Polscy naukowcy pracują nad szczepionką przeciwnowotworową. Terapia mRNA może znaleźć zastosowanie także w przypadku...

Prace nad terapiami mRNA trwają od ponad 30 lat, ale to pandemia i poszukiwanie skutecznej szczepionki przeciw COVID-19 zdecydowanie ten proces przyspieszyły. To daje szansę, że szybciej będzie możliwe wykorzystanie tej technologii w leczeniu raka. mRNA jest również badane pod kątem zastosowania w leczeniu rzadkich chorób genetycznych. Nad postępami w tej dziedzinie pracują również polscy naukowcy.

Cząsteczki mRNA to naturalne cząsteczki, które występują w każdej naszej komórce i są przepisami na konkretne białko. Aby mRNA mogło zostać wykorzystane do celów terapeutycznych, trzeba było opracować wiele rozwiązań, które umożliwiłyby dojście do tego. Pracując w tym obszarze od 20 lat, wnieśliśmy do niego dość istotne rozwiązania, natomiast takich zespołów naukowych było wiele i wiele rzeczy musiało się wydarzyć, aby ten pierwszy terapeutyk, pierwsza szczepionka oparta na mRNA mogła zostać dopuszczona powszechnie. Te szczepionki zmieniają naszą rzeczywistość, dla ludzi zaszczepionych COVID-19 nie jest już tak groźną chorobą – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje prof. dr.  hab. Jacek Jemielity z Centrum Nowych Technologii Uniwersytetu Warszawskiego, prezes zarządu spółki ExploRNA Therapeutics.

W grudniu profesor otrzymał Nagrodę Fundacji na rzecz Nauki Polskiej za opracowanie chemicznych modyfikacji mRNA jako narzędzi do zastosowań terapeutycznych i badań procesów komórkowych

– Nasze badania przyniosły realne efekty, ponieważ jeden z pierwszych moich wynalazków został skomercjalizowany przez firmę BioNTech, która stosuje nasze rozwiązanie ulepszające, poprawiające właściwości mRNA w kilkunastu badaniach klinicznych. Są to badania dotyczące terapeutycznych szczepionek mRNA, czyli takich, które mają leczyć, w szczególności dotyczące obszaru onkologicznego – mówi naukowiec.

Choć badania nad terapiami opartymi na mRNA trwają już od 30 lat, to o tej technologii głośno zrobiło się dopiero w obliczu konieczności stworzenia szczepionki przeciw COVID-19. Szczepionka Comirnaty, opracowana przez BioNTech wspólnie z koncernem Pfizer, była pierwszym preparatem mRNA dopuszczonym powszechnie do użytku.

Syntetyczne mRNA może być jednak kluczowe w terapii i profilaktyce onkologicznej. Na tej technologii najprawdopodobniej będą się opierać lecznicze szczepionki przeciwnowotworowe. W Polsce trwają badania nad takimi preparatami. Zajmuje się nimi spółka ExploRNA Therapeutics, założona przez naukowców z Uniwersytetu Warszawskiego we współpracy z badaczami z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

– Lecznicze szczepionki przeciwnowotworowe działają w ten sposób, że do organizmu pacjenta cierpiącego na nowotwór podajemy mRNA kodujące białko, które jest charakterystyczne dla komórek nowotworowych. To białko ulega ekspresji w komórkach i układ immunologiczny jest szkolony, żeby rozpoznawać wszystkie komórki pacjenta posiadające ten rodzaj antygenu, ten rodzaj modyfikacji białek. Układ immunologiczny niszczy w ten sposób komórki nowotworowe – wyjaśnia prof. Jacek Jemielity. – Najbardziej interesującym tematem w tym obszarze są spersonalizowane szczepionki przeciwnowotworowe, które są projektowane na podstawie konkretnych mutacji u pacjenta. Są to szczepionki szyte na miarę dla danego pacjenta.

Jak podkreśla, nowotwory są jednak znacznie trudniejszym przeciwnikiem niż COVID-19.

– mRNA musi więc być jeszcze bardziej efektywne, jeszcze skuteczniejsze, ale mam nadzieję, że najbliższe lata przyniosą również przełom w tym obszarze – przewiduje ekspert.

Prace nad spersonalizowanymi szczepionkami przeciwnowotworowymi prowadzi między innymi Moderna, wspólnie z koncernem Merck. W ramach badań klinicznych preparat mRNA-4157 testowany jest obecnie pod kątem bezpieczeństwa, tolerancji i immunogenności w zastosowaniu u pacjentów z czerniakiem.

mRNA ma charakter bardzo uniwersalny, można w nim zakodować dowolne białko, a to sprawia, że liczba potencjalnych zastosowań jest w zasadzie nieograniczona. Dlatego szereg badań klinicznych dotyczy zastosowania tych terapii również w leczeniu genetycznych chorób rzadkich czy chorób kardiologicznych.

– Chodzi o choroby, które powstają, ponieważ w komórkach danego pacjenta brakuje jakiegoś białka lub powstaje ono w postaci zdefektowanej. Terapie mRNA można wykorzystać do suplementacji tego brakującego białka. Przykładami takich chorób są rdzeniowy zanik mięśni, mukowiscydoza czy fenyloketonuria – wymienia prof. Jacek Jemielity.

Według Research and Markets światowy rynek terapii opartych na technologii mRNA będzie rósł w tempie 17 proc. rocznie i osiągnie do 2026 roku wartość ponad 101 mld dol. W 2021 roku przychody zamknęły się w kwocie niemal 47 mld dol. Ponad 44 proc. tego obrotu generują Stany Zjednoczone.

Specjalna aplikacja rozpoznaje frustrację u użytkownika strony internetowej. Narzędzia do analizy zachowań będą coraz...

Sztuczna inteligencja i machine learning pomagają przeanalizować zachowania klientów odwiedzających strony internetowe firm, głównie e-sklepów, i wskazać, w których momentach tej wizyty pojawiła się frustracja. Polski start-up rozwija aplikację, która jako pierwsza na świecie wykorzystuje tę technologię i już po kilku minutach działania wskazuje pierwsze wnioski. Satysfakcja klientów jest w centrum zainteresowania przedsiębiorstw na całym świecie, a analitycy przewidują, że rynek oprogramowania do automatycznego badania wzorców ich zachowań niemal dwukrotnie zwiększy swoją wartość w najbliższych latach.

Żyjemy w bardzo szybkich czasach. Użytkownicy sklepów internetowych są bardzo wymagający i nie pozwalają na żadne błędy w serwisie. Szybko wtedy rezygnują i idą do konkurencji. Dlatego musimy zadbać o to, żeby ta ścieżka zakupowa użytkowników była w jak najlepszy i w komfortowy sposób przygotowana właśnie dla naszych użytkowników – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Marta-Lipka Krawczyk, dyrektor sprzedaży w firmie cux.io.

Rozwijane przez polski start-up narzędzie CUX jest pierwszą, a zarazem jedyną na świecie platformą UX Automation. Jej rola to rozpoznawanie, wykrywanie i definiowanie wzorców zachowań użytkowników po to, by wpłynąć na ich wrażenia podczas korzystania z danej strony internetowej.

Nasze narzędzie rozpoznaje wzorce zachowań. Analizuje doświadczenia użytkowników, sprawdza, jak się zachowują, w jakich momentach utykają, jak reagują na te treści, które są w sklepach internetowych. A ponieważ to są wzorce, to mogą być one powtarzalne. Na ich podstawie automatyzujemy user experience, ścieżki zachowań, tak żeby były prostsze i bardziej klarowne dla klientów końcowych – informuje Marta-Lipka Krawczyk.

Aplikacja samodzielnie śledzi wszystkie zdarzenia na stronie, nie angażując działu IT klienta. Umożliwia przedsiębiorcom szybki dostęp do kluczowych z ich punktu widzenia danych, takich jak chociażby moment, w którym podczas przeglądania witryny dochodzi u klienta do frustracji. Wysyła wówczas stosowne alerty. Dzięki predyktywnej analizie klienci nie muszą samodzielnie szukać problemów na stronach – CUX robi to za nich, dodatkowo wybierając tylko te wizyty, które mają znaczenie dla celu biznesowego (np. sprzedaż, zapis do newslettera czy wypełnienie formularza). Rozwiązanie pozwala ograniczyć koszty związane z korzystaniem z usług zewnętrznych analityków, a pierwsze rezultaty jego wdrożenia można obserwować już po kilku minutach.

 Z naszego rozwiązania głównie korzystają sklepy internetowe, ale też wszystkie inne projekty internetowe, którym zależy na zwiększeniu konwersji. Korzystają z niego produktowcy, ale też właściciele serwisów czy sklepów internetowych – po to, żeby nie domyślać się, jak wygląda ścieżka użytkowników, tylko żeby faktycznie pracować na danych, ich analizach i projektować serwisy w taki sposób, żeby one były jak najbardziej użyteczne dla klientów – mówi dyrektor sprzedaży w cux.io.

CUX umożliwia obserwację zachowań użytkowników na różnych urządzeniach – od telefonów po smart TV. Z platformy CUX korzysta między innymi firma telekomunikacyjna T-Mobile. Przedsiębiorstwo zintegrowało rozwiązanie z Google Tag Managerem, dzięki czemu pracownicy mogą szybko identyfikować konkretne zdarzenia podczas wizyt na firmowej witrynie. Jak podkreślają przedstawiciele cux.io, narzędzie to pomogło zwiększyć konwersję o 68 proc. Korzystają z niego klienci w 102 krajach, a codziennie przetwarzanych jest ok. 80 GB danych.

Analitycy Market Research Future przewidują, że wartość rynku oprogramowania badającego doświadczenia użytkowników wzrośnie z niemal 184 mln dol., notowanych w 2019 roku, do 356 mln dol. w roku 2026. Głównymi czynnikami napędzającymi wzrost tego rynku mają być rozwój handlu online i coraz lepsze przyjmowanie technologii takich jak internet rzeczy czy sztuczna inteligencja przez społeczeństwo, przedsiębiorstwa, ale i rządy państw. Kluczowe w rozwoju tego rynku jest ustawienie w centrum zainteresowań kadry menedżerskiej oczekiwań i potrzeb klientów.

Powinniśmy tworzyć dla naszych użytkowników takie środowisko, które będzie dla nich jak najbardziej komfortowe. To jest przyszłość – wskazuje Marta Lipka-Krawczyk. – UX Automation jest naszym autorskim rozwiązaniem, więc dzisiaj jesteśmy na takim etapie, że uczymy naszych klientów, pokazujemy im, jak ważne jest to narzędzie i w jaki sposób jest w stanie ułatwić ich pracę.

Firma cux.io była jednym z uczestników panelu Startupowy Magiel podczas wydarzenia Thursday Gathering, organizowanego przez Fundację Venture Café Warsaw. Panel był poświęcony przyszłości start-upów i ich kondycji we współczesnej gospodarce.

Boom na technologie w edukacji. Rynek ten przyciąga coraz większy kapitał

– To, co dzisiaj najbardziej przyciąga inwestorów do branży edtechowej, to ogromny potencjał zmiany, która jest nieuchronna i która nastąpi w najbliższych latach. Ten, kto jeszcze o tym nie zaczął myśleć, już jest spóźniony – uważa Jarosław Sroka, koordynator programu InCredibles Sebastiana Kulczyka. Raport przygotowany przez Fundację Startup Poland przy współpracy z InCredibles stwierdza, że w Polsce na razie zainteresowanie innowacjami w edukacji nie jest duże, zarówno ze strony szkół, jak i inwestorów, ale to się będzie zmieniać w kolejnych latach.

Z danych przytaczanych w raporcie „Czy polskie spółki EdTech mają szansę odmienić oblicze swojej edukacji?” wynika, że w 2020 roku fundusze venture capital zainwestowały ponad 10 mld dol. w start-upy z sektora edtech. To dwa razy więcej niż w 2019 roku. Również europejski rynek dostał w ostatnich latach duży zastrzyk kapitału, osiągając rekordową kwotę 711 mln dol. w 2020 roku. To 13 razy więcej niż w 2013 roku. Polska również osiągnęła rekordowe wyniki m.in. dzięki Brainly, który pozyskał 81 mln dol. i jest największą na świecie platformą społecznościową, która pomaga w edukacji uczniów.

Zainteresowanie inwestorów sprawia, że globalna wartość branży edtech w zaledwie dekadę (2015–2025) wzrośnie ze 105 mld do 350 mld dol., a dostarczane innowacje będą nadal przekształcać krajobraz edukacyjny na niezliczone sposoby.

– Wyzwanie jest ogromne, bo jak dzisiaj myśleć poważnie o nowym systemie edukacji w świecie, którego nie jesteśmy w stanie zdefiniować za pięć czy dziesięć lat. Ta deskryptywność musi być pobudzona w myśleniu o nowym systemie edukacji, który nie może się ograniczać wyłącznie do nowej formy kontaktu między szkołą a uczniem, czyli wykorzystania Teamsów czy Zooma. Chodzi o coś zupełnie innego: o stworzenie nowych kompetencji, które pozwolą uczniom zaistnieć w konkurencyjnej, globalnej przyszłości – mówi agencji Newseria Biznes Jarosław Sroka. – Wydaje mi się, że przetwarzanie, pozyskiwanie wiedzy przez uczniów, a nawet jej zapominanie będzie się opierać na zupełnie nowych zasadach. Jeżeli to pominiemy w myśleniu o branży edtechowej czy w ogóle o systemie edukacji, to jesteśmy na straconej pozycji.

Jak podkreślają eksperci, przed polską branżą edtechową jest kilka lekcji do odrobienia. Przede wszystkim start-upy powinny się nauczyć aktywnej komunikacji ze szkołami i rodzicami, przekonywać ich do nowoczesnych rozwiązań i pokazywać korzyści z ich stosowania w edukacji dzieci. Drugim obszarem jest komunikacja z inwestorami.

Polscy inwestorzy na razie ostrożnie podchodzą do finansowania tego sektora. Większość krajowych edtechów pozyskuje finansowanie od zagranicznych podmiotów. Z danych PFR Ventures podsumowujących inwestycje VC w 2020 roku wynika, że edtech był stosunkowo niszowym obszarem inwestycji i nie znalazł się w topowych sektorach pod względem poziomu finansowania. To o tyle dziwne, że ubiegły rok to okres boomu na technologie w edukacji. Potwierdzają to dane zawarte w raporcie Brighteye Ventures, które przywołuje publikacja Fundacji Startup Poland. Mniej więcej 50 proc. czasu przeznaczonego na edukację w 2020 roku to nauka za pomocą narzędzi cyfrowych, a jedynie niespełna 5 proc. wydatków na edukację zostało przeznaczonych na takie rozwiązania. 95 proc. wydatków przypadło na naukę tradycyjną. Autorzy raportu „Czy polskie spółki EdTech mają szansę odmienić oblicze swojej edukacji?” oceniają, że to będzie się zmieniać w kolejnych latach, kiedy fundusze VC w Polsce w większym stopniu dostrzegą potencjał branży.

– Zasady funkcjonowania tradycyjnej szkoły na pewno powinny już odejść w zapomnienie. Mamy tutaj bardzo szeroki zakres potencjalnych inwestycji, od ściśle infrastrukturalnych po stworzenie kompletnie nowej koncepcji uczenia się w oparciu o to, czego jeszcze tak naprawdę nie wiemy. To jest największym wyzwaniem – tłumaczy koordynator programu InCredibles Sebastiana Kulczyka. – Nie chodzi o to, żeby uczeń pozyskiwał w stary sposób starą wiedzę wyłącznie w oparciu o nowoczesne narzędzia komunikacji ze szkołą. Wykluczenie cyfrowe de facto pojawia się po obu stronach biurka, a kwestia infrastruktury na pewno jest bardzo dużym wyzwaniem.

Biznes wdraża zmiany klimatyczne szybciej niż politycy. Finansowanie projektów nieekologicznych wkrótce stanie się niemożliwe

Ostatnie lata były najgorętsze od 1850 roku, a w klimacie już zaszły zmiany, które są zauważalne w niemal każdym rejonie Ziemi. Wiele z nich jest niemożliwych do odwrócenia w skali stuleci lub tysiącleci – wskazali naukowcy w ostatnim raporcie IPCC, czyli Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu. Rządy podejmują działania zmierzające do ograniczenia wzrostu globalnej temperatury, ale ich efekty są – zdaniem ekspertów – dalece niewystarczające, co tylko potwierdziły też efekty ostatniej konferencji klimatycznej COP26 w Glasgow. Dyrektor Centrum UNEP/GRID-Warszawa Maria Andrzejewska wskazuje jednak, że główny impuls do zielonej transformacji wychodzi ze strony biznesu, co wymuszają nie tylko uwarunkowania rynkowe, ale i prawo oraz sami konsumenci.

– Podstawowym celem jest zatrzymanie wzrostu średniej, globalnej temperatury. Ten wzrost już w tej chwili jest na poziomie 1,18˚C, a przekroczenie 1,5˚C będzie skutkowało totalną katastrofą. Dlatego teraz najważniejsze jest ograniczenie emisji CO2 i podjęcie wszelkich działań mogących wpłynąć na wychwytywanie dwutlenku węgla, który już został wprowadzony do atmosfery. Z tym wiążą się m.in. innowacje technologiczne, jak i konieczność zmiany sposobu myślenia. Powinniśmy patrzyć nie tylko na tych największych graczy i na biznes pod kątem tego, co oni mogą zrobić. Każdy musi uświadomić sobie, że naprawdę żyjemy w czasach, które prowadzą nas do katastrofy, i nasz sposób funkcjonowania musi się zmienić – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Maria Andrzejewska, dyrektor generalna Centrum UNEP/GRID-Warszawa.

Międzyrządowy Panel ds. Zmian Klimatu (IPCC), czyli utworzony przy ONZ międzynarodowy panel ekspertów i naukowców, w sierpniu tego roku po raz szósty opublikował swój raport, uznawany za najbardziej wiarygodną i rzetelną ocenę skutków zmian klimatu. Dokument, który powstał na podstawie 14 tys. prac naukowych, po raz pierwszy tak jednoznacznie potwierdził, że to działalność człowieka odpowiada za ogrzanie planety. Raport IPCC po raz kolejny pokazał też, że globalne ocieplenie przyspiesza - w porównaniu do epoki przedindustrialnej średnia temperatura na Ziemi wzrosła już o ponad 1˚C.

Utrzymanie tego tempa zmian spowoduje, że w ciągu najbliższych ok. 20 lat średnia temperatura przekroczy już bezpieczny próg 1,5°C, a do końca tego wieku wzrośnie o ponad 2˚C (a w najczarniejszym scenariuszu o 4,4˚C, co spowoduje m.in. wzrost poziomu mórz i oceanów o 3 m). To zaś będzie oznaczać katastrofę klimatyczną, której skutki – takie jak coraz częstsze i bardziej gwałtowne powodzie, pożary i susze – odczują setki milionów ludzi. Czarnemu scenariuszowi może zapobiec tylko zielona transformacja – szybkie, radykalne działania zmierzające do ograniczenia emisji CO2 i innych gazów cieplarnianych, w tym m.in. metanu.

– W Polsce zmiana jest już zauważalna i ona wkracza z różnych stron. Do konieczności tej zmiany najbardziej poczuwają się firmy, które mają korzenie globalne, są częścią międzynarodowych korporacji. To są decyzje podejmowane właśnie na poziomie globalnych zarządów, te firmy w największym stopniu dostrzegają i chcą wprowadzać zmiany w swoim sposobie funkcjonowania – mówi Maria Andrzejewska.

Badania pokazują, że zaangażowania biznesu w zieloną transformację i działań na rzecz klimatu wymagają również konsumenci. Z marcowego raportu „Zielone miasta i gminy” opracowanego dla innogy wynika, że zdaniem 71 proc. Polaków to rząd oraz władze samorządowe są zobowiązane, aby aktywnie działać na rzecz poprawy stanu środowiska. Jednak prawie połowa (48 proc.) Polaków wskazuje, że takie działania powinny prowadzić również firmy i duże korporacje.

– Bardzo dużą rolę w tym procesie mają też instytucje finansujące. One podejmują zobowiązania, które w niedługim czasie zapewne totalnie uniemożliwią inwestowanie w projekty niezwiązane z realizacją scenariusza, który ma nas doprowadzić do 1,5, maksymalnie 2˚C wzrostu temperatury – mówi dyrektor generalna Centrum UNEP/GRID-Warszawa.

Jak podkreśla, kwestie klimatyczne i środowiskowe odgrywają coraz istotniejszą rolę na rynku finansowym. Wymuszają to nie tylko rynkowe uwarunkowania, ale i legislacja. Przykładem jest chociażby obowiązujące od marca tego roku unijne rozporządzenie SFDR (2019/2088), które obliguje inwestorów finansowych do uwzględnienia ryzyk wynikających z czynników ESG (środowisko, społeczna odpowiedzialność i ład korporacyjny).

Zaangażowanie biznesu w zieloną transformację jest konieczne, bo - jak wynika z szacunków Komisji Europejskiej - tylko w tej dekadzie UE będzie potrzebować dodatkowych inwestycji w wysokości 350 mld euro rocznie, aby osiągnąć cel neutralności klimatycznej do 2050 roku. Pod względem polityki klimatycznej Unia Europejska jest pionierem, ale działania zmierzające do zatrzymania globalnego ocieplenia podejmują wszystkie państwa związane porozumieniem paryskim. Zdaniem ekspertów i organizacji ekologicznych są one jednak dalece niewystarczające, co potwierdziła też ostatnia ONZ-owska konferencja klimatyczna COP26 w Glasgow.

– Efekty ostatniej konferencji klimatycznej COP26 w Glasgow nie są być może spektakularne, ale każda z tych konferencji jest jednak krokiem do przodu. Dyskusje były szerokie, było w nie włączonych bardzo wiele różnych podmiotów i osiągnięto konsensus, podjęto ostateczne uzgodnienia. One oczywiście nie są satysfakcjonujące dla wszystkich, ale trudno znaleźć kompromis w momencie, kiedy przy stole siedzi 197 państw – ocenia Maria Andrzejewska.

Na przełomie października i listopada br. w Glasgow pojawiło się ponad 25 tys. delegatów z prawie 200 państw, aby rozmawiać o kryzysie klimatycznym. Dwutygodniowe negocjacje zakończyły się podpisaniem tzw. paktu klimatycznego z Glasgow - pięciostronicowego dokumentu, w którym przyznano, że dotychczasowe wysiłki na rzecz ograniczenia zmian klimatu były niewystarczające. Nie padły w nim jednak żadne konkretne daty dotyczące realizacji nowych celów na rzecz klimatu. Tekst porozumienia z Glasgow został też znacząco osłabiony – jego finalny kształt miał zawierać sformułowanie o wycofaniu się z produkcji energii z węgla („phase out”). Jednak m.in. pod naciskiem Indii oraz Chin, które są największym na świecie konsumentem paliw kopalnych, to sformułowanie zostało zmienione na „phase down”, czyli stopniowe wycofywanie się z węgla.

Większość ekspertów i środowisk ekologicznych ocenia, że zobowiązania podjęte w Glasgow nie są wystarczające, aby zatrzymać wzrost średniej, globalnej temperatury w granicach 1,5˚C w stosunku do okresu sprzed epoki przemysłowej, co pozwoliłoby uniknąć katastrofy klimatycznej. Również sekretarz generalny ONZ António Guterres powiedział po zakończeniu COP26: –  Jest to ważny krok, ale to nie wystarczy. Nadszedł czas, by przejść na tryb awaryjny. Bitwa klimatyczna jest walką naszego życia i ta walka musi być wygrana.

Turystyka kosmiczna staje się faktem. Otwarte pozostają pytania o jej wpływ na środowisko [DEPESZA]

Około 600 osób zarezerwowało już miejsca w lotach kosmicznych, których regularną obsługę zapowiada firma Virgin Galactic. Pojawiają się jednak pytania o to, jak turystyka kosmiczna wpłynie na środowisko. Obawy wiążą się przede wszystkim z paliwami silników rakietowych. – Cała branża kosmiczna skupia się na tym, by wykorzystywać ekologiczne paliwa – uspokajają eksperci. Bezemisyjne paliwa zasilają chociażby silnik BE-3 rakiety New Shepard, zbudowanej przez Blue Origin.

– Nie demonizowałbym latania w kosmos, ponieważ paliwa, jakie są do tego używane, to z reguły nie są paliwa takie, jakie znamy na przykład z samolotów. To nie jest też taka skala. Oczywiście chwilowo jest zużywana duża ilość paliwa, ale na końcu powstaje para wodna. Jeśli będziemy często latali, to większym problemem pewnie będzie sam start i hałas z tym związany niż zanieczyszczenie powietrza. Z atmosfery wylatujemy bardzo szybko, a później lecimy już bardzo wysoko – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Paweł Rymaszewski, prezes zarządu Thorium Space.

Zdaniem ekspertów turystyka kosmiczna może wkrótce stać się rzeczywistością. Najsilniej zabiegają o to firmy takie jak SpaceX, Blue Origin i Virgin Galactic. Amerykański miliarder Jeff Bezos odbył w lipcu krótką podróż w kosmos w towarzystwie swojego brata Marka Bezosa i Wally’ego Funka. Wycieczkę w kosmos odbył również  Richard Branson, właściciel Virgin Galactic.

– Takich ludzi jest kilkoro. Jak dobrze się to rozwinie, to może będzie kilkanaścioro. Nie wierzę, że będzie więcej w ciągu roku. To nie jest tak, że codziennie możemy sobie polecieć w kosmos, więc raczej nie będzie miało to aż tak wielkiego wpływu na środowisko – przekonuje Paweł Rymaszewski.

Tymczasem klienci Virgin Galactic, w ramach przedsprzedaży, zarezerwowali już 600 miejsc w lotach kosmicznych. Docelowo firma planuje obsługiwać nawet 400 lotów rocznie. Koszt podróży wynosi 250 tys. dol. Z oferty podróży kosmicznych będą więc mogli skorzystać tylko najbogatsi. Z badania przeprowadzonego w sierpniu przez YouGov wynika, że 51 proc. mieszkańców Zjednoczonych Emiratów Arabskich deklaruje gotowość do lotu w kosmos. 25 proc. ankietowanych było niezdecydowanych, a 24 proc. kategorycznie stwierdziło, że nawet jeśli byłoby ich na to stać, nie kupiłoby biletu na taki lot.

Według naukowców z Uniwersytetu Londyńskiego ślad węglowy wystrzelenia w kosmos jednej rakiety jest stukrotnie wyższy, niż miałoby to miejsce w przypadku lotu długodystansowego. Otwarte pozostają więc pytania o wpływ nasilenia ruchu kosmicznego na środowisko.

– ESA, NASA, a także Bezos i Branson pracują nad tym, żeby używać paliw bio w kosmosie. Cały przemysł kosmiczny jest oparty na idei bio. Nawet my, dostawcy hardware’u, mamy z tym problem. Wynika on z tego, że kosmos ma bardzo twarde środowisko. Jest próżnia, są wysokie skoki temperatur. Pojawia się problem na przykład z lutowaniem. Na Ziemi nie używa się do tego ołowiu, a w kosmosie wciąż się używa ze względu na występujące tam szoki. Normy, na których zaczynamy się opierać w technologii kosmicznej, są już jednak praktycznie takie same jak na Ziemi – podkreśla prezes Thorium Space.

Wiele zmieniło się też na przestrzeni ostatnich dekad w podejściu do tego, co dzieje się ze sprzętem, który już wypełnił swoją misję w kosmosie. Kiedyś rakieta spadała na Ziemię w przypadkowym miejscu na oceanie. Teraz sprzęt jest wykorzystywany do kolejnych misji lub zawarte w nim materiały są poddawane recyklingowi.

– Staramy się odzyskiwać wszystko, co się da i przede wszystkim nie używać toksycznych materiałów. Są też nowe paliwa, które powstały w ciągu ostatnich paru lat, po spalaniu których na końcu powstaje para wodna albo jakaś inna para, która nie jest szkodliwa. Do tej pory były bardzo toksyczne paliwa i ten impakt był duży, teraz już tego nie ma – dodaje ekspert.

Większość silników rakietowych na paliwo stałe emituje cząsteczki tlenku glinu i gazowy chlor, które sprzyjają destrukcji warstwy ozonowej. Paliwa płynne są mniej emisyjne, ale w wyniku spalania powstają tlenki azotu, które w dłuższej perspektywie mogą zubożać warstwę ozonową. Jak zapewnia Blue Origin, rakieta New Shepard jest zasilana paliwami bezemisyjnymi: wodorem i tlenem.

Według Research and Markets światowy rynek turystyki kosmicznej osiągnie do 2031 roku przychody roczne sięgające niemal 2,6 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu utrzyma się na poziomie ponad 17 proc.

Blisko 10 mln euro trafi na innowacje w obszarze wód śródlądowych i morskich. W...

Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości w okresie luty–marzec 2022 roku planuje przeprowadzić nabór do konkursu „Innowacje w obszarze wód śródlądowych lub morskich”. O dofinansowanie w ramach Norweskiego Mechanizmu Finansowego w wysokości do 2 mln euro będą mogły się starać mikro-, małe i średnie firmy. – Chodzi o przedsiębiorców działających nad morzem, na jeziorach, rzekach, ale nie rybaków. Mamy na myśli działalność związaną z turystyką, oczyszczaniem wód, dbaniem o ochronę środowiska w obszarze wodnym – wymienia Monika Karwat-Bury z PARP. Do  rozdysponowania będzie ok. 10 mln euro.

– W najbliższych tygodniach planujemy ogłosić konkurs w ramach schematu „Innowacje w obszarze wód śródlądowych lub morskich”. To konkurs, który już miał swoją pierwszą edycję w 2019 roku, ale otrzymaliśmy dodatkowe środki i zdecydowaliśmy o ogłoszeniu nowego naboru w tym obszarze tematycznym – mówi agencji Newseria Biznes Monika Karwat-Bury, ekspertka w Departamencie Wdrożeń Innowacji w Przedsiębiorstwach w PARP.

Norweski Mechanizm Finansowy to bezzwrotna forma pomocy zagranicznej przyznawanej przez Norwegię nowym państwom członkowskim UE od 2004 roku. W ramach Funduszy Norweskich realizowanych jest kilkanaście programów (w tym największy budżetowo program, którego operatorem jest  PARP), w których dotacje mogą pozyskać projekty związane np. z ochroną środowiska, efektywnością energetyczną czy ograniczaniem nierówności społecznych.

Schemat „Innowacje w obszarze wód śródlądowych lub morskich” ma zwiększyć konkurencyjność przedsiębiorców poprzez wdrożenie innowacyjnych procesów, produktów, usług lub rozwiązań, które rozwiną działalność gospodarczą firmy. Projekty w ramach tego schematu mogą jednocześnie przyczyniać się do ograniczenia zanieczyszczenia wód i ich otoczenia.

Nie możemy udzielać dofinansowania firmom transportowym. Przedsiębiorcy, którzy działają w obszarze transportu wodnego, mają możliwość otrzymania dofinansowania tylko na wybrane typy projektów, np. na prowadzenie prac badawczo-rozwojowych lub zwiększenie efektywności energetycznej. Nie mogą jednak realizować klasycznych inwestycji, czyli zakupu taboru transportu wodnego – podkreśla ekspertka PARP. – Natomiast w przypadku przystani, portów morskich lub portów śródlądowych jest rozgraniczenie, czy na pewno jest to port związany z działalnością transportową, czy przystań jachtowa prowadząca działalność turystyczna, rekreacyjną.

PARP planuje ogłosić konkurs na przełomie 2021 i 2022 roku, wnioski będzie można składać przez dwa miesiące – od lutego do marca 2022 roku. Ocena wniosków, w zależności od ich liczby, potrwa od trzech do sześciu miesięcy, wówczas zostanie też ogłoszona lista projektów, które dostaną wsparcie. Projekty muszą zostać zakończone do kwietnia 2024 roku. Na inwestycje w portach morskich lub śródlądowych można uzyskać do 80 proc. wartości kosztów kwalifikowanych.

– Aktualnie mamy do dyspozycji około 7 mln euro, dokładna kwota będzie określona w ogłoszeniu konkursu. Kwota ta najprawdopodobniej ulegnie dalszemu zwiększeniu dzięki powstającym w programie oszczędnościom – do około 10 mln euro. Natomiast pojedynczy przedsiębiorca może otrzymać od 200 tys. euro do maksymalnie 2 mln euro – wskazuje Monika Karwat-Bury.

W pierwszej edycji konkursu do PARP wpłynęło 28 wniosków. Spośród nich 12 zostało rekomendowanych do dofinansowania na łączną kwotę prawie 10 mln euro. Projekty ocenione pozytywnie dotyczyły przede wszystkim inwestycji w rozwój infrastruktury małych portów, przystani oraz ekologicznych i niskoemisyjnych środków transportu w działalności turystycznej na terenie jezior.

Mamy też projekty związane z migracją ptaków na dużych przestrzeniach morskich i związane z farmami wiatrowymi na morzu, także projekty związane z rozwijaniem technologii, które wpływają na np. oczyszczalnie ścieków oraz sposoby oczyszczania i uzdatniania wody – wymienia ekspertka w Departamencie Wdrożeń Innowacji w Przedsiębiorstwach w PARP.

 

 


 

Internet Zmysłów zrewolucjonizuje komunikację interpersonalną. Firmy technologiczne pracują nad cyfrowym przesyłaniem myśli

Do 2025 roku wirtualna rzeczywistość wzbogaci się o doznania zmysłów takich jak węch czy smak. Do 2030 roku prześlemy cyfrowo myśli – planuje firma Ericsson. Już dziś Facebook inwestuje w stworzenie metawersum, czyli wirtualnego substytutu świata. Eksperci są natomiast zgodni co do tego, że pełna immersja w wirtualnej rzeczywistości wymaga integracji wszystkich zmysłów. Sam rynek VR w ciągu najbliższych kilku lat zwiększy swoją wartość ponad pięciokrotnie.

– Technologią, która dąży do tego, żeby symulować nasze zmysły, jest na pewno VR. Mamy już odtworzenie zmysłu wzroku, słuchu i w pewnym stopniu też dotyku. Tajemnicą jest na razie zmysł węchu, który jest bardzo starym zmysłem i bardzo trudno jest go zasymulować. Smak też jest bardzo trudny do zasymulowania. Myślę, że takie próby będą trwały. Nie mam pojęcia, kiedy do tego dojdzie, natomiast obstawiałabym, że będziemy widzieć bardzo duży postęp w ciągu najbliższej dekady w tych dziedzinach – przewiduje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr hab. Aleksandra Przegalińska, prorektorka ds. współpracy z zagranicą i ESR Akademii Leona Koźmińskiego.

Integracja zmysłu smaku i węchu w rozwiązaniach dla wirtualnej rzeczywistości będzie konieczna, by doświadczenia były w pełni immersyjne. W branży technologicznej pojawiło się już określenie Internetu Zmysłów, który miałby się stać platformą wirtualnego życia. Ericsson Research deklaruje, że ambicją firmy jest doprowadzenie do wdrożenia takiego rozwiązania jeszcze przed 2025 rokiem. Firma mówi też o wizji cyfrowego przekazywania myśli jeszcze przed 2030 rokiem. Prace nad platformą wirtualnego życia prowadzi już natomiast Facebook.

– Firma Meta (będąca własnością Facebooka ­– przyp. red.) będzie zajmować się teraz tworzeniem metawersum, czyli naszej takiej praktyki codziennej, która będzie odtworzona w rzeczywistości wirtualnej. Będziemy mieć kontakty z ludźmi, łączyć się z nimi, współpracować – tak jak robimy to przez media społecznościowe – ale w VR. Jeśli więc już taka wielka firma jak Facebook się za to zabiera, to spodziewam się szybkich postępów – ocenia Aleksandra Przegalińska.

Okazuje się jednak, że potencjalni użytkownicy Internetu Zmysłów dostrzegają w takim rozwiązaniu nie tylko możliwość zwiększenia wrażeń na przykład poprzez wirtualną obecność na koncercie czy spotkanie się ze znajomymi bez wychodzenia z domu. Z badania przeprowadzonego przez Ericssona wynika, że 60 proc. ankietowanych uważa, iż Internet Zmysłów przyczyni się do stworzenia bardziej zrównoważonego społeczeństwa. 57 proc. osób przewiduje popularyzację wirtualnych podróży, co przyczyni się do redukcji emisji gazów cieplarnianych. Postęp technologiczny może jednak oznaczać jeszcze głębsze zmiany, sięgające nawet ustrojów w państwach.

– Wyobrażam sobie, że sztuczna inteligencja może być zastosowana do tego, żebyśmy nawiązywali smart kontrakty z różnymi grupami, które postulują o coś, z czym się zgadzamy, i następnie monitorowali, co te grupy faktycznie dla nas robią. To taki system, który by dbał o to, żebyśmy byli cały czas informowani o tym, czy ta grupa, którą wybraliśmy, faktycznie nas reprezentuje. César A. Hidalgo, który kiedyś pracował na MIT, a teraz w Tuluzie, zaproponował wstępne rozwiązanie, w którym nasz głos mógłby dzielić się na wiele takich grup, co w zasadzie zupełnie rozwala system partii politycznych, które reprezentują nas w całości – wskazuje prorektorka ds. współpracy z zagranicą i ESR Akademii Leona Koźmińskiego.

Z raportu MarketsandMarkets wynika, że rynek wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości ma do 2025 roku wzrosnąć do 77 mld dol., podczas gdy w 2020 roku wycena zamknęła się na poziomie nieco ponad 15 mld dol.

 

Niemal 8 mln aut nie zostanie wyprodukowanych z powodu braku półprzewodników. Kryzys może potrwać...

Trwa zastój na rynku motoryzacyjnym. Szacuje się, że niespełna 8 mln samochodów nie zostanie wyprodukowanych w wyniku kryzysu związanego z brakiem podaży półprzewodników niezbędnych do produkcji elektronicznych podzespołów. Producenci przewidują, że z niedoborami rynek będzie się zmagał do końca przyszłego roku. Po okresie zastoju produkcja wróci do normy, jednak zdaniem ekspertów teraz potrzebne jest przede wszystkim wsparcie dla pracowników fabryk.

– Sytuacja jest niezwykle ciężka. Brak półprzewodników to globalny problem dla producentów samochodów. Początkowo producenci starali się poradzić sobie za pomocą produkowania samochodów niekompletnych z nadzieją, że później będzie można brakujące elementy elektroniczne włożyć do samochodu i przekazać na rynek. Ale okazało się, że problem jest zbyt długotrwały, w związku z tym w tej chwili jedyna metoda, którą widzimy wśród producentów samochodów, to jest ograniczenie produkcji przez dostosowanie jej do wielkości dostaw bądź alternatywnie zawieszenie produkcji na okres np. do końca roku – informuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Paweł Wideł, prezes zarządu Związku Pracodawców Motoryzacji i Artykułów Przemysłowych.

Simon Segars, dyrektor generalny Arm Holdings, będącego jednym z najważniejszych graczy na rynku, zapowiedział na początku listopada, że problem z podażą półprzewodników może potrwać nawet do końca 2022 roku. Zakłócenia w dostępności półprzewodników są efektem ogromnego popytu na elektronikę w okresie pandemii koronawirusa. Jedną z najbardziej dotkniętych kryzysem branż jest przemysł samochodowy. Jak podaje francuska agencja informacyjna AFP, zawirowania w dostępności półprzewodników zablokują produkcję nawet 7,7 mln pojazdów.

– Nie pamiętam takiego spadku produkcji przy dużym popycie i braku surowców. To jest porównywalne tylko z kryzysem w 2008 roku, ale wtedy ten kryzys nie miał aż takiego globalnego znaczenia. Przy takich ilościach utraconego wolumenu produkcyjnego to się bardzo negatywnie przekłada na dostawców pierwszego, później drugiego i trzeciego szeregu, tak że obawiam się, że skutki tego kryzysu postpandemicznego będzie odczuwała cała branża, od producentów pojazdów do dostawców nawet trzeciego szeregu – przewiduje Paweł Wideł.

Zachwianie procesów produkcyjnych prowadzi do przestoju w fabrykach zarówno samochodów, jak i części do nich. To z kolei przekłada się na bardzo ciężką sytuację zatrudnionych w nich pracowników. Niektóre państwa wprowadzają mechanizmy rządowej pomocy dla nich. W Polsce mamy jednak do czynienia z sytuacją, w której tarcze antykryzysowe w zasadzie wyczerpały swoją formułę.

– Programy wsparcia zostały uruchomione przez rządy Niemiec, rządy Włoch, Hiszpanii, na początku tego tygodnia rząd Republiki Czeskiej skierował pod obrady projekt wsparcia postojowego. W Polsce programy, które obowiązywały w czasie pandemii COVID-19 w 2020 roku, już nie działają. Pracodawcy zrzeszeni w Konfederacji Lewiatan wsparci bardzo mocno przez związki zawodowe wnieśli na Radę Dialogu Społecznego prośbę do rządu o wprowadzenie programów wsparcia postojowego w zakładach przemysłu motoryzacyjnego – mówi ekspert.

Zdaniem analityków w dalszej perspektywie przemysł motoryzacyjny czeka powrót na drogę rozwoju. Według Globe Newswire do 2028 roku wolumen sprzedaży samochodów zwiększy się o 205 mln sztuk, a średnioroczne tempo wzrostu, liczone dla okresu 20212028, wyniesie 4,5 proc. Problemem jest jednak przetrwanie najbliższego okresu.

– W krótkim okresie ta normalność to będzie powrót do 2019 roku, czyli powrót do produkcji samochodów z silnikiem wewnętrznego spalania, spalinowych i samochodów zelektryfikowanych bez radykalnych zmian w technologii, bo te zmiany nie będą następowały tak szybko. Natomiast według ocen ekspertów rynkowych jest nadzieja, że do połowy 2022 roku dostawy półprzewodników powinny wrócić do normy. Natomiast nie ma do końca pewności, gdyż ten kryzys jest nadspodziewanie długotrwały i głęboki, ale wszyscy marzymy o tym, żeby już po wakacjach przyszłego roku sytuacja wróciła w pełni do normy – przewiduje Paweł Wideł.

 

Widzenie komputerowe rozpoznaje po korze każde pojedyncze drzewo. Może to pomóc skutecznie walczyć z...

Jedna trzecia drewna w światowym obrocie pochodzi z nielegalnej wycinki – alarmują autorzy raportu ONZ. Dzięki technologii widzenia komputerowego można jednak zidentyfikować indywidualne cechy każdego drzewa i śledzić jego drogę w łańcuchu dostaw. Dzięki temu łatwiej będzie wykryć próby wprowadzenia na rynek nielegalnie pozyskanego surowca. Technologia ta ma moc identyfikowania także innych roślin, dzięki czemu może znaleźć zastosowanie również w przemyśle spożywczym – do tego, by klient mógł zweryfikować pochodzenie produktu na półce.

Rocznie wycinamy 15 mld drzew, a sadzimy ich 10 mld. Różnica jest więc duża. W obrocie drewnem i produktami drewnianymi około 30 proc. towarów pochodzi z drzew, które zostały wycięte nielegalnie. I to jest olbrzymi problem, nie tylko pod względem przestępczości, tylko też pod względem ochrony środowiska naszej planety – informuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Swapan Chaudhuri z Deeplai.

Raport Banku Światowego i dane Interpolu wskazują, że proceder nielegalnej wycinki ma wartość ok. 150 mld dol. rocznie. W niektórych krajach przestępcy, często ze zorganizowanych grup, odpowiadają za ponad 90 proc. procesu wycinania lasów tropikalnych. Proceder ten ma nie tylko skutki gospodarcze, lecz także społeczne i ekologiczne. Walka z nim jest o tyle utrudniona, że często ma on charakter transgraniczny.

 Walczymy z ociepleniem klimatu, walczymy z tym, co zaniedbaliśmy w przeszłości jako ludzie. Jednak jeżeli popatrzymy na to, czy śledzimy i weryfikujemy grupy, które się zajmują nielegalną wycinką drzew, to odpowiedź na dzisiaj jest: chcemy to robić, ale wysiłku za bardzo nie widać – ocenia Swapan Chaudhuri. – Nasz system idzie w tym kierunku, żeby dać narzędzie do zidentyfikowania każdego pojedynczego drzewa.

Rozwiązaniem umożliwiającym identyfikowanie pochodzenia drewna jest dostarczane przez Deeplai narzędzie ProductFingerprint. Technologia oparta jest na widzeniu komputerowym i przetwarzaniu zebranych danych w postaci obrazów przez algorytmy sztucznej inteligencji. Metoda działa na podstawie schematów wykorzystywanych w kryminalistyce.

– Drzewa mają unikatowe linie papilarne. Ich analizę można przeprowadzać, badając zarówno słoje, jak i korę. System obejmuje zeskanowanie w formacie 3D każdego drzewa w lesie i wysłanie obrazu. My ten obraz rozkładamy do odpowiedniego formatu i później, po analizie kory w całym łańcuchu dystrybucji drewna, jesteśmy w stanie wskazać, czy dany bal drewniany jest tym pochodzącym z danej wycinki, z danego lasu. Zdjęcie ma jeszcze w sobie metadane geoczasowe, więc wiemy dokładnie, w którym dniu, o której godzinie, w którym lesie to drzewo zostało ścięte – wyjaśnia ekspert.

Rozwiązanie gromadzi dane w chmurze, więc dostęp do informacji o pochodzeniu drewna można uzyskać praktycznie z każdego miejsca na świecie. Co istotne, baza danych jest aktualizowana w czasie rzeczywistym przez wszystkich uczestników łańcucha dostaw, więc użytkownik systemu od razu wie, co w danym momencie dzieje się z surowcem. Kontrola legalności wycinki drzew jest jednak tylko jednym z wielu możliwych zastosowań technologii widzenia komputerowego.

Jeżeli popatrzymy na skórę owocu – jabłka czy pomarańczy – to dla nas te owoce są jednakowe. Dla widzenia komputerowego każdy owoc, każda sztuka jest inna. Analiza poszczególnych elementów, poszczególnych punktów na skórze pozwala nam zidentyfikować i stworzyć unikalny kod kreskowy dla każdej sztuki. Wszyscy konsumenci chcieliby wiedzieć dużo o produkcie, który chcą kupić, i mieć pewność, że dane jabłko rzeczywiście jest organiczne, a nie tylko została na nim umieszczona naklejka odpowiedniej firmy – mówi Swapan Chaudhuri.

Według analityków MarketsandMarkets światowy rynek technologii widzenia komputerowego w robotyce osiągnie w 2021 roku przychody sięgające 11 mld dol. Do 2026 roku kwota ta wzrośnie do 15,5 mld dol.

Widzenie komputerowe było tematem prelekcji podczas jednego z Thursday Gathering, cyklicznych spotkań dla społeczności innowatorów, które co tydzień w czwartkowe popołudnia odbywają się w Varso przy ulicy Chmielnej w Warszawie z inicjatywy Fundacji Venture Café Warsaw. 

Norweski rynek stwarza atrakcyjne możliwości polskim firmom. Granty z Funduszy Norweskich ułatwiają ekspansję i...

Innowacje w obszarze ochrony środowiska, gospodarki morskiej i technologii poprawiających jakość życia, np. z dziedziny medycyny – polskie firmy już realizują takie projekty w partnerstwie z Norwegami w ramach Funduszy Norweskich. Ich głównym celem jest też stymulowanie współpracy pomiędzy firmami z Polski i Norwegii. Tamtejszy rynek stwarza polskim przedsiębiorcom atrakcyjne możliwości, ale jest także trudny – ze względu na niewielki rozmiar i dużą konkurencyjność. Aby ułatwić na nim start, PARP organizuje szereg spotkań i konferencji, które pozwalają rodzimym firmom znaleźć norweskiego partnera do realizacji wspólnych przedsięwzięć biznesowych. Najbliższe takie wydarzenie odbędzie się 21 października br.

– Polska i Norwegia mają bliskie relacje gospodarcze. Mimo dzielącego je Bałtyku są to kraje geograficznie blisko siebie położone. Norwegia, mimo że jest niewielkim krajem, liczącym raptem 5 mln mieszkańców, znajduje się w drugiej dziesiątce najważniejszych partnerów gospodarczych Polski. Norwegia jest też w Europejskim Obszarze Gospodarczym, co stwarza duże ułatwienia w wymianie handlowej. Jej wartość sięga ok. 3 mld dol. rocznie. Mowa tu o eksporcie z Polski do Norwegii, jak i imporcie produktów i dóbr z Norwegii – mówi agencji Newseria Biznes Konrad Konieczny, Programme Officer w Innovation Norway.

Norwegia nie jest członkiem UE. Jednak dzięki jej członkostwu w EOG dostęp do tamtejszego rynku jest ułatwiony dla polskich firm. Przyczyniają się do tego też Fundusze Norweskie, czyli specjalny mechanizm finansowy, z którego mogą korzystać polskie mikro-, małe i średnie przedsiębiorstwa.

Ten mechanizm finansowy pozwala – właśnie poprzez budowanie partnerstw z norweskimi firmami – otrzymać finansowanie dla swoich projektów i wejść na tamtejszy rynek – mówi Konrad Konieczny.

Fundusze Norweskie stanowią wkład Norwegii w tworzenie zielonej, konkurencyjnej i zintegrowanej Europy, przyczyniając się m.in. do ograniczenia nierówności społecznych i ekonomicznych oraz wzmocnienia relacji dwustronnych z państwami Europy Środkowej i Południowej oraz obszaru Morza Bałtyckiego. Są dostępne w państwach, które przystąpiły do UE po 2003 roku, czyli również w Polsce. Fundusze Norweskie na lata 2014–2021 wynoszą w sumie 1,25 mld euro.

Mamy już trzecią edycję Funduszy Norweskich. Polscy przedsiębiorcy sporo już w ramach tych funduszy uzyskali – mówi Michał Polański, dyrektor Departamentu Wsparcia Przedsiębiorczości w Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości. – To wsparcie można pozyskać na dwa sposoby. Po pierwsze, można ubiegać się o granty, które rozdziela PARP. To jest wsparcie bezpośrednie, gdzie przedsiębiorcy przygotowują projekt i uzyskują dla niego finansowanie bądź współfinansowanie. Jest też możliwość pośredniego korzystania z Funduszy Norweskich. Wszystkie środki wydatkowane w ramach tych funduszy są później kontraktowane przez polskie instytucje otoczenia biznesu czy instytucje publiczne. I tymi, którzy ostatecznie wykonują te projekty i mogą na tym zarobić, są właśnie polscy przedsiębiorcy, bo te projekty realizowane są w Polsce.

Z tych środków finansowany jest m.in. wart ponad 93 mln euro program „Rozwój przedsiębiorczości i innowacje&HASH39;&HASH39;, którym zarządza PARP. Polskie firmy mogły ubiegać się o granty na opracowanie, wdrożenie i komercjalizację innowacyjnych technologii, rozwiązań i produktów w trzech kategoriach: zielone technologie, niebieskie technologie (z obszaru morza i wód śródlądowych) oraz technologie poprawiające jakość życia.

Dodatkowo realizowany jest też schemat małych grantów dla przedsiębiorczych kobiet i firm, w których kobiety są właścicielami lub mają decydujący głos w zarządzaniu przedsiębiorstwem. Obok finansowania innowacji i przedsiębiorczości głównym celem Funduszy Norweskich jest też stymulowanie współpracy pomiędzy firmami z Polski i Norwegii.

Dzięki tym funduszom można zrealizować projekt wspólnie z norweskim partnerem. Można też znaleźć partnera do przyszłych przedsięwzięć gospodarczych, niekoniecznie finansowanych z samego funduszu. Organizujemy w tym celu szereg wydarzeń, spotkań i konferencji, które umożliwiają znalezienie takiego partnera – wyjaśnia dyrektor Departamentu Wsparcia Przedsiębiorczości w PARP. – Mamy już zaplanowanych siedem takich wydarzeń, z których pierwsze odbędzie się już 21 października podczas targów Bygg Reis Deg, poświęconych budownictwu. Natomiast kolejne mamy zaplanowane jeszcze w tym oraz w przyszłym roku.

Poszukując norweskich partnerów, warto wykorzystać Travel Grants, które oferuje PARP, oraz odwiedzić stronę prowadzoną przez norweską agencję rządową Innovation Norway. Ta strona nazywa się TheExplorer.no i można znaleźć na niej profile kilkuset norweskich firm, które poszukują zagranicznych partnerów do rozwoju swoich działań – dodaje Konrad Konieczny.

Jak podkreśla, Fundusze Norweskie są doskonałym sposobem na to, żeby poszerzyć współpracę gospodarczą z tamtejszym rynkiem, który polskim firmom stwarza bardzo atrakcyjne możliwości.

W wymianie handlowej między Polską i Norwegią dominującą rolę odgrywa m.in. przemysł morski, transportowy i meblowy, bo Polska jest ważnym eksporterem mebli. Skupiając się na sektorze małych i średnich przedsiębiorstw, można zauważyć, że wachlarz sektorów, w których polskie firmy działają w Norwegii, jest znacznie szerszy. Znajdziemy tutaj także m.in. działalność związaną z gospodarką w obiegu zamkniętym, smart cities czy różne rozwiązania IT. Widać też duży potencjał w sektorze energetycznym, w branży paneli fotowoltaicznych i stacji wiatrowych – wylicza Programme Officer w Innovation Norway.

– Norweski rynek z jednej strony jest bardzo atrakcyjny. To jest rynek bogatych przedsiębiorców i konsumentów, którzy są gotowi kupować rozwiązania droższe, ale za to bardziej zaawansowane technologicznie. Z drugiej strony jest to też rynek trudny, ponieważ jest niewielki i jest obiektem zainteresowania przedsiębiorców z wielu krajów, które również są biorcami pomocy w ramach Funduszy Norweskich. Dlatego zachęcamy polskie firmy do kontaktu i do udziału w tych wydarzeniach, które współorganizuje PARP – dodaje Michał Polański.

 


 

hh

Stay connected

20,831FaniLubię
2,506ObserwującyObserwuj
0SubskrybującySubskrybuj
- Advertisement -

Latest article

Liczba aniołów biznesu rośnie, ale wciąż jest ich za mało. 40 proc. z nich...

Polski rynek aniołów biznesu wciąż jest wielokrotnie mniejszy od tych z Europy Zachodniej, o Stanach Zjednoczonych nie wspominając, i stosunkowo młody. Jednak zainteresowanie tą formą pomnażania kapitału i dzielenia się doświadczeniem szybko rośnie. Największa obawa osób, które chcą dołączyć do grupy aniołów biznesu, dotyczy tego, czy będą umiały realistycznie ocenić szanse danego przedsięwzięcia. Platforma Polish Angels ma ułatwić przepływ know-how i finansowania między doświadczonymi inwestorami i pomysłodawcami start-upów.

 Aniołów biznesu jest w Polsce nadal poniżej tysiąca, ale uważamy, że to będzie się rozwijało i dojdziemy dość szybko do poziomu rynków zachodnich, rozwiniętych. Obserwujemy, że z jednej strony ten segment bardzo szybko się profesjonalizuje. Z drugiej strony widzimy bardzo duże zainteresowanie tą formą pracy ze start-upami na rynku. Coraz więcej nowych osób się zgłasza – mówi agencji informacyjnej Newsera Biznes Robert Ługowski, partner zarządzający Cobin Angels, 

Z raportu Cobin Angels „Jak inwestują najlepsi aniołowie biznesu w Polsce? Polski rynek inwestycji anielskich w 2021 roku” wynika, że jest on w Polsce wciąż na bardzo wczesnym etapie rozwoju. Aż 40 proc. badanych aniołów biznesu inwestuje zaledwie od trzech lat lub krócej, a ponad połowa aniołów biznesu (53 proc.) dokonało od jednej do sześciu inwestycji podczas całej swojej aktywności. Tylko 15 proc. aniołów biznesu to osoby doświadczone, które rozpoczęły alokowanie swoich środków 10 lat temu lub więcej.

Zdecydowana większość (73 proc.) na przestrzeni całej swojej aktywności „anielskiej” nie zrealizowała do tej pory jeszcze żadnego wyjścia z inwestycji, a 17 proc. dokonało pomiędzy jednym a trzema sprzedażami udziałów, co także jest dowodem na wczesny etap rozwoju rynku.

– Widzimy, że jedną z głównych barier dla osób, które chcą inwestować w start-upy, jest brak wiedzy, jak funkcjonuje ten segment, i jak skutecznie inwestować, czyli jak wybierać te najlepsze spółki, najbardziej perspektywiczne, przy możliwie niskim ryzyku – wyjaśnia Robert Ługowski. – Dlatego, aby rozwijać ten sektor w Polsce, zaproponowaliśmy platformę edukacyjną Polish Angels, której celem jest dostarczanie tej wiedzy. Tam są kursy online, ale przede wszystkim też wymiana doświadczeń pomiędzy aktywnymi aniołami biznesu. Wierzymy, że będzie to propozycja dla rynku, która spowoduje, że wiele osób będzie mogło na niego łatwiej wejść. Dzięki temu cały rynek szybciej urośnie i szybciej się sprofesjonalizuje.

Statystyczne anioły biznesu to osoby, które osiągnęły już pewien etap rozwoju zawodowego. Często są to menedżerowie średniego lub wyższego szczebla, ze średnich i większych firm bądź z międzynarodowych korporacji. Kolejną grupą są aktywni przedsiębiorcy, a jeszcze inną tacy, którzy sprzedali już swoje biznesy i skupiają się na wspieraniu młodych spółek technologicznych. Kwoty inwestycji mogą się zaczynać już od 50–100 tys. zł, często też zdarza się, że kilku inwestorów łączy siły i wspiera tę samą spółkę.

Średni roczny budżet inwestycyjny aniołów biznesu wynosi dla 63 proc. badanych do 450 tys. zł. Trzech na pięciu inwestorów od początku swojej działalności jako aniołowie biznesu nie przekroczyło kwoty 1,35 mln zł łącznych inwestycji.

 Start-up od aniołów biznesu otrzymuje oprócz środków finansowych bardzo dużo wsparcia i bardzo często rośnie znacznie szybciej, niż założyciele, osoby zarządzające, są w stanie budować swoją wiedzę. Połączenie z grupą doświadczonych osób pozwala im szybko transferować te doświadczenia, wiedzę, kontakty i po prostu przyspiesza rozwój ­– wyjaśnia partner zarządzający Cobin Angels. ­– Z kolei anioły biznesu oczywiście oczekują korzystnego zwrotu ze swoich inwestycji. Zwrotów nie mierzymy w procentach, tylko w wielokrotności pomnożonego kapitału. Przykładowo aniołowie, którzy zainwestowali w największy polski sukces, czyli w DocPlannera, liczą dzisiaj swoje zyski jako blisko dwustukrotne zwiększenie kwoty, którą zaangażowali na początku.

Istnieje niewielka grupa – ok. 10 proc. – doświadczonych inwestorów, którzy przeznaczyli na inwestycje w start-upy już po ponad 9 mln zł. To Super Angels, wśród których znajdują się m.in. Rafał Brzoska, Wiktor Namysł, Marian Owerko, Robert Lewandowski czy Tomasz Domogała.

Jednocześnie wielu aniołów biznesu podkreśla, że działalność ta jest dla nich formą inspiracji, spełnienia się, przejścia do kolejnego etapu rozwoju kariery i innowacyjności, przekazywania zdobytej wiedzy kolejnemu pokoleniu przedsiębiorców. Z kolei osobom pracującym na etacie w firmach oferuje to okazję do pokazania swojej innowacyjności lub może być sposobem na wyjście z etatu i dołączenie do takiego start-upu jako współwłaściciel.

Europejski czy amerykański rynek aniołów biznesu oczywiście jest znacznie bardziej dojrzały i liczniejszy niż w Polsce. W Stanach Zjednoczonych aniołów biznesu jest dwieście kilkadziesiąt do 300 tys. osób, w krajach Europy Zachodniej kilkanaście do 20–30 tys. per kraj – informuje Robert Ługowski. – W Polsce mamy ich poniżej tysiąca, więc widzimy tutaj jeszcze bardzo dużą przestrzeń do rozwoju. Uważamy, że powinno być co najmniej kilka tysięcy, powiedzmy 5–6 tys. aniołów biznesu w Polsce. Oczywiście również chodzi o to, żeby aniołowie biznesu działali coraz bardziej profesjonalnie i żeby ich aktywność rosła, a wraz z nią również liczba inwestycji.

Technologia coraz szybciej przeobraża rynek pracy. Staje się kluczowa nie tylko dla rozwoju kariery,...

Technologia już dziś jest częścią codziennego życia zawodowego dużej grupy pracowników, a w przyszłości jej udział będzie rósł. 65 proc. Polaków uważa, że kompetencje cyfrowe będą odgrywać coraz ważniejszą rolę na rynku pracy, a 60 proc. ocenia, że osobom biegłym w nowych technologiach będzie łatwiej o podwyżki i awanse – wynika z badań przeprowadzonych przez Grupę Pracuj. Cyfryzacja i zmiana modelu pracy na zdalny lub hybrydowy staje się także stałym elementem wellbeingu pracowniczego. Do korzystania z dobrodziejstw tej sytuacji skłonne są przede wszystkim młode osoby, które szukają pracy elastycznej, dopasowanej do ich stylu życia.

– Technologia diametralnie zmieniła rynek pracy i zmienia go dalej. Na pewno zamknięcie nas w domach, z komputerem, na czas pandemii COVID-19, spotykanie się poprzez ekrany bardzo mocno przyspieszyło ten rozwój – mówi agencji Newseria Biznes Małgorzata Ohme, psycholożka, dziennikarka, współtwórczyni aplikacji Mindgram.

W 2020 roku, wraz z wybuchem pandemii COVID-19, zaczęła się największa od czasów II wojny światowej transformacja umiejętności pożądanych na rynku pracy – pokazuje raport Manpower Group („Niedobór talentów”). W obliczu przyspieszającej rewolucji technologicznej firmy szukają pracowników dysponujących zarówno kompetencjami miękkimi, jak i zaawansowanymi umiejętnościami cyfrowymi. W tej kwestii Polacy są optymistami: z ubiegłorocznego raportu Pracuj.pl („Cyfrowa ewolucja kariery”) wynika, że 67 proc. pozytywnie ocenia swoją biegłość w korzystaniu z technologii w życiu zawodowym. Jednocześnie siedmiu na dziesięciu Polaków ogólnie pozytywnie ocenia wpływ rozwoju technologii na rynek pracy w ostatnich latach.

 Technologia to coś bardzo wspierającego, otwiera bardzo szerokie możliwości, np. to, że możemy dzisiaj pracować z każdego miejsca, sięgać po specjalistów z najdalszego zakątka świata, nie musimy się kierować dostępnością fizyczną – wymienia Małgorzata Ohme.

Big data, uczenie maszynowe, rozwiązania chmurowe, automatyzacja procesów, AI i postępująca robotyzacja w coraz większym stopniu wspierają biznes, a w kolejnych latach będą mieć też rosnące przełożenie na to, w jaki sposób pracownicy wykonują swoje obowiązki zawodowe. Już dziś dzięki rozwiązaniom chmurowym i mobilnym zespoły w firmach mają możliwość szybkiej i łatwej komunikacji. Pracownicy są też świadomi konieczności ciągłości podnoszenia swoich kompetencji cyfrowych: w badaniu Pracuj.pl 44 proc. Polaków oceniło, że w przyszłości zbyt niski ich poziom może być dla nich przeszkodą w szukaniu nowej pracy. Co istotne, większość (73 proc.) uważa też, że to pracodawcy powinni wspierać pracowników w nabywaniu nowych kompetencji cyfrowych.

Jak wynika z badań Manpower Group, średnio co trzecie przedsiębiorstwo w Polsce docelowo planuje połączenie pracy zdalnej z wykonywaniem zadań w siedzibie firmy. Natomiast wśród pracowników 43 proc. uważa, że jesteśmy świadkami końca ery, w której praca na etat była wykonywana w sztywnych ramach czasowych od godziny 9 do 17.

Są różne badania, które mówią o tym, czy efektywność pracowników się poprawiła, czy pogorszyła. Dużo się mówi o rosnącym wskaźniku wypalenia zawodowego. Często wiąże się go z tym, że byliśmy cały czas w formie zdalnej – mówi współtwórczyni aplikacji Mindgram.

Wśród innych minusów pracy zdalnej wymieniane są m.in. obniżenie efektywności komunikacji spowodowane brakiem spotkań twarzą w twarz, utracone więzi z kolegami z pracy. Z drugiej strony pozwoliła się ona pokazać pracownikom od bardziej spontanicznej, ale też bardziej domowej strony, nauczyła ich elastyczności, nieprzewidywalności i dystansu.

Jak podkreśla ekspertka, praca zdalna, która była pewnego rodzaju przymusem na początku pandemii, teraz stała się pożądaną opcją. Nie jest jednak powiedziane, że jest to rozwiązanie korzystne dla wszystkich.

– Najważniejsze jest to, żeby człowiek miał wybór. Czasem nam się wydaje, że w pracy zdalnej byłoby nam lepiej, ale potem okazuje się, że nie jesteśmy zbyt dobrze zorganizowani. Natomiast jeśli weźmiemy pod uwagę swoje zasoby i możliwości, może się okazać, że będziemy bardziej efektywni na Bali niż w Warszawie w WeWorku albo na odwrót. Trzeba mierzyć siły na zamiary. Ilu ludzi, tyle modeli pracy. I cudownie byłoby, żeby każdy miał możliwość wyboru – podkreśla Małgorzata Ohme.

Trend pracy zdalnej i rozwoju cyfryzacji jest dziś bardzo widoczny zwłaszcza wśród młodego pokolenia, które szuka elastycznych, dopasowanych do swojego stylu życia form zatrudnienia.

– To oni dzisiaj na rozmowach rekrutacyjnych pytają, czy mogą pracować z dowolnego miejsca – mówi psycholożka. – Uważam, że mają prawo o to pytać i ci, którzy są dobrymi ekspertami, mają prawo wymagać, żeby pracować w takich warunkach, które sprzyjają ich efektywności. Te warunki każdy sam powinien wobec siebie określić.

W raporcie Manpower Group eksperci wskazują, że w dobie dynamicznych zmian na rynku pracy pewne jest tylko jedno: pandemiczny kryzys powinien przygotować społeczeństwo na pracę przyszłości, która według prognoz będzie zdecydowanie bardziej elastyczna, różnorodna i nastawiona na dbanie o dobre samopoczucie pracowników.

– Technologia otworzyła nam cały obszar dbania o swój własny dobrostan. Jeszcze kilka lat temu nie mówiło się o tym, że powinniśmy wspierać pracowników, jeśli chodzi o ich wellbeing czy mental health. Wśród benefitów nie było opieki psychologicznej czy możliwości rozwoju. Dzisiaj, dzięki nowym technologiom, mamy platformy takie jak np. Mindgram, które zapewniają dostęp do najlepszych specjalistów, do webinarów, szkoleń, audioteki, podcastów, do różnych form prorozwojowych i samopomocowych – mówi Małgorzata Ohme.

O możliwościach, jakie technologia stwarza na rynku pracy, eksperci debatowali podczas jednego z ostatnich spotkań w ramach Thursday Gathering. To cykliczne eventy organizowane przez Fundację Venture Café Warsaw, które do Varso przy ulicy Chmielnej przyciągają szerokie grono ekspertów, firm, start-upów, inwestorów i naukowców.

Polityka Europejskiego Zielonego Ładu może się przyczynić do wzrostu zainteresowania kompostowaniem. Zachętą będą obniżki...

Udział kompostowania w procesie przetwarzania odpadów komunalnych wzrósł w Polsce w ostatnim roku do ponad 13 proc. Założenia Europejskiego Zielonego Ładu, zmierzające do ograniczenia zużycia nawozów i pestycydów, mogą wkrótce zwiększyć zainteresowanie kompostowaniem. Rośliny uprawiane w ziemi zasilanej kompostem są lepiej odżywione i odporniejsze na choroby, szkodniki czy zmiany temperatur. Tworzenie z odpadów kuchennych kompostu jest też dobrym sposobem na ograniczenie marnowania żywności. Zachęty ekonomiczne, takie jak obniżki opłat za odbiór śmieci, mogą być argumentem dla osób inwestujących w kompostowniki.

Kompostowanie w Polsce staje się coraz bardziej popularną metodą zagospodarowania różnego typu odpadów biodegradowalnych. Wpisuje się to w ogólną politykę Unii Europejskiej dotyczącą biogospodarki, czyli wykorzystywania wszystkich źródeł składników pokarmowych, ale również zabezpieczania energetycznego środowiska przyrodniczego. Węgiel jest głównym źródłem energii, nie tylko dla nas, ale również dla środowiska glebowego czy życia roślin i mikroorganizmów. Dopływ węgla jest bardzo ważnym elementem wzrostu i rozwoju roślin. Poza tym jest to pewien wymóg również polityki Unii Europejskiej, ponieważ każdy użytkownik gleby ma dbać o węgiel organiczny – informuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje prof. dr hab. Wojciech Stępień, pracownik Samodzielnego Zakładu Chemii Rolniczej i Środowiskowej w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie.

Współczesne rolnictwo stało się skoncentrowane, przez co w gospodarstwach brakuje naturalnych nawozów pochodzących z upraw czy hodowli. Rozwiązaniem staje się produkcja kompostu, do której używa się wszelkiego rodzaju bioodpadów, również z gospodarstw domowych czy przetwórni. Kompost sprawia, że gleba jest żyźniejsza i wilgotniejsza, dzięki czemu rośliny są lepiej odżywione i zdrowo rosną.

Dbałość o biologię jest priorytetem. Powszechne jest wykorzystanie mikroorganizmów czy organizmów, które w glebie dzięki biomasie zwiększają swoją aktywność i pozwalają również lepiej wykorzystywać potencjał produkcyjny. Stąd kompostowanie staje się ważnym ogniwem biogospodarki. Oczywiście musimy tak przeprowadzać proces kompostowania, żeby on nie był szkodliwy dla środowiska. Głównie chodzi o czystość powietrza, ale również gleby, jeżeli wprowadzamy materię organiczną – dodaje prof. dr hab. Wojciech Stępień.

Kompostowanie może się sprawdzić zarówno w dużych, jak i małych gospodarstwach, nie tylko ekologicznych. Poza resztkami roślin pochodzącymi z ogrodu na kompost nadają się odpadki kuchenne (bez mięsa i kości), fusy z kawy i herbaty, bezzapachowe chusteczki higieniczne, niezadrukowany i pocięty papier, wytłoczki od jajek, zużyta ziemia z doniczek.

– Przykładowo w warzywniczych gospodarstwach, gdzie mamy bardzo dużo bogatych w składniki pokarmowe odpadów z marchwi, kapusty czy innych warzyw, właściwe ich zagospodarowanie poprzez kompostowanie jest jak najbardziej pożądanym, wskazanym i ważnym elementem właściwego gospodarowania składnikami pokarmowymi – mówi ekspert Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie.

Jak wynika z poradnika Instytutu Ochrony Środowiska – Państwowego Instytutu Badawczego, kompost najlepiej przechowywać w zacienionym miejscu, w drewnianych skrzynkach lub specjalnych plastikowych termokompostownikach, które znacznie szybciej rozkładają materię organiczną. Nie można też zapominać o zapewnieniu dostępu do tlenu oraz nawadnianiu kompostu.

Do przyspieszenia procesu kompostowania wykorzystuje się dojrzały kompost lub specjalne szczepionki kompostowe zawierające bakterie tlenowe i inne mikroorganizmy glebowe. Można też wykorzystać większe organizmy, takie jak dżdżownice kalifornijskie. Ich znaczenie w użyźnianiu gleby dostrzegł już w XIX wieku Karol Darwin. Współcześnie na mniejszą skalę praca dżdżownic jest wykorzystywana w specjalnie przystosowanych kompostownikach. Produkcja wermikompostu przybrała też charakter przemysłowy. Według autorów raportu opublikowanego przez MENAFN światowy rynek tego nawozu wypracuje do 2025 roku przychody przekraczające 108 mln dol., podczas gdy w 2021 roku było to 70 mln dol.

– Są to bardzo aktywne mikroorganizmy, które dziennie przeprowadzają przez swój organizm tyle biomasy, ile ważą, czyli najczęściej 1 g. Przetwarzają materię organiczną w biohumus, który jest bardzo wartościowy. Śluz, który powstaje, jest dodatkową pożywką dla wielu mikroorganizmów, czyli jest to jak najbardziej efektywny proces – wskazuje prof. dr hab. Wojciech Stępień.

Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że z roku na rok rośnie udział kompostowania w procesie przetwarzania odpadów. W ubiegłym roku do kompostowania zostało w Polsce przekazanych ponad 1,8 tys. t odpadów komunalnych, co stanowi 13,3 proc. wszystkich takich odpadów. Rok wcześniej było to ponad 1,5 tys. t, co stanowiło 12 proc. wszystkich odpadów komunalnych. Zdaniem eksperta obniżenie stawek za odbiór śmieci dla osób kompostujących odpady mogłoby się przyczynić do popularyzacji inwestowania gospodarstw domowych w ten proces.

Jeżeli chcemy wdrożyć wszystkie założenia biogospodarki Zielonego Ładu, to być może dobre byłyby takie zachęty na początek, żeby się ludzie przyzwyczaili, żeby jednak zadbali pośrednio o środowisko. Nie ma innej metody jak ekonomia – podkreśla ekspert SGGW w Warszawie. – Cały problem jest we właściwym planowaniu gospodarki odpadami, jej kontroli i rozliczania. To jest problem dość złożony, jak wycenić, ile, kiedy. To powinno być szczegółowo przemyślane, znalezienie mechanizmów, jak to oceniać ilościowo, jakościowo, bo z tym jest najczęściej w Polsce problem, jeżeli spojrzymy na różnego typu aspekty związane z gospodarką różnymi materiałami odpadowymi.

Jak podkreśla ekspert, kompost jest bezpieczniejszy dla gleby niż bezpośrednie wprowadzanie do niej biomasy, a jego używanie przyczynia się do zmniejszenia wykorzystania nawozów mineralnych.

– To, co jest w kompoście, w zależności od wsadu, nie zawsze w pełni będzie zaspokajać potrzeby poszczególnych gatunków roślin. Nawozy są niezbędne, jeżeli chcemy uzyskiwać wyższe poziomy plonowania, bo system zamknięty, w jakim funkcjonujemy, pozwala na uzyskiwanie poziomu plonowania na średnim poziomie. Proces kompostowania przyspiesza pewne przemiany, które mogłyby zachodzić w glebie – mówi prof. dr hab. Wojciech Stępień. – Kompost może nie zastępuje, ale zmniejsza zużycie nawozów mineralnych, a przede wszystkim energii, bo azotu, który zabezpieczymy w kompoście, nie musimy pozyskiwać w fabryce nawozów azotowych. Czyli to racjonalizuje gospodarkę, ogranicza zużycie nawozów mineralnych i jak najbardziej w tym kierunku powinniśmy pójść.