Niemal 8 mln aut nie zostanie wyprodukowanych z powodu braku półprzewodników. Kryzys może potrwać...

Trwa zastój na rynku motoryzacyjnym. Szacuje się, że niespełna 8 mln samochodów nie zostanie wyprodukowanych w wyniku kryzysu związanego z brakiem podaży półprzewodników niezbędnych do produkcji elektronicznych podzespołów. Producenci przewidują, że z niedoborami rynek będzie się zmagał do końca przyszłego roku. Po okresie zastoju produkcja wróci do normy, jednak zdaniem ekspertów teraz potrzebne jest przede wszystkim wsparcie dla pracowników fabryk.

– Sytuacja jest niezwykle ciężka. Brak półprzewodników to globalny problem dla producentów samochodów. Początkowo producenci starali się poradzić sobie za pomocą produkowania samochodów niekompletnych z nadzieją, że później będzie można brakujące elementy elektroniczne włożyć do samochodu i przekazać na rynek. Ale okazało się, że problem jest zbyt długotrwały, w związku z tym w tej chwili jedyna metoda, którą widzimy wśród producentów samochodów, to jest ograniczenie produkcji przez dostosowanie jej do wielkości dostaw bądź alternatywnie zawieszenie produkcji na okres np. do końca roku – informuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Paweł Wideł, prezes zarządu Związku Pracodawców Motoryzacji i Artykułów Przemysłowych.

Simon Segars, dyrektor generalny Arm Holdings, będącego jednym z najważniejszych graczy na rynku, zapowiedział na początku listopada, że problem z podażą półprzewodników może potrwać nawet do końca 2022 roku. Zakłócenia w dostępności półprzewodników są efektem ogromnego popytu na elektronikę w okresie pandemii koronawirusa. Jedną z najbardziej dotkniętych kryzysem branż jest przemysł samochodowy. Jak podaje francuska agencja informacyjna AFP, zawirowania w dostępności półprzewodników zablokują produkcję nawet 7,7 mln pojazdów.

– Nie pamiętam takiego spadku produkcji przy dużym popycie i braku surowców. To jest porównywalne tylko z kryzysem w 2008 roku, ale wtedy ten kryzys nie miał aż takiego globalnego znaczenia. Przy takich ilościach utraconego wolumenu produkcyjnego to się bardzo negatywnie przekłada na dostawców pierwszego, później drugiego i trzeciego szeregu, tak że obawiam się, że skutki tego kryzysu postpandemicznego będzie odczuwała cała branża, od producentów pojazdów do dostawców nawet trzeciego szeregu – przewiduje Paweł Wideł.

Zachwianie procesów produkcyjnych prowadzi do przestoju w fabrykach zarówno samochodów, jak i części do nich. To z kolei przekłada się na bardzo ciężką sytuację zatrudnionych w nich pracowników. Niektóre państwa wprowadzają mechanizmy rządowej pomocy dla nich. W Polsce mamy jednak do czynienia z sytuacją, w której tarcze antykryzysowe w zasadzie wyczerpały swoją formułę.

– Programy wsparcia zostały uruchomione przez rządy Niemiec, rządy Włoch, Hiszpanii, na początku tego tygodnia rząd Republiki Czeskiej skierował pod obrady projekt wsparcia postojowego. W Polsce programy, które obowiązywały w czasie pandemii COVID-19 w 2020 roku, już nie działają. Pracodawcy zrzeszeni w Konfederacji Lewiatan wsparci bardzo mocno przez związki zawodowe wnieśli na Radę Dialogu Społecznego prośbę do rządu o wprowadzenie programów wsparcia postojowego w zakładach przemysłu motoryzacyjnego – mówi ekspert.

Zdaniem analityków w dalszej perspektywie przemysł motoryzacyjny czeka powrót na drogę rozwoju. Według Globe Newswire do 2028 roku wolumen sprzedaży samochodów zwiększy się o 205 mln sztuk, a średnioroczne tempo wzrostu, liczone dla okresu 20212028, wyniesie 4,5 proc. Problemem jest jednak przetrwanie najbliższego okresu.

– W krótkim okresie ta normalność to będzie powrót do 2019 roku, czyli powrót do produkcji samochodów z silnikiem wewnętrznego spalania, spalinowych i samochodów zelektryfikowanych bez radykalnych zmian w technologii, bo te zmiany nie będą następowały tak szybko. Natomiast według ocen ekspertów rynkowych jest nadzieja, że do połowy 2022 roku dostawy półprzewodników powinny wrócić do normy. Natomiast nie ma do końca pewności, gdyż ten kryzys jest nadspodziewanie długotrwały i głęboki, ale wszyscy marzymy o tym, żeby już po wakacjach przyszłego roku sytuacja wróciła w pełni do normy – przewiduje Paweł Wideł.

 

Widzenie komputerowe rozpoznaje po korze każde pojedyncze drzewo. Może to pomóc skutecznie walczyć z...

Jedna trzecia drewna w światowym obrocie pochodzi z nielegalnej wycinki – alarmują autorzy raportu ONZ. Dzięki technologii widzenia komputerowego można jednak zidentyfikować indywidualne cechy każdego drzewa i śledzić jego drogę w łańcuchu dostaw. Dzięki temu łatwiej będzie wykryć próby wprowadzenia na rynek nielegalnie pozyskanego surowca. Technologia ta ma moc identyfikowania także innych roślin, dzięki czemu może znaleźć zastosowanie również w przemyśle spożywczym – do tego, by klient mógł zweryfikować pochodzenie produktu na półce.

Rocznie wycinamy 15 mld drzew, a sadzimy ich 10 mld. Różnica jest więc duża. W obrocie drewnem i produktami drewnianymi około 30 proc. towarów pochodzi z drzew, które zostały wycięte nielegalnie. I to jest olbrzymi problem, nie tylko pod względem przestępczości, tylko też pod względem ochrony środowiska naszej planety – informuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Swapan Chaudhuri z Deeplai.

Raport Banku Światowego i dane Interpolu wskazują, że proceder nielegalnej wycinki ma wartość ok. 150 mld dol. rocznie. W niektórych krajach przestępcy, często ze zorganizowanych grup, odpowiadają za ponad 90 proc. procesu wycinania lasów tropikalnych. Proceder ten ma nie tylko skutki gospodarcze, lecz także społeczne i ekologiczne. Walka z nim jest o tyle utrudniona, że często ma on charakter transgraniczny.

 Walczymy z ociepleniem klimatu, walczymy z tym, co zaniedbaliśmy w przeszłości jako ludzie. Jednak jeżeli popatrzymy na to, czy śledzimy i weryfikujemy grupy, które się zajmują nielegalną wycinką drzew, to odpowiedź na dzisiaj jest: chcemy to robić, ale wysiłku za bardzo nie widać – ocenia Swapan Chaudhuri. – Nasz system idzie w tym kierunku, żeby dać narzędzie do zidentyfikowania każdego pojedynczego drzewa.

Rozwiązaniem umożliwiającym identyfikowanie pochodzenia drewna jest dostarczane przez Deeplai narzędzie ProductFingerprint. Technologia oparta jest na widzeniu komputerowym i przetwarzaniu zebranych danych w postaci obrazów przez algorytmy sztucznej inteligencji. Metoda działa na podstawie schematów wykorzystywanych w kryminalistyce.

– Drzewa mają unikatowe linie papilarne. Ich analizę można przeprowadzać, badając zarówno słoje, jak i korę. System obejmuje zeskanowanie w formacie 3D każdego drzewa w lesie i wysłanie obrazu. My ten obraz rozkładamy do odpowiedniego formatu i później, po analizie kory w całym łańcuchu dystrybucji drewna, jesteśmy w stanie wskazać, czy dany bal drewniany jest tym pochodzącym z danej wycinki, z danego lasu. Zdjęcie ma jeszcze w sobie metadane geoczasowe, więc wiemy dokładnie, w którym dniu, o której godzinie, w którym lesie to drzewo zostało ścięte – wyjaśnia ekspert.

Rozwiązanie gromadzi dane w chmurze, więc dostęp do informacji o pochodzeniu drewna można uzyskać praktycznie z każdego miejsca na świecie. Co istotne, baza danych jest aktualizowana w czasie rzeczywistym przez wszystkich uczestników łańcucha dostaw, więc użytkownik systemu od razu wie, co w danym momencie dzieje się z surowcem. Kontrola legalności wycinki drzew jest jednak tylko jednym z wielu możliwych zastosowań technologii widzenia komputerowego.

Jeżeli popatrzymy na skórę owocu – jabłka czy pomarańczy – to dla nas te owoce są jednakowe. Dla widzenia komputerowego każdy owoc, każda sztuka jest inna. Analiza poszczególnych elementów, poszczególnych punktów na skórze pozwala nam zidentyfikować i stworzyć unikalny kod kreskowy dla każdej sztuki. Wszyscy konsumenci chcieliby wiedzieć dużo o produkcie, który chcą kupić, i mieć pewność, że dane jabłko rzeczywiście jest organiczne, a nie tylko została na nim umieszczona naklejka odpowiedniej firmy – mówi Swapan Chaudhuri.

Według analityków MarketsandMarkets światowy rynek technologii widzenia komputerowego w robotyce osiągnie w 2021 roku przychody sięgające 11 mld dol. Do 2026 roku kwota ta wzrośnie do 15,5 mld dol.

Widzenie komputerowe było tematem prelekcji podczas jednego z Thursday Gathering, cyklicznych spotkań dla społeczności innowatorów, które co tydzień w czwartkowe popołudnia odbywają się w Varso przy ulicy Chmielnej w Warszawie z inicjatywy Fundacji Venture Café Warsaw. 

Norweski rynek stwarza atrakcyjne możliwości polskim firmom. Granty z Funduszy Norweskich ułatwiają ekspansję i...

Innowacje w obszarze ochrony środowiska, gospodarki morskiej i technologii poprawiających jakość życia, np. z dziedziny medycyny – polskie firmy już realizują takie projekty w partnerstwie z Norwegami w ramach Funduszy Norweskich. Ich głównym celem jest też stymulowanie współpracy pomiędzy firmami z Polski i Norwegii. Tamtejszy rynek stwarza polskim przedsiębiorcom atrakcyjne możliwości, ale jest także trudny – ze względu na niewielki rozmiar i dużą konkurencyjność. Aby ułatwić na nim start, PARP organizuje szereg spotkań i konferencji, które pozwalają rodzimym firmom znaleźć norweskiego partnera do realizacji wspólnych przedsięwzięć biznesowych. Najbliższe takie wydarzenie odbędzie się 21 października br.

– Polska i Norwegia mają bliskie relacje gospodarcze. Mimo dzielącego je Bałtyku są to kraje geograficznie blisko siebie położone. Norwegia, mimo że jest niewielkim krajem, liczącym raptem 5 mln mieszkańców, znajduje się w drugiej dziesiątce najważniejszych partnerów gospodarczych Polski. Norwegia jest też w Europejskim Obszarze Gospodarczym, co stwarza duże ułatwienia w wymianie handlowej. Jej wartość sięga ok. 3 mld dol. rocznie. Mowa tu o eksporcie z Polski do Norwegii, jak i imporcie produktów i dóbr z Norwegii – mówi agencji Newseria Biznes Konrad Konieczny, Programme Officer w Innovation Norway.

Norwegia nie jest członkiem UE. Jednak dzięki jej członkostwu w EOG dostęp do tamtejszego rynku jest ułatwiony dla polskich firm. Przyczyniają się do tego też Fundusze Norweskie, czyli specjalny mechanizm finansowy, z którego mogą korzystać polskie mikro-, małe i średnie przedsiębiorstwa.

Ten mechanizm finansowy pozwala – właśnie poprzez budowanie partnerstw z norweskimi firmami – otrzymać finansowanie dla swoich projektów i wejść na tamtejszy rynek – mówi Konrad Konieczny.

Fundusze Norweskie stanowią wkład Norwegii w tworzenie zielonej, konkurencyjnej i zintegrowanej Europy, przyczyniając się m.in. do ograniczenia nierówności społecznych i ekonomicznych oraz wzmocnienia relacji dwustronnych z państwami Europy Środkowej i Południowej oraz obszaru Morza Bałtyckiego. Są dostępne w państwach, które przystąpiły do UE po 2003 roku, czyli również w Polsce. Fundusze Norweskie na lata 2014–2021 wynoszą w sumie 1,25 mld euro.

Mamy już trzecią edycję Funduszy Norweskich. Polscy przedsiębiorcy sporo już w ramach tych funduszy uzyskali – mówi Michał Polański, dyrektor Departamentu Wsparcia Przedsiębiorczości w Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości. – To wsparcie można pozyskać na dwa sposoby. Po pierwsze, można ubiegać się o granty, które rozdziela PARP. To jest wsparcie bezpośrednie, gdzie przedsiębiorcy przygotowują projekt i uzyskują dla niego finansowanie bądź współfinansowanie. Jest też możliwość pośredniego korzystania z Funduszy Norweskich. Wszystkie środki wydatkowane w ramach tych funduszy są później kontraktowane przez polskie instytucje otoczenia biznesu czy instytucje publiczne. I tymi, którzy ostatecznie wykonują te projekty i mogą na tym zarobić, są właśnie polscy przedsiębiorcy, bo te projekty realizowane są w Polsce.

Z tych środków finansowany jest m.in. wart ponad 93 mln euro program „Rozwój przedsiębiorczości i innowacje&HASH39;&HASH39;, którym zarządza PARP. Polskie firmy mogły ubiegać się o granty na opracowanie, wdrożenie i komercjalizację innowacyjnych technologii, rozwiązań i produktów w trzech kategoriach: zielone technologie, niebieskie technologie (z obszaru morza i wód śródlądowych) oraz technologie poprawiające jakość życia.

Dodatkowo realizowany jest też schemat małych grantów dla przedsiębiorczych kobiet i firm, w których kobiety są właścicielami lub mają decydujący głos w zarządzaniu przedsiębiorstwem. Obok finansowania innowacji i przedsiębiorczości głównym celem Funduszy Norweskich jest też stymulowanie współpracy pomiędzy firmami z Polski i Norwegii.

Dzięki tym funduszom można zrealizować projekt wspólnie z norweskim partnerem. Można też znaleźć partnera do przyszłych przedsięwzięć gospodarczych, niekoniecznie finansowanych z samego funduszu. Organizujemy w tym celu szereg wydarzeń, spotkań i konferencji, które umożliwiają znalezienie takiego partnera – wyjaśnia dyrektor Departamentu Wsparcia Przedsiębiorczości w PARP. – Mamy już zaplanowanych siedem takich wydarzeń, z których pierwsze odbędzie się już 21 października podczas targów Bygg Reis Deg, poświęconych budownictwu. Natomiast kolejne mamy zaplanowane jeszcze w tym oraz w przyszłym roku.

Poszukując norweskich partnerów, warto wykorzystać Travel Grants, które oferuje PARP, oraz odwiedzić stronę prowadzoną przez norweską agencję rządową Innovation Norway. Ta strona nazywa się TheExplorer.no i można znaleźć na niej profile kilkuset norweskich firm, które poszukują zagranicznych partnerów do rozwoju swoich działań – dodaje Konrad Konieczny.

Jak podkreśla, Fundusze Norweskie są doskonałym sposobem na to, żeby poszerzyć współpracę gospodarczą z tamtejszym rynkiem, który polskim firmom stwarza bardzo atrakcyjne możliwości.

W wymianie handlowej między Polską i Norwegią dominującą rolę odgrywa m.in. przemysł morski, transportowy i meblowy, bo Polska jest ważnym eksporterem mebli. Skupiając się na sektorze małych i średnich przedsiębiorstw, można zauważyć, że wachlarz sektorów, w których polskie firmy działają w Norwegii, jest znacznie szerszy. Znajdziemy tutaj także m.in. działalność związaną z gospodarką w obiegu zamkniętym, smart cities czy różne rozwiązania IT. Widać też duży potencjał w sektorze energetycznym, w branży paneli fotowoltaicznych i stacji wiatrowych – wylicza Programme Officer w Innovation Norway.

– Norweski rynek z jednej strony jest bardzo atrakcyjny. To jest rynek bogatych przedsiębiorców i konsumentów, którzy są gotowi kupować rozwiązania droższe, ale za to bardziej zaawansowane technologicznie. Z drugiej strony jest to też rynek trudny, ponieważ jest niewielki i jest obiektem zainteresowania przedsiębiorców z wielu krajów, które również są biorcami pomocy w ramach Funduszy Norweskich. Dlatego zachęcamy polskie firmy do kontaktu i do udziału w tych wydarzeniach, które współorganizuje PARP – dodaje Michał Polański.

 


 

hh

W Warszawie powstało największe i najnowocześniejsze centrum prasowe w Polsce. Ma pomóc w rozwoju...

Od października rozpoczęło działalność największe centrum prasowe w Polsce. Fundacja Venture Café Warsaw wspólnie z agencją informacyjną Newseria otworzyły Centrum Prasowe Newseria. Innowacyjne centrum komunikacji – zlokalizowane przy ulicy Chmielnej w biurowcu Varso – ma być odpowiedzią na rosnący popyt na tego rodzaju usługi. Będą w nim organizowane konferencje, śniadania prasowe i debaty. Centrum umożliwia konferencje w systemie hybrydowym ze streamingiem i system tłumaczenia symultanicznego. W przyszłości powstanie tu także wirtualne studio.

– Dzięki współpracy z Fundacją Venture Café Warsaw centrum prasowe staje się faktem. Powstaje największy, najbardziej nowoczesny obiekt tego typu, dzięki któremu każdego dnia będzie można organizować jednocześnie wiele konferencji prasowych, śniadań prasowych oraz innych wydarzeń obsługiwanych przez naszą agencję – mówi Artur Woliński, prezes agencji informacyjnej Newseria.

Centrum prasowe zlokalizowane jest w jednym z najbardziej prestiżowych miejsc Warszawy, w budynku Varso Place przy ulicy Chmielnej.

 Wyjątkowość tego miejsca to nie tylko wspaniała architektura, ale przede wszystkim lokalizacja. Mówimy o samym centrum Warszawy, świetnej komunikacji i dużej liczbie miejsc parkingowych – dodaje prezes agencji Newseria.

Centrum Prasowe Newseria to największe tego typu miejsce w Polsce, które stanowi odpowiedź na rosnące zapotrzebowanie rynku na tego typu usługi. Wszystkie sale są wyposażone w nowoczesną technologię, w tym cyfrowe urządzenia do prezentacji, tablice do pisania – flipchart, szybki internet czy wysokiej jakości sprzęt audiowizualny. W ramach dodatkowych usług dostępny jest pakiet streamingowy czy system tłumaczenia symultanicznego. W przyszłości w centrum powstanie też wirtualne studio.

– W nowym Centrum Prasowym Newserii nasi partnerzy biznesowi będą mogli zrealizować każde wydarzenie, każdą konferencję prasową, a także każdy inny rodzaj eventu w najnowocześniejszych przestrzeniach na światowym poziomie – wskazuje Artur Woliński.

Centrum w kilku salach konferencyjnych pomieści 250 osób. Główne pomieszczenie dzięki modułowym ścianom można dowolnie modyfikować w zależności od potrzeb organizatora, a sale mogą być ze sobą w dowolny sposób łączone. Mała sala konferencyjna Garage przeznaczona jest dla kilkunastu osób, można ją wykorzystać do organizacji kameralnych spotkań, także online. Przestrzeń klubowa Trend House to miejsce do nieformalnych spotkań, które w założeniu ma być katalizatorem nowoczesnych rozwiązań.

Newseria jest multimedialną agencją informacyjną, która prowadzi serwisy Innowacje, Biznes oraz Lifestyle. Z depeszy korzystają stacje radiowe i telewizyjne, prasa oraz portale internetowe, nie tylko polskie. Agencja oferuje też m.in. relacje z konferencji, transmisje online konferencji czy programy telewizyjne.

– Jako organizacja, która promuje innowacyjność poprzez promowanie innowacyjnych przedsiębiorców i rozwiązań, potrzebujemy narzędzi, które pomogą nam docierać z tą informacją do szerokiego grona. Współpraca z Newserią jest dla nas o tyle istotna, że jest to organizacja, która rozumie, w jaki sposób należy o tych innowacjach mówić. Dzięki temu jesteśmy po prostu silniejsi komunikacyjnie – tłumaczy Aureliusz Górski z Fundacji Venture Café Warsaw.

Fundacja działa na rzecz wzrostu gospodarczego Polski i promocji przedsiębiorczości i innowacji. Jej misją jest budowanie i wzmacnianie ekosystemu innowacyjnego w Polsce, łączenie innowatorów, firm, start-upów, inwestorów i naukowców. Włączanie zagranicznych firm do polskiego systemu innowacji ma na celu wzmocnienie pozycji gospodarczej naszego kraju.

 Z naszej współpracy z Newserią skorzystamy nie tylko my, ale cały ekosystem. Nie każda organizacja ma dostęp do narzędzi potrzebnych do dystrybucji efektywnej informacji. Współpraca z agencją prasową, która rozumie świat innowacji, jest kluczowa, bo można będzie dzięki temu mówić bardzo szeroko o swoich rozwiązaniach. Skoncentrowanie tego wszystkiego w centrum innowacji odbije się szerokim echem nie tylko w Polsce, ale na całym świecie, będziemy jeszcze lepiej mogli komunikować, jakie rzeczy dzieją się nad Wisłą – przekonuje Aureliusz Górski.

W Polsce płatności zbliżeniowe biją rekordy popularności. Xiaomi i Mastercard wprowadzają tę funkcję do...

Według PwC Polska należy do grupy 10 państw świata, które przodują w płatnościach zbliżeniowych. Ich popularność nie ogranicza się jednak tylko do kart płatniczych, bo Polacy chętnie płacą też smartfonami, zegarkami czy opaskami. Według badań Mastercard już w 2019 roku Polska była piątym krajem w Europie i szóstym na świecie pod względem liczby transakcji dokonywanych za pomocą wearables. Wkrótce może awansować, bo Xiaomi producent najpopularniejszych na rynku opasek Mi Band wprowadził do najnowszej generacji swojego urządzenia funkcję płatności zbliżeniowych.

Polska to świetne miejsce do tego, żeby popularyzować płatności zbliżeniowe, zresztą ten rynek już od dawna jest uznany przez wielkich graczy z tej branży. Nasycenie terminali płatniczych w punktach sprzedaży i punktach usługowych jest duże, dlatego popularyzacja np. bezstykowych kart zbliżeniowych czy kart kredytowych postępowała bardzo dynamicznie. W tej chwili jako ciekawostkę można powiedzieć, że ponad 95 proc. transakcji kartami kredytowymi to są właśnie transakcje bezstykowe. Z pewnością pomogła tu pandemia i związane z nią kwestie bezpieczeństwa – mówi Andrzej Gładki, zastępca dyrektora generalnego Xiaomi w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

Polska jest jednym z liderów innowacji w finansach. Firma doradcza PwC już kilka lat temu wskazywała, że tutejszy rynek jest swoistym poligonem doświadczalnym pod względem rozwoju i wykorzystania nowych technologii w sektorze finansowym, a Polacy błyskawicznie adaptują wszelkie nowinki w tym zakresie.

Przykładem są płatności zbliżeniowe. Polska należy do grupy 10 państw świata, które w nich przodują. Według danych NBP w I kwartale br. na około 38 mln Polaków przypadało w sumie 44,1 mln kart płatniczych (w tym prawie 39 mln kart zbliżeniowych), którymi dokonano w tym czasie 1,52 mld transakcji na łączną kwotę 198,2 mld zł. Transakcje bezgotówkowe stanowiły wśród nich blisko 93 proc. Według danych Ministerstwa Finansów już w połowie ubiegłego roku w Polsce działał ponad 1 mln terminali płatniczych POS, z których wszystkie obsługiwały płatności zbliżeniowe.

– Polacy są niezwykle chłonni, jeśli chodzi o innowacje płatnicze – mówi Aleksander Naganowski, dyrektor ds. rozwoju biznesu cyfrowego w Mastercard Polska. – Płatności zbliżeniowe to już w Polsce właściwie standard, w badaniach aż 96 proc. Polaków deklaruje, że płaci kartą zbliżeniowo.

Co ciekawe, badania Fundacji Polska Bezgotówkowa pokazują, że Polacy chcieliby mieć możliwość płacenia w nowoczesny sposób nawet w takich miejscach jak pobliski bazarek (48 proc.) czy publiczne toalety (41 proc.), w których zwykle potrzebny jest bilon. 1/3 Polaków chciałaby też móc zapłacić bezgotówkowo u krawca czy szewca, czyli w zakładach rzemieślniczych, które w ostatnich latach przeżywają swój renesans. 

Popularność płatności zbliżeniowych w Polsce nie ogranicza się jednak tylko do kart, Polacy chętnie płacą też m.in. smartfonami. Według danych Cashless w II kwartale tego roku udział płatności mobilnych we wszystkich transakcjach zbliżeniowych wynosił ok. 10 proc., a klienci coraz chętniej sięgają po urządzenia mobilne, żeby płacić nimi zbliżeniowo. Dotyczy to też tzw. wearables, czyli np. zegarków i opasek fitness. Wystarczy zbliżyć je do terminala płatniczego w sklepie, tak jak w przypadku plastikowej karty czy telefonu. Według przeprowadzonego w 2019 roku badania Mastercard Polska była już wtedy piątym krajem w Europie i szóstym na świecie pod względem liczby transakcji dokonywanych za pomocą wearables.

– Płatności różnymi urządzeniami to ciągle rozwijający się sektor. W jednym z badań Mastercard już 36 proc. Polaków zadeklarowało, że płaci telefonem, a 2 proc. – jakimś urządzeniem, które nosi na sobie, np. opaską czy zegarkiem. Tego typu rozwiązania pojawiły się w Polsce kilka lat temu i początkowo oczywiście były drogie, ale później pojawiło się coraz więcej takich, które pozwalają popularyzować tę technologię – mówi Aleksander Naganowski.

– Możemy płacić telefonem, możemy płacić smartwatchem, ale to są urządzenia z innych kategorii cenowych, wciąż dużo droższe. Natomiast nasze Mi Bandy jak zwykle są bardzo przystępne cenowo, wersja Smart Band 6 z NFC kosztuje 249 zł, więc myślę, że wchodzimy na zupełnie inny poziom przystępności. To może spowodować jeszcze większą popularyzację płatności zbliżeniowych – dodaje Andrzej Gładki z Xiaomi.

Xiaomi Mi Band to jedna z najlepiej sprzedających się opasek sportowych  – zarówno w Polsce, jak i globalnie. Według danych firmy analitycznej Canalys w II kwartale tego roku do klientów trafiło łącznie 40,9 mln tego typu urządzeń, a Xiaomi jest liderem tego rynku. Ma w nim 20-proc. udział i wyprzedza pod tym względem nawet Apple’a.

Xiaomi Mi Band pozwala rejestrować wyniki treningów, badać stan zdrowia i jakość snu, a przy tym odczytywać powiadomienia ze smartfona. Jedyną cechą, której do tej pory brakowało, jest możliwość płatności zbliżeniowych. Jednak to się właśnie zmienia, bo na polskim rynku zadebiutowała najnowsza generacja Mi Smart Band 6 NFC, która pozwala płacić za zakupy, wykorzystując w tym celu wirtualną kartę płatniczą Mastercard, zapisaną w opasce w formie tokena.

– Dotychczas już wprowadziliśmy na rynek kilka generacji opasek, które święcą triumfy i właśnie dzięki tym produktom jesteśmy liderem kategorii wearables na świecie. Natomiast w tej chwili dodajemy funkcjonalność płatności bezstykowych – mówi zastępca dyrektora generalnego Xiaomi w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

– Opaski Xiaomi, które są coraz częściej używane – nawet nie przez samych sportowców, ale też ludzi, którzy lubią liczyć kroki, mieć ładny zegarek albo po prostu dbają o zdrowie i pilnują, czy trenują wystarczająco – z pewnością przyczynią się do tego, że będziemy mieli tych płatności zbliżeniowych jeszcze więcej – dodaje dyrektor ds. rozwoju biznesu cyfrowego w Mastercard Polska.

Proces płatności nowym smart bandem jest bardzo prosty. Wystarczy w aplikacji Mi Fit wybrać usługę Xiaomi Pay, dostępną przy zakupie opaski, wprowadzić dane wybranej karty Mastercard, a następnie odpowiedni token zostanie wgrany na urządzenie, którym od tej pory będzie można płacić w sposób równie łatwy, co zegarkiem lub telefonem. Aby dokonać transakcji, wystarczy zbliżyć nadgarstek z urządzeniem do terminala POS. Co istotne, urządzenie jest wyposażone w funkcję, która zabezpiecza przed dokonaniem płatności w przypadkowy sposób.

Z funkcji płatności w Xiaomi Mi Smart Band 6 NFC mogą już korzystać użytkownicy kart Mastercard wydanych przez Bank Pocztowy oraz fintechy ZEN.com i Curve. Wkrótce do tej listy dołączą jednak kolejne instytucje finansowe.

– Do współpracy w ramach projektu Mi Smart Band 6 NFC – wspólnie z naszym partnerem Mastercard – zapraszamy jak najwięcej partnerów. Na start będzie to Bank Pocztowy oraz dwa fintechy, natomiast wkrótce dołączą jeszcze cztery kolejne banki, czyli BNP Paribas, Getin, mBank oraz SGB – zapowiada Andrzej Gładki.

Opaska Xiaomi Mi Smart Band 6 NFC, wprowadzona w partnerstwie z Mastercard, to pierwszy smart band tej marki wyposażony w funkcję płatności zbliżeniowych. Producent ocenia, że w jeszcze większym stopniu wesprze rosnącą popularność mobilnych płatności.

UE pracuje nad przepisami dotyczącymi sztucznej inteligencji. Część z nich może jednak zahamować jej...

Rozwiązania z obszaru sztucznej inteligencji mogą być szansą na pobudzenie gospodarki i skok technologiczny. Z drugiej strony wiążą się też z zagrożeniami, a w Europie są już przypadki,...

Polska firma pracuje nad wirtualnym teleportem. Technologia ta pozwoli przenieść się na salę koncertową...

Przeniesienie się na salę koncertową czy arenę sportowych zmagań zlokalizowane nawet na drugiej półkuli staje się możliwe dzięki wykorzystaniu łączności 5G i wirtualnej rzeczywistości. Polski...

Skanowanie miejsca wypadku za pomocą drona uprości pracę funkcjonariuszy. Policjanci coraz chętniej korzystają z...

Sporządzane przez policjantów na miejscu wypadku szkice zostaną zastąpione przez trójwymiarowe skany. Z jednej strony uprości to pracę funkcjonariuszy, z drugiej wyeliminuje ryzyko błędów. Drony są już...

Innowacje i sztuczna inteligencja rewolucjonizują rynek ochrony zdrowia. Problemem jest wciąż przestarzałe prawo

Postęp technologiczny w dziedzinie e-zdrowia mógłby być dużo dynamiczniejszy, gdyby prawo nadążało za innowacjami, oceniają eksperci branży. Choć sztuczna inteligencja coraz skuteczniej radzi sobie z diagnozowaniem,...

Polska firma pracuje nad superdronem, który może latać, jeździć i pływać. Znajdzie zastosowanie w...

Polska firma tworzy drona, który będzie mógł się poruszać w każdym środowisku – w wodzie, powietrzu i na ziemi. Nowy pojazd byłby w stanie wylądować na wysokim budynku,...

Stay connected

20,831FaniLubię
2,506ObserwującyObserwuj
0SubskrybującySubskrybuj
- Advertisement -

Latest article

Wynagrodzenia w IT coraz wyższe. Pracodawcy walczą o talenty benefitami sięgającymi 100 tys. zł...

COVID-19 nie spowolnił wzrostu wynagrodzeń w branży IT. Tylko w pierwszej połowie ubiegłego roku kontraktorzy zatrudnieni w modelu B2B mogli liczyć na zarobki wyższe od 12,5 do 20 proc. – wynika z danych Just Join IT. Popyt na wykwalifikowanych i doświadczonych specjalistów też jest coraz większy, dlatego firmy zaczynają kusić potencjalnych pracowników już nie tylko wysokimi zarobkami, ale i coraz bardziej wymyślnymi benefitami. – Ostatnio firmy wprowadzają takie rozwiązania jak premia za podpis, która czasami dochodzi nawet do 100 tys. zł, czy możliwość skorzystania z prywatnego concierge’a. To są nowości, które pojawiają się na polskim rynku i z których korzysta coraz więcej pracodawców – mówi Piotr Nowosielski, prezes Just Join IT.

Zarobki w branży IT od kilku lat regularnie rosną. To doprowadziło do sytuacji, w której nawet junior w niektórych firmach jest już w stanie zarobić nawet trzykrotność średniego wynagrodzenia w Polsce – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Nowosielski.

Specjaliści IT pozostają od lat jedną z najlepiej opłacanych grup zawodowych w Polsce. Statystyki lidera rekrutacji dla branży w Polsce pokazują, że w I półroczu ub.r. wykwalifikowani specjaliści na stanowisku seniora mogli liczyć średnio na 20-proc. podwyżki. Według danych za okres styczeń–wrzesień ub.r. zarobki seniorów zatrudnionych na umowie o pracę przekraczały 16,1 tys. zł brutto i nieco ponad 18,7 tys. zł w przypadku umowy B2B. Z kolei na stanowisku juniora te kwoty wynosiły odpowiednio 6,3 oraz 7,2 tys. zł. Na nieco wyższe stawki mogą liczyć specjaliści IT w dużych miastach, jak Warszawa, Kraków, Katowice czy Trójmiasto. Najsłabiej pod względem wysokości wynagrodzeń w tym sektorze wciąż plasuje się Poznań.

– Walka o talenty trwa. Coraz więcej firm ze Stanów Zjednoczonych i Europy Zachodniej przenosi do Polski swoje działy IT. Wiąże się to z faktem, że mamy bardzo dobrych specjalistów, którzy wciąż są wyceniani relatywnie taniej niż na Zachodzie, choć to też się zmienia, m.in. ze względu na rosnący popyt na specjalistów i inflację, która dodatkowo podkręca parametr wynagrodzeń. Niemniej zarobki cały czas idą w górę i mówimy tutaj o takich technologiach jak Python, Java czy specjaliści data science – mówi prezes zarządu Just Join IT.

Wynagrodzenia w branży IT napędza też m.in. to, że liczba specjalistów na polskim rynku wciąż jest niewystarczająca. Szacuje się, że w Polsce zapotrzebowanie na programistów utrzymuje się na poziomie ok. 50 tys. wolnych stanowisk (raport DESI 2020). Kolejny czynnik to rekordowo duży popyt na polskie usługi i produkty IT, przez który firmy muszą jeszcze mocniej walczyć o programistów, aby zaspokoić potrzeby swoich klientów.

Mamy nad Wisłą świetnych specjalistów, a COVID-19 spowodował, że zaczęli oni szukać pracy na całym świecie. Programiści stali się po prostu bardziej wybredni, bo mogą wybierać wśród zagranicznych ofert pracy, w których stawki są zdecydowanie wyższe. Polskie software house’y starają się w pewien sposób za tym nadgonić – tłumaczy Piotr Nowosielski. 

Jak wskazuje, w tej chwili pracodawcy kuszą specjalistów IT już nie tylko atrakcyjnymi zarobkami, ale i coraz bardziej wymyślnymi benefitami.

Poza klasycznymi rozwiązaniami, jak np. karta MultiSport, ubezpieczenie zdrowotne czy owocowe czwartki, ostatnio firmy wprowadzają też takie rozwiązania jak premia za podpis, która czasami dochodzi nawet do 100 tys. zł, czy możliwość skorzystania z prywatnego concierge’a – wymienia ekspert.

Jego zdaniem na razie trudno wyrokować, jak na wynagrodzenia specjalistów IT przełoży się wprowadzony z początkiem stycznia Polski Ład. Nowa reforma podatkowa dotknie bowiem głównie najlepiej zarabiających, powyżej 133 692 zł brutto rocznie. Z drugiej strony część programistów prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą skorzysta z nowej, niższej stawki ryczałtu dla przedstawicieli tej branży (z 15 do 12 proc.). Eksperci szacują, że ta zmiana pomoże im zaoszczędzić nawet kilka tysięcy złotych rocznie na podatku.

Jesteśmy jeszcze w początkowej fazie wprowadzania Nowego Ładu, więc w tym momencie realnie nie wpływa on na presję płacową ze strony pracowników czy pracodawców. Dlatego należałoby się jeszcze wstrzymać z opiniami na ten temat. To zostało wypuszczone szybko, przez co jest tam wiele możliwości uniknięcia dodatkowych obciążeń, i myślę, że na razie pod to będą grać zarówno pracodawcy, jak i pracownicy rozliczani w formie kontraktów B2B – mówi Piotr Nowosielski.

Analiza 30 tys. ogłoszeń o pracę, zamieszczonych na portalu Just Join IT w okresie styczeń–czerwiec ub.r., pokazuje, że w Polsce najlepiej opłacani są programiści specjalizujący się w metodzie Devops, choć w cenie są też m.in. Java, Python i Ruby. Najbardziej poszukiwani są z kolei pracownicy średniego szczebla (54 proc. ofert). Ponad 30 proc. ofert było skierowanych do seniorów, podczas gdy juniorzy wzbudzili najmniejsze zainteresowanie pracodawców (ok. 10 proc.), co pokazuje, że branża wciąż poszukuje głównie pracowników z dużym doświadczeniem. Pod względem formy zatrudnienia firmy szukały głównie pracowników na umowę o pracę (69 proc.), zaś oferty dla freelancerów stanowiły 31 proc. Kontraktorzy zatrudnieni w modelu B2B w I półroczu ub.r. mogli jednak liczyć na znaczne podwyżki, które wyniosły aż 20 proc. w przypadku seniorów, 15 proc. – juniorów i ok. 12,5 proc. w przypadku midów.

Popyt na talenty IT jest największy w głównych regionach Polski. To jest oczywiście Warszawa, ale zaraz za nią są Wrocław, Kraków, Trójmiasto i Poznań. Te regiony odpowiadają nawet za 90 proc. całkowitego zapotrzebowania w branży IT, tam wielkie firmy przenoszą swoje centra i budują zespoły. Najczęściej potrzeba im przede wszystkim frontendowców. Z kolei jeśli chodzi o backendowców, to tutaj głównie Java i Python. Biorąc też pod uwagę ostatnie trendy – związane z machine learning, big data czy data science – specjaliści z tych obszarów też są bardzo mocno na topie – wymienia prezes Just Join IT.

Polskie firmy mogą uczestniczyć w wyścigu na rozwiązania 5G. Model otwarty może zrewolucjonizować budowę...

Open RAN, czyli tzw. model otwarty, polega na dopuszczeniu wielu dostawców do dostarczania elementów sieciowych 5G, pozwalając im ze sobą konkurować. To odwrotność obecnego status quo, w którym dominującą pozycję w budowie sieci ma kilku dostawców i operatorów telekomunikacyjnych. – Open RAN te monopole rozbija – mówi dr Sławomir Pietrzyk, prezes polskiej spółki IS-Wireless, która dostarcza rozwiązania sieciowe 5G oparte na własnej technologii właśnie w otwartym modelu. Jak podkreśla, globalne trendy w budowie sieci nowej generacji będą coraz bardziej podążać w tym kierunku. Potwierdzają to chociażby deklaracje europejskich operatorów, np. Orange, który planuje, że od roku 2025 każdy nowy, wdrożony przez firmę element sieci będzie kompatybilny z modelem Open RAN.

Polskie firmy mogą uczestniczyć w wyścigu na rozwiązania 5G. One potrafią budować kompletne sieci – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Sławomir Pietrzyk. – Proszę sobie wyobrazić, że Polska dysponowałaby technologią budowy silnika wodorowego albo fuzji jądra atomowego. To mocno przełożyłoby się na naszą sytuację geopolityczną. A tutaj mamy przełomową technologię informatyczno-komunikacyjną, czyli 5G, którą jesteśmy w stanie w Polsce wytwarzać, kontrolować, budować z niej sieci w kraju, jak również eksportować je za granicę. Brzmi to nieprawdopodobnie, ale dokładnie tak właśnie jest. Ta okoliczność pozwala nam też wyjść z dylematu, od kogo kupować rozwiązania sieciowe. Otóż od własnych firm, nie ze Skandynawii, nie z Dalekiego Wschodu.

Spółka IS-Wireless jest polskim dostawcą rozwiązań sieciowych 5G, które powstają zgodnie z własną technologią, stworzoną od podstaw w Polsce. Jest ona oparta na otwartym modelu, tzw. Open RAN, który pozwala dostarczać sieci szybciej i taniej w porównaniu z tradycyjnymi dostawcami. Co istotne, jest on uważany za najnowszy trend rozwoju sieci piątej generacji i zyskuje już popularność na całym świecie.

– Model, w którym przedstawiamy ofertę sieciową 5G, jest modelem otwartym, inkluzywnym, czyli takim, w którym współpracujemy i występujemy razem z partnerami znacząco dopełniającymi tę ofertę. Jednocześnie standard ten pozwala skorzystać większej liczbie firm uczestniczących w tym łańcuchu dostaw i dlatego jest korzystniejszy – wyjaśnia prezes IS-Wireless.

Jak zaznacza, Open RAN polega na udziale wielu dostawców w dostarczaniu elementów sieciowych 5G, pozwalając im ze sobą konkurować. To zaś niweluje ryzyko powstania sytuacji, kiedy jeden dostawca osiąga na rynku dominującą pozycję.

Open RAN jest modelem biznesowym, który te monopole rozbija – mówi dr Sławomir Pietrzyk. – Podobna sytuacja miała miejsce około 30 lat temu z komputerami osobistymi. Z komputerów ośmiobitowych – takich jak Atari, Commodore i ZX Spectrum – przeszliśmy do komputerów modułowych, a ten końcowy sprzęt jest złożony z części pochodzących od różnych dostawców. Procesor, płyta główna, karta dźwiękowa, karta graficzna, oprogramowanie, peryferia – to wszystko pochodzi od różnych dostawców. Co dzięki temu uzyskujemy? To, że w łańcuchu wartości mamy więcej graczy, którzy ze sobą konkurują. Dzięki temu obniża się cena i podnosi się jakość. My dokładnie takich samych efektów oczekujemy w 5G. Jeden z pionierów Open RAN, czyli Rakuten Mobile, już potwierdza te korzyści w postaci obniżenia kosztów i zwiększenia jakości sieci.

Cały rynek 5G jeszcze do niedawna obracał się wokół kilku dostawców infrastruktury i operatorów krajowych. Technologia Open RAN coraz częściej jest jednak postrzegana jako rewolucja na rynku telekomunikacyjnym, a światowe trendy w budowie 5G coraz częściej skręcają właśnie w jej stronę.

Pandemia pokazała, jak ważnym parametrem jest pojemność sieci. Jest wiele sposobów na jej zwiększanie, ale ten najskuteczniejszy to znaczące zagęszczenie siatki sieci. Teraz, żeby to zagęszczenie się wydarzyło, powinno się ono opłacać większej liczbie podmiotów, które uczestniczą w łańcuchu dostaw. Właśnie Open RAN pozwala licznym graczom wkroczyć na rynek łączności, konkurować i oferować z powodzeniem swoje rozwiązania. W efekcie możliwe jest zerwanie z tradycyjnym modelem. Dywersyfikacja na rynku właśnie następuje. I my w tej rewolucji uczestniczymy – podkreśla prezes IS-Wireless.

Jak ocenia, ten trend będzie zyskiwał na znaczeniu, co potwierdzają chociażby deklaracje europejskich operatorów. Francuski Orange, poza zapowiedzią budowy swoich sieci w duchu modelu otwartego, znalazł się w gronie pięciu największych operatorów telekomunikacyjnych w Europie, którzy przygotowali raport, gdzie wskazano Open RAN jako element konieczny do realizacji unijnych planów dotyczących rozwoju łączności i wspierania europejskich przedsiębiorców z sektora telekomunikacyjnego.

– My jesteśmy z naszymi rozwiązaniami w doskonałym czasie i miejscu – mówi dr Sławomir Pietrzyk.

Spółka IS-Wireless tworzy i rozwija swoje rozwiązania w Polsce, ale myśli globalnie. Wykonała już pierwszy krok w kierunku zagranicznej ekspansji, nawiązując współpracę z pochodzącą z Singapuru firmą Tambora Systems. Wspólnie będą budować sieci 5G – o większej wydajności i tańsze niż obecnie – w USA i Azji.

– Dostarczamy kompletne rozwiązanie sieciowe 5G, zawierające zarówno część sieci radiowej, tzw. RAN – Radio Access Network, jak i część sieci szkieletowej, czyli tzw. core network. W ofercie mamy zarówno sprzęt, jak i potrzebne oprogramowanie. Te rozwiązania są zgodne ze standardami takimi jak 3GPP, ETSI oraz standardy O-RAN Alliance – wylicza prezes polskiej spółki. – Można powiedzieć, że dysponujemy najnowszym w branży rozwiązaniem 5G. Brzmi to nieprawdopodobnie, ale tak właśnie jest. W tym momencie jesteśmy na etapie komercjalizacji tego rozwiązania, czyli testów u naszych partnerów i klientów.

Jak podkreśla, rozwiązanie opracowane przez IS-Wireless jest zgodne z najnowszymi trendami w branży telko i było udoskonalane przez ostatnich 10 lat, podczas uczestnictwa w ponad 15 projektach badawczych z liderami w branży. 

Nasze starania zostały ostatnio dostrzeżone przez czołowych operatorów europejskich w ich raporcie o Open RAN, skierowanym do Unii Europejskiej, z apelem o wsparcie tego kierunku. Tam jesteśmy wymienieni jako jeden z europejskich pionierów, dostarczający rozwiązania w zakresie sieci radiowej – podkreśla dr Sławomir Pietrzyk.

9 grudnia IS-Wireless połączyło siły z Comarch SA, podpisując porozumienie o współpracy. Obie firmy zamierzają wspólnie rozwijać i wdrażać na globalnym rynku kompleksowe rozwiązanie sieci komórkowej 5G na bazie modelu otwartego. Będzie ono kierowane zarówno do operatorów komórkowych, jak i innych klientów, jak np. administracji czy podmiotów z branży Przemysłu 4.0.

Słaby dostęp do finansowania polskich start-upów. Powodem błędy po stronie pomysłodawców, biurokracja, ale też...

W Polsce działa dziś dwa razy więcej start-upów niż jeszcze w 2015 roku. Wiele z nich łączy metody finansowania swoich pomysłów, angażując własne pieniądze i środki pozyskane na rynku prywatnym i publicznym. Mimo coraz większego zainteresowania inwestorów i kolejnych programów dla start-upów wciąż dostęp do finansowania jest utrudniony. Przeszkodą jest m.in. nadmierna biurokracja, ale też błędy popełniane przez samych wnioskodawców.

Jak wynika z danych Google for Startups, pod koniec 2020 roku w Polsce działało około 4,7 tys. start-upów, a ich liczba podwoiła się w ciągu ostatnich pięciu lat. Z raportu Fundacji Startup Poland „Polskie Startupy 2021” wynika, że 73 proc. z nich bazuje na środkach własnych swoich założycieli.

– Polski rynek finansowania start-upów ma jeszcze dosyć dużo do zrobienia. Po stronie finansowania ze środków publicznych trzeba powiedzieć, że z jednej strony faktycznie tych środków jest już dosyć dużo w rundach finansowania, natomiast one nadal są biurokratycznie z punktu widzenia start-upów dosyć trudno dostępne. Z drugiej strony jak spojrzymy na finansowanie ze środków prywatnych, bo one idą przez fundusze venture capital, nadal jest ich za mało. Powinno być więcej inwestorów indywidualnych, którzy wspierają start-upy, ale nie tylko kapitałowo, ale też kompetencyjnie – mówi agencji Newseria Biznes Izabela Kozakiewicz, partner zarządzająca w firmie konsultingowej iKsync Digital

Jeśli już sięgają po środki zewnętrzne, to najczęściej są to krajowe fundusze venture capital (30 proc.), anioły biznesu (28 proc.) albo krajowe akceleratory (23 proc.). Podobny odsetek wskazuje na dofinansowanie publiczne – z NCBR lub PARP. W dalszej kolejności start-upy wymieniały zagraniczne fundusze lub programy akceleracyjne – korzysta z nich po kilka procent badanych spółek.

Najczęściej polskie start-upy mimo wszystko szukają wsparcia wśród funduszy venture capital. Te młodziutkie podmioty szukają oczywiście wśród akceleratorów, również takich przykorporacyjnych, co mimo wszystko nie jest do końca prostym rozwiązaniem, bo integracja z korporacyjnym środowiskiem jest szalenie trudna. Stosunkowo mało szuka kapitału u prywatnych aniołów biznesu, co też wynika z tego, że one nie do końca chcą pracować z prywatnymi przedsiębiorcami, którzy są bardzo „zagrabiający” decyzyjność start-upów, więc tu jest duża rola w uczeniu dialogu start-upów z przedsiębiorcami i inwestorami i odwrotnie – mówi ekspertka.

Z cyklicznego raportu PFR Venture i Inovo Venture Partners wynika, że tylko w trzecim kwartale 2021 roku przez polski rynek VC przepłynęło 582 mln zł. To kapitał zarówno z polskich, jak i zagranicznych podmiotów. Łącznie od stycznia do końca września start-upy pozyskały od inwestorów 1,76 mld zł. W ciągu tych dziewięciu miesięcy udało się przewyższyć wynik z całego 2019 roku o 40 proc.

– W ekosystemie start-upowym widać zmiany na plus, jeśli chodzi o finansowanie, zaangażowanie środków publicznych. Bardzo dużo zmian przede wszystkim widać po stronie funduszy venture capital. Jest coraz więcej polskich funduszy, ale też coraz więcej zagranicznych, które interesują się rynkiem polskim. Jest też dużo więcej aniołów biznesu, niż było kilka lat temu, natomiast nadal tutaj mamy dużo do pokonania, jeśli chodzi o zaangażowanie tych aniołów oraz ich edukację, bo to jest kapitał wysokiego ryzyka. Tę edukację musimy rozszerzać – mówi Izabela Kozakiewicz.

Ankieta przeprowadzona przez Fundację Startup Poland wskazuje, że zdaniem 48 proc. podmiotów na polskim rynku nic się nie zmieniło w kwestii finansowania start-upów. Co trzeci przyznał, że coraz łatwiej o kapitał, a 18 proc. – że sytuacja się pogorszyła. Zdaniem ekspertki problemem są także błędy popełniane przez samych wnioskujących.

 Jednym z nich jest sposób, w jaki start-upy patrzą na swój model biznesowy i potrzeby kapitałowe. Nie zawsze jest tak, że już na starcie potrzebują zastrzyku finansowego w postaci miliona czy kilku milionów złotych – tłumaczy partner zarządzająca w firmie konsultingowej iKsync Digital. – Czasem redefinicja, przemyślenie modelu biznesowego raz jeszcze i poukładanie go skutkuje tym, że kapitału jest potrzebne dużo mniej. Zawsze języczkiem u wagi jest wycena pomysłu. W zależności od tego, na jakim etapie jest robiona, często w oczach inwestorów jest zbyt wysoka. Jeśli ona jest zbyt wysoka przy pierwszej rundzie, to jest dużym problemem przy drugiej rundzie.

W opinii ekspertki przed polskim rynkiem finansowania start-upów jest wciąż mnóstwo wyzwań. To samo dotyczy także młodych spółek z innych krajów europejskich.

– Gdy spojrzymy na liczbę spółek o największej kapitalizacji na świecie, to w 2006 roku w pierwszej dziesiątce było kilka europejskich spółek, dzisiaj nie ma żadnej. Więc tutaj widać, że mamy bardzo dużą lekcję do odrobienia w kwestii strategii komercjalizacji takich pomysłów, żeby one się bardziej, kolokwialnie mówiąc, rozpychały na rynku globalnym, ale z drugiej strony w kwestii finansowania – podkreśla Izabela Kozakiewicz. – Stany fundują start-upom ten „agresywny” kapitał, licząc się z tym, że to jest kapitał wysokiego ryzyka i może być stracony. Natomiast dzięki temu faktycznie te pomysły rosną. Na dużą liczbę pomysłów wzrasta jeden, który faktycznie ma ogromną kapitalizację i który podbija świat.

Według światowych danych przywołanych przez „My Company Polska” liczba tzw. megarund finansowania, czyli ogromnych transakcji o wartości ponad 100 mln dol., wzrosła z 665 w 2020 roku do ponad 750 w roku ubiegłym.

O możliwościach finansowania start-upów w Polsce i barierach z tym związanych rozmawiano podczas jednego z ostatnich Thursday Gathering. To cykliczne spotkania społeczności innowatorów: ekspertów, naukowców, inwestorów, start-upowców i studentów, które są otwarte dla wszystkich zainteresowanych w każdy czwartek w warszawskim Varso. Organizatorem eventów jest Fundacja Venture Café Warsaw,