Rośnie zapotrzebowanie na medyczne innowacje. Polskie start-upy coraz lepiej radzą sobie w tej branży

– W Polsce dostęp do finansowania dla start-upów z branży healthcare wciąż nie jest wystarczający, natomiast to się zmienia. Polskie fundusze coraz wyraźniej widzą potrzebę inwestowania w ten segment – wskazuje Natalia Świrska-Załuska z OVHcloud. Do tej zmiany przyczyniły się nie tylko minione dwa lata pandemii COVID-19, ale i postępujące starzenie się społeczeństwa, które zwiększa zapotrzebowanie na cyfrowe rozwiązania w opiece medycznej. Polskie start-upy dobrze radzą sobie zaś z tworzeniem takich rozwiązań i mają coraz lepszą pozycję na scenie międzynarodowej.

– Jak pokazuje raport „Rock Health”, 2021 rok był przełomowy dla start-upów z obszaru healthcare, mieliśmy ponad 730 inwestycji o łącznej wartości 30 mld dol. To pokazuje, jak duże jest zapotrzebowanie, które dodatkowo zwiększyła pandemia COVID-19 – mówi agencji Newseria Biznes Natalia Świrska-Załuska, Startup Program Manager CEE w OVHcloud.

Dwa lata pandemii były czasem szybkiej adaptacji cyfrowych rozwiązań w medycynie i rozwoju obszarów takich jak telemedycyna, wearables czy cyfrowa opieka nad pacjentami. W efekcie coraz lepiej radzą sobie też start-upy z branży healthcare. Istotnym czynnikiem, który ma na to wpływ, jest również szybkie starzenie się społeczeństwa.

– Z roku na rok nasze społeczeństwo się starzeje, więc wydłuża się też nasza oczekiwana długość życia, a potrzeby pacjentów stają się coraz większe. Z drugiej strony jest coraz mniej lekarzy, którzy muszą tych pacjentów obsłużyć. Dlatego potrzebujemy rozwiązań, które będą mogły kompleksowo wspomóc zarówno pacjentów, jak i pracę lekarzy – mówi Andrzej Zakręcki, prezes zarządu Mediprintic.

Jak wskazuje, medyczne innowacje są ukierunkowane przede wszystkim na poprawę komfortu i bezpieczeństwa pacjentów albo skrócenie czasu pobytu w szpitalu. Z drugiej strony mają za zadanie podnoszenie efektywności pracy personelu medycznego, dostarczanie im narzędzi, które ułatwiają pracę i oszczędzają czas, a przy okazji zapewniają oszczędności dla całego systemu ochrony zdrowia.

Według danych Polskiego Funduszu Rozwoju w Polsce działa w tej chwili 2914 start-upów. Ostatni raport Fundacji Startup Poland pokazuje zaś, że branża medtech – czyli usługi z obszaru medycyny i zdrowia – jest jednym z najpopularniejszych obszarów ich działalności. Zajmuje trzecie miejsce (po sztucznej inteligencji i uczeniu maszynowym oraz e-commerce), w tej branży rozwija się ok. 13 proc. polskich innowacyjnych spółek.

Jak wynika z raportu „Top Disruptors in Healthcare 2021”, będącego przeglądem innowacyjnych start-upów medycznych w Polsce, ponad połowa badanych spółek działa w obszarze telemedycyny, 45 proc. wskazuje na obszar AI/machine learning, a na trzecim miejscu podium są urządzenia medyczne ex aequo z obszarem danych medycznych (po 37 proc.). W porównaniu z poprzednią wersją badania widać wzrost zainteresowania sztuczną inteligencją w zdrowiu. 70 proc. z badanej grupy start-upów tworzy innowacje we współpracy ze szpitalami.

– Polska ma fantastycznych inżynierów, informatyków, deweloperów i programistów. Staramy się coraz lepiej to wykorzystać, a technologie oferowane przez polskie spółki znajdują już zainteresowanie nie tylko w Polsce, ale są skalowalne także w Europie i na pozostałych rynkach zagranicznych – mówi Krzysztof Mędrala, prezes zarządu MedApp.

Polskie start-upy zdają sobie sprawę, że rodzimy rynek ochrony zdrowia jest zbyt mały, aby odnieść na nim znaczny sukces. Już 17 proc. ogółu polskich start-upów medycznych z sukcesem oferuje swoje produkty komercyjnie za granicą. Ponad 1/3 badanych firm działa na rynkach zagranicznych poprzez podpisane listy intencyjne, umowy komercyjne lub zarejestrowany przychód z rynku zagranicznego. Nieco ponad połowa nie jest jeszcze obecna na rynkach zagranicznych, ale ma to w planach.  

– Polskie start-upy mają dobrą pozycję na międzynarodowym rynku, ale wszystko, co najlepsze, ciągle przed nami. Mamy kilka jednorożców z obszaru technologii dedykowanych medycynie, które są szeroko rozpoznawalne, ale mamy również sporo spółek, które mają potencjał do tego, aby takimi jednorożcami zostać – mówi Krzysztof Mędrala.

Polska już w ubiegłym roku doczekała się pierwszego jednorożca (czyli start-upu technologicznego o wycenie przekraczającej 1 mld dol.), którym została platforma rezerwacyjna usług medycznych DocPlanner. W swoim ostatnim raporcie Fundacja Startup Poland wskazuje też kilka innych polskich spółek z branży medycznej, które mają duży potencjał rozwoju. Jest wśród nich m.in. platforma Genomtec ID, która ma szansę całkowicie zmienić podejście do  diagnostyki genetycznej i przybliżyć ją pacjentom tak, aby diagnoza była możliwa w trakcie jednej wizyty lekarskiej, a badanie genetyczne mogli przeprowadzić lekarz, pielęgniarka czy ratownik medyczny.

– Aby zostać unicornami, start-upy potrzebują różnorodnego wsparcia. Przede wszystkim dostępu do kapitału i zrozumienia rosnącego zapotrzebowania na telemedycynę, digital healthcare. Ale myślę, że pandemia pozwoliła już dostrzec to zapotrzebowanie. Po drugie, potrzeba też wsparcia merytorycznego, otwarcia się publicznych instytucji na to, żeby takie projekty i produkty wdrażać – wymienia Natalia Świrska-Załuska.

Wśród badanych start-upów medycznych zdecydowanie najbardziej popularną formą finansowania są środki własne założycieli (tzw. boostrapping). Z tego sposobu korzysta 62 proc. start-upów, które zostały uwzględnione w raporcie „Top Disruptors in Healthcare 2021” (rok wcześniej deklarowało to 31 proc. badanych). Jak podkreślają jego autorzy, pokazuje to z jednej strony dużą wiarę założycieli start-upów w tworzone przedsięwzięcia, z drugiej strony może świadczyć o trudności w pozyskaniu środków zewnętrznych. Kolejną najbardziej popularną kategorią finansowania są granty – z grantów UE korzysta 34 proc. badanych, z grantów krajowych – 31 proc. Nadal bardzo niewiele polskich start-upów medycznych budzi zainteresowanie inwestorów zagranicznych – takie wsparcie pozyskało jedynie 9 proc. respondentów.

– W Polsce dostęp do finansowania dla start-upów z branży healthcare wciąż nie jest wystarczający, natomiast to też się zmienia. Polskie fundusze coraz wyraźniej widzą potrzebę inwestowania w ten segment. Potwierdził to również przełomowy, 2021 rok, kiedy łączne inwestycje w tej branży były największe od lat – dodaje Natalia Świrska-Załuska.

Innowacje w medycynie i sytuacja start-upów z branży healthcare były tematem jednego z ostatnich spotkań odbywających się w ramach Thursday Gathering. To cykliczne spotkania społeczności innowatorów, które dają okazję do omówienia najnowszych trendów, wymiany doświadczeń i nawiązania kontaktów biznesowych. Są organizowane w każdy czwartek o 17:00 w warszawskim Varso przez Fundację Venture Café Warsaw i jej partnerów.

Polska może się stać Doliną Zielonych Innowacji. Coraz więcej start-upów szuka sposobów na walkę...

Do 2050 roku freon wykorzystywany w klimatyzacjach czy lodówkach będzie odpowiadać za 27 proc. emisji gazów cieplarnianych na świecie. Technologia firmy Dynamic Air Cooling pozwoli o połowę obniżyć emisje generowane w procesie chłodzenia. Ten polski start-up, który wygrał właśnie spośród blisko 230 zgłoszeń konkurs Huawei Startup Challenge, to jeden z przykładów innowacji nakierowanych na walkę ze zmianami klimatu. – Dzięki młodym polskim innowatorom mamy ogromną szansę, żeby zbudować Dolinę Zielonych Innowacji i żeby Polska była hubem zielonych innowacji w Europie, a może i na świecie – mówi Alicja Tatarczuk z Huawei Polska.

Nasza planeta jest odpowiedzialnością nas wszystkich. To jest suma małych i większych działań, które i pojedyncze osoby, i wielkie korporacje, i rządy państw mogą wykonywać na rzecz tego, żebyśmy przyszłym pokoleniom zostawili planetę bardziej zieloną i w ogóle zdatną do życia. Dzisiaj ochrona klimatu jest jednym z największych wyzwań, jest na agendach najważniejszych organizacji i rządów – mówi agencji Newseria Biznes Alicja Tatarczuk, menedżerka ds. CSR w Huawei Polska i jedna z pomysłodawczyń konkursu Huawei Startup Challenge. – Technologie mogą w ogromnym stopniu pomóc przyspieszyć zieloną rewolucję i wesprzeć spowolnienie zmian klimatycznych.

Jak wskazuje Cleantech for Europe w raporcie „Seizing the EU’s man on the moon moment”, bez technologii z dziedziny cleantech nie uda się zrealizować celów pakietu Fit for 55, który zakłada, że do 2030 roku emisja gazów cieplarnianych zostanie ograniczona o 55 proc., a do 2050 roku UE osiągnie neutralność klimatyczną. Z kolei Międzynarodowa Agencja Energii (IEA) podkreśla, że kryzys energetyczny w Europie otwiera drogę dla przełomowych technologii, a start-upy i innowacje mogą odegrać istotną rolę w radzeniu sobie z obecnymi zakłóceniami. Dlatego też wspieranie sektora cleantech staje się ważniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Nakłady finansowe i innego rodzaju pomoc dla start-upów zaczęły płynąć szerszym strumieniem po podpisaniu porozumienia paryskiego w 2015 roku. Tylko w 2020 roku europejski sektor cleantech przyciągnął inwestycje venture capital w wysokości ponad 5 mld euro. Coraz większe wsparcie jest o tyle istotne, że – jak ocenia IEA – prawie połowa technologii potrzebnych do osiągnięcia zerowej emisji netto nie jest jeszcze dostępna na rynku.

Dlatego właśnie organizujemy konkurs Huawei Startup Challenge razem ze Startup Academy, żeby wyławiać najlepsze pomysły polskich młodych innowatorów i naukowców na ochronę klimatu i środowiska – mówi ekspertka Huawei Polska. – Druga edycja pokazała nam, że w polskich start-upach tkwi ogromny potencjał i one naprawdę mogą się skalować i zawalczyć o globalne rynki.

– Podczas kilkumiesięcznego programu start-upy usprawniały strategie zrównoważonego rozwoju i konfrontowały własne nowatorskie pomysły z mentorami, starając się tym samym przekonać jury do swoich rozwiązań – mówi Ryszard Hordyński, dyrektor ds. strategii i komunikacji w Huawei Polska. – Wszystkie rozwiązania naszych finalistów na rzecz poprawy klimatu i ochrony planety prezentowały bardzo wysoki poziom innowacyjności. 

Potencjał polskich innowatorów jest ogromny, bo do konkursu wpłynęło blisko 230 zgłoszeń na proekologiczne rozwiązania. Kapituła wybrała z nich dziesiątkę finalistów, a z nich – zwycięską trójkę. Pierwsze miejsce i nagrodę główną 100 tys. zł otrzymał start-up Dynamic Air Cooling (DAC), który pracuje nad innowacyjną technologią chłodzenia.

Każdy z nas ma klimatyzację, lodówkę. Używając tych urządzeń codziennie, produkujemy nowe emisje. Freony, które są zawarte w tych urządzeniach, wnikają do środowiska i powodują globalne ocieplenie. W Stanach Zjednoczonych już teraz do chłodzenia budynków zużywane jest więcej energii, niż wynosi całość zużycia Afryki. To pokazuje skalę problemu, o którym w ogóle nie mówimy. Mówimy o węglu, elektryfikacji samochodów, wodorze – to są bardzo ważne tematy, ale jest jeszcze jeden ważny temat – chłodzenie – mówi Pavel Panasjuk, prezes zarządu Dynamic Air Cooling. – Do połowy stulecia wyprodukujemy 27 proc. globalnych emisji przez chłodzenie. Nasze rozwiązanie pozwala obniżyć emisje spowodowane chłodnictwem i klimatyzacją o 50 proc. To jest właśnie pół stopnia Celsjusza w zakresie celów klimatycznych.

Drugie miejsce i 60 tys. zł zdobył start-up Plan Be Eco za narzędzie dla firm do liczenia i raportowania śladu węglowego w całym łańcuchu dostaw, wspomagające osiąganie neutralności klimatycznej. Podium zamknął Hydrum z autorskim reaktorem chemicznym i systemem HydroHub, który pomaga wykorzystać słone wody kopalniane w procesie produkcji zielonego wodoru. Dodatkowa nagroda w wysokości 10 tys. zł, którą ufundowała Krajowa Izba Klastrów Energii, trafiła do SunRoof Technology.

Start-up tworzy dachówki zintegrowane z panelem fotowoltaicznym. Podobną technologię rozwija Tesla Elona Muska, ale być może stworzyliśmy tu w Polsce coś lepszego – mówi Alicja Tatarczuk. – Konkurs Huawei Startup Challenge jest dla nas swoistą lupą, pod którą bardzo dobrze widzimy, że dzięki młodym polskim innowatorom możemy budować siłę gospodarczą naszego kraju. Kluczem do osiągnięcia sukcesu jest współpraca tych młodych start-upowców z dużym biznesem, bo dzięki tej sile synergii start-upy mogą dostać ogromną dawkę wiedzy, inspiracji i środków finansowych, ale przede wszystkim promocji i mogą zaistnieć na arenie międzynarodowej.

– Wygrana w konkursie Huawei Startup Challenge pomoże nam i każdemu innemu zwycięskiemu start-upowi znaleźć nowych partnerów do tego, żeby wdrożyć swoją technologię, pracować dalej i rozwijać konkretne rozwiązanie – mówi Pavel Panasjuk.

Wśród zgłoszeń do konkursu dominowały projekty związane z rozwojem odnawialnych źródeł energii (12 proc.), wsparciem dla gospodarki obiegu zamkniętego (12 proc.) oraz technologii pomagających ograniczyć marnowanie żywności (8 proc.). Największą grupę start-upów (40 proc.) stanowiły podmioty z Mazowsza oraz Warmii i Mazur (20 proc.). W finałowej dziesiątce, poza czwórką laureatów, znalazły się takie podmioty jak Maas Loop, MakeGrowLab, Nanosci, Vertigo Farms, The True Green oraz Hydrogen First.

W pierwszej edycji Huawei Startup Challenge, która skupiała się na walce z różnego rodzaju wykluczeniami, pierwszą nagrodę zdobył Wheelstair – projekt usprawnienia wózków inwalidzkich, dzięki któremu osoby z niepełnosprawnościami mogą samodzielnie pokonywać schody.

Coraz więcej firm płaci okup cyberprzestępcom i to coraz wyższe kwoty. W konsekwencji mogą...

Rośnie liczba ataków ransomware, czyli blokad, których celem jest wymuszenie okupu. Wraz z nią rośnie także wysokość kwot płaconych hakerom za odblokowanie danych i zasobów. Choć eksperci ds. bezpieczeństwa odradzają wpłacanie pieniędzy cyberprzestępcom, to na taki ruch decyduje się już niemal co druga zaatakowana organizacja. W ciągu ostatniego roku podwoił się udział okupów, których wartość przekroczyła milion dolarów. Już co dziewiąta wpłata opiewa na takie kwoty.

Nie powinniśmy płacić hakerom okupów, ale zaznaczam, że to moja prywatna opinia. Rozumiem, że jest to bardzo trudne, bo wszystkie procesy są zatrzymane, cała firma stoi, ale mimo to uważam, że płacenie terrorystom to nie najlepszy pomysł. Te pieniądze będą wykorzystane do finansowania działalności przestępczej – mówi agencji Newseria Innowacje Javier Carriazo z Milagro Digital Risk Intelligence.

Analitycy Sophos informują w raporcie „State of Ransomware 2022”, że w ubiegłym roku 66 proc. badanych firm na świecie zostało zaatakowanych przy użyciu oprogramowania ransomware. W 2020 roku odsetek ten wynosił 37 proc. Z tej grupy zaatakowanych firm i instytucji 46 proc. zapłaciło przestępcom okup. Co więcej, jedna czwarta organizacji, którym udało się przywrócić dane, nadal gotowa była zapłacić okup.

Dzieje się to często. Dużo częściej niż w przeszłości. Wiele firm tak robi, bo to najprostszy sposób wyjścia z kłopotów. Problem w tym, że płacąc, mówimy hakerom, że jesteśmy gotowi przekazywać im pieniądze. Możemy się więc spodziewać drugiego i trzeciego ataku. Mimo to przedsiębiorstwa, szczególnie te małe, coraz częściej decydują się zapłacić okup – mówi Javier Carriazo.

Również badane przez VECTO polskie firmy w większości wskazały, że byłyby skłonne zapłacić okup za odzyskanie zaszyfrowanych lub skradzionych danych (60 proc.). Często bowiem straty wynikające z opóźnienia procesów czy odbudowy infrastruktury i baz danych często przewyższają wartość oczekiwanego przez cyberprzestępców okupu. Analitycy Sophos obliczyli, że średni koszt przywrócenia zasobów firmy do stanu sprzed ataku to 1,4 mln dol., a czas potrzebny na ten proces to średnio jeden miesiąc. Na skutek takiego przestoju firmy często musiały wstrzymać działalność, tracąc przy tym przychody, a czasami także były zmuszone ją zamknąć.

Przestępcy żądają coraz wyższych kwot okupu. Z tegorocznego raportu BrightCloud Threat Report wynika, że jeszcze w 2018 roku było to 6,7 tys. dol., rok później już 84,1 tys. W 2020 roku firmy płaciły cyberprzestępcom średnio 154,1 tys., a w ubiegłym roku kwota ta wzrosła ponaddwukrotnie i przekroczyła 322 tys. dol. Statystyki przytaczane przez Sophos są jeszcze bardziej alarmujące. Wynika z nich, że średni okup płacony przez organizacje wyniósł w ubiegłym roku prawie 812,4 tys. dol. Co dziewiąta firma wskazała, że zapłaciła ponad 1 mln dol. (w 2020 roku co 25. firma). Z kolei odsetek organizacji, które zapłaciły mniej niż 10 tys. dol., spadł z 34 proc. w 2020 roku do 21 proc. w 2021 roku.

Przykłady można mnożyć. W 2021 roku w ataku na Colonial Pipeline okup wyniósł 4,4 mln dol. Z kolei amerykańskie zakłady przetwórstwa mięsnego JBS z USA zapłaciły przestępcom 11 mln dol. Na celowniku cyberprzestępców są też Polacy, m.in. administracja. W marcu ubiegłego roku ofiarą ataku ransomware padło starostwo powiatowe w Oświęcimiu. Usuwanie skutków pochłonęło ponad 600 tys. zł, a i tak nie udało się przywrócić wszystkich skradzionych danych.

Główny typ ataku hakerskiego nazywamy inżynierią społeczną. Polega to na próbach oszukania ludzi w taki sposób, by zrobili coś, czego w zwykłych okolicznościach nie chcieliby zrobić – dodaje ekspert Milagro Digital Risk Intelligence. – Wielu sytuacji można by uniknąć, gdybyśmy byli bardziej świadomi. Musimy znać siebie, wiedzieć, kim jesteśmy, jak zwykle reagujemy. To najlepszy sposób obrony przed atakami wykorzystującymi inżynierię społeczną. Korzystanie z rozwiązań informatycznych też oczywiście ma sens.

Problem jednak w tym, że wielokrotnie narzędzia walki z cyberprzestępcami polegają wyłącznie na zabezpieczeniu infrastruktury, baz danych czy serwerów, z pominięciem faktu, że czynnik ludzki może być krytyczny. Mowa tu nie tylko o atakach polegających na wymuszaniu okupu.

– Ponad 90 proc. wszystkich ataków hakerskich zaczyna się od czynnika ludzkiego, na przykład w postaci maila phishingowego. Jeśli więc skupimy się tylko na ochronie komputerów, to nie dostrzegamy pełnego obrazu – mówi Javier Carriazo.

Polski samochód wodorowy wyjedzie na ulice przed 2030 rokiem. Najbliższy rok będzie poświęcony projektowaniu...

Wodór coraz częściej jest wymieniany jako paliwo przyszłości i szansa na zmniejszenie emisyjności w motoryzacji, nieograniczanej niedoskonałościami ogniw litowo-jonowych. Obecnie na rynku jest sprzedawanych kilka modeli samochodów osobowych napędzanych wodorem. Do tej stawki jeszcze w tej dekadzie chce dołączyć polski start-up ze swoim modelem. Na razie znany jest wstępny projekt auta, a trwają prace nad platformą jezdną. Ampere Life pracuje także nad systemem tankowania takich pojazdów.

To, na czym będziemy się skupiać w tym roku, to są prace nad platformą jezdną. Zbudowanie takiej platformy zajmuje trochę czasu. Rok 2022, a nawet początek 2023, to jest platforma jezdna, którą będziemy chcieli później zaprezentować, jak nasz samochód będzie działał. To nie będzie jeżdżąca platforma jezdna jeszcze jako sam silnik, tylko bardziej wizja zastosowania naszej technologii – informuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Michał Jędrzejewski, prezes i założyciel Ampere Life.

Polski start-up w ubiegłym roku zaprezentował wizję swojego samochodu wodorowego. Ma to być SUV o zasięgu wynoszącym od 800 do 1 tys. km.

– Planowany wyjazd na ulice jest w granicach 2030 roku, ale na to musi się złożyć trochę więcej czynników niż sam pojazd, bo musi zostać stworzona infrastruktura tankowania tego typu pojazdów – zapowiada Michał Jędrzejewski.

Dlatego jednocześnie start-up pracuje też nad zautomatyzowanymi stacjami tankowania wodoru. Jak podkreśla jego założyciel, samochód będzie ostatnim etapem całego projektu – najpierw pojawią się także stacje ładowania aut elektrycznych i aplikacja do zarządzania całym ekosystemem ładowania.

Naszym celem jest wytworzenie nowego rynku umożliwiającego nie tylko ładowanie samochodów, ale innego typu pojazdów, np. hulajnóg, rowerów. To, co chcemy dopiąć jak najszybciej, to są nasze stacje ładowania pojazdów elektrycznych. I tutaj już pojawili się pierwsi inwestorzy i mamy pierwsze zamówienia pod nasze stacje ładowania pojazdów elektrycznych – mówi założyciel Ampere Life. – To, w co teraz też mocno wchodzimy, a raczej będziemy wchodzić w niedługim czasie, to są carporty – nasze wiaty fotowoltaiczne, które też będą zasilały pojazdy elektryczne.

Technologia napędów wodorowych nie jest najnowszym odkryciem. Na rynku motoryzacyjnym są już dostępne auta osobowe z takim rodzajem paliwa, m.in. Toyota Mirai i Hyundai Nexo. Według danych Międzynarodowej Agencji Energii w 2020 roku na całym świecie jeździło nieco ponad 31 tys. aut z napędem wodorowym. Zdaniem ekspertów w najbliższych latach zmieni się podejście do wodoru i stanie się on paliwem przyszłości. Co ciekawe, według raportu TLP i SpotData firmy z branży transport, spedycja i logistyka większą nadzieję upatrują w paliwie wodorowym niż w bateriach elektrycznych. Widzą szybszą możliwość zastosowania na szerszą skalę rynkową pojazdów napędzanych wodorem. Wprawdzie podobny odsetek uważa, że pojazdy napędzane bateriami elektrycznymi (18 proc.) i pojazdy napędzane paliwem wodorowym (19 proc.) znajdą szerokie zastosowanie rynkowe w ciągu najbliższych pięciu lat, ale już znacznie więcej badanych, bo 41 proc., uważa, że pojazdy na wodór upowszechnią się w ciągu 5–15 lat. O samochodach elektrycznych sądzi tak mniej osób, bo 34 proc.

– Największą przeszkodą w rozwoju motoryzacji wodorowej jest sam wodór. Aby był ekologiczny, to musimy mówić o wodorze zielonym, wytwarzanym z odnawialnych źródeł energii, a na chwilę obecną niestety to jeszcze nie jest tania i łatwa metoda. Oprócz tego potrzebna jest infrastruktura tankowania tego typu pojazdów. W Polsce ona dopiero powstaje. A rzeczywiście rozwijamy motoryzację wodorową w komunikacji – wskazuje Michał Jędrzejewski. – W Niemczech powstało dość dużo stacji tankowania pojazdów z osobowych wodorowych, bo tu mówimy o ok. 100 stacjach tankowania. W Polsce dopiero ten temat zaczyna raczkować, ale koncerny paliwowe już zaczęły opracowywać metody tankowania samochodów osobowych.

Na zakupy autobusów napędzanych wodorem decyduje się coraz więcej samorządów. Przykładowo Górnośląsko-Zagłębiowska Metropolia uzyskała we wrześniu ubiegłego roku dotację z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej na zakup 20 takich pojazdów. Inwestycja pochłonie w sumie niemal 111 mln zł. W kwietniu, podczas Kongresu Technologii Miejskich, zarząd GZM zapowiedział jednak, że postępowanie przetargowe zostanie wszczęte dopiero po tym, jak uda się zapewnić kontrakt na dostawy paliwa wodorowego w odpowiedniej cenie.

– Przeszkody leżą w nienależytym rozwoju systemu tankowania wodoru, jak i wytworzenia zielonego wodoru. Jest to technologia droga, ale rozwojowa. My wychodzimy z założenia, że ten moment, kiedy będziemy wypuszczali nasz samochód wodorowy, nastąpi, kiedy ta technologia będzie już na tyle rozwinięta, że wytworzenie zielonego wodoru będzie łatwe i tanie. To jest tylko kwestia czasu. W chwili obecnej skupiamy się na wodorze niebieskim, szarym, którego produkcja jest jednak szkodliwa dla atmosfery, ale dążymy do zielonego wodoru – podkreśla założyciel Ampere Life.

Według analityków Market Research Future światowy rynek pojazdów napędzanych wodorowymi ogniwami paliwowymi do 2028 roku zwiększy swoje przychody niemal 40-krotnie: z 1,2 mld dol. w 2020 roku do niemal 47 mld dol.

Start-up Ampere Life był gościem jednej z ostatnich edycji Thursday Gathering, organizowanego przez Fundację Venture Café Warsaw. Spotkanie poświęcone było technologiom dedykowanym zrównoważonemu rozwojowi. Thursday Gathering to cykliczna impreza, która w każdy czwartek do warszawskiego Varso przy ul. Chmielnej przyciąga społeczność innowatorów, m.in. naukowców, start-upowców i inwestorów.

Jesienią ruszą pierwsze nabory na fundusze unijne z perspektywy na lata 2021–2027. Finansowane będą...

Programy wciąż są negocjowane przez polski rząd z Komisją Europejską i późną jesienią powinniśmy móc uruchamiać pierwsze konkursy – zapowiada Mikołaj Różycki, zastępca prezesa Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości. W nowej perspektywie finansowej na lata 20212027 Polska otrzyma z Unii Europejskiej łącznie ok. 770 mld zł, a firmy znów będą mogły korzystać z całego wachlarza instrumentów wsparcia w ramach programów krajowych i 16 programów regionalnych. 

– Polskie firmy stosunkowo chętnie korzystają z dofinansowania unijnego, chociaż wciąż wiele z nich się na to nie decyduje. Głównym czynnikiem blokującym jest brak wiedzy, świadomości, że takie instrumenty są dostępne – mówi Jakub Bińkowski, dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. – Często jest też tak, że w momencie, kiedy przedsiębiorca już tę wiedzę nabędzie, to rezygnuje z zamiaru ubiegania się o środki, bo uważa że będzie musiał przejść całą bardzo skomplikowaną procedurę, że będzie wiązało się to z dużymi wymogami administracyjnymi. Jest to problem, który warto na bieżąco rozwiązywać, aby te obciążenia administracyjne związane z korzystaniem z funduszy unijnych były jak najmniejsze. Nie jest to jednak tak długa i ciężka droga, jak można by sobie wyobrazić.

W latach 2014–2020 przedsiębiorcy byli – obok samorządów – największymi beneficjentami funduszy unijnych. Były one znaczące, bo Polska była największym beneficjentem środków z UE – statystycznie trafiało do nas co czwarte euro – i zarazem liderem pod względem tempa ich wykorzystywania.

W nowej perspektywie finansowej na lata 2021–2027 Polska otrzyma z Unii Europejskiej łącznie ok. 770 mld zł, a firmy znów będą mogły korzystać z wielu możliwości dofinansowania w ramach programów krajowych i 16 programów regionalnych. Większość z nich (za wyjątkiem 3,8 mld zł z Funduszu na rzecz Sprawiedliwej Transformacji) jest kontynuacją dotychczasowych, realizowanych w poprzedniej perspektywie. Jednym z większych źródeł finansowania dla przedsiębiorstw i otoczenia biznesu będą m.in. Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki, z budżetem 7,9 mld euro. 

– Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki to program, który ma wspierać innowacje – podkreśla Małgorzata Szczepańska, dyrektor Departamentu Programów Wsparcia Innowacji i Rozwoju w Ministerstwie Funduszy i Polityki Regionalnej. – W programie będziemy finansowali inwestycje związane z nowoczesnymi i zielonymi technologiami oraz cyfryzacją przedsiębiorstw czy rozwojem infrastruktury i wdrożeniami B+R. Co istotne, firmy będą mogły komponować projekt według swoich potrzeb i etapu rozwoju z kilku dostępnych modułów.

Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki na lata 2021–2027 to następca wcześniejszego programu Inteligentny Rozwój 2014–2020. Głównymi założeniami programu jest zwiększenie potencjału w zakresie badań i innowacji oraz wykorzystywania zaawansowanych technologii, wzrost konkurencyjności MŚP, rozwój inteligentnych specjalizacji oraz transformacja gospodarki w kierunku Przemysłu 4.0 i zielonych technologii.

– Zakładamy, że negocjacje programu zakończą się w połowie tego roku, a w IV kwartale br. będziemy gotowi z ogłoszeniem konkursów – mówi Małgorzata Szczepańska. – Dużą zmianą będzie to, że zniknie sztuczny podział na obszar prac badawczo-rozwojowych i obszar wdrażania innowacji. Firmy będą mogły aplikować o dofinansowanie w ramach jednego wniosku. Ważną zmianą w stosunku do obecnej perspektywy będzie też możliwość dofinansowania podnoszenia kompetencji pracowników w tych obszarach, które dotyczą cyfryzacji czy nowych rozwiązań technologicznych.

W nowej perspektywie finansowej UE środki mają trafiać przede wszystkim na cyfryzację, zwiększenie potencjału w zakresie badań i innowacji, wsparcie przedsiębiorstw w zakresie rozwoju OZE i efektywności energetycznej oraz wzrost konkurencyjności małych i średnich firm. Polskie MŚP na poziomie krajowym będą mogły upatrywać szans na wsparcie zwłaszcza w programach takich jak m.in. Fundusze Europejskie na Rozwój Cyfrowy (następca Programu Cyfrowa Polska) czy Fundusze Europejskie na Infrastrukturę, Klimat, Środowisko (następca programu Infrastruktura i Środowisko) oraz Fundusze Europejskie dla Społecznego Rozwoju (jako kontynuacja programu Wiedza Edukacja Rozwój) stawiający na rozwój kompetencji, a także Fundusze Europejskie dla Polski Wschodniej oferujący środki dla MŚP m.in. na start, wsparcie procesów wzorniczych, automatyzację/robotyzację czy wdrożenie nowych modeli biznesowych opartych na Gospodarce Obiegu Zamkniętego.

– Unijne środki co do zasady są kierowane przede wszystkim do sektora mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw. W Polsce to największa grupa firm, sektor MŚP zatrudnia kilkadziesiąt procent Polaków i wypracowuje kilkadziesiąt procent PKB, więc siłą rzeczy są w centrum zainteresowania polityk publicznych i programów europejskich. Głównie nimi zajmuje się też Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości, 90 proc. naszej aktywności to właśnie współpraca z tymi firmami poprzez różnego rodzaju programy unijne i krajowe – mówi Mikołaj Różycki, zastępca prezesa PARP.

Jak wskazuje, bieżący rok stanowi wyzwanie dla sektora publicznego, który wdraża środki unijne, i dla przedsiębiorców, którzy się o nie ubiegają, ponieważ programy realizowane w perspektywie UE na lata 2014–2020 właśnie się kończą, a nowe powoli startują.

– Te programy wciąż są negocjowane przez polski rząd z Komisją Europejską i późną jesienią powinniśmy móc uruchamiać pierwsze konkursy – mówi Mikołaj Różycki. – Polscy przedsiębiorcy są na finiszu inwestycji dofinansowywanych w ramach bieżącej perspektywy, więc koncentrujemy się na ich sprawnej obsłudze, żeby jak najszybciej trafiały do nich pieniądze na ukończenie realizowanych działań.

– Fundusze unijne odgrywają bardzo istotną rolę w budowaniu polskiej gospodarki. Warto, żeby polskie firmy wiedziały, jak z nich korzystać, bo na pewno jesteśmy w stanie wykorzystywać je jeszcze efektywniej, niż robiliśmy to do tej pory – dodaje Jakub Bińkowski ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. – To wymaga jednak, aby wiedza, jak z tych funduszy korzystać, gdzie są dostępne czy gdzie ewentualnie zwrócić się o pomoc, była dostępna jak najszerzej.

Propagowanie wiedzy dotyczącej m.in. roli i dostępności funduszy unijnych było głównym celem konferencji „Finanse dla rozwoju” organizowanej przez ZPP, która odbyła się w ubiegłym tygodniu w warszawskim hotelu Sheraton, z udziałem m.in. przedstawicieli Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej i PARP.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców, który reprezentuje głównie małe i średnie firmy, cyklicznie wyróżnia też liderów polskiego biznesu w ramach konkursu Dobra Firma. Nagrody są przyznawane na podstawie twardych danych (dostarczanych przez agencję wywiadu gospodarczego i opracowanych na podstawie wskaźników finansowych przygotowanych przez ekspertów ZPP) w czterech kategoriach: dla najlepszego innowatora, inwestora, pracodawcy i dla najbardziej efektywnej firmy. W tym roku Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości, po dwuletniej przerwie, znów dołączyła do konkursu Dobra Firma jako instytucja partnerska i wręczyła nagrodę w kategorii innowacyjna firma roku dla spółki Mentor Systemy Audiowizualne działającej w branży ICT.

– Z danych GUS wynika, że ponad 30 proc. polskich firm produkcyjnych i usługowych jest innowacyjnych, w szerokim znaczeniu tego słowa. Jednak zawsze może być ich więcej i trzeba działać w tym kierunku, chociażby zmieniając prawo czy zachęcając do podejmowania tego typu aktywności. To też nasze zadanie – mówi Mikołaj Różycki.

 


d

Google pomoże młodym ludziom zdobyć kompetencje cyfrowe. Eksperci w dziedzinie marketingu internetowego będą teraz...

Umiejętności Jutra czy Kompetencje Jutra to programy, dzięki którym młodzi ludzie będą mogli zdobyć kompetencje cyfrowe i budować karierę w branży marketingu internetowego. Eksperci w tej dziedzinie, zdaniem ekspertów, będą mogli liczyć nie tylko na pewne zatrudnienie, ale i niezwykle atrakcyjne zarobki.

– Wspólnie ze Szkołą Główną Handlową uruchamiamy nowy program Umiejętności Jutra, który jest dedykowany specjalnie dla młodych osób i który da im szansę na rozpoczęcie kariery w marketingu internetowym – informuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Łukasz Pietrzak, marketing manager w Google Polska.

Program obejmuje bezpłatne, ośmiotygodniowe szkolenie. Program stażowy  ma ukończyć 8 tys. osób w wieku 18–30 lat, w tym także ukraińskich uchodźców, dla których została przygotowana ścieżka rozwoju w języku ukraińskim. Pod względem formy prowadzenia zajęć szkolenie ma przypominać studia podyplomowe, pod względem merytorycznym – skupiać się na praktycznych umiejętnościach. To jednak niejedyna aktywność Google’a na tym polu.

– W Google Polska mamy program Grow with Google, którego celem jest dostarczenie kompetencji cyfrowych dla osób w Polsce, jak i dla firm. Od 10 lat przeszkoliliśmy już ćwierć miliona osób, dając im cyfrowe narzędzia i umiejętności, które pozwolą im odnieść sukces w ich karierze czy rozwinąć przedsiębiorstwo – dodaje Łukasz Pietrzak.

Z kolei Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa, wraz z Google’em, SGH, Centrum GovTech, pełnomocnikiem rządu ds. polityki młodzieżowej oraz Ministerstwem Funduszy i Polityki Regionalnej, ogłosił program szkoleniowo-stażowy Kariera Jutra dla młodych osób, który ma kształtować ich umiejętności cyfrowe. Program o wartości 13 mln zł skierowany będzie do 1,2 tys. osób w wieku 18–30 lat.

– Program Kariera Jutra pomoże młodym ludziom w pierwszym etapie zdobyć niezbędne kompetencje, przygotować się do rozpoczęcia stażu, który jest organizowany przez program partnerski, i następnie rozpocząć nową karierę w świecie cyfrowym, dalej podążając po kolejnych etapach rozwoju w świecie e-commerce’u i mając fundament kompetencji cyfrowych do tego, żeby móc dalej się rozwijać – wskazuje marketing manager Google’a.

Według Digital Marketing Institute marketing cyfrowy stwarza dla młodych ludzi bardzo dobre perspektywy zawodowe. Eksperci, tacy jak content managerowie, programiści i redaktorzy wyspecjalizowani w VR czy projektanci UX, mogą liczyć nie tylko na pewne zatrudnienie, ale i bardzo dobre zarobki – średnio od około 50 do nawet 150 tys. dolarów rocznie.

– Perspektywiczne cyfrowe zawody dla młodych ludzi w Polsce koncentrują się na wsparciu e-commerce’u, na wsparciu małych i średnich przedsiębiorstw, które dziś, szczególnie po pandemii, muszą przenieść się do internetu, tak żeby dotrzeć do konsumentów. Więc wszystkie osoby, które specjalizują się w marketingu internetowym, w jego specjalizacjach takich jak UX Design, jak analiza danych, tworzenie kreacji, mają szansę na to, żeby stworzyć dla siebie perspektywiczną karierę – mówi Łukasz Pietrzak.

Niedawno otwarte w Warszawie Centrum Rozwoju Technologii Google Cloud ma być z kolei największym europejskim centrum rozwoju technologii chmury obliczeniowej Google’a. Również tam mogą znaleźć zatrudnienie osoby specjalizujące się w zawodach cyfrowych.

– Poszukujemy przede wszystkim specjalistów i inżynierów, którzy właśnie zajmują się technologiami chmurowymi. Wszystkie nasze dostępne oferty pracy można znaleźć na naszej stronie karier Google’a. Poszukujemy szczególnie inżynierów wyspecjalizowanych w technologiach chmurowych, natomiast nasze spektrum ofert w przypadku tak dużej inwestycji jest bardzo szerokie i każdy może znaleźć dla siebie perspektywiczną ofertę, na którą być może będzie mógł zaaplikować – zapewnia marketing manager Google’a.

Rewolucja cyfrowa przeniesie komunikację z klientami do rozszerzonej rzeczywistości. Dla przedstawicieli pokolenia Z to...

92 proc. przedstawicieli pokolenia Z chce w zakupach korzystać z narzędzi rozszerzonej rzeczywistości. O atrakcyjności takiej formy prezentowania oferty świadczy możliwość większego zaangażowania odbiorców, dotarcia do konkretnego grupy klientów i łatwa mierzalność efektów kampanii. Dostawcy usług elektronicznych skupiają się więc na stworzeniu narzędzi ułatwiających użytkownikom obcowanie z wirtualną, rozszerzoną czy mieszaną rzeczywistością. Ich zdaniem stanowią one przyszłość marketingu.

Nowe technologie w komunikacji marketingowej odgrywają bardzo ważną rolę. Żyjemy w fascynujących czasach, które porównuję z erą Gutenberga, kiedy został wynaleziony druk. Mało ludzi wie, że rewolucja cyfrowa, która teraz zachodzi, będzie miała na nas w przyszłości podobny wpływ. Jedną z technologii, którą mamy przyjemność się zajmować, jest właśnie rozszerzona rzeczywistość, która potrafi wchodzić w interakcję z codziennymi przedmiotami, pomaga nam edukować i wspierać sprzedaż – mówi agencji Newseria Innowacje Sebastian Żywiecki, prezes zarządu w VMS Media, firmy specjalizującej się w kampaniach z wykorzystaniem VR i AR oraz autorskiej aplikacji Viuu,

Jak wynika z ankiety przeprowadzonej na Snapchacie przez Global Crowd DNA, 92 proc. konsumentów z pokolenia Z chce korzystać z narzędzi rzeczywistości rozszerzonej w zakupach dokonywanych drogą elektroniczną. 60 proc. ankietowanych jest zdania, że narzędzia AR dają bardziej osobiste odczucia w procesie wyboru kupowanego towaru. Ponad połowa przedstawicieli pokolenia Z deklaruje, że reklama w technologii AR zwróciłaby ich uwagę.

Zastosowanie wirtualnej, rozszerzonej i mieszanej rzeczywistości w komunikacji z klientem pozwala go zaangażować w większym stopniu niż tradycyjny przekaz, bo angażuje wiele jego zmysłów. Wciąga odbiorcę w świat wirtualny i powoduje, że chce tam pozostać.

– Kluczową rolą jest chęć interakcji zwykłego człowieka z daną treścią. Kiedyś wszyscy byli zafascynowani zdjęciami, później przyszedł moment na materiały wideo, a dziś największą skuteczność potrafią wygenerować elementy, w których my jako człowiek możemy wejść w interakcję, dlatego że z chęcią chcemy się dzielić tymi informacjami ze swoimi znajomymi, przyjaciółmi, kolegami, rodziną. To zwykły element wiralowości, który możemy wygenerować – mówi Sebastian Żywiecki.

Przykładem ciekawej inicjatywy, w której do promocji marki wykorzystywana jest rozszerzona rzeczywistość, może być pomysł australijskiej firmy Accolade Wines specjalizującej się w produkcji win. „Banrock Station” to doświadczenie rozszerzonej rzeczywistości, które umożliwia użytkownikom z całego świata zapoznanie się projektami środowiskowymi firmy. Doświadczenie AR pozwala konsumentom obejrzeć filmy z lokalnych szlaków i zobaczyć efekty ekologicznych wysiłków przedsiębiorstwa. Następnie użytkownicy mogą posadzić drzewo AR w swoim salonie i pielęgnować je, jednocześnie poznając korzyści środowiskowe i węglowe wynikające z sadzenia prawdziwych drzew. Doświadczenie zawiera również linki do informacji na temat asortymentu win Banrock Station i firmowej winnicy.

Wirtualna rzeczywistość i rozszerzona rzeczywistość pozwalają na to, że możemy pojmować nasz najbliższy czas w zupełnie inny sposób. Dzięki temu możemy przenieść się przykładowo w ulubione miejsce i zobaczyć otoczenie, do którego normalnie nie moglibyśmy się udać, lub obcować ze sztuką – podkreśla prezes zarządu VMS Media.

Zdaniem ekspertów poza immersyjnością, czyli możliwością pełnego „zanurzenia” się w wirtualnym świecie, dużą zaletą nowych technologii jest pokazanie marki w innym świetle jako innowacyjnego podmiotu otwartego na nowinki. To wpływa na odbiór i zwiększenie zasięgu, a to z kolei może przekładać się na większe zaufanie do marki. Inna korzyść z kampanii w wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości czy z wykorzystaniem innych technologii to fakt, że dużo łatwiej można oceniać jej efektywność. Bardziej precyzyjnie można także dotrzeć z przekazem do konkretnych grup odbiorców, co w przypadku mediów tradycyjnych nie jest takie proste.

Widzimy dokładnie, jak często i kto wchodzi w interakcję z danym materiałem czy produktem, jak często odbiorcy po niego sięgają, czy chcą go wziąć z półki. Mamy pełną dowolność, jeżeli chodzi o badanie ROI, czyli zwrotu z inwestycji. Jeżeli chodzi o zwiększenie zasięgów, wszystko zależy od tego, z jaką grupą konsumentów chcemy się komunikować. Nowe technologie są naturalnym kierunkiem w przekazie do zetów czy millenialsów – wskazuje Sebastian Żywiecki.

Meta zapowiada, że do 2024 roku chce doprowadzić do debiutu autorskich gogli AR, które umożliwiałyby użytkownikowi sprawne poruszanie się po świecie metawersu. Z raportu Sky Quest Technology wynika, że do 2027 roku rynek mieszanej rzeczywistości wypracuje przychody sięgające 93 mld dol., a średnioroczne tempo wzrostu przekroczy 40 proc.

– Zastosowanie nowych technologii to jak najbardziej przyszłość marketingu. Świat, który nas otacza, diametralnie się zmienia. Kiedyś niewyobrażalne było dla nas odbywanie spotkań poprzez Zooma, dziś jest dla nas codziennością. Arthur C. Clarke kiedyś powiedział, że każda wystarczająco zaawansowana technologia dla zwykłego człowieka jest magią i taką magią są te nowe technologie, które nie do końca jeszcze umiemy rozumieć. Natomiast my od nich nie uciekniemy, czy to będzie trwało pół roku, rok czy dwa lata, nie jestem w stanie tego powiedzieć, natomiast ta zmiana właśnie się dzieje i zależy wyłącznie od tego, jak będziemy te technologie przyjmowali i chcieli z nich korzystać – podkreśla prezes VMS Media.

Wodór będzie paliwem przyszłości. W tym roku zaczną działać w Polsce pierwsze stacje do...

Rynek pojazdów napędzanych ogniwami wodorowymi w ciągu kilku lat zwiększy przychody niemal czterdziestokrotnie – przewidują analitycy Market Research Future. Na razie czynnikiem ograniczającym rozwój napędów opartych na tym paliwie jest stosunkowo wysoki koszt wytworzenia go w zeroemisyjnym procesie i brak odpowiedniej infrastruktury do tankowania. Pierwszą taką stację w tym roku w Krakowie otworzy PKN Orlen. Najbliższe lata przyniosą jednak coraz większe zainteresowanie inwestycjami w ten obszar rynku paliw, co przyczyni się do obniżenia kosztów produkcji zielonego wodoru. Wysokie ceny tradycyjnych paliw sprawiają, że ten proces może przyspieszać.

– Wodór w przyszłości może być nośnikiem, który zastąpi w znacznym stopniu ropę naftową, ale również inne nośniki energii, takie jak węgiel czy gaz. Szacuje się, że do roku 2050 wodór może stanowić nawet 10 proc. energii, która będzie niezbędna nam jako ludzkości do zastosowań przemysłowych i transportowych. Natomiast jest to oczywiście proces długoterminowy – mówi agencji Newseria Innowacje Jacek Cichosz, prezes zarządu Air Products na Polskę.

Według analityków Market Research Future światowy rynek pojazdów napędzanych wodorowymi ogniwami paliwowymi osiągnął w 2020 roku przychody sięgające niemal 1,2 mld dol. Do 2028 roku jego wycena wzrośnie jednak do poziomu niemal 47 mld dol. Jak wskazują autorzy raportu, na stosunkowo niskie jak na razie zainteresowanie ogniwami wodorowymi wpływa wysoki koszt stworzenia infrastruktury stacji paliw w porównaniu z innymi paliwami alternatywnymi. Na cenę wpływa też wysoki koszt wytworzenia wodoru.

– Jeżeli mówimy o zastosowaniu zielonego wodoru, który jest przede wszystkim produkowany w oparciu o odnawialne źródła energii i w procesie elektrolizy wody, to mówimy o konieczności dużych inwestycji w nową infrastrukturę. To przede wszystkim zakup elektrolizerów, montaż instalacji źródeł energii odnawialnej. Te koszty inwestycji będą na pewno rzutowały na tym etapie na znacznie wyższy koszt wodoru jako alternatywnego paliwa – przyznaje Jacek Cichosz.

Jednak w opinii eksperta wraz ze zwiększeniem skali produkcji i inwestycji będziemy obserwować spadek kosztu jednostkowego wytworzenia energii. Do 2030 roku produkowanie zielonego wodoru powinno być porównywalne kosztowo z obecnie produkowanym wodorem przemysłowym.

Co ważne, koszt wodoru musi być odnoszony także do kosztów alternatywy, czyli paliw konwencjonalnych, takich jak gaz czy ropa. W obecnych uwarunkowaniach i przy obecnie wysokich kosztach wydaje się, że czas na uzyskanie niższego kosztu wodoru w stosunku do klasycznych paliw może być znacznie krótszy – mówi przedstawiciel Air Products, firmy, która jest największym na świecie producentem i dostawcą wodoru na świecie.

W uchwalonej pod koniec ubiegłego roku Polskiej Strategii Wodorowej do roku 2030 rząd deklaruje, że do 2030 roku w naszym kraju moc instalacji do produkcji niskoemisyjnego wodoru osiągnie potencjał 2 GW. Ma też powstać pięć dolin wodorowych, a po polskich drogach będzie się poruszało od 800 do 1 tys. autobusów napędzanych wodorem. Z kolei już w 2025 roku ma działać 35 stacji tankowania tego paliwa. Wraz z rozwojem napędów wodorowych musi bowiem podążać inwestycja w infrastrukturę do tankowania takich pojazdów.

– Potrzebna jest jasna strategia na poziomie ogólnokrajowym, która będzie definiowała ścieżkę rozwoju dla wodoru. To jest o tyle istotne, że ze strategii wynikają też rozwiązania legislacyjne niezbędne do tego, żeby taka infrastruktura mogła powstać. Na początkowych etapach wdrożeń nowych technologii to są również środki wspierające i dotacje, które umożliwią uruchomienie całego procesu inwestycyjnego – wymienia prezes zarządu Air Products. – Fakt braku stacji tankowania wodoru jest klasycznym dylematem: jajko czy kura. Ktoś powie: nie ma stacji do tankowania, bo nie ma pojazdów, w konsekwencji nie ma pojazdów, ponieważ nie ma gdzie ich zatankować.

Jak wynika z marcowego Licznika Elektromobilności, prowadzonego przez PSPA i PZPM, park wodorowych samochodów osobowych liczy 119 egzemplarzy. W I kwartale br. zarejestrowano 40 sztuk takich aut, co oznacza wzrost o 900 proc. r/r. Zgodnie z zapowiedziami PKN Orlen w najbliższych tygodniach w Krakowie zostanie uruchomiona pierwsza stacja tankowania wodoru, w przyszłym roku powstaną kolejne – w Poznaniu i Katowicach. Strategia wodorowa koncernu zakłada, że do końca tej dekady kierowcy w Polsce będą mogli korzystać z sieci 57 stacji. Równolegle PKN Orlen planuje uruchomienie 10 hubów wodorowych, m.in. we Włocławku czy Płocku, w których będzie produkowany niskoemisyjny wodór (pierwszy hub działa od zeszłego roku w Trzebini, na razie jest tam produkowany szary wodór z przeznaczeniem dla transportu). Do 2030 roku paliwowy koncern planuje zainwestować 7,4 mld zł w technologie związane z wytwarzaniem i dystrybucją tego paliwa.

– W Europie Zachodniej funkcjonuje już ponad 200 stacji tankowania wodoru. Można powiedzieć, że kraje zachodnie, takie jak Niemcy, Francja, Hiszpania czy Wielka Brytania, są parę kroków przed nami. Ale jestem przekonany, że w ciągu najbliższych dwóch–trzech lat powinniśmy mieć już w Polsce infrastrukturę i sieć stacji do tankowania wodoru, jak również pierwsze pojazdy wykorzystywane w zastosowaniach transportowych. Liderami będą przede wszystkim przedsiębiorstwa komunikacji miejskiej, które już ogłaszają przetargi i rozpoczynają procesy zakupów floty autobusów napędzanych wodorem – przewiduje ekspert.

W marcu przetarg na zakup 22 autobusów wodorowych ogłosiło Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacji w Poznaniu. Taki zakup planuje także m.in. Zarząd Transportu Miejskiego w Lublinie.

40 proc. Polaków jest za zakazem produkcji materiałów, których nie można recyklingować. Firmy muszą...

Gospodarka obiegu zamkniętego w firmach to już nie tylko wymóg polityki UE, lecz również oczekiwań konsumenckich. Z badania zleconego przez Stena Recycling wynika, że ośmiu na 10 Polaków chce korzystać z produktów wykonanych z materiałów pochodzących z recyklingu, a 38 proc. przyznaje, że w ciągu ostatniego roku zrezygnowało z zakupu produktów lub usług, które nie powstały w zgodzie z zasadami zrównoważonego rozwoju. Dlatego coraz więcej firm – zarówno dużych, jak i małych – inwestuje w projekty w duchu GOZ, a najlepsze inicjatywy są co roku nagradzane w ramach konkursu Stena Circular Economy Award. W zakończonej właśnie V edycji jury doceniło innowacje ukierunkowane na zamianę odpadów w biomasę, dawanie przedmiotom drugiego życia i wprowadzanie do sprzedaży produktów z surowców wtórnych. Wśród tegorocznych laureatów znaleźli się zarówno rynkowi giganci, np. Kaufland i IKEA Retail, jak i mniejsze przedsiębiorstwa, np. WoshWosh. 

 W badaniu, które zleciliśmy na pięciu rynkach – w Szwecji, Norwegii, Danii, Finlandii i Polsce – zapytaliśmy 5 tys. konsumentów o to, jakie są ich oczekiwania i preferencje dotyczące produktów, z których korzystają. Badanie jednoznacznie pokazało, że ośmiu na 10 klientów oczekuje, aby do wytworzenia produktów, które kupują, użyte zostały materiały pochodzące z recyklingu. To bardzo wyraźny sygnał wysyłany do przedsiębiorców, żeby projektowali swoje produkty tak, aby można było je poddać recyklingowi i ponownie użyć, w myśl idei „reduce–reuse–recycle” – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Bruździak, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Stena Recycling, przewodniczący jury konkursu Stena Circular Economy Award.

Właśnie ta idea przyświeca gospodarce obiegu zamkniętego (GOZ) opartej na racjonalnym wykorzystaniu zasobów, zawracaniu materiałów do obiegu i ograniczaniu niekorzystnego wpływu produktów na środowisko. Zgodnie z tą koncepcją produkty, materiały i surowce powinny pozostawać w gospodarce tak długo, jak jest to możliwe, a odpady – jeżeli już powstaną – powinny być traktowane jako surowce wtórne, które można poddać recyklingowi i ponownie wykorzystać. GOZ jest przeciwieństwem gospodarki linearnej, w której cykl życia produktu zawiera się w stwierdzeniu „wyprodukuj–użyj–wyrzuć”. A dziś ten model jest dominujący. Co roku na świecie wydobywa się ok. 100 mld t nowych materiałów, z czego tylko 8,6 proc. jest przetwarzane i ponownie wykorzystywane.

Z badania „Circular Voice” przeprowadzonego przez Stena Recycling wynika, że kwestie związane z zawracaniem materiałów do obiegu stają się coraz ważniejsze dla konsumentów. 63 proc. deklaruje, że chce dostosować swoją konsumpcję do stylu życia przyjaznego dla klimatu. Około 40 proc. ankietowanych na pięciu rynkach uważa nawet, że powinno się zakazać wytwarzania produktów, których nie można poddać recyklingowi.

– Oczekiwania znacznie rosną i przedsiębiorstwa są tego coraz bardziej świadome. Widzimy, że w tej chwili same bardzo precyzyjnie określają swoje wymagania w zakresie tego, co powinniśmy robić z ich odpadam i surowcami powstającymi w procesach produkcyjnych, tak aby podnieść wskaźniki recyklingu i zamknąć obieg, wpisać się w koncepcję GOZ – mówi Piotr Bruździak. – Konkurs Stena Circular Economy Award co roku dostarcza nam całą masę przykładów potwierdzających to, że firmy coraz aktywniej wdrażają i promują takie rozwiązania. Widzimy też, że nasz konkurs stał się platformą dzielenia doświadczeń. Są firmy, które wdrażają u siebie rozwiązania nagrodzone w poprzednich edycjach.

Zainaugurowany w 2017 roku konkurs Stena Circular Economy Award – Lider Gospodarki Obiegu Zamkniętego to pierwsza w Polsce inicjatywa skierowana do przedsiębiorstw i środowiska akademickiego, która pozwala na wymianę pomysłów i doświadczeń w obszarze gospodarki cyrkularnej. Partnerami merytorycznymi konkursu są: Akademia Leona Koźmińskiego, Forum Odpowiedzialnego Biznesu, Kampania 17 Celów, Polska Izba Gospodarki Odpadami, Skandynawsko-Polska Izba Gospodarcza i Rekopol Organizacja Odzysku Opakowań. W ciągu pięciu dotychczasowych edycji wpłynęły do niego 133 zgłoszenia od przedsiębiorstw i 55 projektów studenckich, spośród których nagrodzono 23 firmy i 10 studentów. W ostatniej, piątej edycji, która zakończyła się w poniedziałek, nagrody dostały projekty firm: Ikea Retail, Kaufland i WoshWosh.

– Oprócz szerokiej oferty produktów cyrkularnych, które są produkowane w zgodzie z modelem gospodarki obiegu zamkniętego, wdrożyliśmy m.in. usługę „Oddaj i zyskaj”, która ma zachęcić klientów do naprawy i ponownego wykorzystania pewnych produktów, a tym samym wydłużenia ich cyklu życia. Jako IKEA oferujemy odkupienie od klientów mebli, które w standardowym, linearnym procesie byłyby wyrzucone. Dajemy im drugie życie i po odświeżeniu i drobnych naprawach znajdujemy im drugi dom – mówi Wiktoria Płocha, sustainability business partner w IKEA Retail Polska.

Projekt IKEA zajął w konkursie Stena Circular Economy Award pierwsze miejsce ex aequo z siecią Kaufland, która stawia na rozwiązania polegające na wykorzystaniu materiału już obecnego w obiegu do wytworzenia nowych, pełnowartościowych produktów. Sieć przy wytwarzaniu produktów marek własnych wykorzystuje od 50 do nawet 100 proc. surowców wtórnych.

– Staramy się skupiać na projektach, które redukują zużycie plastiku i w których recyklat może być ponownie wykorzystany w procesie produkcyjnym. Dlatego wdrożyliśmy m.in. odzież sportową, akcesoria kuchenne czy torby wielokrotnego użytku, które zostały wyprodukowane w 80 proc. z folii pochodzących z naszych marketów – mówi Agnieszka Kotlińska z Działu Komunikacji Korporacyjnej Kaufland Polska.

Za najlepszą inicjatywę promującą koncepcję GOZ jury nagrodziło firmę WoshWosh. W ubiegłym roku zorganizowała ona akcję zbiórki obuwia, które następnie zostało zregenerowane i odnowione do ponownego wykorzystania. Łącznie udało się w ten sposób zwrócić do obiegu ponad 50 tys. par butów. Wyróżnienia otrzymały z kolei EcoBean – firma, która oferuje usługę odbioru fusów z kawy, a następnie przetwarza je m.in. na olej kawowy, ligninę, brykiety czy biodegradowalne doniczki, a także Grupa Allegro, doceniona za projekt „Opakowanie dobre z natury”, wprowadzający do obiegu ponad 570 tys. ekoopakowań.

 Wiemy, że mamy duży wpływ na rynek i dlatego staramy się podejmować wiele działań w zakresie zrównoważonego rozwoju. Jednym z kluczowych są właśnie ekoopakowania. To inicjatywa, w ramach której wprowadzamy na rynek materiały opakowaniowe – pudełka i wypełniacze, które są w 100 proc. biodegradowalne, stworzone z recyklingu i certyfikowane. Wykorzystujemy przy tym efekt skali – kupujemy je w dobrej cenie i sprzedajemy na naszej platformie bez żadnego zysku właśnie po to, żeby je popularyzować na rynku – mówi Marta Wójcicka, ekspertka ds. promocji metod dostaw w Allegro.

Spośród projektów zgłoszonych przez studentów jury Stena Circular Economy Award wybrało pomysł Agnieszki Chmury z Uniwersytetu Warszawskiego, który zakłada powołanie „Klastra cyrkularnego” – porozumienia podmiotów publicznych, prywatnych i społecznych w celu wdrożenia zasad gospodarki cyrkularnej.

– Cieszy to, że do konkursu przystępują zarówno duże przedsiębiorstwa, jak i start-upy i studenci, którzy mogą zgłaszać swoje pomysły do wykorzystania w biznesie i w kontekście społecznym. Widać, że studenci kreatywnie do tego podchodzą – mówi Piotr Bruździak, przewodniczący jury.

Do wdrażania rozwiązań w duchu GOZ firmy skłania także m.in. unijne ustawodawstwo (w tym m.in. przyjęty przez Komisję Europejską w 2015 roku pakiet dotyczący gospodarki o obiegu zamkniętym). Zgodnie z priorytetami UE do 2030 roku ma się zwiększyć poziom do recyklingu odpadów opakowaniowych do 70 proc., odpadów komunalnych – do 60 proc., plastiku – do 55 proc., aluminium – do 60 proc. Realne działania na rzecz zrównoważonej produkcji są jednak opłacalne również z punktu widzenia wizerunkowego.

– Rośnie liczba konsumentów wyczulonych na to, czy mają do czynienia z greenwashingiem, czy z rzeczywiście przemyślanymi, systemowymi działaniami ze strony firm – podkreśla Michał Mikołajczyk z Organizacji Odzysku Opakowań Rekopol, która jest partnerem konkursu Stena Circular Economy Award. – To już nie jest „nice to have”, to już jest „must”. Kwestie cyrkularności przesunęły się do takich działów jak finanse, rozwój, jakość. I takie podejście musi być komunikowane do konsumenta. Nie jednorazowa akcja, nie zamarkowanie czegoś na opakowaniu, nie billboard mówiący o tym, jacy jesteśmy ekologiczni i oszczędni, ale pokazanie konsumentowi systemowego podejścia firmy do tych zagadnień. Świadomość i odpowiedzialność jest już wymagana wszędzie. 

Jak wskazuje Deloitte, koncepcja GOZ niesie wymierne korzyści dla biznesu i całej gospodarki. Nawet minimalna zmiana – 1 proc. oszczędności kosztów materiałów i energii – mogłaby przynieść polskiej gospodarce wzrost PKB o 19,5 mld zł w skali roku. Z kolei według szacunków Komisji Europejskiej powszechne wdrożenie GOZ w Europie przełoży się na ok. 2 mln nowych miejsc pracy w UE, 600 mln euro oszczędności dla europejskich przedsiębiorstw i zmniejszenie emisji CO2 od 2 do 4 proc. rocznie.

Sektor bankowy coraz bardziej zaangażowany w zieloną transformację. ING przeznacza 1 mln zł na...

1 mln zł grantów na najlepsze pomysły i innowacje związane z czystą energią – taką kwotę ING Bank Śląski przeznaczy w konkursie dla start-upów i młodych naukowców. Bank szuka w nim rozwiązań takich problemów jak zmniejszenie emisji CO2, smog, ubóstwo energetyczne i rosnące ceny energii. Tego typu inicjatywy to kolejny sposób, w jaki sektor bankowy wspiera zieloną transformację.

– Sektor bankowy ma bardzo dużą i odpowiedzialną rolę we wspieraniu zielonej transformacji. Przede wszystkim dlatego, że sterujemy przepływem kapitału. Kierujemy ten kapitał w miejsca, w których powinien pracować, w których powinien przynosić pożądane efekty – mówi agencji Newseria Biznes Joanna Erdman, wiceprezes zarządu ING Banku Śląskiego.

Jak podkreślają eksperci EY i ING Banku Śląskiego (raport „Biznes dla klimatu. Raport o zmianie priorytetów”), stabilność biznesu bankowego w dużej mierze zależy od tego, czy uda się zbudować portfel dochodowy w jak najmniejszym stopniu wpływający na destrukcję środowiska naturalnego. Żeby zmniejszyć te zagrożenia, banki mogą stosować dwa rodzaje narzędzi – z jednej strony ograniczanie dostępu do kapitału nieekologicznym przedsięwzięciom, takim jak np. węglowe bloki energetyczne, z drugiej strony przekierowanie kapitału do innowacyjnych branż, bazujących na nisko- i zeroemisyjnych technologiach.

Z ubiegłorocznego raportu PwC „Zielone finanse po polsku” wynika, że w Polsce 64 proc. banków komercyjnych wprowadziło elementy zrównoważonego finansowania w swoich strategiach biznesowych i ofercie produktowej, a 80 proc. zadeklarowało, że są na etapie wdrażania wymogów w zakresie zrównoważonego finansowania (na podstawie badania PwC przeprowadzonego wśród 14 banków, których aktywa wynoszą blisko 80 proc. całej sumy bilansowej polskiej bankowości). Jak wskazali eksperci firmy, przekierowanie kapitału w stronę bardziej zrównoważonych inwestycji już w tej chwili ma realny wpływ na działalność instytucji finansowych. I choć one same nie mają istotnego udziału w emisji CO2, to swoim finansowaniem mogą wpływać na rozwój określonych branż albo pobudzać rozwój innowacji, które przyczyniają się do zielonej transformacji. Jak podkreśla wiceprezes ING, obecna sytuacja jest dowodem na to, że takie inicjatywy trzeba zdecydowanie przyspieszyć.

– Znajdujemy się w tej chwili w miejscu bardzo dla nas trudnym społecznie i środowiskowo. To pokazuje, że sposób, w jaki pracowaliśmy i działaliśmy do tej pory, nie do końca przekładał się na transformacyjną zmianę i realizację celów zrównoważonego rozwoju. Stąd nacisk na innowacje i duża atencja, żeby wspierać pomysły i rozwiązania proponowane przez start-upy i młodych naukowców. Zwłaszcza w obszarze związanym z energią, oszczędnością energetyczną i nowymi źródłami energetycznymi innowacje są narzędziem, które trzeba mocno eksploatować i wspierać, bo one przyniosą nam przełom – mówi Joanna Erdman.

ING Bank Śląski w połowie 2021 roku ogłosił własną Deklarację Ekologiczną, w której zapowiedział, że przeznaczy 5,3 mld zł na sfinansowanie odnawialnych źródeł energii i projektów proekologicznych oraz utworzy program grantowy dla start-upów i młodych naukowców z rocznym budżetem 2 mln zł. Najlepsze projekty zamierza wyłaniać i nagradzać dwa razy do roku, a pierwszy taki konkurs właśnie wystartował.

– Uruchomiliśmy program grantowy skierowany do studentów, naukowców, innowatorów i start-upów z taką intencją, żeby wspierać przełomowe, innowacyjne pomysły. Edycja, którą właśnie rozpoczęliśmy, koncentruje się przede wszystkim na wyzwaniach związanych z czystą energią – wyjaśnia wiceprezes ING. – Z tym wiąże się też m.in. efektywność energetyczna, nowe źródła pozyskiwania energii, nowe rozwiązania energooszczędne, ale i energia odnawialna oraz czystość powietrza, czyli np. wszystkie technologie, które oczyszczają środowisko, wychwytują dwutlenek węgla. To będziemy chcieli w tej pierwszej edycji zobaczyć w formie zgłoszeń.

Czysta i powszechnie dostępna energia to przewodni motyw pierwszego programu grantowego, w którym ING Bank Śląski chce zwrócić uwagę na problemy takie jak m.in. smog, ubóstwo energetyczne i rosnące ceny energii. Innowacje i najlepsze rozwiązania dotyczące tego problemu mogą liczyć na duży zastrzyk finansowania.

 Pula nagród w konkursie wynosi łącznie 1 mln zł. Pierwsza nagroda wynosi 400 tys. zł, druga – 300 tys. zł i trzecia – 150 tys. zł. Poza tym rezerwujemy sobie jeszcze dodatkowe 150 tys. zł na nagrody dla tych pomysłów, które wyjątkowo zachwycą kapitułę – mówi Joanna Erdman. – Oczywiście wiemy, że pieniądze to tylko część wsparcia, które powinny dostać innowacyjne pomysły. Dlatego oferujemy też mentoring, warsztaty rozwojowe dotyczące prowadzenia biznesu i eksperckie wsparcie, co dla wielu osób już samo w sobie jest bardzo wyrazistą pomocą na ich drodze rozwoju biznesowego.

Zgłoszenia w programie grantowym ING Banku Śląskiego można wysyłać do 30 maja br. za pośrednictwem formularza online, dostępnego na stronie www.ing.pl/programgrantowy. W tej sekcji znajdują się też regulamin i wszystkie szczegóły na temat konkursu. Wyboru najlepszych rozwiązań dokona kapituła złożona z przedstawicieli świata biznesu, nauki i organizacji pozarządowych. Ogłoszenie finalistów nastąpi 6 czerwca br., a zwycięzcy zostaną wyłonieni 27 czerwca br. podczas gali finałowej konkursu.

– Warto wspierać takie inicjatywy, bo one są realną szansą na zmianę. Wiele ciekawych inicjatyw ze względu na brak wsparcia finansowego, ale i merytorycznego po prostu nie ma szansy rozwinąć skrzydeł. Szkoda by było, gdyby z tego powodu jakieś przełomowe pomysły nie miały szans na realizację – mówi wiceprezes ING.

Program grantowy dla młodych naukowców i start-upów to niejedyna inicjatywa w obszarze zrównoważonego rozwoju i transformacji. ING Bank Śląski stawia też na edukację – wspólnie z partnerami zewnętrznymi realizuje program edukacyjny na temat zmian klimatu dla kilkuset szkół podstawowych w całej Polsce, który potrwa do 2023 roku. Dla pracowników utworzył z kolei specjalny ekofundusz „Moje środowisko” o wartości 300 tys. zł rocznie. Dzięki niemu pracownicy banku mogą realizować projekty ekologiczne na rzecz swoich lokalnych społeczności. ING ma w ofercie także kredyty, które mogą być przeznaczone na wsparcie rozwiązań ekologicznych. Mogą z nich korzystać zarówno osoby prywatne, jak i przedsiębiorstwa.

Stay connected

20,831FaniLubię
2,506ObserwującyObserwuj
0SubskrybującySubskrybuj
- Advertisement -

Latest article

Liczba aniołów biznesu rośnie, ale wciąż jest ich za mało. 40 proc. z nich...

Polski rynek aniołów biznesu wciąż jest wielokrotnie mniejszy od tych z Europy Zachodniej, o Stanach Zjednoczonych nie wspominając, i stosunkowo młody. Jednak zainteresowanie tą formą pomnażania kapitału i dzielenia się doświadczeniem szybko rośnie. Największa obawa osób, które chcą dołączyć do grupy aniołów biznesu, dotyczy tego, czy będą umiały realistycznie ocenić szanse danego przedsięwzięcia. Platforma Polish Angels ma ułatwić przepływ know-how i finansowania między doświadczonymi inwestorami i pomysłodawcami start-upów.

 Aniołów biznesu jest w Polsce nadal poniżej tysiąca, ale uważamy, że to będzie się rozwijało i dojdziemy dość szybko do poziomu rynków zachodnich, rozwiniętych. Obserwujemy, że z jednej strony ten segment bardzo szybko się profesjonalizuje. Z drugiej strony widzimy bardzo duże zainteresowanie tą formą pracy ze start-upami na rynku. Coraz więcej nowych osób się zgłasza – mówi agencji informacyjnej Newsera Biznes Robert Ługowski, partner zarządzający Cobin Angels, 

Z raportu Cobin Angels „Jak inwestują najlepsi aniołowie biznesu w Polsce? Polski rynek inwestycji anielskich w 2021 roku” wynika, że jest on w Polsce wciąż na bardzo wczesnym etapie rozwoju. Aż 40 proc. badanych aniołów biznesu inwestuje zaledwie od trzech lat lub krócej, a ponad połowa aniołów biznesu (53 proc.) dokonało od jednej do sześciu inwestycji podczas całej swojej aktywności. Tylko 15 proc. aniołów biznesu to osoby doświadczone, które rozpoczęły alokowanie swoich środków 10 lat temu lub więcej.

Zdecydowana większość (73 proc.) na przestrzeni całej swojej aktywności „anielskiej” nie zrealizowała do tej pory jeszcze żadnego wyjścia z inwestycji, a 17 proc. dokonało pomiędzy jednym a trzema sprzedażami udziałów, co także jest dowodem na wczesny etap rozwoju rynku.

– Widzimy, że jedną z głównych barier dla osób, które chcą inwestować w start-upy, jest brak wiedzy, jak funkcjonuje ten segment, i jak skutecznie inwestować, czyli jak wybierać te najlepsze spółki, najbardziej perspektywiczne, przy możliwie niskim ryzyku – wyjaśnia Robert Ługowski. – Dlatego, aby rozwijać ten sektor w Polsce, zaproponowaliśmy platformę edukacyjną Polish Angels, której celem jest dostarczanie tej wiedzy. Tam są kursy online, ale przede wszystkim też wymiana doświadczeń pomiędzy aktywnymi aniołami biznesu. Wierzymy, że będzie to propozycja dla rynku, która spowoduje, że wiele osób będzie mogło na niego łatwiej wejść. Dzięki temu cały rynek szybciej urośnie i szybciej się sprofesjonalizuje.

Statystyczne anioły biznesu to osoby, które osiągnęły już pewien etap rozwoju zawodowego. Często są to menedżerowie średniego lub wyższego szczebla, ze średnich i większych firm bądź z międzynarodowych korporacji. Kolejną grupą są aktywni przedsiębiorcy, a jeszcze inną tacy, którzy sprzedali już swoje biznesy i skupiają się na wspieraniu młodych spółek technologicznych. Kwoty inwestycji mogą się zaczynać już od 50–100 tys. zł, często też zdarza się, że kilku inwestorów łączy siły i wspiera tę samą spółkę.

Średni roczny budżet inwestycyjny aniołów biznesu wynosi dla 63 proc. badanych do 450 tys. zł. Trzech na pięciu inwestorów od początku swojej działalności jako aniołowie biznesu nie przekroczyło kwoty 1,35 mln zł łącznych inwestycji.

 Start-up od aniołów biznesu otrzymuje oprócz środków finansowych bardzo dużo wsparcia i bardzo często rośnie znacznie szybciej, niż założyciele, osoby zarządzające, są w stanie budować swoją wiedzę. Połączenie z grupą doświadczonych osób pozwala im szybko transferować te doświadczenia, wiedzę, kontakty i po prostu przyspiesza rozwój ­– wyjaśnia partner zarządzający Cobin Angels. ­– Z kolei anioły biznesu oczywiście oczekują korzystnego zwrotu ze swoich inwestycji. Zwrotów nie mierzymy w procentach, tylko w wielokrotności pomnożonego kapitału. Przykładowo aniołowie, którzy zainwestowali w największy polski sukces, czyli w DocPlannera, liczą dzisiaj swoje zyski jako blisko dwustukrotne zwiększenie kwoty, którą zaangażowali na początku.

Istnieje niewielka grupa – ok. 10 proc. – doświadczonych inwestorów, którzy przeznaczyli na inwestycje w start-upy już po ponad 9 mln zł. To Super Angels, wśród których znajdują się m.in. Rafał Brzoska, Wiktor Namysł, Marian Owerko, Robert Lewandowski czy Tomasz Domogała.

Jednocześnie wielu aniołów biznesu podkreśla, że działalność ta jest dla nich formą inspiracji, spełnienia się, przejścia do kolejnego etapu rozwoju kariery i innowacyjności, przekazywania zdobytej wiedzy kolejnemu pokoleniu przedsiębiorców. Z kolei osobom pracującym na etacie w firmach oferuje to okazję do pokazania swojej innowacyjności lub może być sposobem na wyjście z etatu i dołączenie do takiego start-upu jako współwłaściciel.

Europejski czy amerykański rynek aniołów biznesu oczywiście jest znacznie bardziej dojrzały i liczniejszy niż w Polsce. W Stanach Zjednoczonych aniołów biznesu jest dwieście kilkadziesiąt do 300 tys. osób, w krajach Europy Zachodniej kilkanaście do 20–30 tys. per kraj – informuje Robert Ługowski. – W Polsce mamy ich poniżej tysiąca, więc widzimy tutaj jeszcze bardzo dużą przestrzeń do rozwoju. Uważamy, że powinno być co najmniej kilka tysięcy, powiedzmy 5–6 tys. aniołów biznesu w Polsce. Oczywiście również chodzi o to, żeby aniołowie biznesu działali coraz bardziej profesjonalnie i żeby ich aktywność rosła, a wraz z nią również liczba inwestycji.

Technologia coraz szybciej przeobraża rynek pracy. Staje się kluczowa nie tylko dla rozwoju kariery,...

Technologia już dziś jest częścią codziennego życia zawodowego dużej grupy pracowników, a w przyszłości jej udział będzie rósł. 65 proc. Polaków uważa, że kompetencje cyfrowe będą odgrywać coraz ważniejszą rolę na rynku pracy, a 60 proc. ocenia, że osobom biegłym w nowych technologiach będzie łatwiej o podwyżki i awanse – wynika z badań przeprowadzonych przez Grupę Pracuj. Cyfryzacja i zmiana modelu pracy na zdalny lub hybrydowy staje się także stałym elementem wellbeingu pracowniczego. Do korzystania z dobrodziejstw tej sytuacji skłonne są przede wszystkim młode osoby, które szukają pracy elastycznej, dopasowanej do ich stylu życia.

– Technologia diametralnie zmieniła rynek pracy i zmienia go dalej. Na pewno zamknięcie nas w domach, z komputerem, na czas pandemii COVID-19, spotykanie się poprzez ekrany bardzo mocno przyspieszyło ten rozwój – mówi agencji Newseria Biznes Małgorzata Ohme, psycholożka, dziennikarka, współtwórczyni aplikacji Mindgram.

W 2020 roku, wraz z wybuchem pandemii COVID-19, zaczęła się największa od czasów II wojny światowej transformacja umiejętności pożądanych na rynku pracy – pokazuje raport Manpower Group („Niedobór talentów”). W obliczu przyspieszającej rewolucji technologicznej firmy szukają pracowników dysponujących zarówno kompetencjami miękkimi, jak i zaawansowanymi umiejętnościami cyfrowymi. W tej kwestii Polacy są optymistami: z ubiegłorocznego raportu Pracuj.pl („Cyfrowa ewolucja kariery”) wynika, że 67 proc. pozytywnie ocenia swoją biegłość w korzystaniu z technologii w życiu zawodowym. Jednocześnie siedmiu na dziesięciu Polaków ogólnie pozytywnie ocenia wpływ rozwoju technologii na rynek pracy w ostatnich latach.

 Technologia to coś bardzo wspierającego, otwiera bardzo szerokie możliwości, np. to, że możemy dzisiaj pracować z każdego miejsca, sięgać po specjalistów z najdalszego zakątka świata, nie musimy się kierować dostępnością fizyczną – wymienia Małgorzata Ohme.

Big data, uczenie maszynowe, rozwiązania chmurowe, automatyzacja procesów, AI i postępująca robotyzacja w coraz większym stopniu wspierają biznes, a w kolejnych latach będą mieć też rosnące przełożenie na to, w jaki sposób pracownicy wykonują swoje obowiązki zawodowe. Już dziś dzięki rozwiązaniom chmurowym i mobilnym zespoły w firmach mają możliwość szybkiej i łatwej komunikacji. Pracownicy są też świadomi konieczności ciągłości podnoszenia swoich kompetencji cyfrowych: w badaniu Pracuj.pl 44 proc. Polaków oceniło, że w przyszłości zbyt niski ich poziom może być dla nich przeszkodą w szukaniu nowej pracy. Co istotne, większość (73 proc.) uważa też, że to pracodawcy powinni wspierać pracowników w nabywaniu nowych kompetencji cyfrowych.

Jak wynika z badań Manpower Group, średnio co trzecie przedsiębiorstwo w Polsce docelowo planuje połączenie pracy zdalnej z wykonywaniem zadań w siedzibie firmy. Natomiast wśród pracowników 43 proc. uważa, że jesteśmy świadkami końca ery, w której praca na etat była wykonywana w sztywnych ramach czasowych od godziny 9 do 17.

Są różne badania, które mówią o tym, czy efektywność pracowników się poprawiła, czy pogorszyła. Dużo się mówi o rosnącym wskaźniku wypalenia zawodowego. Często wiąże się go z tym, że byliśmy cały czas w formie zdalnej – mówi współtwórczyni aplikacji Mindgram.

Wśród innych minusów pracy zdalnej wymieniane są m.in. obniżenie efektywności komunikacji spowodowane brakiem spotkań twarzą w twarz, utracone więzi z kolegami z pracy. Z drugiej strony pozwoliła się ona pokazać pracownikom od bardziej spontanicznej, ale też bardziej domowej strony, nauczyła ich elastyczności, nieprzewidywalności i dystansu.

Jak podkreśla ekspertka, praca zdalna, która była pewnego rodzaju przymusem na początku pandemii, teraz stała się pożądaną opcją. Nie jest jednak powiedziane, że jest to rozwiązanie korzystne dla wszystkich.

– Najważniejsze jest to, żeby człowiek miał wybór. Czasem nam się wydaje, że w pracy zdalnej byłoby nam lepiej, ale potem okazuje się, że nie jesteśmy zbyt dobrze zorganizowani. Natomiast jeśli weźmiemy pod uwagę swoje zasoby i możliwości, może się okazać, że będziemy bardziej efektywni na Bali niż w Warszawie w WeWorku albo na odwrót. Trzeba mierzyć siły na zamiary. Ilu ludzi, tyle modeli pracy. I cudownie byłoby, żeby każdy miał możliwość wyboru – podkreśla Małgorzata Ohme.

Trend pracy zdalnej i rozwoju cyfryzacji jest dziś bardzo widoczny zwłaszcza wśród młodego pokolenia, które szuka elastycznych, dopasowanych do swojego stylu życia form zatrudnienia.

– To oni dzisiaj na rozmowach rekrutacyjnych pytają, czy mogą pracować z dowolnego miejsca – mówi psycholożka. – Uważam, że mają prawo o to pytać i ci, którzy są dobrymi ekspertami, mają prawo wymagać, żeby pracować w takich warunkach, które sprzyjają ich efektywności. Te warunki każdy sam powinien wobec siebie określić.

W raporcie Manpower Group eksperci wskazują, że w dobie dynamicznych zmian na rynku pracy pewne jest tylko jedno: pandemiczny kryzys powinien przygotować społeczeństwo na pracę przyszłości, która według prognoz będzie zdecydowanie bardziej elastyczna, różnorodna i nastawiona na dbanie o dobre samopoczucie pracowników.

– Technologia otworzyła nam cały obszar dbania o swój własny dobrostan. Jeszcze kilka lat temu nie mówiło się o tym, że powinniśmy wspierać pracowników, jeśli chodzi o ich wellbeing czy mental health. Wśród benefitów nie było opieki psychologicznej czy możliwości rozwoju. Dzisiaj, dzięki nowym technologiom, mamy platformy takie jak np. Mindgram, które zapewniają dostęp do najlepszych specjalistów, do webinarów, szkoleń, audioteki, podcastów, do różnych form prorozwojowych i samopomocowych – mówi Małgorzata Ohme.

O możliwościach, jakie technologia stwarza na rynku pracy, eksperci debatowali podczas jednego z ostatnich spotkań w ramach Thursday Gathering. To cykliczne eventy organizowane przez Fundację Venture Café Warsaw, które do Varso przy ulicy Chmielnej przyciągają szerokie grono ekspertów, firm, start-upów, inwestorów i naukowców.

Polityka Europejskiego Zielonego Ładu może się przyczynić do wzrostu zainteresowania kompostowaniem. Zachętą będą obniżki...

Udział kompostowania w procesie przetwarzania odpadów komunalnych wzrósł w Polsce w ostatnim roku do ponad 13 proc. Założenia Europejskiego Zielonego Ładu, zmierzające do ograniczenia zużycia nawozów i pestycydów, mogą wkrótce zwiększyć zainteresowanie kompostowaniem. Rośliny uprawiane w ziemi zasilanej kompostem są lepiej odżywione i odporniejsze na choroby, szkodniki czy zmiany temperatur. Tworzenie z odpadów kuchennych kompostu jest też dobrym sposobem na ograniczenie marnowania żywności. Zachęty ekonomiczne, takie jak obniżki opłat za odbiór śmieci, mogą być argumentem dla osób inwestujących w kompostowniki.

Kompostowanie w Polsce staje się coraz bardziej popularną metodą zagospodarowania różnego typu odpadów biodegradowalnych. Wpisuje się to w ogólną politykę Unii Europejskiej dotyczącą biogospodarki, czyli wykorzystywania wszystkich źródeł składników pokarmowych, ale również zabezpieczania energetycznego środowiska przyrodniczego. Węgiel jest głównym źródłem energii, nie tylko dla nas, ale również dla środowiska glebowego czy życia roślin i mikroorganizmów. Dopływ węgla jest bardzo ważnym elementem wzrostu i rozwoju roślin. Poza tym jest to pewien wymóg również polityki Unii Europejskiej, ponieważ każdy użytkownik gleby ma dbać o węgiel organiczny – informuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje prof. dr hab. Wojciech Stępień, pracownik Samodzielnego Zakładu Chemii Rolniczej i Środowiskowej w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie.

Współczesne rolnictwo stało się skoncentrowane, przez co w gospodarstwach brakuje naturalnych nawozów pochodzących z upraw czy hodowli. Rozwiązaniem staje się produkcja kompostu, do której używa się wszelkiego rodzaju bioodpadów, również z gospodarstw domowych czy przetwórni. Kompost sprawia, że gleba jest żyźniejsza i wilgotniejsza, dzięki czemu rośliny są lepiej odżywione i zdrowo rosną.

Dbałość o biologię jest priorytetem. Powszechne jest wykorzystanie mikroorganizmów czy organizmów, które w glebie dzięki biomasie zwiększają swoją aktywność i pozwalają również lepiej wykorzystywać potencjał produkcyjny. Stąd kompostowanie staje się ważnym ogniwem biogospodarki. Oczywiście musimy tak przeprowadzać proces kompostowania, żeby on nie był szkodliwy dla środowiska. Głównie chodzi o czystość powietrza, ale również gleby, jeżeli wprowadzamy materię organiczną – dodaje prof. dr hab. Wojciech Stępień.

Kompostowanie może się sprawdzić zarówno w dużych, jak i małych gospodarstwach, nie tylko ekologicznych. Poza resztkami roślin pochodzącymi z ogrodu na kompost nadają się odpadki kuchenne (bez mięsa i kości), fusy z kawy i herbaty, bezzapachowe chusteczki higieniczne, niezadrukowany i pocięty papier, wytłoczki od jajek, zużyta ziemia z doniczek.

– Przykładowo w warzywniczych gospodarstwach, gdzie mamy bardzo dużo bogatych w składniki pokarmowe odpadów z marchwi, kapusty czy innych warzyw, właściwe ich zagospodarowanie poprzez kompostowanie jest jak najbardziej pożądanym, wskazanym i ważnym elementem właściwego gospodarowania składnikami pokarmowymi – mówi ekspert Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie.

Jak wynika z poradnika Instytutu Ochrony Środowiska – Państwowego Instytutu Badawczego, kompost najlepiej przechowywać w zacienionym miejscu, w drewnianych skrzynkach lub specjalnych plastikowych termokompostownikach, które znacznie szybciej rozkładają materię organiczną. Nie można też zapominać o zapewnieniu dostępu do tlenu oraz nawadnianiu kompostu.

Do przyspieszenia procesu kompostowania wykorzystuje się dojrzały kompost lub specjalne szczepionki kompostowe zawierające bakterie tlenowe i inne mikroorganizmy glebowe. Można też wykorzystać większe organizmy, takie jak dżdżownice kalifornijskie. Ich znaczenie w użyźnianiu gleby dostrzegł już w XIX wieku Karol Darwin. Współcześnie na mniejszą skalę praca dżdżownic jest wykorzystywana w specjalnie przystosowanych kompostownikach. Produkcja wermikompostu przybrała też charakter przemysłowy. Według autorów raportu opublikowanego przez MENAFN światowy rynek tego nawozu wypracuje do 2025 roku przychody przekraczające 108 mln dol., podczas gdy w 2021 roku było to 70 mln dol.

– Są to bardzo aktywne mikroorganizmy, które dziennie przeprowadzają przez swój organizm tyle biomasy, ile ważą, czyli najczęściej 1 g. Przetwarzają materię organiczną w biohumus, który jest bardzo wartościowy. Śluz, który powstaje, jest dodatkową pożywką dla wielu mikroorganizmów, czyli jest to jak najbardziej efektywny proces – wskazuje prof. dr hab. Wojciech Stępień.

Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że z roku na rok rośnie udział kompostowania w procesie przetwarzania odpadów. W ubiegłym roku do kompostowania zostało w Polsce przekazanych ponad 1,8 tys. t odpadów komunalnych, co stanowi 13,3 proc. wszystkich takich odpadów. Rok wcześniej było to ponad 1,5 tys. t, co stanowiło 12 proc. wszystkich odpadów komunalnych. Zdaniem eksperta obniżenie stawek za odbiór śmieci dla osób kompostujących odpady mogłoby się przyczynić do popularyzacji inwestowania gospodarstw domowych w ten proces.

Jeżeli chcemy wdrożyć wszystkie założenia biogospodarki Zielonego Ładu, to być może dobre byłyby takie zachęty na początek, żeby się ludzie przyzwyczaili, żeby jednak zadbali pośrednio o środowisko. Nie ma innej metody jak ekonomia – podkreśla ekspert SGGW w Warszawie. – Cały problem jest we właściwym planowaniu gospodarki odpadami, jej kontroli i rozliczania. To jest problem dość złożony, jak wycenić, ile, kiedy. To powinno być szczegółowo przemyślane, znalezienie mechanizmów, jak to oceniać ilościowo, jakościowo, bo z tym jest najczęściej w Polsce problem, jeżeli spojrzymy na różnego typu aspekty związane z gospodarką różnymi materiałami odpadowymi.

Jak podkreśla ekspert, kompost jest bezpieczniejszy dla gleby niż bezpośrednie wprowadzanie do niej biomasy, a jego używanie przyczynia się do zmniejszenia wykorzystania nawozów mineralnych.

– To, co jest w kompoście, w zależności od wsadu, nie zawsze w pełni będzie zaspokajać potrzeby poszczególnych gatunków roślin. Nawozy są niezbędne, jeżeli chcemy uzyskiwać wyższe poziomy plonowania, bo system zamknięty, w jakim funkcjonujemy, pozwala na uzyskiwanie poziomu plonowania na średnim poziomie. Proces kompostowania przyspiesza pewne przemiany, które mogłyby zachodzić w glebie – mówi prof. dr hab. Wojciech Stępień. – Kompost może nie zastępuje, ale zmniejsza zużycie nawozów mineralnych, a przede wszystkim energii, bo azotu, który zabezpieczymy w kompoście, nie musimy pozyskiwać w fabryce nawozów azotowych. Czyli to racjonalizuje gospodarkę, ogranicza zużycie nawozów mineralnych i jak najbardziej w tym kierunku powinniśmy pójść.