruździak, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Stena Recycling, przewodniczący jury konkursu Stena Circular Economy Award.

Właśnie ta idea przyświeca gospodarce obiegu zamkniętego (GOZ) opartej na racjonalnym wykorzystaniu zasobów, zawracaniu materiałów do obiegu i ograniczaniu niekorzystnego wpływu produktów na środowisko. Zgodnie z tą koncepcją produkty, materiały i surowce powinny pozostawać w gospodarce tak długo, jak jest to możliwe, a odpady – jeżeli już powstaną – powinny być traktowane jako surowce wtórne, które można poddać recyklingowi i ponownie wykorzystać. GOZ jest przeciwieństwem gospodarki linearnej, w której cykl życia produktu zawiera się w stwierdzeniu „wyprodukuj–użyj–wyrzuć”. A dziś ten model jest dominujący. Co roku na świecie wydobywa się ok. 100 mld t nowych materiałów, z czego tylko 8,6 proc. jest przetwarzane i ponownie wykorzystywane.

Z badania „Circular Voice” przeprowadzonego przez Stena Recycling wynika, że kwestie związane z zawracaniem materiałów do obiegu stają się coraz ważniejsze dla konsumentów. 63 proc. deklaruje, że chce dostosować swoją konsumpcję do stylu życia przyjaznego dla klimatu. Około 40 proc. ankietowanych na pięciu rynkach uważa nawet, że powinno się zakazać wytwarzania produktów, których nie można poddać recyklingowi.

– Oczekiwania znacznie rosną i przedsiębiorstwa są tego coraz bardziej świadome. Widzimy, że w tej chwili same bardzo precyzyjnie określają swoje wymagania w zakresie tego, co powinniśmy robić z ich odpadam i surowcami powstającymi w procesach produkcyjnych, tak aby podnieść wskaźniki recyklingu i zamknąć obieg, wpisać się w koncepcję GOZ – mówi Piotr Bruździak. – Konkurs Stena Circular Economy Award co roku dostarcza nam całą masę przykładów potwierdzających to, że firmy coraz aktywniej wdrażają i promują takie rozwiązania. Widzimy też, że nasz konkurs stał się platformą dzielenia doświadczeń. Są firmy, które wdrażają u siebie rozwiązania nagrodzone w poprzednich edycjach.

Zainaugurowany w 2017 roku konkurs Stena Circular Economy Award – Lider Gospodarki Obiegu Zamkniętego to pierwsza w Polsce inicjatywa skierowana do przedsiębiorstw i środowiska akademickiego, która pozwala na wymianę pomysłów i doświadczeń w obszarze gospodarki cyrkularnej. Partnerami merytorycznymi konkursu są: Akademia Leona Koźmińskiego, Forum Odpowiedzialnego Biznesu, Kampania 17 Celów, Polska Izba Gospodarki Odpadami, Skandynawsko-Polska Izba Gospodarcza i Rekopol Organizacja Odzysku Opakowań. W ciągu pięciu dotychczasowych edycji wpłynęły do niego 133 zgłoszenia od przedsiębiorstw i 55 projektów studenckich, spośród których nagrodzono 23 firmy i 10 studentów. W ostatniej, piątej edycji, która zakończyła się w poniedziałek, nagrody dostały projekty firm: Ikea Retail, Kaufland i WoshWosh.

– Oprócz szerokiej oferty produktów cyrkularnych, które są produkowane w zgodzie z modelem gospodarki obiegu zamkniętego, wdrożyliśmy m.in. usługę „Oddaj i zyskaj”, która ma zachęcić klientów do naprawy i ponownego wykorzystania pewnych produktów, a tym samym wydłużenia ich cyklu życia. Jako IKEA oferujemy odkupienie od klientów mebli, które w standardowym, linearnym procesie byłyby wyrzucone. Dajemy im drugie życie i po odświeżeniu i drobnych naprawach znajdujemy im drugi dom – mówi Wiktoria Płocha, sustainability business partner w IKEA Retail Polska.

Projekt IKEA zajął w konkursie Stena Circular Economy Award pierwsze miejsce ex aequo z siecią Kaufland, która stawia na rozwiązania polegające na wykorzystaniu materiału już obecnego w obiegu do wytworzenia nowych, pełnowartościowych produktów. Sieć przy wytwarzaniu produktów marek własnych wykorzystuje od 50 do nawet 100 proc. surowców wtórnych.

– Staramy się skupiać na projektach, które redukują zużycie plastiku i w których recyklat może być ponownie wykorzystany w procesie produkcyjnym. Dlatego wdrożyliśmy m.in. odzież sportową, akcesoria kuchenne czy torby wielokrotnego użytku, które zostały wyprodukowane w 80 proc. z folii pochodzących z naszych marketów – mówi Agnieszka Kotlińska z Działu Komunikacji Korporacyjnej Kaufland Polska.

Za najlepszą inicjatywę promującą koncepcję GOZ jury nagrodziło firmę WoshWosh. W ubiegłym roku zorganizowała ona akcję zbiórki obuwia, które następnie zostało zregenerowane i odnowione do ponownego wykorzystania. Łącznie udało się w ten sposób zwrócić do obiegu ponad 50 tys. par butów. Wyróżnienia otrzymały z kolei EcoBean – firma, która oferuje usługę odbioru fusów z kawy, a następnie przetwarza je m.in. na olej kawowy, ligninę, brykiety czy biodegradowalne doniczki, a także Grupa Allegro, doceniona za projekt „Opakowanie dobre z natury”, wprowadzający do obiegu ponad 570 tys. ekoopakowań.

 Wiemy, że mamy duży wpływ na rynek i dlatego staramy się podejmować wiele działań w zakresie zrównoważonego rozwoju. Jednym z kluczowych są właśnie ekoopakowania. To inicjatywa, w ramach której wprowadzamy na rynek materiały opakowaniowe – pudełka i wypełniacze, które są w 100 proc. biodegradowalne, stworzone z recyklingu i certyfikowane. Wykorzystujemy przy tym efekt skali – kupujemy je w dobrej cenie i sprzedajemy na naszej platformie bez żadnego zysku właśnie po to, żeby je popularyzować na rynku – mówi Marta Wójcicka, ekspertka ds. promocji metod dostaw w Allegro.

Spośród projektów zgłoszonych przez studentów jury Stena Circular Economy Award wybrało pomysł Agnieszki Chmury z Uniwersytetu Warszawskiego, który zakłada powołanie „Klastra cyrkularnego” – porozumienia podmiotów publicznych, prywatnych i społecznych w celu wdrożenia zasad gospodarki cyrkularnej.

– Cieszy to, że do konkursu przystępują zarówno duże przedsiębiorstwa, jak i start-upy i studenci, którzy mogą zgłaszać swoje pomysły do wykorzystania w biznesie i w kontekście społecznym. Widać, że studenci kreatywnie do tego podchodzą – mówi Piotr Bruździak, przewodniczący jury.

Do wdrażania rozwiązań w duchu GOZ firmy skłania także m.in. unijne ustawodawstwo (w tym m.in. przyjęty przez Komisję Europejską w 2015 roku pakiet dotyczący gospodarki o obiegu zamkniętym). Zgodnie z priorytetami UE do 2030 roku ma się zwiększyć poziom do recyklingu odpadów opakowaniowych do 70 proc., odpadów komunalnych – do 60 proc., plastiku – do 55 proc., aluminium – do 60 proc. Realne działania na rzecz zrównoważonej produkcji są jednak opłacalne również z punktu widzenia wizerunkowego.

– Rośnie liczba konsumentów wyczulonych na to, czy mają do czynienia z greenwashingiem, czy z rzeczywiście przemyślanymi, systemowymi działaniami ze strony firm – podkreśla Michał Mikołajczyk z Organizacji Odzysku Opakowań Rekopol, która jest partnerem konkursu Stena Circular Economy Award. – To już nie jest „nice to have”, to już jest „must”. Kwestie cyrkularności przesunęły się do takich działów jak finanse, rozwój, jakość. I takie podejście musi być komunikowane do konsumenta. Nie jednorazowa akcja, nie zamarkowanie czegoś na opakowaniu, nie billboard mówiący o tym, jacy jesteśmy ekologiczni i oszczędni, ale pokazanie konsumentowi systemowego podejścia firmy do tych zagadnień. Świadomość i odpowiedzialność jest już wymagana wszędzie. 

Jak wskazuje Deloitte, koncepcja GOZ niesie wymierne korzyści dla biznesu i całej gospodarki. Nawet minimalna zmiana – 1 proc. oszczędności kosztów materiałów i energii – mogłaby przynieść polskiej gospodarce wzrost PKB o 19,5 mld zł w skali roku. Z kolei według szacunków Komisji Europejskiej powszechne wdrożenie GOZ w Europie przełoży się na ok. 2 mln nowych miejsc pracy w UE, 600 mln euro oszczędności dla europejskich przedsiębiorstw i zmniejszenie emisji CO2 od 2 do 4 proc. rocznie.

Sektor bankowy coraz bardziej zaangażowany w zieloną transformację. ING przeznacza 1 mln zł na...

1 mln zł grantów na najlepsze pomysły i innowacje związane z czystą energią – taką kwotę ING Bank Śląski przeznaczy w konkursie dla start-upów i młodych naukowców. Bank szuka w nim rozwiązań takich problemów jak zmniejszenie emisji CO2, smog, ubóstwo energetyczne i rosnące ceny energii. Tego typu inicjatywy to kolejny sposób, w jaki sektor bankowy wspiera zieloną transformację.

– Sektor bankowy ma bardzo dużą i odpowiedzialną rolę we wspieraniu zielonej transformacji. Przede wszystkim dlatego, że sterujemy przepływem kapitału. Kierujemy ten kapitał w miejsca, w których powinien pracować, w których powinien przynosić pożądane efekty – mówi agencji Newseria Biznes Joanna Erdman, wiceprezes zarządu ING Banku Śląskiego.

Jak podkreślają eksperci EY i ING Banku Śląskiego (raport „Biznes dla klimatu. Raport o zmianie priorytetów”), stabilność biznesu bankowego w dużej mierze zależy od tego, czy uda się zbudować portfel dochodowy w jak najmniejszym stopniu wpływający na destrukcję środowiska naturalnego. Żeby zmniejszyć te zagrożenia, banki mogą stosować dwa rodzaje narzędzi – z jednej strony ograniczanie dostępu do kapitału nieekologicznym przedsięwzięciom, takim jak np. węglowe bloki energetyczne, z drugiej strony przekierowanie kapitału do innowacyjnych branż, bazujących na nisko- i zeroemisyjnych technologiach.

Z ubiegłorocznego raportu PwC „Zielone finanse po polsku” wynika, że w Polsce 64 proc. banków komercyjnych wprowadziło elementy zrównoważonego finansowania w swoich strategiach biznesowych i ofercie produktowej, a 80 proc. zadeklarowało, że są na etapie wdrażania wymogów w zakresie zrównoważonego finansowania (na podstawie badania PwC przeprowadzonego wśród 14 banków, których aktywa wynoszą blisko 80 proc. całej sumy bilansowej polskiej bankowości). Jak wskazali eksperci firmy, przekierowanie kapitału w stronę bardziej zrównoważonych inwestycji już w tej chwili ma realny wpływ na działalność instytucji finansowych. I choć one same nie mają istotnego udziału w emisji CO2, to swoim finansowaniem mogą wpływać na rozwój określonych branż albo pobudzać rozwój innowacji, które przyczyniają się do zielonej transformacji. Jak podkreśla wiceprezes ING, obecna sytuacja jest dowodem na to, że takie inicjatywy trzeba zdecydowanie przyspieszyć.

– Znajdujemy się w tej chwili w miejscu bardzo dla nas trudnym społecznie i środowiskowo. To pokazuje, że sposób, w jaki pracowaliśmy i działaliśmy do tej pory, nie do końca przekładał się na transformacyjną zmianę i realizację celów zrównoważonego rozwoju. Stąd nacisk na innowacje i duża atencja, żeby wspierać pomysły i rozwiązania proponowane przez start-upy i młodych naukowców. Zwłaszcza w obszarze związanym z energią, oszczędnością energetyczną i nowymi źródłami energetycznymi innowacje są narzędziem, które trzeba mocno eksploatować i wspierać, bo one przyniosą nam przełom – mówi Joanna Erdman.

ING Bank Śląski w połowie 2021 roku ogłosił własną Deklarację Ekologiczną, w której zapowiedział, że przeznaczy 5,3 mld zł na sfinansowanie odnawialnych źródeł energii i projektów proekologicznych oraz utworzy program grantowy dla start-upów i młodych naukowców z rocznym budżetem 2 mln zł. Najlepsze projekty zamierza wyłaniać i nagradzać dwa razy do roku, a pierwszy taki konkurs właśnie wystartował.

– Uruchomiliśmy program grantowy skierowany do studentów, naukowców, innowatorów i start-upów z taką intencją, żeby wspierać przełomowe, innowacyjne pomysły. Edycja, którą właśnie rozpoczęliśmy, koncentruje się przede wszystkim na wyzwaniach związanych z czystą energią – wyjaśnia wiceprezes ING. – Z tym wiąże się też m.in. efektywność energetyczna, nowe źródła pozyskiwania energii, nowe rozwiązania energooszczędne, ale i energia odnawialna oraz czystość powietrza, czyli np. wszystkie technologie, które oczyszczają środowisko, wychwytują dwutlenek węgla. To będziemy chcieli w tej pierwszej edycji zobaczyć w formie zgłoszeń.

Czysta i powszechnie dostępna energia to przewodni motyw pierwszego programu grantowego, w którym ING Bank Śląski chce zwrócić uwagę na problemy takie jak m.in. smog, ubóstwo energetyczne i rosnące ceny energii. Innowacje i najlepsze rozwiązania dotyczące tego problemu mogą liczyć na duży zastrzyk finansowania.

 Pula nagród w konkursie wynosi łącznie 1 mln zł. Pierwsza nagroda wynosi 400 tys. zł, druga – 300 tys. zł i trzecia – 150 tys. zł. Poza tym rezerwujemy sobie jeszcze dodatkowe 150 tys. zł na nagrody dla tych pomysłów, które wyjątkowo zachwycą kapitułę – mówi Joanna Erdman. – Oczywiście wiemy, że pieniądze to tylko część wsparcia, które powinny dostać innowacyjne pomysły. Dlatego oferujemy też mentoring, warsztaty rozwojowe dotyczące prowadzenia biznesu i eksperckie wsparcie, co dla wielu osób już samo w sobie jest bardzo wyrazistą pomocą na ich drodze rozwoju biznesowego.

Zgłoszenia w programie grantowym ING Banku Śląskiego można wysyłać do 30 maja br. za pośrednictwem formularza online, dostępnego na stronie www.ing.pl/programgrantowy. W tej sekcji znajdują się też regulamin i wszystkie szczegóły na temat konkursu. Wyboru najlepszych rozwiązań dokona kapituła złożona z przedstawicieli świata biznesu, nauki i organizacji pozarządowych. Ogłoszenie finalistów nastąpi 6 czerwca br., a zwycięzcy zostaną wyłonieni 27 czerwca br. podczas gali finałowej konkursu.

– Warto wspierać takie inicjatywy, bo one są realną szansą na zmianę. Wiele ciekawych inicjatyw ze względu na brak wsparcia finansowego, ale i merytorycznego po prostu nie ma szansy rozwinąć skrzydeł. Szkoda by było, gdyby z tego powodu jakieś przełomowe pomysły nie miały szans na realizację – mówi wiceprezes ING.

Program grantowy dla młodych naukowców i start-upów to niejedyna inicjatywa w obszarze zrównoważonego rozwoju i transformacji. ING Bank Śląski stawia też na edukację – wspólnie z partnerami zewnętrznymi realizuje program edukacyjny na temat zmian klimatu dla kilkuset szkół podstawowych w całej Polsce, który potrwa do 2023 roku. Dla pracowników utworzył z kolei specjalny ekofundusz „Moje środowisko” o wartości 300 tys. zł rocznie. Dzięki niemu pracownicy banku mogą realizować projekty ekologiczne na rzecz swoich lokalnych społeczności. ING ma w ofercie także kredyty, które mogą być przeznaczone na wsparcie rozwiązań ekologicznych. Mogą z nich korzystać zarówno osoby prywatne, jak i przedsiębiorstwa.

Rekordowe zainteresowanie Funduszami Norweskimi wśród polskich firm. Wsparcie otrzymują innowacyjne i ekologiczne projekty

– Realizujemy cztery programy w Rumunii, Bułgarii, Chorwacji i Grecji, ale skala programu w Polsce jest mniej więcej taka sama albo nawet większa niż w tych czterech pozostałych razem wziętych – mówi Magnar Ødelien z agencji Innovation Norway, która jest norweskim partnerem PARP we wdrażaniu programu „Rozwój przedsiębiorczości i innowacje” finansowanego z Funduszy Norweskich. – Ten program spotyka się z dużym zainteresowaniem polskich przedsiębiorców – dodaje Mikołaj Różycki, zastępca prezesa PARP. Obecnie dobiega końca nabór w po raz drugi ogłoszonym konkursie „Blue Growth – Innowacje w obszarze wód śródlądowych lub morskich”. Jeszcze tylko do 7 kwietnia br. o dofinansowanie mogą się ubiegać projekty dotyczące zrównoważonego rozwoju obszarów wodnych.

 Na tle innych możliwości finansowania projektów inwestycyjnych w firmach Fundusze Norweskie są relatywnie wysoko popularne. Konkurs w schemacie Blue Growth ogłaszamy po raz drugi, natomiast w trzech innych obszarach tematycznych (zielone technologie, technologie poprawiające jakość życia czy projekty realizowane przez firmy kobiece) środki norweskie zostały już przyznane i trwa realizacja projektów – mówi agencji Newseria Biznes Mikołaj Różycki.

Norwegia nie jest członkiem UE, jednak poprzez specjalny, bezzwrotny instrument finansowy – czyli właśnie Fundusze Norweskie – zapewnia swój wkład w tworzenie zielonej, nowoczesnej i zintegrowanej Europy. Mechanizm ten jest dostępny w państwach, które przystąpiły do UE po 2003 roku, czyli również w Polsce. W ramach tego instrumentu polskie mikro-, małe i średnie przedsiębiorstwa mogą się ubiegać o granty na realizację projektów związanych np. z ochroną środowiska, efektywnością energetyczną czy ograniczaniem nierówności społecznych i ekonomicznych.

– Dla polskich MŚP te fundusze to kolejna – poza środkami europejskimi czy krajowymi – możliwość, żeby się rozwijać, więc przedsiębiorcy są nimi żywo zainteresowani – mówi zastępca prezesa PARP.

Jak zauważa, na tle programów unijnych Fundusze Norweskie wyróżniają wyspecjalizowane ścieżki tematyczne, a środki są dedykowane przedsiębiorcom z wąskiej grupy ściśle określonych branż.

– Te fundusze bardzo dobrze pasowały do naszej koncepcji rozwoju, bo w naszych produktach też mamy dużo rozwiązań związanych z energooszczędnością, a to było jednym z podstawowych parametrów otrzymania dotacji – mówi Witold Levén, jeden z beneficjentów, prezes firmy Leven Group, specjalizującej się w rozwiązaniach i specjalistycznych urządzeniach dla branży gastronomicznej.

Kończony przez spółkę projekt Green Growth został sfinansowany ze środków norweskich na lata 20142021. Obejmował on budowę nowoczesnej hali produkcyjno-magazynowej wraz z panelami fotowoltaicznymi i innymi energooszczędnymi rozwiązaniami.

Stwierdziliśmy, że potrzebujemy w naszych okapach nowych rozwiązań i jednym z wariantów dojścia do tego celu było pozyskanie dotacji, żeby można to było lepiej sfinansować, niż sami byśmy to zrobili. Dotację wykorzystaliśmy na budowę nowej hali i maszyny do produkcji nowych rozwiązań. Mamy tu także zainstalowane pompy ciepła i fotowoltaikę – wymienia Witold Levén.

Przyznaliśmy dofinansowanie ponad 180 projektom na kwotę prawie 95 mln euro. W tym momencie minęliśmy półmetek, bo ponad 60 proc. z tych projektów już ma podpisane umowy i jest realizowanych. Konkurs po raz pierwszy ogłosiliśmy w 2019 roku, a w maju 2020 roku był termin składania wniosków. Nasze oczekiwania zupełnie minęły się z rzeczywistością, ponieważ zainteresowanie było ponad trzykrotnie większe niż budżet, jakim dysponowaliśmy wtedy. Teraz mamy już zwiększony budżet, właśnie dlatego że było bardzo dużo dobrych projektów, które były na liście rezerwowej – wyjaśnia Monika Karwat-Bury, ekspertka w Departamencie Wdrożeń Innowacji w Przedsiębiorstwach w PARP. – Natomiast z niektórych programów zostały nam oszczędności i z nich uruchomiliśmy kolejny konkurs.

Dodatkowym konkursem jest prowadzony właśnie nabór do „Blue Growth – innowacje w obszarze wód śródlądowych lub morskich”. O dofinansowanie – wynoszące od 200 tys. do nawet 2 mln euro – mogą się ubiegać projekty dotyczące zrównoważonego rozwoju obszarów wodnych, ekologii i turystyki. Środki otrzymane w konkursie Blue Growth firmy będą mogły przeznaczyć na inwestycje, np. na zakup maszyn, roboty budowlane, eksperymentalne prace rozwojowe albo usługi doradcze. O wsparcie mogą się ubiegać mikro-, mali i średni przedsiębiorcy zarejestrowani na terenie Polski, a wnioski można składać jeszcze do 7 kwietnia br., za pośrednictwem specjalnej aplikacji dostępnej na stronie PARP.

– Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości jest operatorem Funduszy Norweskich po raz pierwszy i jesteśmy wdzięczni za zaufanie, jakim obdarzyła nas Norwegia jako kraj darczyńcy – mówi Monika Karwat-Bury.

– Pracujemy z PARP już od kilku lat i w porównaniu z innymi programami, które organizujemy, ta współpraca układa się naprawdę dobrze – mówi Magnar Ødelien, Programme Director EEA Norway Grants w Innovation Norway. – Realizujemy jeszcze cztery takie programy w Rumunii, Bułgarii, Chorwacji i Grecji, ale jego skala w Polsce jest mniej więcej taka sama albo nawet większa niż tych czterech programów razem wziętych. Główna różnica pomiędzy Polską a przynajmniej częścią pozostałych państw realizujących podobne programy polega na tym, że polskie firmy są bardziej zaawansowane, mają bardziej zbliżony charakter do tych z północnej części Europy i często są po prostu lepiej rozwinięte niż w innych krajach.

Co istotne, jednym z głównych celów Funduszy Norweskich jest też stymulowanie współpracy pomiędzy przedsiębiorstwami z Polski i Norwegii. Dlatego firmy, które zgłaszają się po granty w ramach tego instrumentu, otrzymują możliwość budowania partnerstwa z norweskimi firmami i wejścia na tamtejszy rynek.

– Te stosunki dwustronne są ważnym elementem Norweskiego Mechanizmu Finansowego. Polskie MŚP współpracują z norweskimi partnerami, co przekłada się na obopólne korzyści. Tworzą coś wspólnie, współpracują, uczą się od siebie nawzajem, dzielą się wiedzą i technologią oraz zdobywają doświadczenie w zakresie współpracy międzynarodowej i na rynku wewnętrznym – mówi Margrethe Asserson, Programme Manager w Financial Mechanism Office.

W ramach Funduszy Norweskich na realizację programów w państwach UE w latach 20142021 przewidziano 1,25 mld euro.


d

Obiekty biurowe coraz bardziej innowacyjne. Królują rozwiązania proekologiczne i ułatwienia dla pracowników

Inteligentne rozwiązania będą coraz mocniej widoczne w powierzchniach biurowych. Różnego typu aplikacje, systemy i sieci sensorów oraz algorytmy przetwarzające zbierane dane pozwalają łatwo zarządzać nie tylko poszczególnymi pomieszczeniami czy biurami, ale i całymi budynkami. Bardzo często te ułatwienia są nakierowane na wsparcie funkcjonowania pracowników w przestrzeni biurowej, ale mocnym trendem jest również wykorzystanie rozwiązań proekologicznych. Pandemia COVID-19 wymusza na deweloperach i najemcach inwestycje w kolejne innowacyjne funkcjonalności.

Coraz więcej firm decyduje się na wynajęcie powierzchni biurowych w nowoczesnych budynkach. Często są to biurowce zwane inteligentnymi. Za pomocą setek, a nawet tysięcy czujników wpiętych w systemy komputerowe kontrolują  zużycie prądu, wody, nawiewy, klimatyzację czy dostęp do pomieszczeń i garaży. Deweloperzy stosują coraz bardziej  nowoczesne rozwiązania.

– Różnego typu technologie pomagają w utrzymaniu i zarządzaniu nie tylko powierzchnią biurową najemcy, lecz także całym budynkiem – mówi agencji Newseria Biznes Karol Wyka, dyrektor ds. wynajmu HB Reavis Poland, spółki zarządzającej biurami m.in. w warszawskich obiektach Varso Place, Forest czy West Station I–II.

Nowoczesne rozwiązania to nie tylko sposób na efektywniejsze zarządzanie biurowcami, ale przede wszystkim udogodnienia dla pracujących w nich ludzi. Każdy pracownik znajdujący się w biurowcu może np. pobrać aplikację, dzięki której dowie się, co się dzieje w innym miejscu w biurze, zamówi jedzenie do swojej firmy z lokali w budynku czy wyśle zapraszający kod QR, który jego goście będą mogli wykorzystać do wejścia zamiast plastikowej karty.

– Dzięki telefonowi pracownik jest w stanie otwierać drzwi, przywołać windę czy też wjeżdżać do garażu. Nie musimy mieć przy sobie karty, większość rzeczy jesteśmy w stanie załatwić telefonem – tłumaczy Karol Wyka.

Stosowany przez HB Reavis system Symbiosy pozwala na analizę zachowań w miejscu pracy. Sensory stosowane w obiektach umożliwiają przykładowo liczenie osób wchodzących do biura i wychodzących z niego. W przypadku czytników kart sensorycznych można badać np. interakcje między danymi działami firmy, co na podstawie częstotliwości spotkań pokaże np., jak pracownicy działu sprzedaży współpracują z działem marketingu. Pomaga to także efektywniej wykorzystywać sale konferencyjne i planować spotkania.

– Niektóre sale są zajęte zawsze od rana do godziny 12.00 i może się wydawać, że jest ich za mało. Natomiast office manager, mając bazę wiedzy zbudowaną na danych z sensorów, jest w stanie lepiej zapanować nad pracą biura. W przypadku naszych budynków aplikacje są innowacją, która gości w większości z nich, a w szczególności w nowych obiektach – mówi dyrektor ds. wynajmu HB Reavis Poland.

Dane zbierane z sensorów pozwalają także wdrażać rozwiązania, działania, które pozytywnie wpływają na zdrowie pracowników i efektywność ich pracy.

– Symbiosy to zestaw sensorów, którym może być oplecione całe biuro i dzięki którym wiemy, że przykładowo w danej sali konferencyjnej jest zbyt duże stężenie dwutlenku węgla. Nie dziwi więc, że w takiej sali większość uczestników spotkania jest śpiąca. Sensor to wyłapuje i możemy albo przewietrzyć pomieszczenie, jeśli mamy uchylne okna, albo specjalny system wentylacji jest w stanie przepompować z innej części biura świeże powietrze – wyjaśnia Karol Wyka.

Jak podkreśla, gros wdrażanych w nowoczesnych biurowcach rozwiązań ma związek z ekologią i oszczędzaniem energii i wody. Ten aspekt jest coraz ważniejszy zarówno dla najemców, jak i deweloperów. Świadczy o tym chociażby popularność zielonych certyfikatów dla budynków (np. BREEAM czy LEED), a co za tym idzie projektowanie zeroemisyjnych biurowców naszpikowanych innowacjami.

– Wśród ciekawych rozwiązań innowacyjnych, które wpływają na ekologię, jest system odzyskiwania energii w windach – mówi dyrektor ds. wynajmu HB Reavis Poland. – Przy hamowaniu winda odzyskuje energię, którą może wykorzystać.

System odzyskiwania energii kinetycznej podczas hamowania (KERS) jest stosowany od wielu lat w bolidach Formuły 1.

– Kolekcjonowana jest woda z deszczu, woda tzw. brudna, która jest potem wykorzystywana do podlewania zielonych przestrzeni w budynkach – wymienia ekspert. – Również system BMS, Buliding Management System, który służy do zarządzania budynkiem, powinien być jak najnowszy i najbardziej innowacyjny. On również wpływa na tematy ekologiczne. Przykładowo system żaluzji, które są sterowane przez BMS, jest w stanie wygenerować oszczędności w zużyciu energii. Podobnie jak klimakontaktrony, czyli urządzenia, które przy otwieraniu okien czy rozszczelnieniu paneli wentylacyjnych wyłączają system klimatyzacji i wentylacji w danym pomieszczeniu.

Zdaniem eksperta przyszłość tego sektora rynku nieruchomości będzie się opierać na dalszym unowocześnianiu sposobów zarządzania przestrzenią.

Jeśli chce się podążać za wyznaczonymi trendami, trend innowacji jest bardzo istotny. Już projektując biura kilka lat temu, przewidzieliśmy, że tematy związane z ekologią, które w tej chwili są bardzo istotne, należy wprowadzić do aplikacji budynkowych – mówi Karol Wyka. – COVID-19 tylko wzmocnił ten trend.

Rośnie zagrożenie cyberatakami. Firmy zwiększają nakłady na cyfrową ochronę

Liczba ataków na sieci korporacyjne wzrosła w ubiegłym roku w porównaniu z rokiem poprzednim aż o połowę – wynika z danych Check Point Software. Z kolei raport Vecto wskazuje, że niemal 70 proc. polskich przedsiębiorstw w 2021 roku stwierdziło naruszenie bezpieczeństwa danych. To o 8 pkt proc. więcej niż rok wcześniej. Dominującym typem ataków pozostaje phishing. Zdaniem ekspertów odpowiedzią na działania hakerów powinno być wdrażanie koncepcji opartych na bardzo ograniczonym zaufaniu, zarówno wobec użytkowników urządzeń wewnątrz sieci firmowej, jak i pracujących w lokalizacjach wyniesionych, na przykład w ramach home office.

– Pandemia w wielu środowiskach przyspieszyła cyfryzację. Tempo, które zostało narzucone, spowodowało, że wiele systemów zostało przeniesionych do świata cyfrowego i aplikacji, które były wykorzystane do zachowania ciągłości działania biznesowego firm. Tempo działania jest często złym doradcą przy zachowywaniu standardów i dobrych praktyk cyberbezpieczeństwa – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Jędrzej Bieniasz, ekspert ds. cyberbezpieczeństwa w Zakładzie Cyberbezpieczeństwa Instytutu Telekomunikacji Politechniki Warszawskiej.

W przypadku przedsiębiorstw liczba ataków nasiliła się po przejściu w tryb pracy zdalnej. Zdaniem ekspertów problem leży jednak nie tyle w wyprowadzeniu urządzeń poza budynki korporacji, ile w nienależytym zabezpieczeniu sieci firmowych.

– Dobrze zrealizowany home office, czyli ogólnie systemy dostępu zdalnego, nie rozszczelniają sieci, bo jest to dzisiaj standard projektowania sieci. Trzeba sobie też zdawać sprawę, że sieci korporacyjne od dawna nie są ani przywiązane geograficznie, ani fizycznie do jednego miejsca, tylko są wielomiejscowe. Ponadto wiele firm wykorzystuje środowiska chmurowe, więc dostęp zdalny i zasoby zdalne to jest dzisiaj rzeczywistość działania wielu organizacji, czyli home office nie jest tutaj wyjątkiem. Wyzwaniem jest stosowanie dobrych praktyk. Jest wiele dobrych rozwiązań, które ten home office potrafią zabezpieczyć, i możemy tylko zachęcać firmy, żeby wdrażały te systemy – ocenia Jędrzej Bieniasz.

Inwestycja w ochronę wymaga jednak dokładnej analizy zagrożeń oraz systemu, aplikacji i sieci należących do firmy.

– Chodzi o to, by zrozumieć, co jest ich celem ochrony w cyberprzestrzeni. Trochę inaczej chronią się firmy, kiedy posiadają informacje wrażliwe, inaczej, kiedy istotą działania jest ochrona dostępności czy też w ogóle ciągłość działania firmy. Mając ten poziom uświadomienia, możemy dobierać środki różnego rodzaju związane z zarządzaniem, technologiami, szkoleniem pracowników. To powinno być dopasowane do poziomu aktualnego wdrożenia systemów cyberbezpieczeństwa i procesów – wyjaśnia ekspert Politechniki Warszawskiej.

Jak wskazuje raport Vecto „Cyberbezpieczeństwo w polskich firmach 2022”, w 2021 roku rynek ochrony przed cyfrowymi zagrożeniami wzrósł o 10 proc., a prognozy na ten przewidują dalsze wzmocnienie tego trendu. 83 proc. ankietowanych potwierdza, że ich firmy inwestują w rozwiązania zapewniające zachowanie ciągłości pracy i procesów. Cztery razy więcej niż w poprzedniej edycji badania wdraża dodatkowe zabezpieczenia dla pracujących zdalnie. Połowa wszystkich użytkowników komputerów służbowych przyznała, że sprzęt jest zabezpieczony programem antywirusowym, a na co 10. urządzeniu jest zainstalowane również rozwiązanie zapewniające automatyczny backup. Z haseł dostępu korzysta 29 proc. respondentów.

– Prym wiodą ataki od strony użytkowników, czyli wszelkiego rodzaju podstawione strony www czy aplikacje mobilne. Jeżeli już środowisko zostanie skompromitowane, mamy klasyczne wykradanie informacji. Bardzo popularne są też ataki typu ransomware, czyli zaszyfrowanie systemów w celu wykupienia kluczy odszyfrowujących. Z drugiej strony widzimy też popularność wyszukiwania przez atakujących systemów wystawionych do internetu: aplikacji, stron www, ale też np. systemów mailowych i obsługi poczty – wymienia Jędrzej Bieniasz.

Ofiarą ataku typu ransomware padła pod koniec lutego NVIDIA. Zhakowanie wewnętrznych serwerów poskutkowało kradzieżą 1 TB danych. Firma miała przez dwa dni problemy z pocztą e-mail pracowników. Jak podkreślają eksperci Vecto, nie istnieją rzetelne dane, które wskazywałyby średnią wartość okupu płaconego przez polskie firmy. Można jednak przyjąć, że wiele z nich nie ma oporów przed pertraktowaniem z przestępcami, bowiem 60 proc. badanych podmiotów potwierdziło, że byłoby skłonnych zapłacić okup za odzyskanie zaszyfrowanych lub skradzionych danych.

Z badania przeprowadzonego przez Hornetsecurity Group wynika, że co czwarta firma padła ofiarą naruszenia bezpieczeństwa poprzez zhakowanie poczty e-mail. Nawet 40 proc. wiadomości może być potencjalnym zagrożeniem cyberbezpieczeństwa, a ponad jedna trzecia naruszeń to ataki phishingowe. Hakerzy najczęściej podszywają się pod specjalistów HR lub IT i proszą pracowników o przekazanie danych dostępowych.

Raport Vecto wskazuje, że prawie 70 proc. rodzimych przedsiębiorstw w ubiegłym roku musiało się zmierzyć z różnymi formami ataków. Najwięcej osób ankietowanych wskazało, że ucierpiały na tym bazy kontrahentów i relacje z nimi (prawie 30 proc.), a także pojawiło się ryzyko utraty unikalnego know-how i własności intelektualnej (prawie 25 proc.), dlatego firmy coraz częściej decydują się na wdrażanie koncepcji Zero Trust, której głównym założeniem jest brak zaufania w przypadku dostępu do cyfrowych zasobów, zarówno wobec lokalizacji wyniesionych, jak i urządzeń i osób działających w strukturach siedziby. Standard ten obejmuje każdorazowe weryfikowanie tożsamości osoby i urządzenia, na przykład poprzez dwuskładnikowe uwierzytelnienie.

Branża IT walczy z energochłonnością. Dostawcy szukają sposobów na „zazielenienie” chmury i centrów danych

Jedynie 5 proc. firm z branży technologicznej w Polsce mierzy swój ślad węglowy, ale połowa zamierza to robić w kolejnych latach – wynika z badania InCredibles i INSPIRED. Presja na ograniczanie zużycia energii i emisji CO2 w sektorze IT ciągle rośnie, do czego przyczyniają się m.in. wymogi klientów i regulacje prawne UE związane z transformacją energetyczną. Poza tym rosnące ceny energii podnoszą koszty utrzymania infrastruktury IT, dlatego firmy szukają usług na zewnątrz i to u zielonych dostawców. Istotną rolę w procesie zazieleniania branży będzie odgrywać chmura i centra danych. 

 IT jest branżą energochłonną, ale pojawiają się w niej pewne innowacje, które pozwalają zastanowić się nad alternatywą np. dla serwerów generujących ślad węglowy. Z jednej strony jest to sposób, w jaki te serwery są zasilane, z drugiej – z jakich komponentów się składają oraz jak wygląda fizycznie serwerownia, bo myślimy o wielkim boisku pełnym komputerów, a może się okazać, że serwery mogą działać w specjalnych kapsułach pod wodą. Takie projekty w Microsofcie też robimy – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Foks, menedżer biznesu start-upowego w zespole Azure Microsoft.

Giganci upatrują w innowacjach nadziei na poprawę sytuacji. Microsoft testuje m.in. zasilanie centrum danych technologią wodorową i realizuje projekt Natick. Przewiduje on, że serwery w specjalnych tubach są umieszczane pod powierzchnią wody, zasilane odnawialną energią z fal morskich oraz chłodzone przez otaczającą je wodę. Takie rozwiązanie mogłoby w przyszłości znacznie obniżyć pobory energii data center, a przy okazji obniżyć koszty.

Projekt kapsułowych centrów danych, które znajdują się pod wodą, jest ciekawym przykładem, który pokazuje też wyzwania wynikające z prowadzenia tego typu biznesu, jakim jest chmura. Mówimy o chłodzeniu, dostępności pewnych rozwiązań sprzętowych, ich wymianie i serwisowaniu, o pewnych sygnałach, dzięki którym jesteśmy w stanie ocenić, czy ta infrastruktura działa w sposób pożądany – wyjaśnia ekspert Microsoftu.

Zrównoważony rozwój i dążenie do neutralności klimatycznej staje się koniecznością w każdym biznesie, bez względu na sektor. Nie omija to także IT. Jak wynika z lutowego raportu „Szanse i zagrożenia – odpowiedzialność społeczna i środowiskowa firm IT” INSPIRED oraz InCredibles, sektor technologiczny jest obecnie odpowiedzialny już za 4 proc. globalnej emisji gazów cieplarnianych. Według danych przytaczanych przez Beyond.pl pierwszą polską firmę, która dołączyła do europejskiego Paktu na rzecz neutralności klimatycznej centrów danych, w Europie przyśpieszona cyfryzacja sprawia, że do 2030 roku szacowane zużycie energii przez centra danych wzrośnie o ok. 18 proc. Mordor Intelligence szacuje, że w 2020 roku tylko w Stanach Zjednoczonych sektor centrów danych zużył nawet 139 mld kWh energii elektrycznej i wyemitował do atmosfery nawet 147 mln ton CO2.

Zużycie energii da się ograniczyć, ale najpierw należy obliczyć, jaki ślad węglowy faktycznie generujemy i ile energii używamy w kontekście rozwiązań, z których korzystamy. Wtedy, wędrując do chmury, należy się zastanowić, na ile ta konsumpcja prądu się zmieni – mówi Łukasz Foks. – Na poziomie naszej chmury Azure mamy opcję, która pozwala bardzo szybko wyliczyć ten ślad węglowy i każdy, kto z niej korzysta, za pomocą kilku kliknięć będzie w stanie przyrównać zużycie prądu w kontekście konkretnych usług w chmurze do tego, co faktycznie obsługuje pod dachem swojej serwerowni.

Badanie InCredibles wskazuje, że jedynie 5 proc. przedsiębiorstw z branży technologicznej w Polsce mierzy swój ślad węglowy. Połowa deklaruje, że zamierza to robić w kolejnych latach. Odpowiedzi badanych firm wskazują także, że większość z nich nie wytwarza ani nie kupuje energii z OZE lub nie wie, czy wykorzystuje zieloną energię w codziennym funkcjonowaniu. 90 proc. firm nie analizuje sposobu, w jaki ich oprogramowanie wpływa na zużycie energii.

Microsoft podejmuje wiele inicjatyw na rzecz zrównoważonego rozwoju. Ogłosiliśmy ambitny plan, który pokazuje kilka perspektyw tej neutralności, którą osiągnęliśmy w 2012 roku, ale do 2030 roku chcemy być carbon negative, a nawet wyczyścić tę emisję, którą wygenerowaliśmy do 2050 roku. Ta innowacja się głównie dzieje na poziomie tego, jak planujemy nasze centra danych. Zastanawiamy się także, jaka emisja wynika z całego łańcucha dostaw obsługującego te centra danych, ale także jaką emisję generują nasi dostawcy. Rozmawiamy z nimi, żeby pokazać też pewne dobre praktyki, które mogą spowodować, że ta emisja zostanie obniżona – mówi ekspert Microsoftu.

Eksperci wskazują, że istotną rolę w „zazielenieniu” branży może odegrać cloud computing. Raport Microsoftu „The carbon benefits of cloud computing” z 2020 roku wskazuje, że chmura tego dostawcy jest od 22 do 93 proc. bardziej efektywna energetycznie od tradycyjnych centrów danych w poszczególnych firmach. Zasilanie zieloną energią czyni ją także od 72 do 98 proc. bardziej korzystną pod względem emisji CO2.

Przewagę ekologiczną chmury potwierdza także raport Accenture („The Green Behind the Cloud”). Szacuje on, że w ujęciu globalnym redukcja emisji dwutlenku węgla mogłaby wynieść nawet ok. 5,9 proc. całkowitej emisji, za którą odpowiedzialna jest branża IT, lub prawie 60 mln ton CO2 rocznie, co można porównać do usunięcia z dróg 22 mln samochodów. Już nawet częściowa migracja do chmury może zmniejszyć emisję dwutlenku węgla o ponad 84 proc. w porównaniu z tradycyjną infrastrukturą. Jeszcze większą redukcję, sięgającą nawet 98 proc., można osiągnąć dzięki projektowaniu aplikacji dedykowanych dla chmury. Analizy Accenture pokazały, że oszczędności wynikające z migracji do chmury mogą sięgać nawet ok. 30 proc. całkowitych kosztów posiadania własnej infrastruktury.

Większość ekspertów jest zgodna, że chmura będzie odgrywać istotną rolę w procesie transformacji energetycznej UE, z jednej strony umożliwiając dalszą cyfryzację, z drugiej – pomagając w redukcji emisji CO2. Stąd też popularne ostatnimi laty stało się pojęcie Green Cloud (ang. zielona chmura) odnoszące się do korzyści środowiskowych i finansowych, jakie mogą zapewnić usługi dostarczane przez internet z udziałem technologii cloud computingu.

Chmura z pewnością może być zielona. Należy jednak sprawdzić, jak faktycznie wyglądają operacje danego dostawcy chmury. Posiadanie serwerowni, która obsługuje wszystkie nasze obliczenia, generuje ślad węglowy, więc należy to porównać do tego, co oferuje dostawca chmury, zastanowić się, jakie metryki raportuje i czy faktycznie pomoże nam w obniżeniu emisji. Dziś wiele firm wskazuje, że za chwilę będą musiały raportować swoje emisje wynikające z operacji IT, dlatego dobrze by było, aby dostawca dostarczył klientowi końcowemu taki raport – mówi Łukasz Foks.

Presja na ograniczanie zużycia energii i emisji CO2 ciągle rośnie, do czego przyczyniają się m.in. wymogi klientów. Według danych CloudBolt, przytaczanych przez Beyond.pl, już w tej chwili 68 proc. dużych firm IT, wybierając dostawców usług data center i cloud, bierze pod uwagę ich podejście do środowiska i zrównoważonego rozwoju. Z kolei 79 proc. jest gotowych dopłacić do energii z OZE.

Kluczową rolę odgrywają jednak regulacje prawne UE związane z transformacją energetyczną oraz rosnące ceny surowców i uprawnień do emisji CO2 w unijnym systemie ETS. Dla firm oznaczają one, że utrzymanie infrastruktury IT będzie coraz droższe, wobec czego inwestycje w zielone źródła energii staną się niezbędne. Dlatego – jak wynika z raportu Mordor Intelligence („Green Data Central Market – Growth, Trends and Forecast 2020–2025”) – z każdym rokiem coraz większy będzie popyt na data center zasilane zieloną energią. Do 2025 roku ich rynek ma osiągnąć wartość 181,91 mld dol. (w porównaniu z 53,19 mld dol. w 2019 roku), co oznacza wzrost na poziomie 23 proc. rocznie w ciągu pięciu lat.

O tym, co biznes, w tym również branża IT, może zrobić dla planety, eksperci rozmawiali podczas debaty zorganizowanej podczas jednego z Thursday Gathering. To spotkania społeczności innowatorów, naukowców, start-upów, ekspertów, inwestorów i studentów, które są dobrą okazją do wymiany wiedzy, doświadczeń i omówienia najważniejszych trendów rynkowych. Organizatorem coczwartkowych eventów jest Fundacja Venture Café Warsaw i jej partnerzy.

Zastosowanie baterii wciąż ma wiele ograniczeń. Technologia opracowana na Politechnice Warszawskiej może ten rynek...

Do 2026 roku globalny rynek baterii ma już osiągnąć wartość blisko 174 mld dol. Napędza go m.in. segment elektroniki użytkowej, rozwój elektromobilności i rynku magazynowania energii. – Dziś wciąż jest jednak kilka ograniczeń, które blokują nam możliwości zastosowania baterii – zauważa dr hab. inż. Leszek Niedzicki z Politechniki Warszawskiej. Nierozwiązanym problemem pozostają m.in. technologie szybkiego ładowania baterii, ich ograniczenia temperaturowe, jak i pozyskiwanie surowców do ich produkcji. Dlatego też naukowcy stale pracują nad ich doskonaleniem. Duże osiągnięcia na tym polu ma zespół polskich badaczy z Politechniki Warszawskiej, który opracował m.in. nowy typ elektrolitu. To dopiero druga taka technologia na świecie i pierwsza w Europie, ale już korzysta z niej m.in. kilku producentów elektroniki.

 Właściwie jesteśmy już cywilizacją na baterie. Prawie wszystkie nowe technologie, które wchodzą na rynek, są na nich oparte. Używamy baterii wszędzie, np. jadąc autobusem czy samochodem elektrycznym, nasze słuchawki, myszki i laptopy też są na baterie. Są już też pomysły na pociągi, są już pierwsze promy na baterie i małe samolociki napędzane elektrycznie, więc ten trend będzie tylko rósł – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. inż. Leszek Niedzicki, profesor na Wydziale Chemicznym Politechniki Warszawskiej.

Baterie są niezbędnym źródłem zasilania dla szerokiej gamy energochłonnych urządzeń elektronicznych w zastosowaniach konsumenckich i przemysłowych. Z chemicznych magazynów energii korzysta – bez kabli i emisji spalin – ogromna liczba urządzeń: od słuchawek bezprzewodowych, laptopów, przez samochody Tesli, po ogromnego Dreamlinera czy nawet sondy kosmiczne.

Z opublikowanego w styczniu br. raportu Global Industry Analysts („Battery – Global Market Trajectory & Analytics) wynika, że wartość globalnego rynku baterii – w 2021 roku szacowana na ok. 105,6 mld dol. – w ciągu kilku najbliższych lat znacząco wzrośnie, osiągając 173,7 mld dol. już w 2026 roku, przy średniorocznym tempie wzrostu wynoszącym 10,3 proc. Obecnie blisko 1/3 udziałów w tym rynku mają stosunkowo najpopularniejsze baterie litowo-jonowe i zdaniem analityków właśnie ten segment zanotuje największy wzrost (blisko 15 proc. rocznie), aby w 2027 roku osiągnąć wartość 118,4 mld dol.

Podobne analizy przytacza też MarketsandMarkets. Wynika z nich, że globalny rynek baterii litowo-jonowych wzrośnie z nieco ponad 41 mld dol. w 2021 roku do 116,6 mld dol. na koniec obecnej dekady. Ten rynkowy wzrost będzie zaś napędzany głównie przez segment elektroniki użytkowej i rozwój samochodów elektrycznych (eksperci szacują, że w latach 2020–2027 globalne zapotrzebowanie na baterie wzrośnie aż 10-krotnie wskutek rozwoju elektromobilności), a także energetykę odnawialną i rozwój rynku magazynowania energii.

Jest jednak kilka ograniczeń, które na dziś blokują nam rozwój bądź możliwości zastosowania baterii – zauważa dr hab. inż. Leszek Niedzicki.

Jak wskazuje, pierwszym z nich są ograniczenie temperaturowe, ponieważ przyjmuje się, że baterie działają w zakresie od ok. -10 do maksymalnie 60°C. Dlatego ich użytkowanie bywa problemem w zimie oraz w niektórych branżach i gorętszych regionach świata. Nierozwiązanym problemem wciąż pozostają też technologie szybkiego ładowania baterii oraz pozyskiwania surowców do ich produkcji. Dla przykładu Kongo odpowiada za niemal 70 proc. dostaw kobaltu. Tak duża zależność stwarza zarówno ekonomiczne, jak i geopolityczne ryzyka. Ma też przełożenie na cenę.

– To m.in. kobalt, którego większość jest wydobywana tylko w jednym kraju na świecie i w dodatku dość niestabilnym, bo w Kongo. Z drugiej strony mamy materiały takie jak grafit, który niby jest powszechnie dostępny, ale ten najlepszej jakości pochodzi z krajów takich jak Sri Lanka, Chiny i Australia, a to są kraje dalekie i możliwości wydobycia wcale nie są tak duże, jak by się wydawało – podkreśla profesor Politechniki Warszawskiej. – Są też problemy dotyczące zastosowania baterii, np. ze względu na zbyt małą gęstość energii, czyli zbyt małą pojemność albo zbyt małe możliwości ładowania. W niektórych zastosowaniach nadal nie możemy ich użyć, chociażby w samolotach elektrycznych, ponieważ te baterie ciągle są zbyt ciężkie.

Kilka lat temu wszystkie samoloty Dreamliner zostały „uziemione” właśnie ze względu na wadliwe magazyny prądu. Podobne problemy zdarzały się też w przypadku elektroniki konsumenckiej, czego przykładem były kilka lat temu chociażby wybuchające baterie w smartfonach. Dlatego też naukowcy stale pracują nad ich doskonaleniem.

Baterie przyszłości to w tej chwili dwa nurty i trudno powiedzieć, który wygra, bo to horyzont przynajmniej 10 lat. Pierwsza kwestia to możliwość zastosowania litu metalicznego w ogniwach, co bardzo poprawiłoby ich pojemność. Natomiast to niestety jeszcze chwilę potrwa. Możliwości szybkiego ładowania litem też są ograniczone i nie wyszliśmy jeszcze poza obszar prototypów. Jednak lit metaliczny to najprawdopodobniej przyszłość dla bardziej pojemnych ogniw. Podobnie jak zastosowanie siarki. I to jest ten drugi element, chodzi o pozbycie się kobaltu, niklu i innych droższych metali na rzecz dosyć taniej albo wręcz prawie odpadowej siarki – mówi dr hab. inż. Leszek Niedzicki. – Kolejny kierunek to ogniwa, które mają być jak najtańsze, i prawdopodobnie posłuży temu sód, być może z siarką, być może z powietrzem, albo ogniwa lit–powietrze. Wciąż nie jest jednak pewne, która z tych technologii wejdzie do użycia.

Poszukiwaniem nowych materiałów i technologii produkcji baterii zajmuje się również zespół polskich naukowców z Wydziału Chemicznego Politechniki Warszawskiej, kierowanego przez prof. Władysława Wieczorka. Polscy badacze już mają na tym polu olbrzymie osiągnięcia – technologie opracowane na Politechnice Warszawskiej są już wykorzystywane przez jeden z europejskich koncernów.

Nasze osiągnięcia obejmują przede wszystkim wdrożenie drugiej w historii technologii elektrolitów do baterii – mówi ekspert Wydziału Chemicznego Politechniki Warszawskiej. – Baterie litowo-jonowe składają się z trzech głównych komponentów: katody, anody i elektrolitu. Te elektrolity przez ostatnich 30 lat istnienia baterii litowo-jonowych na rynku, właściwie od momentu ich powstania, bazowały na jednej technologii. Wszystkie pozostałe komponenty się zmieniały, a elektrolit był niezmienny. Na Politechnice Warszawskiej opracowaliśmy nowy elektrolit, z użyciem mniej toksycznego materiału, który sprawia, że ogniwo działa dłużej i wolniej się starzeje. Bez problemu może też działać w dużo wyższych temperaturach, do 90°C. To dopiero druga taka technologia na świecie i pierwsza w Europie. Baterie z użyciem tego elektrolitu już są na rynku. Z powodu tajemnicy handlowej nie mogę podać konkretnych marek, ale droższe modele smartfonów są w nie już wyposażone.

Polskie innowacje na rynku baterii były głównym tematem marcowego Good Morning Science. To cykl comiesięcznych spotkań skupionych wokół innowacji w nauce organizowany w ramach inicjatywy klubu Trend House założonego przez Fundację Venture Café Warsaw. Misją klubu jest łączenie innowatorów i rozwiązywanie ważnych problemów społecznych, ekonomicznych i technologicznych. Trend House obecnie liczy ponad 240 członków, w tym osobistości ze świata nauki, biznesu i ekosystemu innowacji. Gospodarzem formatu jest znany popularyzator nauki i legenda telewizji Wiktor Niedzicki (członek klubu), który co miesiąc zaprasza swoich gości, by zaprezentowali najnowsze naukowe dokonania polskich zespołów badawczych.

 

Liczba badań klinicznych w Polsce bije rekordy. Wpływ na to mają kompetencje badaczy, niższe...

Polska to atrakcyjny kraj dla prowadzenia badań klinicznych. W 2021 roku zarejestrowano rekordową ich liczbę: 800 projektów komercyjnych i niekomercyjnych. Polska wraz z całym regionem Europy Środkowo-Wschodniej ma istotny udział w europejskim i światowym rynku badań klinicznych. Choć do tej pory dominował w nim segment komercyjnych projektów, to zaczyna przybywać również tych niekomercyjnych, zwłaszcza od kiedy powstała Agencja Badań Medycznych. Przygotowywana jest ustawa, która dopasuje polskie przepisy do europejskiego prawodawstwa i pozwoli na szerszą współpracę międzynarodową.

Jak wynika z raportu przygotowanego przez Związek Pracodawców Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych INFARMA oraz Związek Pracodawców Firm Prowadzących Badania Kliniczne na Zlecenie POLCRO, w okresie ostatnich 25 lat Polska ugruntowała swoją pozycję jako jeden z potentatów na światowym rynku badań klinicznych. W 2019 roku zajęła 11. miejsce na świecie pod względem udziału w rynku iBPCT (innowacyjnych biofarmaceutycznych komercyjnych badań klinicznych).

Polska jest liderem, szczególnie w Europie Środkowej, ale i w całej Europie, i to bardzo cieszy. Widzimy potencjał gospodarczy, bo rynek jest wart co najmniej 6 mld zł, więc kontrybucja gospodarcza jest nie do przecenienia – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. n. med. Radosław Sierpiński, prezes Agencji Badań Medycznych.

W latach 2014–2019 Polska odnotowała jeden z największych wzrostów udziału w rynku iBPCT na świecie, plasując się na piątym miejscu za Chinami, Hiszpanią, Koreą Południową i Tajwanem. Mimo pandemii w 2020 roku wartość ekonomiczna iBPCT przekroczyła 1,4 mld dol. (15 proc. wszystkich nakładów na R&D w Polsce), utworzono ok. 9 tys. miejsc pracy związanych z tym segmentem badań, a ponad 25 tys. polskich pacjentów uzyskało dostęp do nowych terapii eksperymentalnych.

Tym, co przyciąga sponsorów, którzy realizują międzynarodowe badania kliniczne w Polsce, jest przede wszystkim bardzo profesjonalna kadra. To jest bardzo istotne, że mamy badaczy, którzy naprawdę świetnie sobie z tym radzą – podkreśla dr hab. n. med. Radosław Sierpiński. – Jesteśmy również państwem o scentralizowanej ochronie zdrowia, więc możliwości włączania pacjentów w badania są wyraźnie większe niż w tych krajach, gdzie medycyna jest bardziej rozdrobniona.

Pozycję w światowej czołówce kraje CEE i Polska zawdzięczają takim czynnikom jak wyższa produktywność ośrodków w porównaniu z rynkami o ugruntowanej pozycji, niższe koszty pracy i rozpoczęcia badań oraz dobra reputacja w zakresie jakości.

 Takie instytucje jak Agencja Badań Medycznych pokazują, że ekosystem w Polsce jest przyjazny, że potrafimy i chcemy to robić, i mam nadzieję, że czekają nas tylko wzrosty – mówi prezes agencji.

Powstała w 2019 roku ABM jest państwowym podmiotem odpowiedzialnym za rozwój badań w dziedzinie nauk medycznych i nauk o zdrowiu. Realizuje jeden z pierwszych publicznych programów dotacyjnych z finansowaniem przeznaczonym na niekomercyjne badania kliniczne w Polsce, które są szansą dla polskich pacjentów na dostęp do najnowszych technologii. Są też okazją dla polskich naukowców na udział w światowych badaniach. W latach 2011–2019 odsetek projektów niekomercyjnych osiągał w Polsce niskie w porównaniu z Europą Zachodnią wartości pomiędzy 0,5 a 5 proc.

Jednym z projektów ABM było stworzenie wyspecjalizowanych Centrów Wsparcia Badań Klinicznych na zasadzie modelu usług wspólnych dla kompleksowego i systemowego wsparcia realizacji badań komercyjnych i niekomercyjnych. Ta inicjatywa ma na celu uatrakcyjnienie rynku badań klinicznych w Polsce, co przyczyni się do zwiększenia dostępu pacjentów do nowoczesnych, innowacyjnych terapii, częstszego wyboru przez sponsorów ośrodków badawczych, a także wzrostu liczby realizowanych badań. Nowo powstałe Centra pozwolą na lepszą koordynację badań klinicznych w Polsce.

W Polsce powstaje ponad 20 takich centrów, będą otwierane już niebawem co miesiąc. Z jednej strony zabezpieczamy w ten sposób jakość obsługi pacjenta i prowadzenie badań klinicznych, a z drugiej pokazujemy, że jesteśmy wartościowym partnerem na arenie międzynarodowej – informuje Radosław Sierpiński.

Ponadto Agencja Badań Medycznych przeznaczyła ponad 47 mln zł na stworzenie wyspecjalizowanych Onkologicznych Centrów Wsparcia Badań Klinicznych (OnkoCWBK), które dołączą do Polskiej Sieci Badań Klinicznych. Siedem rekomendowanych do dofinansowania ośrodków dołączy do już istniejących 16 placówek.

Onkologiczne Centra Wsparcia Badań Klinicznych to istotna inicjatywa, która pokazuje, że nie skupiamy się tylko na szpitalach akademickich, największych instytutach naukowo-badawczych. Chcemy również, żeby badania kliniczne stanowiły realny dostęp do innowacyjnych terapii onkologicznych i hematologicznych. Stąd też skłonienie się w kierunku regionalnych centrów onkologii, jak choćby na Dolnym Śląsku. To są miejsca, gdzie takie badania mogą się toczyć na wysokim poziomie. Gros pacjentów na przykład w Świętokrzyskiem bierze w nich udział i dzięki temu uzyskuje dostęp do nowoczesnej terapii, niejednokrotnie nie mając w zasięgu ośrodka akademickiego – informuje prezes ABM.

Jak wskazuje Deloitte, udział badań onkologicznych na późnych etapach wynosi ok. 35 proc. i pozostaje stabilny, mimo że ostatnio duży nacisk położono na walkę z koronawirusem.

Zgodnie z raportem INFARMY i POLCRO Polska zajmuje czołowe miejsce wśród krajów o wysokim poziomie dostępności badań klinicznych dla pacjentów, plasując się na 12. miejscu na świecie i ósmym miejscu w Europie, wyprzedzając Niemcy, Francję, Włochy i Wielką Brytanię. Z raportu Deloitte’a wynika, że w 2021 roku w Polsce przeprowadzono rekordową liczbę ponad 800 badań klinicznych. Jednak w zakresie dostępu do innowacyjnych terapii mamy jeszcze trochę do nadrobienia.

– Zwracam uwagę, że przez bardzo wiele lat szeroko pojęty przemysł biotechnologiczny czy biomedyczny nie był właściwie doinwestowany, nie było źródeł finansowania i bardzo często proces badawczy nie kończył się stosownym wdrożeniem na polskim rynku. W najbliższym czasie przed nami uchwała Rady Ministrów, czyli plan rozwoju biomedycyny na najbliższe 10 lat, gdzie faktycznie wsparci zostaną polscy badacze, zespoły badawcze, polskie innowacyjne firmy biotechnologiczne, żeby te innowacje pochodzące z Polski mogły tu pozostać dla polskich pacjentów – podkreśla Radosław Sierpiński.

Jak dodaje, trend wzrostowy rynku badań klinicznych łatwiej będzie utrzymać dzięki odpowiednim przepisom.

– Finiszujemy z projektem ustawy o badaniach klinicznych, która w najbliższych miesiącach będzie przedłożona w polskim parlamencie. Będzie dostosowywała, harmonizowała nasze prawodawstwo w tym zakresie z prawodawstwem europejskim – zauważa prezes ABM.

Wśród najważniejszych zmian, które wprowadzi ustawa, jest m.in. utworzenie Naczelnej Komisji Bioetycznej przy Agencji Badań Medycznych oraz Funduszu Kompensacyjnego przy Biurze Rzecznika Praw Pacjenta. Te instytucje mają spowodować, że system będzie jeszcze bardziej przyjazny dla pacjentów.

Stay connected

20,831FaniLubię
2,506ObserwującyObserwuj
0SubskrybującySubskrybuj
- Advertisement -

Latest article

Tylko do 2035 roku będzie można kupić w UE samochód napędzany benzyną lub dieslem....

Od 2035 roku najprawdopodobniej nie będzie można kupić i zarejestrować na terenie UE nowego samochodu napędzanego benzyną lub dieslem. To efekt nowych przepisów, które na początku czerwca przyjął Parlament Europejski. Jak wskazuje prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego Jakub Faryś, producenci samochodów są już na nie przygotowani. Polska może mieć jednak problem, bo w tej chwili nasz kraj nie jest gotowy na nadchodzącą transformację transportu pod względem infrastrukturalnym. Ministerstwo Sprawiedliwości zapowiedziało, że będzie namawiać rząd do sprzeciwienia się tej regulacji na forum UE.

– Parlament Europejski w ślad za propozycją Komisji Europejskiej podjął decyzję, że w 2035 roku na rynku będą oferowane tylko nowe samochody bateryjne i wodorowe – mówi agencji Newseria Biznes Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego. – Funkcjonuje takie sformułowanie, że będzie zakaz sprzedaży samochodów spalinowych. Jednak w praktyce to będą bardzo wysokie opłaty dla producentów takich aut, więc zapewne nikt się na to nie zdecyduje. To oznacza, że po 2035 roku – o ile jeszcze kraje członkowskie przyjmą tę regulację w takim kształcie, w jakim została przegłosowana przez Parlament Europejski – nie będziemy mogli zarejestrować już żadnego innego samochodu niż samochód elektryczny bateryjny lub wodorowy.

Poparcie Polski dla tego projektu nie jest pewne. Zbigniew Ziobro, minister sprawiedliwości, zapowiedział, że wezwie rząd do sprzeciwu wobec unijnej propozycji. Jego zdaniem konsekwencje nowych podatków uderzą w obywateli. 

Zgodnie z propozycją UE producenci aut, których średnie emisje przekroczą limity, będą musieli uiścić z tego tytułu wysokie opłaty. W praktyce oznacza to, że po 2035 roku nowe samochody spalinowe znikną z rynku, bo ich produkcja całkiem przestanie się opłacać.

– Branża motoryzacyjna jest w tej chwili w momencie wielkiej, historycznej zmiany. Przechodzimy z samochodów z silnikiem spalinowym na samochody nisko- i zeroemisyjne. I jesteśmy do tego przygotowani, ponieważ o tym, że będziemy musieli redukować emisję CO2 w nowych samochodach, wiedzieliśmy już od dawna – mówi Jakub Faryś. – Już dzisiaj właściwie wszyscy producenci oferują samochody elektryczne, wielu ma samochody wodorowe i są to auta konstruowane jako elektryczne już od podstaw, a nie – tak jak jeszcze kilka lat temu – będące jakąś fabryczną konwersją. Wciąż walczymy, żeby te samochody były tańsze, żeby miały większy zasięg, ale z technicznego punktu widzenia już teraz jesteśmy gotowi oferować je na rynku.

Problemem jest jednak niedostatecznie rozwinięta w Polsce infrastruktura do ładowania elektryków. Statystyki pokazują, że na koniec maja br. w Polsce było zarejestrowanych już blisko 48,7 tys. aut z napędem elektrycznym (wzrost o 45 proc. w ciągu pierwszych pięciu miesięcy tego roku w ujęciu rocznym), tymczasem liczba ogólnodostępnych stacji ładowania wynosiła raptem 2,2 tys., przy czym tylko 29 proc. stanowiły szybkie stacje ładowania prądem stałym (DC), a resztę – wolne ładowarki prądu przemiennego (AC) o mocy mniejszej lub równej 22 kW. W maju br. w całej Polsce uruchomiono tylko nowe, ogólnodostępne stacje ładowania elektryków. PZPM i PSPA podają też, że w ciągu ostatnich dwóch lat liczba osobowych elektryków przypadających na jedną stację ładowania wzrosła ponad dwukrotnie: z 10 do 21.

– Producenci pojazdów nie są w stanie wybudować sieci ładowarek, która będzie satysfakcjonująca z punktu widzenia klientów. Nie są też w stanie zaingerować w sieci dystrybucyjne czy wybudować nowe elektrownie. Dlatego jeżeli mamy wypełnić cele, które są wyznaczone przez Komisję i Parlament Europejski, musi być dobra sieć ładowania – podkreśla prezes PZPM. – Komisja Europejska założyła, że w 2030 roku takich punktów powinno być niespełna 4 mln. Jako branża motoryzacyjna szacujemy, że to powinno być 7 mln, czyli prawie dwa razy tyle. To pokazuje, jak ważnym tematem będzie zapewnienie w Europie wystarczającej liczby punktów ładowania. Dość powiedzieć, że w tej chwili mamy ich nieco ponad 300 tys., a w dodatku połowa z nich, czyli prawie 150 tys., jest zlokalizowanych tylko w dwóch krajach: w Niemczech i Holandii.

Ekspert ocenia, że tempo elektryfikacji transportu będzie szybsze właśnie w krajach takich jak Niemcy, Norwegia czy Holandia, w których poziom zamożności społeczeństwa jest istotnie wyższy.

– W Polsce mamy niestety sporo osób, które zamożne nie są, więc będziemy musieli zadbać o to, żeby nie stać się złomowiskiem Europy i żeby nie okazało się, że samochody spalinowe – wycofywane z innych, zamożniejszych rynków – trafiają do nas. Efekt może być taki, że nagle średni wiek pojazdu w Polsce, który obecnie wynosi już 14 lat, wzrośnie jeszcze bardziej. Dlatego to jest duże wyzwanie również społeczne, żeby już dzisiaj zacząć pracować nad strategią przechodzenia na niskoemisyjne napędy, aby nie skończyło się to np. wykluczeniem komunikacyjnym jakiejś części naszego społeczeństwa – zauważa Jakub Faryś.

Przegłosowany przez PE zakaz może negatywnie wpłynąć również na producentów części. Duże koncerny motoryzacyjne zaczęły przygotowywać się do niego już wcześniej, poszerzając portfolio o auta z napędem alternatywnym. Jednak przestawienie producentów części i podzespołów może się okazać większym wyzwaniem.

– W Polsce mniej więcej połowa producentów części i podzespołów dedykuje swoje produkty tej klasycznej, spalinowej motoryzacji. Część zakładów – tu wyobraźmy sobie np. deskę rozdzielczą – może przestawić się na produkcję dedykowaną samochodom elektrycznym. Jednak trudno sobie wyobrazić, żeby przestawili się na nią np. producenci tłumików, bo one po prostu nie będą potrzebne. Dlatego bardzo dużym wyzwaniem i bardzo ważną rzeczą jest to, żebyśmy przygotowali producentów części i podzespołów do tej nadchodzącej bardzo dużej zmiany – mówi prezes PZPM.

Jak zauważa, od 2035 roku duże zmiany czekają jednak nie tylko rynek samochodów osobowych, ale i transport drogowy, który zostanie objęty unijnym systemem handlu emisjami ETS.

– W praktyce przewoźnicy będą musieli wnosić opłaty za używanie samochodów z silnikami Diesla. A zdecydowana większość transportu towarowego – zarówno samochodów dostawczych, jak i ciężarowych – to właśnie samochody z silnikami Diesla – mówi Jakub Faryś.

Pacjenci z SMA czekają na refundację terapii genowej. Jedno podanie leku wystarczy, żeby zahamować...

W Polsce żyje ok. 1 tys. osób zmagających się z SMA, czyli rdzeniowym zanikiem mięśni, a każdego roku rodzi się ok. 50 dzieci, u których rozwinie się ta rzadka, ciężka choroba genetyczna. Od trzech lat refundowana jest terapia, dzięki której SMA przestało być śmiertelnym zagrożeniem. Lekarze i organizacje pacjenckie apelują jednak o rozszerzenie możliwości leczenia o terapię genową. Ta metoda działa bezpośrednio na przyczynę choroby i wystarczy podać ją raz na całe życie, by nie doszło do rozwoju rdzeniowego zaniku mięśni, nie wymaga regularnych hospitalizacji i punkcji. Dziś rodzice samodzielnie zbierają środki na ten cel, bo terapia genowa nie jest refundowana w Polsce.

– W Polsce potrzeba dostępu do terapii genowej, żeby każdy pacjent z rdzeniowym zanikiem mięśni mógł dostać jednorazową terapię, która uchroni go od częstych wizyt w szpitalu. Taki pacjent będzie miał szansę na to, żeby żyć zupełnie normalnie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria prof. dr hab. n. med. Maria Mazurkiewicz-Bełdzińska, prezes Polskiego Towarzystwa Neurologów Dziecięcych, kierownik Kliniki Neurologii Rozwojowej Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.

Rdzeniowy zanik mięśni, czyli SMA, jest rzadką chorobą uwarunkowaną genetycznie, która powoduje nieodwracalne uszkodzenia neuronów ruchowych, a w konsekwencji – niedowład i zanik mięśni szkieletowych. To zaś prowadzi do ciężkiej niepełnosprawności. Dzieci z SMA zatrzymują się w rozwoju fizycznym, nie nabywają umiejętności samodzielnego siedzenia czy poruszania się i stopniowo tracą siłę mięśni, a wraz z nią możliwość przełykania i oddychania. Bez leczenia farmakologicznego choroba może doprowadzić do całkowitej niewydolności oddechowej, zadławienia, niedożywienia i przedwczesnej śmierci. Jeszcze do niedawna SMA był najczęstszą, genetyczną przyczyną śmierci dzieci do drugiego roku życia.

W Polsce żyje ok. 1 tys. osób zmagających się z tą chorobą, a każdego roku rodzi się ok. 50 dzieci, u których rozwinie się SMA. W ponad 70 proc. przypadków pierwsze objawy pojawiają się właśnie w niemowlęctwie albo wczesnym dzieciństwie. Dzieci, u których SMA zostanie wykryte jeszcze przed wystąpieniem pierwszych objawów i które jak najszybciej otrzymają leczenie, mają duże szanse rozwijać się dokładnie tak samo jak ich zdrowi rówieśnicy. Odpowiednio leczeni dorośli z SMA, mimo niepełnosprawności, nierzadko zakładają rodziny i są aktywni zawodowo.

Jestem mamą czwórki dzieci, z których dwoje choruje na SMA – mówi Olga Pańczyk. – Antek jest dzieckiem leżącym, pod respiratorem, karmionym za pomocą PEG-a, wymaga naszej opieki 24 godziny na dobę. Urodził się w 2010 roku, kiedy w ogóle nie było jeszcze żadnego leczenia. Z Jaśminą to już całkiem inna historia. Ona urodziła się w 2018 roku, czyli już w całkiem innych czasach, kiedy w leczeniu SMA nastąpił przełom. O jej chorobie wiedzieliśmy od 14. tygodnia ciąży i od tego czasu zaczęliśmy szukać opcji leczenia dla niej. Wzięła udział w badaniu klinicznym terapii genowej i dziś rozwija się jak zdrowe dziecko, chodzi do przedszkola, samodzielnie je, bawi się, rośnie. Jest dobrze.

Na świecie w leczeniu SMA są obecnie zarejestrowane trzy leki. W Polsce jest dostępny jeden z nich – nusinersen, który w 2019 roku został objęty refundacją w ramach programu lekowego. Dzięki temu rdzeniowy zanik mięśni przestał być dla chorych śmiertelnym zagrożeniem. Nusinersen musi być jednak podawany chorym do końca życia, bezpośrednio do płynu mózgowo-rdzeniowego w kanale kręgowym. To zaś wiąże się z koniecznością zgłoszenia do szpitala i wykonania punkcji lędźwiowej. Dlatego rodziny dzieci chorych na SMA, zrzeszone w organizacjach pacjenckich, od pewnego czasu apelują o wprowadzenie w Polsce refundacji terapii genowej. Ta metoda leczenia działa bezpośrednio na przyczynę choroby – zastępuje wadliwy gen w komórkach dzieci z SMA genem prawidłowym, który uruchamia produkcję białka SMN1. Dożylne podanie tej terapii dziecku jeszcze przed wystąpieniem objawów choroby sprawia, że nie dochodzi do rozwoju rdzeniowego zaniku mięśni. W Polsce eksperci uważają, że terapia genowa powinna być podana do szóstego miesiąca życia i do wagi 13,5 kg.

Najnowsze dane dotyczące terapii genowej pokazują, że włączenie jej jeszcze przed wystąpieniem pierwszych objawów choroby powoduje, iż 100 proc. pacjentów jest niezależnych oddechowo i żywieniowo. I te 100 proc. pacjentów osiąga kamień milowy, który do tej pory był dla nich nieosiągalny, czyli samodzielne siedzenie, a znaczna większość jest też w stanie samodzielnie stać i chodzić – mówi prof. Maria Mazurkiewicz-Bełdzińska.

Terapia genowa, choć w pełni zarejestrowana przez Komisję Europejską, na razie nie jest w Polsce dostępna. Rodzice chorych samodzielnie zbierają na nią pieniądze – często nawet wtedy, gdy korzystają już z refundowanego leczenia nusinersenem. Terapia genowa jest dostępna w 19 krajach, m.in. w  Niemczech, Francji i Włoszech, Egipcie, a także w Bułgarii, Czechach i Węgrzech, czyli krajach o podobnym do Polski PKB.

Dane niemieckie podsumowujące 76 pacjentów, którzy otrzymali terapię genową między 2019 a 2021 rokiem, pokazują, że to leczenie jest skuteczne u znakomitej większości z nich. U dzieci, które miały poniżej ośmiu miesięcy w momencie podania terapii, średnio stan poprawiał się o ponad 13 punktów w 64-punktowej skali, o niecałe osiem punktów, gdy dzieci były między ósmym a 24. miesiącem życia, i pozostawał stabilny w przypadku dzieci starszych. To pozostanie stabilnym jest także bardzo istotne, dlatego że trzeba pamiętać, że rdzeniowy zanik mięśni w swoim naturalnym przebiegu jest chorobą postępującą – mówi prof. dr hab. n. med. Katarzyna Kotulska-Jóźwiak, kierownik kliniki Neurologii i Epileptologii w Centrum Zdrowia Dziecka, przewodnicząca Zespołu Koordynacyjnego ds. Leczenia Chorych na Rdzeniowy Zanik Mięśni.

Co istotne, w przytaczanych badaniach niemieckich, które wskazują na wysoką skuteczność terapii genowej, znakomita większość dzieci (70 na 76 badanych) dostała lek już po wystąpieniu pierwszych objawów. Działający w Polsce program badań przesiewowych gwarantuje, że leczenie będzie można włączyć na wcześniejszym, przedobjawowym etapie. Pilotaż programu rozpoczęto w kwietniu 2021 roku, a w ciągu roku udało się nim objąć całą Polskę.

Lekarze i pacjenci wskazują, że wprowadzenie terapii genowej w leczeniu SMA przyniosłoby oszczędność dla całego systemu ochrony zdrowia, bo lek podaje się raz na całe życie. Dzięki temu odpadają wszystkie pozostałe koszty związane m.in. z koniecznością hospitalizacji, punkcji dolędźwiowych, wieloletnich rehabilitacji etc. Eksperci Polskiego Towarzystwa Neurologów Dziecięcych w oficjalnym stanowisku z kwietnia br. wskazali, że korzyścią byłoby również znaczne zmniejszenie obciążenia oddziałów neurologii dziecięcej. 

Specjalistyczne karetki pozwalają ratować życie noworodków po niedotlenieniu. Taki sprzęt trafił właśnie do szpitala...

Niedotlenienie okołoporodowe i niewydolność oddechowa u noworodka mogą doprowadzić do jego niepełnosprawności fizycznej i intelektualnej, a w najgorszym wypadku nawet śmierci. Hipotermia lecznicza, polegająca na kontrolowanym obniżeniu temperatury ciała, pozwala temu zapobiec. Liczy się jednak czas, bo po sześciu godzinach niedotlenienia zmiany w mózgu dziecka mogą być już nieodwracalne. Dlatego Uniwersytet Medyczny w Poznaniu wspólnie z Generali Polska i Fundacją The Human Safety Net wdrażają projekt, który pozwala zastosować tę terapię już w trakcie transportu noworodka do szpitala – w karetce neonatologicznej. Specjalistyczny sprzęt trafił właśnie do łódzkiego Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki. – Zamierzamy dostarczać je do kolejnych placówek – zapowiada Andrea Simoncelli, przewodniczący rady nadzorczej Generali Polska. 

Hipotermia lecznicza polega na kontrolowanym obniżeniu temperatury ciała noworodka. To uznana na świecie metoda poprawiająca wyniki leczenia dzieci dotkniętych niedotlenieniem okołoporodowym, czyli tzw. asfiksją.

Stosujemy ją u noworodków, które urodziły się w złym stanie z powodu jakichś zdarzeń okołoporodowych, jak np. zaburzenia przepływu łożyskowego. Poród to zawsze jest duży wysiłek dla dziecka, któremu czasem brakuje tlenu, i taki stan nazywamy potocznie zamartwicą. To jest problem, który może prowadzić do ciężkich zaburzeń rozwojowych. Konsekwencją niedotlenienia okołoporodowego może być np. mózgowe porażenie dziecięce. Hipotermia daje nam szansę, aby chronić dzieci przed tymi zaburzeniami rozwojowymi, pod warunkiem jednak że zostanie zastosowana wcześnie – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr hab. n. med. Iwona Maroszyńska, prof. ICZMP, dyrektor Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi.

Okno terapeutyczne wynosi maksymalnie sześć godzin, zanim zmiany w mózgu dziecka staną się nieodwracalne, prowadząc m.in. do niepełnosprawności fizycznej i intelektualnej, a w cięższych przypadkach nawet śmierci.

Jeżeli po incydencie niedotlenienia okołoporodowego nie zastosujemy hipotermii leczniczej bądź zastosujemy ją zbyt późno, w ciągu sześciu godzin dochodzi do trwałych uszkodzeń komórek ośrodkowego układu nerwowego, co długofalowo prowadzi do zaburzeń rozwojowych. Pod tym hasłem kryje się szereg jednostek chorobowych, w tym przede wszystkim mózgowe porażenie dziecięce. To powoduje praktycznie trwałe kalectwo w zakresie rozwoju ruchowego, czyli będziemy mieć do czynienia z osobą, która będzie wymagać wózka bądź kul, wsparcia w poruszaniu się. Z drugiej strony dochodzi też do zaburzeń poznawczych, a więc taka osoba nie będzie mogła w pełni uczestniczyć w życiu społecznym – wyjaśnia prof. dr hab. n. med. Jan Mazela, kierownik Oddziału Neonatologicznego Ginekologiczno-Położniczego Szpitala Klinicznego w Poznaniu.

W Polsce przez długi czas hipotermia lecznicza u noworodków była stosowana tylko stacjonarnie, podczas hospitalizacji w wybranych ośrodkach o najwyższym stopniu referencyjności. Zazwyczaj znajdują się one w dużych miastach. Dzieci urodzone w odległych miejscowościach musiały dotrzeć do takiego specjalistycznego szpitala w ciągu kluczowych sześciu godzin od porodu, co w praktyce często okazywało się trudne. Dlatego w 2019 roku w Polsce wystartował program, który pozwala zastosować hipotermię leczniczą już w trakcie transportu noworodka do szpitala – w karetce neonatologicznej wyposażonej w specjalistyczny sprzęt.

W ICZMP stosujemy hipotermię leczniczą u noworodków już od 2008 roku. Byliśmy pierwszym ośrodkiem, który wprowadził tę metodę leczenia. Ale zdarza się, że dziecko rodzi się poza naszym szpitalem. Oczywiście ktoś mógłby powiedzieć, że województwo łódzkie nie jest duże, w ciągu kilku godzin da się do nas dojechać. Zasada dotycząca transportu noworodka jest jednak taka, że my najpierw musimy to dziecko ustabilizować. A taka karetka to jest stanowisko intensywnej terapii na kółkach – mówi dr hab. Iwona Maroszyńska.

– Przełomowość programu polega na tym, że dzięki wyposażeniu karetek w drogie, specjalistyczne urządzenie lekarze mają możliwość zastosowania terapii właśnie w tzw. złotym oknie – dodaje prof. Jan Mazela.

Zapoczątkowany trzy lata temu program hipotermii leczniczej noworodków w transporcie neonatologicznym to wspólne przedsięwzięcie Generali Polska, Fundacji The Human Safety Net i Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu. Na początek objął trzy województwa, a specjalistyczne wyposażenie do karetek ratujące życie noworodków trafiło do szpitali w Poznaniu, Bydgoszczy i Zielonej Górze.

– Program hipotermii leczniczej w transporcie noworodkowym działa w Poznaniu od ponad dwóch lat. W tym czasie przetransportowano sześć noworodków, które po urodzeniu wymagały hipotermii leczniczej, ale do porodu doszło w szpitalu, który nie miał możliwości przeprowadzenia takiego leczenia – mówi kierownik Oddziału Neonatologicznego Ginekologiczno-Położniczego Szpitala Klinicznego w Poznaniu.

– Dzięki współpracy z profesorem Janem Mazelą z Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, wybitnym specjalistą w dziedzinie neonatologii, rozpoczęliśmy projekt wyposażania karetek neonatologicznych w sprzęt, dzięki któremu można pomóc noworodkom dotkniętym niedotlenieniem. Leczenie zastosowane z jego użyciem w ciągu pierwszych sześciu godzin po urodzeniu ogromnie zwiększa szanse na przeżycie dziecka. Realizujemy ten projekt ze wsparciem fundacji Generali – The Human Safety Net – mówi Andrea Simoncelli, przewodniczący rady nadzorczej Generali Polska.

Jak wskazuje, rozwój programu na chwilę wstrzymała pandemia COVID-19, ale teraz został on wznowiony. Kolejna karetka ze sprzętem do hipotermii leczniczej noworodków trafiła już do Łodzi.

– Instytut Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi jest czwartym ośrodkiem, do którego trafił ten specjalistyczny sprzęt, a środki na ten sprzęt zgromadziliśmy z pomocą naszych pracowników. Zamierzamy dostarczać go do kolejnych placówek – zapowiada Andrea Simoncelli.

Sprzęt przekazany do łódzkiego szpitala został zakupiony dzięki zaangażowaniu pracowników Generali Polska podczas globalnego wyzwania fundacji The Human Safety Net w 2021 roku. Wolontariusze podczas dwóch tygodni trwania wyzwania m.in. jeździli na rowerach, chodzili z kijkami nordic walking, biegali po górach, przebywając prawie 22 tys. km, aby szerzyć świadomość asfiksji. Wolontariusze Generali Polska zebrali w efekcie ponad 50 tys. zł, a firma podwoiła tę kwotę.