Stay connected

20,831FaniLubię
2,506ObserwującyObserwuj
0SubskrybującySubskrybuj
- Advertisement -

Latest article

Mieszanie różnych włókien tkanin utrudnia ich recykling. Świadomy dobór materiałów na etapie produkcji kluczem...

Do 2050 roku populacja na Ziemi wzrośnie do blisko 10 mld osób,  a w ślad za nią także popyt na odzież. Przemysł modowy jest już dziś jednym z największych emitentów gazów cieplarnianych – emituje 1,2 mld t ekwiwalentu CO2 na rok, czyli więcej niż łącznie branże żeglugowa i lotnicza. Produkowanie większej ilości ubrań to nie tylko większa emisja, ale też coraz większe zużycie surowców. Jedną z proponowanych inicjatyw, by ograniczyć ten negatywny wpływ, jest recykling tkanin i przywracanie materiałów do obiegu. Nie jest to jednak takie proste, szczególnie w przypadku włókien mieszanych.

Raport Światowego Forum Ekonomicznego z 2021 roku stawia przemysł modowy wraz z łańcuchami dostaw na trzecim miejscu pod względem zatruwania środowiska, zaraz po produkcji żywności i budownictwie. Jednym ze sposobów zmniejszenia tych emisji jest stosowanie recyklingu włókien, jeśli jest to wykonalne. Raport Banku Światowego wskazuje, że 87 proc. tkanin ze zużytej odzieży jest spalanych lub wysyłanych na wysypiska śmieci. 

Mówiąc w dużym uproszczeniu, ubrania można przetworzyć. Łatwiej jest to zrobić, kiedy wykonane są one z materiałów jednorodnych, bo im bardziej skomplikowany materiał, tym jest trudniejszy do przetworzenia. Jako przykład można podać np. swetry czy spodnie, które zazwyczaj są wykonane z jednego rodzaju surowca, i one są łatwe do przetworzenia – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Łukasz Marzec, prezes Polfibry. – Materiały bardziej złożone typu kurtki, płaszcze zrobione z tkanin bawełnianych, ale z wypełnieniami poliestrowymi, jest zdecydowanie ciężej odzyskać i jest to bardziej kosztowne.

Recykling tekstyliów jest możliwy zarówno w przypadku materiałów syntetycznych takich jak poliester, poliamid czy polipropylen, jak i naturalnych, jak wełna, bawełna czy len. Według Textile Exchange poliester poddany recyklingowi mechanicznemu generuje o 70 proc. mniej emisji niż pierwotna produkcja poliestrowych włókien. Łukasz Marzec wyjaśnia, że wymieszanie włókien sztucznych i naturalnych w pewnym stopniu uniemożliwia odzysk.

Ostatnio coraz więcej materiałów tworzy się z włókien złożonych, czyli np. wełna jest mieszana z poliamidem albo poliestrem, czyli włókna naturalne z włóknami sztucznymi. Kiedyś stosowano tylko jeden rodzaj włókien. To się moim zdaniem w jakimś stopniu zmienia na gorsze ze względu na to, że wymieszanie uniemożliwia odzysk tych włókien – podkreśla prezes Polfibry. – Materiały jednorodne typu czysty poliester, czysta bawełna są dosyć proste do rozwłóknienia, do odzyskania, natomiast w przypadku materiałów laminowanych, powlekanych, wypełnianych jakimiś innymi surowcami w pewnym momencie robi się to po prostu nieopłacalne.

Polfibra, spółka z Częstochowy, skupia się na zagospodarowaniu odpadów z przemysłu tekstylnego. Odbiera i poddaje recyklingowi odpady z wielu grup materiałowych i z różnych etapów produkcji. To m.in. ścinki z krojowni, resztki przędz czy włókna, które pochodzą m.in. ze szwalni, przędzalni czy od producentów mebli tapicerowanych. Tam gdzie recykling nie jest możliwy, firma stosuje różne metody utylizacji odpadów tekstylnych.

Materiały do produkcji ubrań odzyskuje się poprzez rozwłóknianie mechaniczne, mówimy tutaj o ścinkach z produkcji odzieży, nie o gotowych wyrobach. Więc cała resztka z beli materiału, która pozostaje na stole, jest do odzysku – mówi Łukasz Marzec. – Są firmy i instalacje, które specjalizują się w odzysku danego rodzaju włókien, więc włókna sztuczne będziemy odzyskiwali w inny sposób, w innej instalacji, a włókna naturalne w innej.

Ekspert tłumaczy, że w procesie rozwłókniania powstaje tzw. włókno regenerowane, czyli luźne włókna danego surowca. Można je później na przykład skręcić, stworzyć przędzę, z której następnie powstaje tkanina, a z niej szyte są ubrania. Z włókien można stworzyć także różnego rodzaju filce, które znajdą zastosowanie w przemyśle, np. jako wygłuszenia w drzwiach samochodów, jako izolacja termiczna w lodówkach czy warstwa dystansowa pomiędzy elementami mebli tapicerowanych. 

Bardzo ważne jest, aby uświadomić ludziom, że odpady tekstylne mogą zostać poddane recyklingowi, ale należy traktować je w odpowiedni sposób, nie jako śmieci, ale jako surowiec do odzysku.

Główną zasadą jest to, że materiały, które poddajemy recyklingowi, powinny być czyste. Odzież używana bardzo często jest składowana w różnych miejscach, gdzie dostaje się wilgoć czy jakieś zanieczyszczenia, a to uniemożliwia odzysk. Natomiast jeżeli te materiały są składowane w odpowiedni sposób czy też są prane przed odzyskiem, to jak najbardziej możemy je poddać recyklingowi – podkreśla prezes Polfibry.

Jak dodaje, sam proces odzysku włókien także jest ekologiczny.

– Alternatywą dla odzysku jest utylizacja termiczna czy składowanie na wysypisku, więc jest to jak najbardziej ekologiczne rozwiązanie. A sam proces polega tylko na mechanicznym rozwłóknianiu tych materiałów, więc nie powstają tam żadne dodatkowe odpady, jakieś rzeczy toksyczne, jedynie kurz z materiału, który jest rozwłókniany – mówi Łukasz Marzec. – Zdecydowanie recykling wszystkich materiałów to przyszłość, brakuje nam surowców na świecie, generujemy bardzo dużo odpadów, więc moim zdaniem to jedyny kierunek, w którym powinniśmy się kierować.

Popyt na pożyczki rośnie. Rynek napędza szybki rozwój e-zakupów, ale mogą go przyhamować nowe...

– Można powiedzieć, że tradycyjne pożyczanie robi się passé, bo potrzeby pożyczkowe klientów zmieniają się wraz z ich zwyczajami zakupowymi – mówi Katarzyna Jóźwik, dyrektor generalna Smartney. Jak wskazuje, w ciągu ostatnich 10 lat branża pożyczkowa przeszła olbrzymią transformację, obejmującą m.in. wykorzystanie nowych technologii, nowe formy płatności czy zmiany nawyków konsumentów. Mimo że wciąż są grupy klientów doceniające wizyty w oddziałach, rozmowy z doradcą i tolerujące wymagania tradycyjnych procesów, dziś na kształt branży wpływa błyskawiczny rozwój e-commerce i kanałów online, ale też nowe regulacje, które mogą się okazać dla niej hamulcem. Jednak eksperci oceniają, że branża będzie rosnąć tak długo, jak utrzyma się popyt na jej produkty. A ten sukcesywnie rośnie.

 Tradycyjne pożyczki pozostaną na rynku tak długo, jak będą atrakcyjnym rozwiązaniem dla klientów i będą odpowiadać na ich preferencje. Natomiast przyszłość tego rynku jest w onlinie. Już od kilku lat widać jego szybki rozwój i on będzie kontynuowany, ponieważ świat się digitalizuje, w przestrzeni online’owej pojawiają się nowe pojęcia jak metaverse i kto wie, jak nową przestrzeń zagospodarują produkty kredytowe – mówi agencji Newseria Biznes Katarzyna Jóźwik, dyrektor generalna Smartney.

Jak wynika z danych CRIF przytaczanych przez Fundację Rozwoju Rynku Finansowego, w marcu firmy pożyczkowe udzieliły pożyczek o wartości o prawie 18 proc. wyższej niż w lutym br. i o prawie jedna czwartą wyższej niż rok temu. Liczba pożyczek wzrosła odpowiednio o 12,1 proc. oraz 15,3 proc. W tym miesiącu jedynie w pierwszym tygodniu widoczny był wpływ wojny w Ukrainie, podobnie jak w ostatnim tygodniu lutego, kolejne dni przyniosły jednak odbicie. Średnia wartość udzielonej pożyczki w marcu ukształtowała się na poziomie prawie 3,4 tys. zł, co oznacza, że wzrosła o 4,8 proc. wobec lutego br. i o 8,3 proc. wobec marca 2021 roku.

Te statystyki pokazują, że rynek pożyczkowy, którego nie ominęły skutki pandemii COVID-19, wyszedł już na prostą. Kolejnym hamulcem mogą jednak się okazać nowo projektowane regulacje, wprowadzające limity odsetek i kosztów pozaodsetkowych w połączeniu z dodatkowymi obowiązkami i nadzorem.

Projektowane zmiany dotyczą głównie ograniczenia cen produktów kredytowych oraz wprowadzenia dodatkowego nadzoru nad rynkiem pożyczkowym  – mówi Katarzyna Jóźwik. – Regulacje, które są na horyzoncie, dotyczą nie tylko Polski, ale i krajów europejskich, ponieważ są inicjowane także na poziomie unijnym. Mają na celu ochronę interesów klientów i pod tym względem są bardzo pożądane. Natomiast, mając na uwadze to, jak bardzo zróżnicowana jest ta branża i jak bardzo oddaliła się od tradycyjnych modeli, które funkcjonowały jeszcze kilka lat temu, warto szukać balansu, żeby efektem tych nowych przepisów nie było przeregulowanie rynku, ponieważ wtedy ucierpi klient.

Nowe regulacje nakładane na branżę pożyczkową uderzają też w jej klientów, utrudniając im dostęp do finansowania. Dla firm oznaczają wzrost kosztów operacyjnych i obniżkę dochodowości, ale z drugiej strony wymuszą też tworzenie nowych modeli biznesowych. Eksperci oceniają, że nie zatrzymają jednak rozwoju branży, która będzie rosnąć tak długo, jak utrzyma się popyt na jej produkty.

Zmieniają się za to oczekiwania klientów – głównie za sprawą innowacyjnych form płatności i rozwoju e-zakupów. Młodsze pokolenia nie potrzebują fizycznej gotówki i funkcjonują głównie online. Nadrzędne są dla nich komfort i wygoda, stąd m.in. rozkwit form płatności takich jak BNPL buy now, pay later.

– Można powiedzieć, że tradycyjne pożyczanie robi się passé, bo potrzeby pożyczkowe klientów zmieniają się wraz z ich zwyczajami zakupowymi. Weźmy przykład remontu ogrodu. Jeszcze kilka lat temu klient brał kredyt na określoną przez siebie kwotę pieniędzy, z którą szedł do sklepu i robił zakupy. W tej chwili taki klient robi zakupy online. Nie bierze jednego kredytu na ogólną potrzebę, jaką jest remont w ogrodzie, ale wykorzystuje środki finansowe na poszczególne rzeczy, które są mu w tym celu potrzebne, i dokonuje płatności właśnie online. W efekcie nie bierze za dużo, ale tyle, ile mu trzeba, i to w sposób bardzo wygodny – mówi dyrektor generalna Smartney.

 Klienci pożyczają coraz więcej w e-commerce. Finansowanie zakupów online jest nie tylko wygodne, ale również coraz bardziej popularne. Faktem jest jednak, że nie wszystko da się w ten sposób sfinansować. Są takie grupy klientów i takie sytuacje, w których potrzebne są standardowe sposoby finansowania, czyli np. pożyczka gotówkowa. Dlatego te produkty są względem siebie komplementarne i będą współistnieć na rynku. Produkty e-commerce nie zastąpią moim zdaniem tradycyjnych form finansowania – dodaje Tomasz Kacprzak, Chief Commercial Officer Smartney. 

Ekspert podkreśla też fakt, że w ciągu ostatnich 10 lat sektor pożyczkowy przeszedł ogromną transformację. Jeszcze dekadę temu firmy z tej branży obsługiwały głównie klientów segmentu subprime, reklamowały się na słupach albo rozrzucając ulotki, a umowy podpisywano w samochodach. Rynek nie był nawet raportowany, a jego wielkość mogła być jedynie szacowana. Tym samym narosło wobec niego wiele mitów.

Jednak wraz z rozwojem polskiego rynku pożyczkowego i rosnącą liczbą graczy na nim branża dojrzała i wprowadziła samoregulacje, na które dodatkowo nałożyły się regulacje krajowe i europejskie. Dziś na polskim rynku jest zarejestrowanych 526 firm pożyczkowych o różnych modelach biznesowych, ofercie i obsługiwanych segmentach, jak również aktywności. Wśród nich jest też m.in. PZU Cash, Mercedes-Benz Financial Services czy Allegro Pay, które oferują różne produkty, w tym zbliżone do bankowych, a część nawet wyspecjalizowała się już w obsłudze określonych segmentów klientów, np. małych przedsiębiorców.

Kształt rynku pożyczkowego zaczęły również zmieniać fintechy i inne podmioty oferujące darmowe albo bardzo tanie produkty powiązane z procesem zakupowym, np. sales finance czy BNPL zastępujące drogą kartę kredytową. Kolejną ogromną zmianą było coraz szersze wykorzystanie technologii takich jak AI, bazy danych, open banking czy algorytmów machine learningu, na których dziś opierają się modele oceny ryzyka.

– Dziś jesteśmy już w stanie korzystać z produktów finansowych online w zasadzie bez żadnych dokumentów, ponieważ branża nauczyła się korzystać z dostępnych, zdigitalizowanych danych – mówi Katarzyna Jóźwik. – Rynek pożyczkowy to nie tylko tradycyjna pożyczka online czy u doradcy w punkcie brokerskim. To są rozwiązania bardzo nowoczesne. Wykorzystują open banking, współpracują z innymi fintechami, bazują na stale rosnącym ekosystemie. Pojawiło się wiele nowych dużych brandów, mamy np. Allegro Pay, PayPo, Pay Smartney. To wszystko są rozwiązania, które podążyły za zmieniającymi się potrzebami klientów.

Coraz więcej firm płaci okup cyberprzestępcom i to coraz wyższe kwoty. W konsekwencji mogą...

Rośnie liczba ataków ransomware, czyli blokad, których celem jest wymuszenie okupu. Wraz z nią rośnie także wysokość kwot płaconych hakerom za odblokowanie danych i zasobów. Choć eksperci ds. bezpieczeństwa odradzają wpłacanie pieniędzy cyberprzestępcom, to na taki ruch decyduje się już niemal co druga zaatakowana organizacja. W ciągu ostatniego roku podwoił się udział okupów, których wartość przekroczyła milion dolarów. Już co dziewiąta wpłata opiewa na takie kwoty.

Nie powinniśmy płacić hakerom okupów, ale zaznaczam, że to moja prywatna opinia. Rozumiem, że jest to bardzo trudne, bo wszystkie procesy są zatrzymane, cała firma stoi, ale mimo to uważam, że płacenie terrorystom to nie najlepszy pomysł. Te pieniądze będą wykorzystane do finansowania działalności przestępczej – mówi agencji Newseria Innowacje Javier Carriazo z Milagro Digital Risk Intelligence.

Analitycy Sophos informują w raporcie „State of Ransomware 2022”, że w ubiegłym roku 66 proc. badanych firm na świecie zostało zaatakowanych przy użyciu oprogramowania ransomware. W 2020 roku odsetek ten wynosił 37 proc. Z tej grupy zaatakowanych firm i instytucji 46 proc. zapłaciło przestępcom okup. Co więcej, jedna czwarta organizacji, którym udało się przywrócić dane, nadal gotowa była zapłacić okup.

Dzieje się to często. Dużo częściej niż w przeszłości. Wiele firm tak robi, bo to najprostszy sposób wyjścia z kłopotów. Problem w tym, że płacąc, mówimy hakerom, że jesteśmy gotowi przekazywać im pieniądze. Możemy się więc spodziewać drugiego i trzeciego ataku. Mimo to przedsiębiorstwa, szczególnie te małe, coraz częściej decydują się zapłacić okup – mówi Javier Carriazo.

Również badane przez VECTO polskie firmy w większości wskazały, że byłyby skłonne zapłacić okup za odzyskanie zaszyfrowanych lub skradzionych danych (60 proc.). Często bowiem straty wynikające z opóźnienia procesów czy odbudowy infrastruktury i baz danych często przewyższają wartość oczekiwanego przez cyberprzestępców okupu. Analitycy Sophos obliczyli, że średni koszt przywrócenia zasobów firmy do stanu sprzed ataku to 1,4 mln dol., a czas potrzebny na ten proces to średnio jeden miesiąc. Na skutek takiego przestoju firmy często musiały wstrzymać działalność, tracąc przy tym przychody, a czasami także były zmuszone ją zamknąć.

Przestępcy żądają coraz wyższych kwot okupu. Z tegorocznego raportu BrightCloud Threat Report wynika, że jeszcze w 2018 roku było to 6,7 tys. dol., rok później już 84,1 tys. W 2020 roku firmy płaciły cyberprzestępcom średnio 154,1 tys., a w ubiegłym roku kwota ta wzrosła ponaddwukrotnie i przekroczyła 322 tys. dol. Statystyki przytaczane przez Sophos są jeszcze bardziej alarmujące. Wynika z nich, że średni okup płacony przez organizacje wyniósł w ubiegłym roku prawie 812,4 tys. dol. Co dziewiąta firma wskazała, że zapłaciła ponad 1 mln dol. (w 2020 roku co 25. firma). Z kolei odsetek organizacji, które zapłaciły mniej niż 10 tys. dol., spadł z 34 proc. w 2020 roku do 21 proc. w 2021 roku.

Przykłady można mnożyć. W 2021 roku w ataku na Colonial Pipeline okup wyniósł 4,4 mln dol. Z kolei amerykańskie zakłady przetwórstwa mięsnego JBS z USA zapłaciły przestępcom 11 mln dol. Na celowniku cyberprzestępców są też Polacy, m.in. administracja. W marcu ubiegłego roku ofiarą ataku ransomware padło starostwo powiatowe w Oświęcimiu. Usuwanie skutków pochłonęło ponad 600 tys. zł, a i tak nie udało się przywrócić wszystkich skradzionych danych.

Główny typ ataku hakerskiego nazywamy inżynierią społeczną. Polega to na próbach oszukania ludzi w taki sposób, by zrobili coś, czego w zwykłych okolicznościach nie chcieliby zrobić – dodaje ekspert Milagro Digital Risk Intelligence. – Wielu sytuacji można by uniknąć, gdybyśmy byli bardziej świadomi. Musimy znać siebie, wiedzieć, kim jesteśmy, jak zwykle reagujemy. To najlepszy sposób obrony przed atakami wykorzystującymi inżynierię społeczną. Korzystanie z rozwiązań informatycznych też oczywiście ma sens.

Problem jednak w tym, że wielokrotnie narzędzia walki z cyberprzestępcami polegają wyłącznie na zabezpieczeniu infrastruktury, baz danych czy serwerów, z pominięciem faktu, że czynnik ludzki może być krytyczny. Mowa tu nie tylko o atakach polegających na wymuszaniu okupu.

– Ponad 90 proc. wszystkich ataków hakerskich zaczyna się od czynnika ludzkiego, na przykład w postaci maila phishingowego. Jeśli więc skupimy się tylko na ochronie komputerów, to nie dostrzegamy pełnego obrazu – mówi Javier Carriazo.