wtorek, 7 lutego, 2023

Innowacje technologiczne

Edukacja branżowa coraz mocniej nastawiona na zajęcia praktyczne. Duży udział mają w tym firmy

Chociaż liczba uczniów w szkołach branżowych stopniowo rośnie, to wciąż edukacja zawodowa nie jest pierwszym wyborem większości młodzieży i ich rodziców. Powoli zmienia to jednak sytuacja na rynku pracy, gdzie zapotrzebowanie na fachowców stale rośnie, a pracodawcy narzekają na brak wykwalifikowanych kadr. Międzynarodowe branżowe igrzyska EuroSkills i WorldSkills mają ten temat odczarować. – Chcemy pokazywać młodym ludziom, że bycie superfachowcem w danej branży może być bardzo fajne – mówi dr hab. Paweł Poszytek z Fundacji Rozwoju Systemu Edukacji. Istotna w tym kontekście jest ścisła współpraca szkół i uczelni z firmami. Dzięki temu programy nauczania są coraz lepiej dostosowane do wymogów współczesnego rynku pracy.

W porównaniu z poprzednim rokiem szkolnym liczba branżowych szkół I stopnia zwiększyła się o sześć placówek. Do 1674 branżowych szkół I stopnia uczęszczało 207,1 tys. uczniów (o 2,5 proc. więcej niż w poprzednim roku szkolnym), wśród których 68,3 proc. to mężczyźni. Z kolei liczba techników w roku szkolnym 2021/2022 zmniejszyła się w porównaniu z poprzednim rokiem szkolnym o 0,5 proc., natomiast liczba uczniów zwiększyła o 1,4 proc. W 1854 technikach uczyło się 656,5 tys. uczniów, wśród których przeważali mężczyźni (61,1 proc.).

– Edukacja branżowa rzeczywiście nie cieszy się popularnością wśród młodzieży, a przede wszystkim wśród rodziców, którzy raczej szukają dla swoich dzieci bardziej kierunku rozwoju w edukacji ogólnej czy też na poziomie wyższym na różnego rodzaju programach, kursach uczelnianych, uniwersyteckich – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. Paweł Poszytek, dyrektor generalny Fundacji Rozwoju Systemu Edukacji, oficjalny delegat WorldSkills Poland. – Dzięki WorldSkills chcemy to odczarować. Młodzi ludzie uwielbiają technologie, a większość branż w tej chwili jest stechnologizowana, wykorzystuje nowoczesne technologie, więc młodzi ludzie są w stanie tutaj posmakować tych branż od fajniejszej strony.

Najbardziej prestiżowy i największy w Europie konkurs umiejętności zawodowych EuroSkills w przyszłym roku odbędzie się w Gdańsku. Będzie to pierwsza tego typu impreza w Polsce. Organizatorzy szacują, że we wrześniu do Gdańska przyjedzie ok. 600 zawodników z 32 państw – wspieranych przez kibiców, sponsorów, trenerów i oficjalne delegacje krajowe. Zawodnicy będą rywalizować w ponad 40 konkurencjach, takich jak m.in. gotowanie, stolarka, spawanie, florystyka czy cukiernictwo, aż po nowoczesne technologie, związane z chmurą obliczeniową, cyberbezpieczeństwem, robotyką i przemysłem 4.0. EuroSkills to eliminacje do zawodów na poziomie światowym, czyli międzynarodowego konkursu WorldSkills, nazywanego igrzyskami olimpijskimi zawodów branżowych. Będzie to również okazja, żeby sprawdzić, jak prezentuje się poziom polskiego szkolnictwa branżowego na tle reprezentacji innych państw.

– W trakcie tych zawodów możemy sprawdzić zakres i jakość współpracy wszystkich podmiotów, które działają na rzecz rozwoju kompetencji branżowych i zawodowych. Mamy tu biznes, sektor edukacyjny i organizacje branżowe – mówi ekspert. – W trakcie zawodów Skills Poland 2022 mieliśmy 60 firm wspierających. To pokazuje, że sektor przemysłu i przedsiębiorcy są bardzo zainteresowani współpracą z edukacją.

– Biorąc pod uwagę to, co się dzieje na rynku i braki wykwalifikowanej kadry, nie ma możliwości znalezienia odpowiedniego pracownika bez właściwej edukacji. Cele Skillsów pomagają w tym zadaniu. To fajne miejsce dla pracodawców. Ci młodzi ludzie to są potencjalni, naprawdę dobrzy pracownicy, którzy nie dość, że pokazują swoje umiejętności w zakresie technicznych aspektów, ale również ważne umiejętności miękkie – podkreśla Artur Aleksiejczuk, dyrektor specjalizującej się w technikach automatyzacji firmy Festo.

Przedsiębiorstwa w coraz większym stopniu angażują się we współpracę ze szkołami branżowymi i uczelniami, m.in. organizując dedykowane klasy i kierunki studiów, delegując swoich przedstawicieli jako wykładowców albo organizując staże i szkolenia dla uczniów szkół branżowych i studentów.

– Edukacja formalna rządzi się swoimi prawami, natomiast to pracodawcy wiedzą, czego oczekują od pracownika. Dlatego szkolimy, pomimo że edukacja zrobiła swoje – mówi Artur Aleksiejczuk.

Eksperci podkreślają, że kooperacja między szkołami a przemysłem jest dosyć mocno rozwinięta w innych krajach, np. w Niemczech, Austrii czy Szwajcarii.

– Tam ta współpraca jest właściwie naturalna i funkcjonuje naprawdę w dalekiej symbiozie. Okazuje się, że w Polsce też jesteśmy w stanie bardzo szybko do takiego standardu dojść – ocenia dyrektor generalny FRSE.

Współpraca biznesu z sektorem edukacyjnym to korzyść dla obu stron. Dzięki niej firmy mogą pozyskiwać sprawdzonych, wykwalifikowanych pracowników i budować swój wizerunek jako dobrego pracodawcy. Z kolei szkoły i uczelnie wyższe mogą poszerzyć swoją ofertę edukacyjną, pozyskać fundusze na badania czy rozwinąć przedsiębiorczość akademicką. Co istotne, kandydaci na studia coraz częściej oceniają swoje przyszłe uczelnie właśnie pod względem przygotowania do rynku pracy i oczekiwań firm.

Studenci, działając jako koła naukowe, bardzo często sami zapraszają przedstawicieli firm – mówi Mirosław Czechlowski z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, ekspert zawodów EuroSkills w konkurencji mechanika. – Często też już na pierwszym roku studiów podejmują pracę w swojej branży. Dzięki temu mają możliwość porównania teorii, której uczą się na studiach, z praktyką. Ci studenci często dość szybko trafiają potem na dość odpowiedzialne stanowiska w firmach i mówią, że rzeczywiście to połączenie teorii i praktyki w postaci pracy i studiów pozwala im znacznie szybciej się rozwijać.

Lasy Państwowe zapowiadają rezygnację z ważnego międzynarodowego certyfikatu. Z tego powodu produkty z drewna made in Poland mogą stracić zagranicznych odbiorców

Certyfikat FSC jest gwarantem zrównoważonej gospodarki leśnej. Informuje potencjalnego klienta, że – kupując drewno i produkty z drewna oznaczone tym certyfikatem – nie przyczynia się do niszczenia środowiska naturalnego. Dla większości działających w Polsce firm z branży drzewnej i meblarskiej posiadanie tego certyfikatu jest wymogiem, bez którego nie mogą sprzedawać produktów na zagranicznych rynkach. To dlatego zapowiedzi kolejnych regionalnych dyrekcji Lasów Państwowych o zamiarze rezygnacji z certyfikacji FSC wywołują takie obawy. Przedsiębiorcy ostrzegają, że doprowadzi to do spadku ich konkurencyjności i utraty odbiorców m.in. w Skandynawii, Niemczech czy Francji.

FSC to nie jest polski wymysł, to jest coś, co obowiązuje w całym cywilizowanym świecie. Odbiorcy oczekują od nas dostaw właśnie tej certyfikacji, oczekują dokumentów potwierdzających, że poruszamy się w ramach standardów FSC. To otwiera polskim produktom furtkę na rynki zagraniczne – mówi agencji Newseria Biznes Rafał Baniak, prezes Pracodawców RP. 

Międzynarodowy certyfikat FSC (Forest Stewardship Council) służy ochronie leśnych ekosystemów. Daje gwarancję, że oznaczone nim drewno pochodzi z lasów, które są gospodarowane zgodnie z zasadami zrównoważonej gospodarki leśnej. Informuje też potencjalnego klienta, że kupuje drewno, które zostało pozyskane w legalny sposób, a drewniane meble, panele, drzwi czy okna zostały wyprodukowane z poszanowaniem środowiska.

– Dzisiaj coraz więcej firm przykłada wagę do tego, żeby produkować w sposób jak najmniej emisyjny, z jak najmniejszym negatywnym wpływem na środowisko. A certyfikat FSC jest potwierdzeniem tego, że drewno używane do produkcji naszych okien jest pozyskiwane w sposób zrównoważony. Da się oczywiście wyprodukować okno bez certyfikatu na drewno, ale ono będzie dużo mniej pożądane na rynku, klienci nie będą go chętnie kupować – mówi Adam Ambrozik, dyrektor ds. korporacyjnych VELUX Polska. – Drewno jest podstawowym materiałem w większości okien dachowych, dlatego dbamy, aby pozyskiwanie tego surowca do produkcji nie miało negatywnego wpływu na środowisko. Spełnienie tego zobowiązania umożliwia firmie zakup certyfikowanego drewna. W 2021 roku 100 proc. drewna używanego do produkcji okien VELUX w Polsce pochodziło z certyfikowanych i zrównoważonych lasów.

Certyfikat ten jest powszechnie uznawany przez firmy z branż związanych z przemysłem leśno-drzewnym. Dla wielu polskich przedsiębiorstw posiadanie go jest podstawowym wymogiem, który umożliwia im nawiązanie współpracy z zagranicznymi partnerami.

 Certyfikat FSC pozwala polskim firmom z branży drzewnej i meblarskiej prowadzić działalność na terenie całego świata – podkreśla posłanka PSL Urszula Pasławska, przewodnicząca sejmowej Komisji Ochrony Środowiska.

Ten certyfikat to jest wymóg naszych klientów i konsumentów, którzy oczekują tego, aby nasze produkty były zrobione z surowców pochodzących ze zrównoważonych źródeł. Wymóg posiadania tego certyfikatu jest coraz częstszą praktyką rynkową – dodaje Adam Ambrozik.

Polska plasuje się w światowej czołówce pod względem powierzchni certyfikowanych lasów. Certyfikatem FSC jest objęte prawie 7 mln ha, co stanowi około 72 proc. powierzchni krajowych lasów. To wynik konsensusu, który od końca lat 90. panował pomiędzy Lasami Państwowymi i sektorem prywatnym. Certyfikat uzyskały wtedy Regionalne Dyrekcje Lasów Państwowych w Gdańsku, Krakowie, Katowicach i Szczecinku. Teraz, po ponad 20 latach, kolejne dyrekcje z niego rezygnują. Jako pierwsza taki zamiar ogłosiła w marcu br. RDLP w Gdańsku, a później także jednostki w Toruniu, Szczecinku i Łodzi.

Lasy Państwowe argumentują, że rezygnacja z certyfikatu FSC to efekt mało transparentnych i niekorzystnych zapisów umowy licencyjnej z organizacją FSC International. Mają one pozbawiać Lasy Państwowe wpływu na kształt krajowych kryteriów certyfikacji oraz narzucać szereg rozwiązań ograniczających zdolność do zarządzania lasami, oddając faktyczne decyzje w zakresie prowadzenia gospodarki leśnej w gestię zewnętrznej organizacji. Ta zaś odpowiedziała, że umowa licencyjna jest dokumentem, który zarządcy lasów podpisują co pięć lat, przy recertyfikacji FSC, a jednostki Lasów Państwowych wcześniej nie zgłaszały zastrzeżeń do jej zapisów. 

– FSC jest standardem akceptowanym nie tylko w Polsce, ale w całej Unii Europejskiej i na całym świecie. Jest grupa krajów, która wymaga takiej certyfikacji, a na rynku jest szereg graczy, którzy zgodzili się poruszać w jej ramach i handlować w oparciu o tę certyfikację. Tak więc ciężko mówić o tym, że coś jest w tym obszarze nieczytelne – mówi Rafał Baniak. – Rezygnacja z certyfikacji FSC to potężny cios dla polskiej gospodarki, zwłaszcza dla branży meblarskiej i wszystkich branż pokrewnych.

Decyzja Lasów Państwowych wywołała obawę branży drzewnej i meblarskiej, które bez certyfikatu FSC będą mieć problem z odbiorami swoich towarów i utrzymaniem zagranicznych kontraktów. Przedsiębiorcy wskazują, że ich klienci i partnerzy szybko zaczną szukać certyfikowanych dostawców z innych państw. Utrata zagranicznych rynków może być poważnym zagrożeniem dla eksportu polskich mebli i produktów drewnopochodnych na Zachód, a w szczególności do Skandynawii i do takich krajów jak USA, Szwajcaria czy Francja.

Dzisiaj branża drzewna to jest prawie 10 proc. produktu krajowego brutto, branża meblarska tworzy ponad 2 proc. PKB, dlatego bardzo ważne jest, aby trzymać standardy, aby być w klubach wśród najlepszych firm, najlepszych producentów, mieć kontrahentów na całym świecie – mówi Urszula Pasławska.

– Certyfikat FSC jest szczególnie popularny na rynkach zachodnich, takich jak Niemcy, Holandia czy Francja, a tam trafia 90 proc. produkcji naszych okien i generalnie stolarki okiennej z Polski. Nasza branża jest liderem eksportu, ale brak certyfikatu FSC dla produktów pochodzących z Polski spowoduje zamknięcie tych rynków i spadek konkurencyjności polskich firm za granicą – mówi Adam Ambrozik. – Na rynku są inne certyfikaty, ale ten jest najpowszechniej stosowany przez firmy, najbardziej rozpoznawalny i szczególnie pożądany wśród klientów na rynkach zachodnich. Zdecydowanie jest to rozwiązanie, które nie będzie łatwo zastępowalne w krótkim czasie.

To zaś może oznaczać zagrożenie dla działalności branży drzewnej i pochodnych. Jak wskazywał dyrektor Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli Michał Strzelecki, tylko w tym obszarze rynku konsekwencje mogą dotknąć kilku tysięcy firm zatrudniających blisko 200 tys. pracowników i eksportujących ponad 80 proc. swoich wyrobów wartości bliskiej 60 mld zł.

Branża meblarska to jeden z naszych produktów eksportowych. Ma potencjał do tego, żeby stać się okrętem flagowym, jeżeli chodzi o polski eksport, i to już się dzieje. Jeżeli pozbawimy ją certyfikacji FSC, to firmy będą zmuszone do ograniczenia swojej działalności, a ludzie stracą miejsca pracy – mówi Rafał Baniak.

Ten temat był już przedmiotem prac Komisji Ochrony Środowiska. Staraliśmy się rozmawiać ponad politycznym sporem, ale Ministerstwo Rozwoju i Technologii, które jest odpowiedzialne za wsparcie gospodarki i przedsiębiorców, nie potrafiło odpowiedzieć, jakie skutki będzie miało wyjście z tej certyfikacji. W związku z tym na pewno będziemy się temu przyglądać i zwoływać posiedzenie Komisji Środowiska, aby zadawać pytania, monitorować sprawę i chronić polską gospodarkę – zapowiada Urszula Pasławska.

Bezpieczeństwo danych kluczowe podczas transformacji cyfrowej firm. Dlatego chmura hybrydowa zyskuje na popularności

Odpowiedni model przechowywania i przetwarzania danych jest fundamentem ciągłości wielu biznesów. Zagrożeniem są nie tylko awarie i błędy użytkowników, lecz także nasilające się cyberataki. W trakcie pandemii COVID-19 wzrosła popularność rozwiązań chmurowych i świadomość korzyści, jakie niesie za sobą ta technologia. Część firm wciąż widzi szereg barier w migracji do chmury publicznej i wybiera tzw. rozwiązania on-premise, czyli przechowywanie danych na serwerach lokalnych. Hybrydowe rozwiązania – łączące obie te technologie – będą jednak zyskiwać na popularności. – W nadchodzących latach klienci będą wybierać rozwiązania z jednego źródła i łączyć rozwiązania od dostawców, którzy mogą zaoferować zarówno przechowywanie danych w chmurze, jak i na serwerach lokalnych – prognozuje Igor Cejkovský z Synology.

Z „KPMG global tech report 2022” wynika, że firmy widzą korzyści z cyfrowej transformacji. Prawie wszyscy spośród 2,2 tys. badanych liderów technologicznych i ekspertów branżowych wskazali, że miała ona pozytywny wpływ na rentowność lub wydajność w ciągu ostatnich 24 miesięcy, a znaczna liczba odnotowuje również duże zyski.

– Transformacja cyfrowa gwałtownie przyspieszyła w związku z pandemią COVID-19. W trakcie tego procesu przedsiębiorstwa miały do wyboru jedno z dwóch rozwiązań: przechowywanie danych na serwerach lokalnych lub w chmurze. Każde z nich ma określone zalety, które łączy hybrydowa technologia oparta na chmurze – mówi agencji Neweria Biznes Igor Cejkovský, dyrektor ds. rozwoju działalności w Europie Wschodniej w Synology.

Raport „Inwestycje IT w kierunku rozwoju polskich firm w latach 2021–2022”, opracowany przez Computerworld na zlecenie Polcomu i Intela pod patronatem NCBiR, pokazuje, że aż 93 proc. dużych polskich przedsiębiorstw podejmuje działania w obszarze cyfrowej transformacji, a ważnym jej elementem są rozwiązania chmurowe. Zdaniem 67 proc. ankietowanych firm chmura obliczeniowa będzie głównym motorem zmian technologicznych w ich organizacji, a 43 proc. uważa, że wyniesienie do chmury aplikacji biznesowych poprawi efektywność kosztową firmy.

Tegoroczny raport „Chmura i cyberbezpieczeństwo wśród średnich i dużych firm oraz w sektorze GovTech w Polsce” pokazuje z kolei, że ponad 2/3 polskich firm już teraz korzysta z rozwiązań chmurowych (przechowując w niej średnio 37 proc. swoich zasobów), a około 1/3 jest w trakcie ich wdrażania. W gronie największych przedsiębiorstw, zatrudniających powyżej 250 pracowników, odsetek tych, które korzystają z cloud computingu, sięga już 90 proc. Dziś coraz trudniej jest znaleźć dużą firmę, która z chmury nie korzysta wcale – choćby w najprostszej postaci i jedynie w ograniczonym stopniu. Ta grupa przedsiębiorstw częściej stawia na chmurę hybrydową (23 proc. versus 8 proc. ogółu polskich firm).

– W przypadku tej technologii ważna jest skuteczność zarówno podczas standardowego działania, jak i w przypadku zakłóceń i bezpośrednio po ich wystąpieniu. Istotne jest, aby rozwiązanie wybrane przez klienta dawało satysfakcjonujące odpowiedzi na pytania o możliwy czas funkcjonowania przedsiębiorstwa bez dostępu do danych i oczekiwany czas odzyskania tych danych – mówi ekspert z Synology.

Chmura jest jednym z popularnych sposobów tworzenia kopii zapasowych – wiele firm wykorzystuje backup w chmurze, tym bardziej że jest to nie tylko proste w obsłudze, lecz także elastyczne rozwiązanie, bo firmy mają możliwość rozbudowywania przestrzeni dyskowych. Zaletą chmury publicznej jest niższa cena, dostęp do danych bez względu na miejsce, ale tu z kolei jest wiele obaw dotyczących ich bezpieczeństwa. Dlatego dostawcy rozwiązań cloud computingu oferują serwery, które zapewniają zdalny dostęp, udostępnianie plików i synchronizację danych w środowisku chmury prywatnej, postrzeganej jako bardziej bezpieczna.

Przykładem może być prowadzenie strony internetowej, uruchomionej w chmurze publicznej, ale z kopią zapasową w prywatnej, co daje możliwości odzyskania danych w przypadku cyberataku, ale też możliwość testowania nowych funkcjonalności witryny w zamkniętym środowisku.

Opublikowany w 2020 roku „Barometr cyberbezpieczeństwa. W kierunku rozwiązań chmurowych” firmy doradczej KPMG pokazał, że usługi chmurowe najczęściej wykorzystywane przez przedsiębiorstwa w Polsce to witryny internetowe (73 proc.), poczta elektroniczna (72 proc.) oraz usługi przestrzeni dyskowej (62 proc.). W dużo mniejszym zakresie firmy korzystały wówczas z systemów ERP (18 proc.) czy CRM w chmurze (15 proc.). Blisko 2/3 polskich przedsiębiorstw oceniło, że usługi chmurowe pozytywnie wpływają na ciągłość działania procesów biznesów w ich organizacji.

Badanie KPMG pokazało też, że wśród firm korzystających z chmury prawie 40 proc. przetwarzało dane dwutorowo – zarówno w lokalnym centrum przetwarzania danych, jak i w chmurze. Tylko 5 proc. zadeklarowało, że korzysta praktycznie wyłącznie z usług chmurowych. 

Obserwujemy na rynku duży wybór dostawców rozwiązań z zakresu przechowywania danych na serwerach lokalnych, jak dostawców usług w chmurze. I naszym zdaniem w nadchodzących latach klienci będą wybierać rozwiązania z jednego źródła, tzn. połączenie rozwiązań od dostawców, którzy mogą zaoferować zarówno przechowywanie danych w chmurze, jak i na serwerach lokalnych w formie hybrydowej technologii magazynowania danych – ocenia dyrektor ds. rozwoju działalności w Europie Wschodniej w Synology.

Jak podkreśla, takie rozwiązanie ma wiele korzyści – zapewnia dużo lepsze wsparcie w przypadku zakłóceń lub awarii i pomaga obniżyć koszty. To istotne o tyle, że – jak prognozuje ekspert – w obecnym, niestabilnym otoczeniu rynkowym przedsiębiorstwa będą przykładać dużą wagę do tzw. TCO (Total Cost of Ownership), czyli całkowitych kosztów posiadania infrastruktury IT. Będą również bardziej otwarte na wypróbowanie rozwiązań od nowych dostawców, którzy podbijają segment konsumencki i MŚP, a teraz próbują powtórzyć sukces na rynku korporacyjnym.

Klienci będą wykazywać większe niż do tej pory zainteresowanie rozwiązaniami kompletnymi od jednego dostawcy ze względu na niższe koszty – mówi Igor Cejkovský. – Wsparcie dostawców technologii jest bardzo istotne nie tylko podczas działania samego rozwiązania, ale i przed jego wprowadzeniem. Dzięki temu można wybrać odpowiednie rozwiązanie i zoptymalizować jego koszty. Natomiast w przypadku awarii wsparcie dostawcy ma kluczowe znaczenie, ponieważ przywrócenie danych musi nastąpić jak najszybciej, aby przedsiębiorstwo mogło kontynuować swoją działalność.

To właśnie bezpieczeństwo danych jest czynnikiem warunkującym inwestycje w rozwiązania IT. Firmy szukają więc takich rozwiązań, które będą bezawaryjne i odporne na cyberataki w postaci ransomware czy malware.

– Dostępne na rynku rozwiązania są wyposażone w dodatkowe funkcje, które np. pomogą administratorowi zastosować odpowiednie środki bezpieczeństwa. Sami dostawcy też mogą pomóc w zapobieganiu takim incydentom, np. dzięki członkostwu w organizacjach zajmujących się poprawą standardów bezpieczeństwa – mówi ekspert Synology.

Automatyzacja coraz śmielej wkracza do polskich firm. Sytuacja gospodarcza może ten proces przyspieszyć

Zmienne otoczenie gospodarcze powoduje, że polskie firmy szukają możliwości optymalizowania kosztów. Część z nich upatruje takiej szansy w automatyzacji procesów, która pozwala odciążyć pracowników i poprawić ich wydajność, a przy tym zaoszczędzić czas i pieniądze. Wdrożenie robota jest możliwe już w ciągu kilkunastu dni i od razu przekłada się na pracę firmy. – U jednego z klientów po wprowadzeniu i uruchomieniu robota czynności, które wcześniej wykonywał codziennie przez 2,5 godziny, zostały skrócone do zaledwie 15 minut – mówi Joanna Porębska-Matysiak z SAIO, spółki z Grupy ING, która udostępnia swoim klientom platformę do automatyzacji procesów biznesowych.

– Ostatnich kilka lat – czyli pandemia, niepewne otoczenie gospodarcze, zerwane łańcuchy dostaw, rosnące koszty produkcji i trudności w poszukiwaniu pracowników – sprawiły, że firmy coraz bardziej skłaniają się ku automatyzacji procesów biznesowych. Poszukują redukcji kosztów i rozwiązań, które pozwolą na ulepszenie jakości obsługi klienta, a przy tym uniknięcie błędów ludzkich. Robotyzacja może w tym wszystkim pomóc i w krótkim czasie wykazać efekty, które są mierzalne i odpowiadają na te obecne oczekiwania firm – mówi agencji Newseria Biznes Joanna Porębska-Matysiak, wiceprezes SAIO.

Jak pokazało wrześniowe badanie Polskiego Instytutu Ekonomicznego i Banku Gospodarstwa Krajowego, w ostatni kwartał 2022 roku polskie firmy weszły w niezbyt dobrych nastrojach. Utrzymujące się od ponad trzech miesięcy negatywne trendy w bieżącej sprzedaży i malejącym popycie przekładają się na słabnącą płynność finansową w przedsiębiorstwach, co w połączeniu ze wzrostem kosztów funkcjonowania skłania wiele z nich do szukania rozwiązań mających na celu optymalizację kosztów.

Konieczność zmierzenia się z rynkowymi trudnościami stanowi też bodziec do implementacji nowych technologii. Dlatego, jak podaje firma doradcza KPMG, już w czasie pandemii COVID-19 wiele polskich firm postawiło na RPA (Robotic Process Automation). Ta technologia pozwala zautomatyzować powtarzalne zadania (np. przenoszenie danych między aplikacjami) poprzez naśladowanie sposobu pracy człowieka.

– Badania pokazują, że pracownicy poświęcają statystycznie ok. 60 proc. swojego czasu czynnościom, które mogłyby zostać zautomatyzowane. Tylko 40 proc. tego czasu przeznaczają na analizy, podejmowanie decyzji, myślenie o strategii czy inne czynności kreatywne. To pokazuje, jak szeroki potencjał wdrożenia i poprawy efektywności ma automatyzacja – mówi wiceprezes SAIO.

Efektem wdrożenia RPA w firmie jest poprawa wydajności pracowników, ale lista korzyści jest o wiele dłuższa. Automatyzacja przekłada się również na lepsze wyniki biznesowe i skalowalność procesów, ograniczenie kosztów i zmniejszenie ryzyka ludzkich błędów. Nie dziwi więc, że jeszcze przed pandemią COVID-19 RPA było jedną z najszybciej rozwijających się gałęzi przemysłu IT. Jej zasięg stale rośnie i według prognoz Gartnera do końca tego roku RPA będzie wykorzystywane już w ok. 90 proc. największych organizacji, a do 2024 roku portfolio robotów RPA zostanie potrojone.

Badania przeprowadzane przed pandemią i w jej trakcie potwierdzają pozytywny wpływ tej technologii na firmy, które ją wdrożyły. Według danych, które przytacza KPMG, w Polsce prawie 60 proc. z nich zadeklarowało, że zawdzięcza jej zachowanie ciągłości biznesu w czasie restrykcji związanych z COVID-19, a prawie połowa – wzrost przetwarzanych zamówień. Po uwolnieniu pracowników od konieczności wykonywania żmudnych, powtarzalnych czynności firmy dostrzegły też pozytywne zmiany w relacjach i kulturze organizacyjnej. 86 proc. z nich zauważyło wzrost efektywności pracowników, 57 proc. – wzrost zaangażowania w pracę, a taki sam odsetek – poprawę sposobu obsługi klientów.

– W ING Banku Śląskim zajmujemy się robotyzacją od wielu lat. Wprowadziliśmy ją, żeby móc odpowiadać na rosnące wolumeny i liczbę transakcji, chcieliśmy zautomatyzować czynności wykonywane przez pracowników – mówi dyrektor ds. rozwoju biznesu w banku.

Jak wskazuje, działające w ING roboty wspierają m.in. procesy w obszarze operacji bankowych, finansów i ryzyka. Na podstawie własnych doświadczeń w robotyzacji bank od ponad roku udostępnia swoim klientom SAIO – platformę do automatyzacji ich wewnętrznych procesów biznesowych.

– W pierwszej kolejności zaproponowaliśmy naszym klientom automatyzację w obszarze finansów i księgowości. Przykładem może być tu proces ustalania pozycji gotówkowej firmy czy cash flow forecastingu. U jednego z klientów, u którego dokonaliśmy takiej automatyzacji, okazało się, że czynności, które wcześniej wykonywał codziennie przez 2,5 godziny, zostały skrócone do zaledwie 15 minut – mówi Joanna Porębska-Matysiak.

SAIO to autorskie rozwiązanie ING Banku Śląskiego. Grupa Everest, firma badawcza w obszarze usług IT, biznesowych i inżynieryjnych, która co roku publikuje zestawienie czołowych dostawców technologii robotycznych na świecie, w tym roku umieściła w nim także rozwiązanie banku i znalazło się ono na liście 23 wiodących dostawców technologii RPA ocenianych w ramach badania PEAK Matrix. SAIO integruje technologie sztucznej inteligencji i robotyzacji, umożliwiając optymalizację i automatyzację firmowych procesów. Sprawdza się w wielu branżach i obszarach działalności: od finansów i księgowości, przez sprzedaż, HR, po procesy zakupowe oraz obsługę klienta i IT.

– Wdrożyliśmy już SAIO u klientów z różnych branż: stalowej,  budowlanej, automotive, e-commerce i  wielu innych – wymienia wiceprezes SAIO.

Z pomocą SAIO można wdrożyć w firmie robota nawet w ciągu dwóch–trzech tygodni i od razu czerpać korzyści z jego „pracy”. Dlatego z tego rozwiązania korzysta już stale rosnąca grupa przedsiębiorstw, nie tylko w Polsce, ale i za granicą.

– Oferujemy SAIO zarówno klientom z Grupy ING, jak i firmom, które nie są naszymi klientami bankowymi, ale chciałyby skorzystać z naszego doświadczenia w obszarze robotyzacji. W tym celu nawiązujemy też współpracę z partnerami technologicznymi i wdrożeniowymi – mówi Joanna Porębska-Matysiak.

W ramach oferty beyond banking ING Bank Śląski zapewnia bezpłatny przegląd procesów, wdrożenie automatyzacji i szkolenia z zakresu obsługi robotów.. Finalnym produktem jest robot, który automatycznie realizuje procesy zlecone przez firmę.

– SAIO powstało w banku, dlatego jest technologią sprawdzoną pod kątem bezpieczeństwa, a przy tym gwarantuje szybkie i mierzalne efekty, łatwość wdrożenia robotów i dostępność tej technologii dla każdej firmy i każdego obszaru biznesowego – podkreśla Joanna Porębska-Matysiak. – SAIO może też pochwalić się wyróżnieniem Red Dot w kategorii Brands & Communication Design. To jest  najbardziej prestiżowy, największy ogólnoświatowy konkurs projektowy. Nagroda w tym konkursie często nazywana jest Oscarem designu i potwierdza międzynarodową klasę i jakość projektu. W tym roku to właśnie SAIO otrzymało to  wyróżnienie za projekt brandingowy przygotowany przez gdańskie TOFU Studio dla ING Banku Śląskiego.

 

Przekazywanie danych równie ważne dla medycyny jak dawstwo krwi czy narządów. Polacy budują globalną platformę do wymiany takich informacji

Dzięki tworzonej przez polski start-up platformie osoby, które chcą dla dobra medycyny podzielić się informacjami o swoim zdrowiu, będą mogły to zrobić w bezpieczny sposób. Dane przekazywane przez dawców będą anonimizowane i szyfrowane. Dzięki nim instytuty i ośrodki kliniczne na całym świecie zyskają bazę, na której będzie można m.in. tworzyć algorytmy diagnostyczne czy oceniać skuteczność projektowanych dopiero terapii.

Data Lake to globalny system dawstwa danych medycznych, taki jak system dawstwa krwi. Każdy pacjent w świadomy sposób może zgodzić się na wykorzystanie swoich danych medycznych na cele badawczo-rozwojowe, zachować nad nimi pełną kontrolę i zostać za to wynagrodzonym. Z drugiej strony to jest pierwszy tego rodzaju system, który pozwala odbiorcom danych, czyli naukowcom z całego świata, w sposób zgodny z prawem, transparentny i demokratyczny mieć dostęp do danych medycznych, których potrzebują do badań nad nowymi formami terapii i diagnostyki – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Wojciech Sierocki, prezes i współzałożyciel Data Lake.

Rozwiązanie tworzone przez Polaków jest międzynarodową bazą danych medycznych. Pacjenci, którzy chcą przekazać informacje o swoich chorobach i leczeniu, udzielają odpowiednich zgód. Może to zrobić każda osoba pełnoletnia, niezależnie od tego, czy jest zdrowa, czy chora i z jakimi chorobami ewentualnie się zmaga lub jakie leki przyjmuje. Jak podkreśla Wojciech Sierocki, nie ma tu żadnych kryteriów wyłączających przekazanie danych. Na podstawie oświadczeń woli pacjentów szpitale i placówki ochrony zdrowia proszone są o przekazanie danych. Po ich skompletowaniu i zanonimizowaniu Data Lake przekazuje je ośrodkom badawczym.

– Współczesna medycyna to jest medycyna oparta na faktach, medycyna oparta na danych, gdzie w coraz większym zakresie korzystamy z algorytmów sztucznej inteligencji. W zasadzie rozwój każdej technologii medycznej, z której obecnie korzystają profesjonaliści ochrony zdrowia, oparty jest o dane. To dane pozwoliły nam historycznie zwalczyć taką chorobę jak sepsa i to dane będą kluczem do tego, żeby zaadresować wiele wyzwań, przed którymi stoi współczesny system ochrony zdrowia – podkreśla prezes i współzałożyciel Data Lake.

Jak zauważa, dziś główną barierą w szerokim wykorzystaniu danych medycznych jest brak zaufania. Tym, co może niepokoić osoby zastanawiające się nad przystąpieniem do programu, może być kwestia bezpieczeństwa danych. Jak informują twórcy platformy, jest ono zapewnione przez najnowsze technologie kryptograficzne.

Kluczowa dla rozwoju tego systemu jest technologia blockchain. Pozwala ona zbudować zaufanie między różnymi uczestnikami systemu i w transparentny sposób śledzić wszystkie operacje, które mają miejsce nie tylko na zgodach pacjenta, ale również na samych danych medycznych – uważa ekspert.

Każda operacja związana z danymi jest w systemie szyfrowana i zapisywana w trwały sposób. Przed przekazaniem informacji dalej usuwane są z nich wszelkie dane osobowe, które mogłyby posłużyć do identyfikacji dawcy. Uczestnicy programu otrzymują też token Dawcy Danych – $LAKE, który można wykorzystywać m.in. w głosowaniu nad sprawami związanymi z rozwojem inicjatywy.

Wyzwaniem, przed którym stoimy obecnie jako społeczeństwo, jest z jednej strony ogromna i coraz bardziej niezaspokojona potrzeba dostępu do danych na potrzeby rozwoju medycyny, a z drugiej strony ochrona prywatności pacjenta. Naszym zdaniem jedynym legalnym, transparentnym i etycznym sposobem do tego, żeby uzyskać dostęp do danych po to, żeby rozwijać nowe technologie, jest idea dawstwa – każdy z nas świadomie godzi się, żeby nasze dane były wykorzystywane dla dobra całego społeczeństwa, ale też dla dobra każdego z nas jako pacjenta, który na koniec dnia ma nadzieję, że będzie leczony bardziej efektywnie, zgodnie z medycyną opartą na danych, zgodnie z tym, co dla niego najlepsze – uważa Wojciech Sierocki.

W ostatnich tygodniach założyciele Data Lake wraz z Fundacją Podaruj Dane prowadzili kampanię w kilku placówkach ochrony zdrowia w Polsce, promując ideę dawstwa danych. System uzyskał już pierwsze zgody i zaczęły do niego spływać dane pacjentów. Jak podkreślają inicjatorzy kampanii, reakcja ludzi wskazuje na to, że są chętni do przekazywania swoich danych medycznych do celów naukowych. W kolejnych etapach pilotażu Data Lake skupi się na powiększaniu sieci placówek medycznych współpracujących z platformą. Twórcy start-upu liczą, że w przyszłości możliwe będzie wyjście także na szeroki rynek europejski. Prowadzą już rozmowy z przedstawicielami Komisji Europejskiej na temat budowanego systemu i prawnych aspektów przekazywania danych medycznych. 

Według Grand View Research rynek analityki danych medycznych w 2021 roku osiągnął obroty ponad 29 mld dol. Do 2030 roku wycena osiągnie pułap niemal 168 mld dol. O możliwościach, na jakie pozwala dawstwo danych, przedstawiciel Data Lake opowiadał podczas jednego z Thursday Gathering, cyklicznych imprez dla społeczności innowatorów. Odbywają się one w każdy czwartek w warszawskim Varso z inicjatywy Fundacji Venture Café Warsaw.

Rozładowane akumulatory wciąż najczęstszą przyczyną awarii samochodów. Samodzielna wymiana może być zbyt skomplikowana

Zimą źródłem kłopotów z samochodami są przede wszystkim niesprawne akumulatory. Z danych niemieckiej organizacji ADAC wynika, że to przyczyna 46 proc. awarii. Do rozładowania akumulatora może się przyczyniać m.in. korzystanie z dużej liczby funkcjonalności w aucie tuż po jego uruchomieniu, takich jak nawigacja, radio czy podgrzewanie siedzeń i kierownicy, ale też sporadyczne użytkowanie samochodów lub jeżdżenie tylko na krótkich dystansach. Kierowcy zwykle reagują na problemy z akumulatorem, kiedy już jest za późno i nie można uruchomić silnika. Dlatego tak ważne jest regularne kontrolowanie urządzenia w serwisie. Eksperci zalecają też, by fachowcom zostawić sam proces wymiany akumulatora, bo w nowych autach nie jest to już takie proste.

Kierowcy dostrzegają problem z akumulatorem w momencie, kiedy pojawi się problem z uruchomieniem silnika. Wtedy niestety jest już za późno. Pierwsze objawy związane z niesprawnością akumulatora zauważalne są o wiele wcześniej. W przypadku pojazdów konwencjonalnych jest to przeważnie migająca kontrolka akumulatora na desce rozdzielczej lub przygasające światła mijania w momencie, kiedy następuje uruchomienie silnika. W pojazdach z systemem start/stop ograniczane są funkcje komfortu kierowcy oraz jest to ciągle pracujący silnik. To wszystko oznacza, że akumulator znajduje się w stanie niedoładowanym i wymaga szybkiej interwencji ze strony kierowcy – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Adam Potępa, specjalista ds. akumulatorów w Clarios Poland.

Według statystyk automobilklubu ADAC 46 proc. awarii na drodze jest związanych z niesprawnym akumulatorem. Aby temu zapobiec, należy regularnie sprawdzić stan akumulatora. Eksperci zalecają, by robić to co najmniej raz na trzy miesiące. Żywotność współcześnie produkowanych akumulatorów to średnio od trzech do czterech lat. Jest ona jednak liczona przy założeniu, że bateria będzie eksploatowana w optymalnych warunkach. Często jednak tak się nie dzieje, więc akumulatory mogą się zużywać dużo szybciej.

– W pierwszej kolejności należy zwrócić uwagę na korzystanie z pojazdu na krótkich dystansach. Alternator nie jest w stanie wtedy uzupełnić energii, która została pobrana na rozruch silnika. W okresie zimowym korzystanie z takich odbiorników jak podgrzewanie siedzeń, lusterek i kierownicy powoduje ujemny bilans energetyczny, a tym samym rozładowanie akumulatora. Kolejnym czynnikiem, który zdecydowanie wpływa na jego żywotność, jest sporadyczne korzystanie z pojazdu. Z akumulatora pobierana jest energia na obsługę systemów bezpieczeństwa lub też systemów komfortu. W pojazdach często montowane są inne odbiorniki, jak aktywne wideorejestratory albo systemy GPS. To wszystko rozładowuje akumulator i prowadzi do pierwszych problemów z uruchomieniem silnika – wymienia Adam Potępa.

W efekcie w okresie zimowym często dochodzi do sytuacji, w której w warunkach niskiej temperatury w akumulatorze ograniczają się reakcje chemiczne. Przekłada się to na problemy z rozruchem silnika. Takim sytuacjom można zapobiegać, dbając o kondycję akumulatorów, mimo że teoretycznie są już one bezobsługowe. Wiele czynności diagnostycznych użytkownik auta może przeprowadzić samodzielnie.

– W przypadku pojazdów konwencjonalnych, w których lokalizacja akumulatora jest łatwo dostępna dla kierowcy, należy w pierwszej kolejności zweryfikować napięcie akumulatora. Możemy się posłużyć multimetrem z opcją woltomierza. Przy okazji warto zweryfikować mocowanie i jego stabilność w skrzynce pojazdu oraz jakość połączeń klem z biegunami akumulatora. Przy użyciu ściereczki antystatycznej usuwamy brud, wilgoć i zabrudzenia z obudowy akumulatora, aby uniknąć powstania prądów pełzających, które prowadzą do jego samorozładowania. W przypadku pojazdów zaawansowanych, gdzie lokalizacja akumulatora jest utrudniona, warto posiłkować się usługami serwisu, który wykona diagnostykę akumulatora w sposób rzetelny i fachowy – radzi ekspert.

Producent akumulatorów VARTA co roku prowadzi program bezpłatnego testowania tych urządzeń. W prawie 3 tys. należących do sieci serwisów można umówić się na diagnostykę akumulatora lub skorzystać z niej w ramach rutynowych czynności serwisowych. Lista warsztatów biorących udział w akcji jest dostępna na stronie internetowej producenta.

W ramach takiej procedury przeprowadzany jest test akumulatora, weryfikowane jest napięcie ładowania ze strony alternatora oraz sprawdzane jest zachowanie akumulatora w momencie uruchamiania silnika. Na podstawie otrzymanych wyników określany jest stan techniczny urządzenie i podejmowana jest decyzja o dalszym korzystaniu z niego, konieczności jego doładowania lub wymiany – mówi Adam Potępa.

Jak podkreśla, w przypadku tej ostatniej opcji również warto skorzystać z pomocy fachowców.

– Dawniej wymiana akumulatora była stosunkowo prostą czynnością, obecnie niestety jest to dość skomplikowany proces serwisowy. Polega nie tylko na demontażu starego i montażu nowego akumulatora, ale również na szeregu czynności diagnostycznych, które są niezbędne po jego wymianie. Dla przykładu w pojazdach wyposażonych w system zarządzania energią niezbędna jest adaptacja takiego akumulatora w pojeździe, do czego oczywiście potrzebne są odpowiednie narzędzia diagnostyczne. Dodatkowo w pozostałych pojazdach możemy spotkać się z koniecznością ustawienia czujnika kąta skrętu kierownicy, regulacji poziomu opuszczania szyb elektrycznych lub też regulacji pracy szyberdachu, dlatego warto rozważyć wizytę w serwisie w celu wymiany akumulatora – sugeruje specjalista ds. akumulatorów w Clarios Poland.

Warsztat zajmie się także utylizacją zużytego akumulatora, bo te urządzenia nie mogą trafiać na śmietnik.

Ostatnie lata przyniosły wysyp start-upów sektora foodtech. Rozwój rynku napędza rosnąca świadomość konsumentów

Rynek foodtech może zanotować w najbliższych kilku latach ponad 50-proc. wzrost przychodów – przewidują analitycy. Innowacje w sektorze żywności kreują dziś przede wszystkim start-upy, których nie ma może na rynku dużo, ale w szybkim tempie ich przybywa. Zajmują się dziś m.in. wytwarzaniem roślinnych zamienników mięsa, po które konsumenci sięgają coraz chętniej, ale też upcyklingiem żywności i ograniczaniem marnotrawstwa. Są też obszary bardziej zaawansowane, takie jak mięso hodowane w laboratoriach czy druk 3D jedzenia. – Wiele osób myśli, że to może jakaś przemijająca moda, ja myślę, że to już zmiana, której nie da się zatrzymać – mówi Piotr Grabowski z foodtech.ac. Co istotne, podobnie podchodzą do tego inwestorzy, którzy chcą wspierać ten biznes.

Innowacje w sektorze żywności najczęściej dotyczą dziś roślinnych zamienników mięsa i nabiału, ale to już nie jest jedyny obszar, bo od tego ta rewolucja się zaczęła. Coraz większa jest świadomość społeczna konsumentów i to w różnych grupach wiekowych. Roślinnymi zamiennikami interesuje się nie tylko pokolenie młodych, generacja Z, ale coraz częściej silver generation. Te produkty trafiają do koszyków konsumentów z bardzo wielu grup wiekowych – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Piotr Grabowski, współzałożyciel akceleratora start-upów działających w sektorze żywności foodtech.ac.

To właśnie świadomość konsumentów napędza ten rynek. Kolejne czynniki to m.in. regulacje dotyczące bezpieczeństwa żywności, dobrostanu zwierząt i dążenie do minimalizacji zjawiska marnowania żywności. 

– Widzimy coraz więcej start-upów zajmujących się obszarem niemarnowania żywności czy ponownego wykorzystania odpadów poprodukcyjnych, bo często w wyniku produkcji jednych produktów pozostaje coś, co jeszcze można wykorzystać w innych produktach, np. zdrowych batonach musli. Dzisiaj nazywamy to upcyklingiem żywności – mówi ekspert foodtech.ac.

Przykładem może być wykorzystywanie fusów po kawie, resztek owoców i warzyw czy czerstwego chleba, czym zajmują się już polskie start-upy. 

 Przed nami wiele technologii bardziej zaawansowanych, które też już widzimy na Zachodzie, jak mięso hodowane komórkowo, mleko wytwarzane z enzymów w laboratoriach lub druk jedzenia 3D. Takie technologie już są np. w Izraelu i będą się do nas wdzierać coraz szybciej – mówi Piotr Grabowski

Kolejny perspektywiczny obszar to szukanie prozdrowotnych produktów żywnościowych i wykorzystywanie ich w codziennej diecie. Przykładem mogą być konopie, wcześniej wiązane przede wszystkim z przemysłem tekstylnym.

– Jest jeszcze bardzo wiele rzeczy, o których nam się nie śniło, że będziemy z nich robić żywność, przetwarzać je na białka, tak że to jest bardzo dobry początek – ocenia współzałożyciel foodtech.ac.

Według Emergen Research światowy rynek foodtech w 2019 roku był wyceniany na ponad 220 mld dol. Do 2027 roku jego przychody mają jednak przekroczyć pułap 342 mld dol. Dlatego ten obszar coraz częściej trafia w centrum zainteresowania społeczności innowatorów. Moda na innowacje w sektorze żywności przyszła do nas z Zachodu, a krajowe start-upy najszybciej podchwyciły temat. 

W ciągu ostatnich czterech lat w Europie Środkowo-Wschodniej pojawiło się około 300 start-upów działających w tym obszarze. Może się to wydawać niedużo, bo start-upy technologiczne, IT liczymy raczej w tysiącach, dziesiątkach tysięcy, ale myślę, że jest to bardzo dobry zaczynek, bo jeszcze kilka lat temu nie było tu żadnego takiego podmiotu – mówi Piotr Grabowski.

Za tym idzie także zainteresowanie inwestorów, którzy dziś coraz częściej patrzą na prośrodowiskowe i prospołeczne zyski ze swoich inwestycji, nie tylko na twarde liczby. Akcelerator foodtech.ac ma właśnie za zadanie m.in. łączyć innowatorów z inwestorami i ich funduszami. We wrześniu przeprowadził szóstą rundę inwestycyjną. W poprzednich pięciu przez ten proces przeszło 27 start-upów, z których większość działa na rynku, a osiem pozyskało finansowanie inwestorów i znacznie przyspieszyło działalność. Największa spółka z portfolio foodtech.ac to Apollo Roślinny Qurczak, produkujący roślinne substytuty produktów z mięsa drobiowego, takich jak stripsy, kebab, gyros czy burgery,

– Marka jest już dostępna w wielu sieciach handlowych w całej Polsce, a trzy lata temu był to początkujący start-up. Myślę, że każdy po naszej akceleracji ma swoją ścieżkę. To, na czym się najlepiej znamy i w czym pomagamy, to pozyskiwanie finansowania, dotarcia do inwestorów dla tych start-upów oraz druga rzecz – wejście do sieci handlowych skróconą ścieżką – wymienia współzałożyciel foodtech.ac. – Oprócz tego, co robią nasi mentorzy, ludzie doświadczeni w biznesie, którzy dostarczają wiedzę start-upom, jak budować linie produkcyjne, jak skalować produkcję, jak budować kampanie marketingowe, to megaważną wartością jest to, że te start-upy wzajemnie sobie pomagają. Rynek jest na tyle młody i na tyle jeszcze pojemny, że tutaj każdy będzie wygrany w najbliższych latach.

Ciepłownictwo będzie w większym stopniu stawiać na OZE. Toruński system wykorzystujący geotermię już dziś spełnia wymogi UE w tym zakresie

Od kilku tygodni system ciepłowniczy w Toruniu jest zasilany przez źródła geotermalne, co automatycznie zmniejsza zapotrzebowanie na gaz. To odnawialne źródło ciepła jest niezależne od zawirowań na rynkach surowców i w łańcuchach dostaw, dlatego stanowi ważny element dywersyfikacji i zwiększania bezpieczeństwa dostaw ciepła dla mieszkańców. Dzięki temu Toruń już w tej chwili z nawiązką spełnia unijne wymogi dotyczące efektywności energetycznej, które zaczną obowiązywać dopiero za cztery lata.

 Geotermia jest w tej chwili jednym z trzech źródeł ciepła, które zasila system ciepłowniczy w Toruniu – mówi agencji Newseria Biznes Robert Kowalski, prezes zarządu PGE Toruń. – To jedno z odnawialnych źródeł, które stanowią o efektywności energetycznej naszego systemu, co jest rzeczywiście bardzo ważne w perspektywie najbliższych kilku lat.

Ciepłownia Geotermia Toruń została oficjalnie otwarta w połowie października br. Wtedy też energia czerpana przez nią z głębi ziemi zaczęła zasilać miejski system ciepłowniczy – jego operator, spółka PGE Toruń, był zobowiązany do przyłączenia tego odnawialnego źródła zgodnie z ustawą o OZE i Prawem energetycznym.

Ciepło z geotermii stanowi obecnie ok. 8 proc. ciepła w systemie ciepłowniczym zarządzanym przez PGE Toruń. Pozostała jego ilość w sieci ciepłowniczej pochodzi z kogeneracyjnej elektrociepłowni gazowej (91 proc.), która zapewnia bezpieczeństwo dostaw dla ponad 100 tys. odbiorców, oraz ciepłowni biogazowej (poniżej 1 proc.) należącej do Miejskiego Przedsiębiorstwa Oczyszczania.

– Dywersyfikacja źródeł ciepła jest dzisiaj bardzo ważna z punktu widzenia geopolitycznego. Widzimy, co się dzieje na rynku paliw, gazu, źródeł ciepła i energii elektrycznej, więc pojawienie się kolejnego źródła, które zabezpiecza nam dostawy, jest bardzo ważne z punktu widzenia bezpieczeństwa miasta i mieszkańców – mówi Robert Kowalski.

Również cena, jaką odbiorcy płacą za ciepło, jest miksem taryf dla trzech producentów dostarczających ciepło do sieci. Od połowy października stawki dla mieszkańców korzystających z rekompensat wzrosły średnio o 3,2 proc., a stanowią oni grupę ok. 70 proc. odbiorców. Dla pozostałych wzrost ten wyniósł średnio 6,7 proc.

Włączenie źródeł geotermalnych do toruńskiego systemu ciepłowniczego ma wymierne, ekonomiczne efekty, ponieważ już od pierwszego dnia PGE Toruń zmniejszyło zużycie paliwa potrzebnego do produkcji ciepła w kogeneracyjnej elektrociepłowni gazowej. W perspektywie kilku lat wyraźną korzyścią będzie zwiększenie potencjału przyłączeniowego zachodniej części Torunia.

Dodatkowo poprawiła się również hydraulika sieci, z czym związane są mniejsze straty ciepła – wskazuje prezes zarządu PGE Toruń. – Jednocześnie dążymy też do tego, aby te nowe źródła były jak najmniej uciążliwe dla środowiska. Dlatego stawiamy na OZE.

Toruń dysponuje dużym potencjałem wód geotermalnych, które stanowią lokalne zasoby czystej odnawialnej energii. Geotermia Toruń czerpie wodę geotermalną z pokładów piaskowca jury dolnej. Ma ona temperaturę ok. 60 st. C. W ciepłowni woda trafia do wymienników termalnych, gdzie pozyskuje się z niej ciepło, a następnie solanka geotermalna wraca z powrotem do złoża, krążąc w obiegu zamkniętym.

Jak podkreśla prezes PGE Toruń, sieć ciepłownicza – wykorzystując ciepło z geotermalnych źródeł – wpisuje się w kierunek zmian wyznaczony w regulacjach klimatycznych Unii Europejskiej. Zgodnie z jej wymogami, określonymi w projekcie dyrektywy dotyczącej efektywności energetycznej (EED), do 2026 roku systemy ciepłownicze będą musiały wykazywać minimum 5-proc. udział ciepła z OZE, aby otrzymać status efektywnych energetycznie. System ciepłowniczy w Toruniu – dzięki obecności źródeł OZE takich jak ciepłownia geotermalna i elektrociepłownia biogazowa – spełnia ten wymóg już w tej chwili.

 Toruń ma tę dobrą sytuację, że od pięciu lat ma nowoczesną, kogeneracyjną elektrownię gazową. Natomiast od października br. ta elektrociepłownia biogazowa wraz z geotermią dostarczają w sumie około 9 proc. zielonego ciepła. Tak więc z punktu widzenia przepisów prawa już dziś spełniamy definicję systemu efektywnego energetycznie. I to jest przyszłość systemów ciepłowniczych w Polsce, a Toruń może być modelowym przykładem tego, jak one powinny być rozwijane – mówi Robert Kowalski.

Prezes zarządu PGE Toruń zauważa, że wymogi ujęte w unijnej dyrektywie o efektywności energetycznej (EED) będą coraz wyższe. Do 2035 roku systemy ciepłownicze będą musiały już wykazać minimum 20-proc. udział ciepła z OZE, a w 2050 roku uzyskać całkowitą zeroemisyjność. Dlatego też przyszłością ciepłownictwa jest współpraca kogeneracji ze źródłami OZE. Efektywny system ciepłowniczy powinien mieć też możliwość stałej rozbudowy, realizacji nowych przyłączeń i modernizacji istniejącej infrastruktury sieciowej. Toruń już dziś jest modelowym przykładem takich rozwiązań.

– Kogeneracyjny system ciepłowniczy – czyli produkcja ciepła i energii elektrycznej w jednym procesie paliwowym – i odnawialne źródła energii, które współpracują z tą kogeneracją, to jest przyszłość dla systemów ciepłowniczych w Polsce, które muszą dążyć do bezemisyjności w perspektywie 2050 roku – mówi Robert Kowalski. – Wojna w Ukrainie i sytuacja, którą mamy dziś na rynku energii i paliw, pokazują, że ta dywersyfikacja jest tym, co powinno nam przyświecać w przyszłości przy projektowaniu rozwiązań technicznych dla systemów ciepłowniczych. 

Zeroemisyjność głównym trendem w branży motoryzacyjnej. Polska jako największy producent baterii w Europie ma dużą rolę do odegrania

Zielony transport staje się coraz bardziej popularny, mimo wciąż wysokiego poziomu cen aut elektrycznych. Prawdopodobnie pozostaną one drogie z uwagi na ceny oraz ograniczoną dostępność surowców wykorzystywanych w produkcji. Tymczasem kolejne marki deklarują, że w ciągu najbliższych kilku lat przestawią się wyłącznie na produkcję EV. Polska na tym rynku może odegrać istotną rolę jako wiodący producent baterii. Zeroemisyjność pozostanie wiodącym trendem na rynku. Autonomiczność pojazdów – z uwagi na bariery psychologiczne – na razie rozwija się powoli, choć kraje takie jak Izrael inwestują już w pilotaż z udziałem aut niekontrolowanych przez człowieka.

– Najciekawszym trendem w mobilności jest zazielenianie się transportu, czyli przechodzenie na rozwiązania, które są nisko- i zeroemisyjne. Jest to szczególnie mocno wyeksponowane w regulacjach, które są wdrażane w Europie, a później są implementowane w Polsce. Ale jak pójdziemy trochę na Zachód, to od razu widzimy, że to nie tylko samochody, ale także rowery czy skutery – mówi w wywiadzie dla agencji Newseria Innowacje Mateusz Maj, prezes zarządu VivaDrive.

W świetle regulacji i zobowiązań, podejmowanych zarówno na poziomie Unii Europejskiej, jak i przez poszczególnych producentów aut, kolejne lata będą okresem przyspieszonego odchodzenia od paliw kopalnych w branży motoryzacyjnej. Komisja Europejska zadecydowała, że od 2035 roku wszystkie sprzedawane samochody będą miały napęd elektryczny. Niektóre koncerny mają to w swoich celach nawet kilka lat wcześniej. Z danych zebranych przez Transport & Environment wynika, że taki zamiar mają m.in. Volvo, Mercedes-Benz, Ford, Renault, Lexus i wchodzące w skład grupy Stellantis Alfa Romeo i Opel. Fiat chce się stać w pełni elektryczną marką w Europie w ciągu pięciu kolejnych lat. 

Z kolei hiszpański rząd zdecydował, że pieniądze z Krajowego Planu Odbudowy po pandemii zainwestuje w przekształcenie przemysłu samochodowego na potrzeby przejścia na produkcję aut elektrycznych. Jednocześnie marka Seat poinformowała, że zbuduje samochód elektryczny, którego cena zamknie się w przedziale 20–25 tys. euro.

– Polska jako największy producent baterii w Europie ma dużą rolę do odegrania w tym sektorze. Oczywiście to są duże spółki, takie jak LG, które u nas zainwestowało, ale jest też cały ekosystem wokół tego, więc możemy na tym rynku bateryjnym zaistnieć – mówi Mateusz Maj. – Również w rozwiązaniach wodorowych. Mamy w kraju spółkę Hynfra, która zajmuje się wspomaganiem produkcji zielonego wodoru, także dla transportu. Wiele spółek, z którymi pracujemy albo rozmawiamy, myśli o produkcji własnego zielonego wodoru, bo to jest też paliwo przyszłości.

Według Fortune Business Insights światowy rynek samochodów elektrycznych osiągnął w 2020 roku wartość ponad 287 mld dol. Do 2028 roku przychody mają sięgnąć ponad 1,3 bln dol. Jak wynika z danych ACEA i PZPM, w zeszłym roku samochody elektryczne i hybrydy plug-in stanowiły 10,5 proc. wszystkich nowych samochodów sprzedanych w UE. Jednak 10 państw członkowskich nadal miało udział w rynku poniżej 3 proc. Głównymi barierami rozwoju elektromobilności wciąż pozostają brak odpowiedniej infrastruktury ładowania oraz wysoka cena aut elektrycznych, wynikająca w dużej mierze z wysokich kosztów produkcji. Okazuje się, że problem pojawia się już na etapie dostępu do surowców.

– Mówimy o tym, że technologia ma zbawić świat, ale technologia wymaga surowców, metali ziem rzadkich, których trochę brakuje. Więc jest kwestia, czy wystarczy surowców na to, żeby te samochody wyprodukować. Nie rozmawiamy tylko o małym rynku europejskim czy Stanach Zjednoczonych, ale z tyłu za nami są Chiny, Indie, które też chcą wejść na ten poziom rozwoju jak Europa czy USA. Jako ekonomista widzę, że te surowce nie są brane pod uwagę w modelu ekonomicznym. One nie są nieskończone, więc ekonomia współdzielenia czy multimodalność, a więc zmiany zachowań ludzi, są bardzo ważne – ocenia ekspert.

Podejście użytkowników jest istotne również w kontekście innego ważnego trendu na rynku motoryzacyjnym – autonomiczności pojazdów. Chociaż technologie są gotowe, problemem w rozwoju tego segmentu rynku pozostaje ograniczone zaufanie ludzi do takich aut.

– Jest jeszcze kwestia psychologiczna, bo większość osób boi się samochodów autonomicznych, mamy w głowie obrazy z różnych filmów samochodów, które nas gonią, ale także regulacyjne, czy można pozwolić na jazdę takim samochodem w normalnym ruchu drogowym. Robiliśmy testowe wdrożenia z samochodami elektrycznymi w Belgii i rzeczywiście to fajnie wygląda, te samochody są w stanie jeździć, ale to musi być wydzielony pas ruchu, obszar – mówi Mateusz Maj. – Myślę, że to będzie się powoli pojawiało u nas w wydzielonych, niszowych zastosowaniach, np. last mile delivery, autobusy autonomiczne na zamkniętych trasach. Ale myślę, że jeszcze musimy poczekać 10–15 lat.

W rozwiązania z zakresu autonomicznego transportu inwestuje między innymi Izrael. Na początku roku Kneset uchwalił przepisy, które pozwolą firmom pilotować autonomiczny transport współdzielony, taki jak taksówki i autobusy, z pasażerami w pojeździe, ale już bez nadzoru kierowcy. W pierwszej fazie próby będą prowadzone w wydzielonych, zamkniętych obiektach, ale z czasem pilotaż ma się przenieść na drogi publiczne. Jest to element krajowego planu o wartości ponad 17 mln dol. 

Dwa najważniejsze trendy na rynku motoryzacyjnym – elektromobilność i autonomiczność – otwierają drzwi do innowacji. Zdaniem eksperta Polska ma na tym polu duże szanse, zwłaszcza w obszarze oprogramowania. Przykładem mogą być oferowane przez platformę VivaDrive możliwości zarządzania flotą samochodów, zarówno spalinowych, jak i elektrycznych (w ramach usługi EVRecommend).

– Polacy są w stanie konkurować w branży automotive nie tylko z Europą, ale także ze światem. Mamy wiele dobrze wykształconych osób, które mają wizję i pomysły biznesowe, żeby to robić. Nie jesteśmy w stanie jeszcze z wielu względów budować samochodów elektrycznych, ale może takie mniejsze rozwiązania, np. drony autonomiczne, już tak, bo Polska stoi dronami – podkreśla prezes VivaDrive. – Należy mieć wielkie plany, ale myśleć pragmatycznie, żeby małymi krokami wchodzić do świata elektromobilności i mobilności. Na pewno będzie do tego potrzebne wsparcie finansowe, inwestycyjne, więc też są potrzebni mądrzy inwestorzy, którzy nie boją się podejmować ryzyka. Ten rynek nie jest łatwy, tutaj potrzeba nakładów i trochę cierpliwości, bo zwrot może nie być po trzech czy pięciu latach, tylko po 10 czy 15.

Rak prostaty dzięki nowoczesnemu leczeniu stał się chorobą przewlekłą, a nie śmiertelną. W Polsce wciąż nie wszystkie terapie są refundowane

Dzięki innowacyjnym terapiom, które pojawiły się w ostatnich latach, wcześnie wykryty i poddany właściwemu leczeniu rak prostaty może być już dziś chorobą przewlekłą, a nie śmiertelną. Jednak w Polsce sytuacja chorych z tym typem nowotworu wciąż jest daleka od stanu w rozwiniętych krajach Europy czy w USA. Dotyczy to zwłaszcza chorych z przerzutowym rakiem prostaty wrażliwym na hormonoterapię, dla których nowoczesne leczenie wciąż nie jest refundowane. Polska ma w tym czteroletnie opóźnienie względem innych krajów. Eksperci wskazują, że rozszerzenie programu lekowego na tę grupę chorych zwiększy możliwość skutecznej terapii nowotworu prostaty. Włączenie jej na wczesnym etapie choroby pozwoli pacjentom na normalne życie społeczne i zawodowe.

– Świadomość mężczyzn na temat raka prostaty wzrasta, ale nie tak, jak byśmy tego chcieli. Nadal to jest nowotwór wstydliwy. O ile kobiety chodzą do ginekologa z otwartą przyłbicą i chwała im za to, o tyle mężczyźni niestety wciąż traktują pójście do urologa jako temat tabu i pozbawienie ich męskości. A przecież my tę męskość ratujemy – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Piotr Radziszewski, kierownik Kliniki Urologii Ogólnej, Onkologicznej i Czynnościowej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

To podejście ma znaczenie w statystykach dotyczących wykrywalności i śmiertelności tego nowotworu. W Polsce rak prostaty jest najczęściej wykrywanym wśród mężczyzn nowotworem (obok raka płuca i jelita grubego). Co więcej, dane Krajowego Rejestru Nowotworów pokazują, że zarówno liczba zachorowań, jak i zgonów szybko rośnie. W 2014 roku na nowotwór złośliwy gruczołu krokowego zachorowało 12,4 tys. mężczyzn, a 4,4 tys. zmarło. W 2018 roku te liczby wyniosły już odpowiednio 16,4 oraz 5,6 tys. To oznacza, że w ciągu pięciu lat liczba zachorowań na raka prostaty wzrosła o 25 proc., a zgonów – o 20 proc. Opublikowany w ubiegłym roku raport Ministerstwa Zdrowia i Narodowego Instytutu Onkologii („Wpływ pandemii COVID-19 na system opieki onkologicznej”) pokazał też, że w latach 2015–2020 to właśnie w raku prostaty odnotowano największy przyrost liczby zgonów.

– Jako urolodzy i onkolodzy chcemy dojść do tego, co obserwujemy w krajach Europy Zachodniej, a zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, czyli że zacznie nam rosnąć wykrywalność, która zatrzyma się na stałym poziomie, a z drugiej strony zacznie spadać śmiertelność. Wierzę, że w ciągu następnych 5–10 lat będziemy w stanie nadgonić te 20-letnie opóźnienia – mówi prof. Piotr Radziszewski.

Wybór metody leczenia raka prostaty zależy od jego zaawansowania, typu i oczekiwanej długości przeżycia. Nowotwory ograniczone do gruczołu krokowego są leczone metodami radykalnymi (chirurgicznymi lub radioterapią). Natomiast kiedy nie ma możliwości leczenia radykalnego, szansą dla chorych jest zastosowanie innowacyjnej hormonoterapii. Dotyczy to właśnie leczenia hormonowrażliwego raka z przerzutami.

– Nowoczesne leczenie polega na działaniu na receptor androgenowy, czyli na stosowaniu inteligentnych leków, które blokują ten receptor. I tutaj niestety mamy problem. Mamy średnio czteroletnie opóźnienie względem reszty świata, ponieważ w Polsce dostępu do tego leczenia nie ma – mówi kierownik Kliniki Urologii Ogólnej, Onkologicznej i Czynnościowej WUM. – Rak hormonowrażliwy z przerzutami to jest ten typ nowotworu, w którym możemy wiele zrobić i istotnie wydłużyć pacjentom życie. Pacjentów z chorobą przerzutową, z dużą objętością przerzutów jesteśmy w stanie leczyć mniej lub bardziej standardowo. Natomiast pacjenci z małą objętością przerzutów są w stanie skorzystać z nowoczesnych terapii wydłużających życie.

W przypadku pacjentów z przerzutowym, hormonowrażliwym rakiem prostaty głównym celem leczenia w ciągu ostatnich dekad było osiągnięcie kastracyjnego poziomu testosteronu i zahamowanie postępu choroby, który uzyskiwano poprzez chirurgiczne usunięcie jąder albo zastosowanie farmakologicznej terapii deprywacji androgenowej. Do niedawna była to jedyna forma stosowana do momentu rozwoju oporności na kastrację. Lekarze podkreślają, że dziś już wiadomo, że sama terapia deprywacji androgenów nie jest optymalna – niezależnie od tego, czy rak jest na etapie hormonowrażliwości, czy już oporności na zastosowane leczenie kastracyjne. Są już zarejestrowane innowacyjne nowe leki przynoszące dużo wyższą korzyść kliniczną jak np. apalutamid czy enzalutamid. Terapia przedłuża przeżycie i opóźnia progresję choroby na wiele lat. Cechuje się też wysokim profilem bezpieczeństwa i jest dobrze tolerowana. W Polsce do tej pory nie jest jednak refundowana w tym rozpoznaniu.

– Czekamy na to, żebyśmy mogli stosować terapię sekwencyjną i leczyć pacjentów z rakiem prostaty na wczesnym etapie. Dzięki nowoczesnemu leczeniu rak prostaty może być dziś chorobą przewlekłą, którą można przez długie lata kontrolować – mówi prof. Piotr Radziszewski.

W Polsce jest w tej chwili dostępne leczenie w opornym na kastrację raku prostaty z przerzutami lub bez nich. Pozostała do wypełnienia nisza to właśnie refundacja leków do zastosowania na wcześniejszym etapie choroby u chorych z hormonowrażliwym rakiem prostaty z przerzutami. Eksperci wskazują, że gdyby program lekowy objął ten etap choroby, to temat raka prostaty zostałby w Polsce rozwiązany na dłuższy czas.

– Oczekiwania urologów są takie, aby w 2023 roku program terapeutyczny raka prostaty był skonstruowany tak, żeby spełniał wytyczne Europejskiego Towarzystwa Urologicznego, Amerykańskiego Towarzystwa Urologicznego i wytyczne towarzystw onkologicznych. Chodzi o to, żeby te wytyczne były tożsame z tym, co możemy naszym pacjentom w Polsce zaoferować – mówi kierownik Kliniki Urologii Ogólnej, Onkologicznej i Czynnościowej WUM. – Wbrew pozorom to nie będą ogromne nakłady finansowe, ponieważ przełoży się to na poprawę funkcjonowania pacjentów. A są to pacjenci na wczesnym etapie rozwoju nowotworu, którzy mogą pracować. Tak więc jeżeli oni nie będą inwalidami, to – mówiąc kolokwialnie – zarobią na siebie.

Chorych z hormonowrażliwym rakiem prostaty z przerzutami cechuje występowanie objawów w narządach odległych. Są to np. bóle kostne i nagłe złamania. Zastosowanie nowoczesnego leczenia u tej grupy pacjentów wiąże się nie tylko z istotnym wydłużeniem ich czasu przeżycia wolnego od progresji choroby, ale również wydłużeniem czasu do wystąpienia tych dodatkowych objawów. Chorzy mogą więc w miarę normalnie funkcjonować w życiu społecznym i zawodowym. Tym bardziej że terapia jest w formie tabletek, więc pacjenci mogą je przyjmować samodzielnie w domu, bez konieczności wizyt w szpitalu. 

- Advertisement -spot_img

Latest News

Polskie solarne meble miejskie zyskują uznanie za granicą. Montowane w miastach dają dużo korzyści mieszkańcom

Wyposażone w panele fotowoltaiczne ławki, wiaty przystankowe czy kioski informacyjne pozwalają mieszkańcom naładować telefon, zyskać dostęp do hot spota czy sprawdzić ważne informacje, np. o bieżących rozkładach jazdy komunikacji miejskiej. Produkowane przez polską firmę elementy miejskiej architektury zyskują uznanie na całym świecie. Przekonują się do nich również rodzime miasta.

– Polskie miasta są zainteresowane solarnymi meblami, takimi jak przystanki, ładowarki czy ławki. Miasta przyszłości są miastami smart, tzn. takimi, które wykorzystują infrastrukturę miejską w sposób, który sprzyja dobrej jakości życia w mieście – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Jakub Michałowski, dyrektor ds. rozwoju SEEDiA City.

Jednym z najchętniej wprowadzanych do przestrzeni miejskiej rozwiązań jest ławka solarna. Takie elementy architektury można już znaleźć m.in. w Kołobrzegu, Jarosławiu, Poznaniu czy Busku-Zdroju. Korzystając z ławki, można na przykład za pomocą kabla USB podładować smartfona. Ławki produkowane przez SEEDiA City mają jeszcze większy zakres funkcjonalności. Ładowanie może się w nich odbywać nie tylko poprzez kabel, ale i indukcyjnie. Umożliwiają też dostęp do internetu.

– Nasze meble to urządzenia, które są tzw. urządzeniami internetu rzeczy. Są w stanie dać więcej niż normalna wiata, czyli nie tylko schronienie przed deszczem, ale także dostarczyć informacje, chociażby o poziomie zanieczyszczenia powietrza czy rozkładzie jazdy, uwzględniającym opóźnienia autobusów. To są rzeczy, które w polskich miastach przyszłości będziemy widzieli na co dzień – wymienia Jakub Michałowski.

Inteligentne elementy architektury miejskiej zasilane energią pochodzącą z OZE już dziś zaczynają pełnić w miastach rolę punktów przekazujących mieszkańcom istotne informacje. Na takie rozwiązanie postawił na przykład Zarząd Transportu Miejskiego w Gdyni, który e-papierowe wyświetlacze w solarnych wiatach autobusowych wykorzystuje do zamieszczania plakatów i rozkładów jazdy.

– Nasze urządzenia są permanentnie podłączone do internetu i w związku z tym mogą przekazywać różne informacje na żywo w chmurę. Mogą mierzyć poziom zanieczyszczenia powietrza, mogą rozprzestrzeniać darmowy internet, mogą mierzyć poziom nasłonecznienia i temperatury. Dużo się mówi o ociepleniu klimatu. Trzeba wyłapywać te miejsca w miastach, które są w sposób szczególny uciążliwy dla mieszkańców, aby móc to zmieniać. Nasze meble mają pomagać w takim monitorowaniu miasta, co oznacza, że ławki nie służą tylko do tego, żeby na nich usiąść, ale także, żeby pomogły w zarządzaniu polityką klimatyczną miasta – wskazuje dyrektor ds. rozwoju SEEDiA City. – Jednym z bardzo ciekawych produktów jest też ładowarka do mikromobilności jCharge.

Urządzenie służy do ładowania rowerów elektrycznych, hulajnóg i wszystkiego, co jest małe i elektryczne. Jest testowane jako rozwiązanie dla pracowników, którzy korzystają z mikromobilności, a także jako miejskie ładowarki do małych pojazdów elektrycznych. Taki pilotaż prowadzony jest w Szczecinie.

– Życie co dzień przynosi pomysły, jeszcze jakiś czas temu nie myśleliśmy o ładowaniu pojazdów elektrycznych, teraz nagle po pojawieniu się hulajnóg, rowerów elektrycznych – przecież to jest kwestia ostatnich lat – dostosowaliśmy się do tego trendu z całkiem nowym produktem, który wpisuje się w polityki globalne ONZ-u czy Unii Europejskiej i dekarbonizację mobilności w ogóle. Na pewno w przyszłości będą to produkty związane z transformacją miast w stronę smart city i w stronę climate-neutral city – mówi ekspert.

Rozwiązania proponowane przez polską spółkę są jednak wdrażane nie tylko w Polsce, ale też na całym świecie.

– Sprzedajemy je zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i na wschodzie, na zachodzie, w Europie. Nie mamy specjalnie konkurencji, która by nam zagrażała. Nasze rozwiązania przez ostatni rok testowaliśmy w Gainesville w USA. Testy wyszły bardzo dobrze, nasze urządzenia były wykorzystywane przez mieszkańców codziennie przez cały zeszły rok, zobaczymy, jak to pójdzie dalej – mówi Jakub Michałowski.

Polskie ławki solarne już trzy lata temu zainstalowane zostały natomiast w Toronto, przy okazji OCE Discovery, jednej z największych kanadyjskich konferencji łączących innowacyjnych przedsiębiorców z administracją rządową i samorządową. W Węgrzech solarne ławki polskiej produkcji można znaleźć w miastach Nyiregyhaza i Eger, a w Monako ich producent wszedł we współpracę ze spółką budowlaną Bouygues Construction, która instaluje je przy swoich budynkach.

Według Allied Market Research światowy rynek rozwiązań dla smart cities był w 2020 roku wyceniany na ponad 648 mld dol. Do końca tej dekady przychody rynku przekroczą 6 bln dol.

- Advertisement -spot_img