Miesięczne Archiwum: Październik, 2021
Norweski rynek stwarza atrakcyjne możliwości polskim firmom. Granty z Funduszy Norweskich ułatwiają ekspansję i pozyskanie partnerów

Innowacje w obszarze ochrony środowiska, gospodarki morskiej i technologii poprawiających jakość życia, np. z dziedziny medycyny – polskie firmy już realizują takie projekty w partnerstwie z Norwegami w ramach Funduszy Norweskich. Ich głównym celem jest też stymulowanie współpracy pomiędzy firmami z Polski i Norwegii. Tamtejszy rynek stwarza polskim przedsiębiorcom atrakcyjne możliwości, ale jest także trudny – ze względu na niewielki rozmiar i dużą konkurencyjność. Aby ułatwić na nim start, PARP organizuje szereg spotkań i konferencji, które pozwalają rodzimym firmom znaleźć norweskiego partnera do realizacji wspólnych przedsięwzięć biznesowych. Najbliższe takie wydarzenie odbędzie się 21 października br.
– Polska i Norwegia mają bliskie relacje gospodarcze. Mimo dzielącego je Bałtyku są to kraje geograficznie blisko siebie położone. Norwegia, mimo że jest niewielkim krajem, liczącym raptem 5 mln mieszkańców, znajduje się w drugiej dziesiątce najważniejszych partnerów gospodarczych Polski. Norwegia jest też w Europejskim Obszarze Gospodarczym, co stwarza duże ułatwienia w wymianie handlowej. Jej wartość sięga ok. 3 mld dol. rocznie. Mowa tu o eksporcie z Polski do Norwegii, jak i imporcie produktów i dóbr z Norwegii – mówi agencji Newseria Biznes Konrad Konieczny, Programme Officer w Innovation Norway.
Norwegia nie jest członkiem UE. Jednak dzięki jej członkostwu w EOG dostęp do tamtejszego rynku jest ułatwiony dla polskich firm. Przyczyniają się do tego też Fundusze Norweskie, czyli specjalny mechanizm finansowy, z którego mogą korzystać polskie mikro-, małe i średnie przedsiębiorstwa.
– Ten mechanizm finansowy pozwala – właśnie poprzez budowanie partnerstw z norweskimi firmami – otrzymać finansowanie dla swoich projektów i wejść na tamtejszy rynek – mówi Konrad Konieczny.
Fundusze Norweskie stanowią wkład Norwegii w tworzenie zielonej, konkurencyjnej i zintegrowanej Europy, przyczyniając się m.in. do ograniczenia nierówności społecznych i ekonomicznych oraz wzmocnienia relacji dwustronnych z państwami Europy Środkowej i Południowej oraz obszaru Morza Bałtyckiego. Są dostępne w państwach, które przystąpiły do UE po 2003 roku, czyli również w Polsce. Fundusze Norweskie na lata 2014–2021 wynoszą w sumie 1,25 mld euro.
– Mamy już trzecią edycję Funduszy Norweskich. Polscy przedsiębiorcy sporo już w ramach tych funduszy uzyskali – mówi Michał Polański, dyrektor Departamentu Wsparcia Przedsiębiorczości w Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości. – To wsparcie można pozyskać na dwa sposoby. Po pierwsze, można ubiegać się o granty, które rozdziela PARP. To jest wsparcie bezpośrednie, gdzie przedsiębiorcy przygotowują projekt i uzyskują dla niego finansowanie bądź współfinansowanie. Jest też możliwość pośredniego korzystania z Funduszy Norweskich. Wszystkie środki wydatkowane w ramach tych funduszy są później kontraktowane przez polskie instytucje otoczenia biznesu czy instytucje publiczne. I tymi, którzy ostatecznie wykonują te projekty i mogą na tym zarobić, są właśnie polscy przedsiębiorcy, bo te projekty realizowane są w Polsce.
Z tych środków finansowany jest m.in. wart ponad 93 mln euro program „Rozwój przedsiębiorczości i innowacje&HASH39;&HASH39;, którym zarządza PARP. Polskie firmy mogły ubiegać się o granty na opracowanie, wdrożenie i komercjalizację innowacyjnych technologii, rozwiązań i produktów w trzech kategoriach: zielone technologie, niebieskie technologie (z obszaru morza i wód śródlądowych) oraz technologie poprawiające jakość życia.
Dodatkowo realizowany jest też schemat małych grantów dla przedsiębiorczych kobiet i firm, w których kobiety są właścicielami lub mają decydujący głos w zarządzaniu przedsiębiorstwem. Obok finansowania innowacji i przedsiębiorczości głównym celem Funduszy Norweskich jest też stymulowanie współpracy pomiędzy firmami z Polski i Norwegii.
– Dzięki tym funduszom można zrealizować projekt wspólnie z norweskim partnerem. Można też znaleźć partnera do przyszłych przedsięwzięć gospodarczych, niekoniecznie finansowanych z samego funduszu. Organizujemy w tym celu szereg wydarzeń, spotkań i konferencji, które umożliwiają znalezienie takiego partnera – wyjaśnia dyrektor Departamentu Wsparcia Przedsiębiorczości w PARP. – Mamy już zaplanowanych siedem takich wydarzeń, z których pierwsze odbędzie się już 21 października podczas targów Bygg Reis Deg, poświęconych budownictwu. Natomiast kolejne mamy zaplanowane jeszcze w tym oraz w przyszłym roku.
– Poszukując norweskich partnerów, warto wykorzystać Travel Grants, które oferuje PARP, oraz odwiedzić stronę prowadzoną przez norweską agencję rządową Innovation Norway. Ta strona nazywa się TheExplorer.no i można znaleźć na niej profile kilkuset norweskich firm, które poszukują zagranicznych partnerów do rozwoju swoich działań – dodaje Konrad Konieczny.
Jak podkreśla, Fundusze Norweskie są doskonałym sposobem na to, żeby poszerzyć współpracę gospodarczą z tamtejszym rynkiem, który polskim firmom stwarza bardzo atrakcyjne możliwości.
– W wymianie handlowej między Polską i Norwegią dominującą rolę odgrywa m.in. przemysł morski, transportowy i meblowy, bo Polska jest ważnym eksporterem mebli. Skupiając się na sektorze małych i średnich przedsiębiorstw, można zauważyć, że wachlarz sektorów, w których polskie firmy działają w Norwegii, jest znacznie szerszy. Znajdziemy tutaj także m.in. działalność związaną z gospodarką w obiegu zamkniętym, smart cities czy różne rozwiązania IT. Widać też duży potencjał w sektorze energetycznym, w branży paneli fotowoltaicznych i stacji wiatrowych – wylicza Programme Officer w Innovation Norway.
– Norweski rynek z jednej strony jest bardzo atrakcyjny. To jest rynek bogatych przedsiębiorców i konsumentów, którzy są gotowi kupować rozwiązania droższe, ale za to bardziej zaawansowane technologicznie. Z drugiej strony jest to też rynek trudny, ponieważ jest niewielki i jest obiektem zainteresowania przedsiębiorców z wielu krajów, które również są biorcami pomocy w ramach Funduszy Norweskich. Dlatego zachęcamy polskie firmy do kontaktu i do udziału w tych wydarzeniach, które współorganizuje PARP – dodaje Michał Polański.
W Warszawie powstało największe i najnowocześniejsze centrum prasowe w Polsce. Ma pomóc w rozwoju ekosystemu innowacji

Od października rozpoczęło działalność największe centrum prasowe w Polsce. Fundacja Venture Café Warsaw wspólnie z agencją informacyjną Newseria otworzyły Centrum Prasowe Newseria. Innowacyjne centrum komunikacji – zlokalizowane przy ulicy Chmielnej w biurowcu Varso – ma być odpowiedzią na rosnący popyt na tego rodzaju usługi. Będą w nim organizowane konferencje, śniadania prasowe i debaty. Centrum umożliwia konferencje w systemie hybrydowym ze streamingiem i system tłumaczenia symultanicznego. W przyszłości powstanie tu także wirtualne studio.
– Dzięki współpracy z Fundacją Venture Café Warsaw centrum prasowe staje się faktem. Powstaje największy, najbardziej nowoczesny obiekt tego typu, dzięki któremu każdego dnia będzie można organizować jednocześnie wiele konferencji prasowych, śniadań prasowych oraz innych wydarzeń obsługiwanych przez naszą agencję – mówi Artur Woliński, prezes agencji informacyjnej Newseria.
Centrum prasowe zlokalizowane jest w jednym z najbardziej prestiżowych miejsc Warszawy, w budynku Varso Place przy ulicy Chmielnej.
– Wyjątkowość tego miejsca to nie tylko wspaniała architektura, ale przede wszystkim lokalizacja. Mówimy o samym centrum Warszawy, świetnej komunikacji i dużej liczbie miejsc parkingowych – dodaje prezes agencji Newseria.
Centrum Prasowe Newseria to największe tego typu miejsce w Polsce, które stanowi odpowiedź na rosnące zapotrzebowanie rynku na tego typu usługi. Wszystkie sale są wyposażone w nowoczesną technologię, w tym cyfrowe urządzenia do prezentacji, tablice do pisania – flipchart, szybki internet czy wysokiej jakości sprzęt audiowizualny. W ramach dodatkowych usług dostępny jest pakiet streamingowy czy system tłumaczenia symultanicznego. W przyszłości w centrum powstanie też wirtualne studio.
– W nowym Centrum Prasowym Newserii nasi partnerzy biznesowi będą mogli zrealizować każde wydarzenie, każdą konferencję prasową, a także każdy inny rodzaj eventu w najnowocześniejszych przestrzeniach na światowym poziomie – wskazuje Artur Woliński.
Centrum w kilku salach konferencyjnych pomieści 250 osób. Główne pomieszczenie dzięki modułowym ścianom można dowolnie modyfikować w zależności od potrzeb organizatora, a sale mogą być ze sobą w dowolny sposób łączone. Mała sala konferencyjna Garage przeznaczona jest dla kilkunastu osób, można ją wykorzystać do organizacji kameralnych spotkań, także online. Przestrzeń klubowa Trend House to miejsce do nieformalnych spotkań, które w założeniu ma być katalizatorem nowoczesnych rozwiązań.
Newseria jest multimedialną agencją informacyjną, która prowadzi serwisy Innowacje, Biznes oraz Lifestyle. Z depeszy korzystają stacje radiowe i telewizyjne, prasa oraz portale internetowe, nie tylko polskie. Agencja oferuje też m.in. relacje z konferencji, transmisje online konferencji czy programy telewizyjne.
– Jako organizacja, która promuje innowacyjność poprzez promowanie innowacyjnych przedsiębiorców i rozwiązań, potrzebujemy narzędzi, które pomogą nam docierać z tą informacją do szerokiego grona. Współpraca z Newserią jest dla nas o tyle istotna, że jest to organizacja, która rozumie, w jaki sposób należy o tych innowacjach mówić. Dzięki temu jesteśmy po prostu silniejsi komunikacyjnie – tłumaczy Aureliusz Górski z Fundacji Venture Café Warsaw.
Fundacja działa na rzecz wzrostu gospodarczego Polski i promocji przedsiębiorczości i innowacji. Jej misją jest budowanie i wzmacnianie ekosystemu innowacyjnego w Polsce, łączenie innowatorów, firm, start-upów, inwestorów i naukowców. Włączanie zagranicznych firm do polskiego systemu innowacji ma na celu wzmocnienie pozycji gospodarczej naszego kraju.
– Z naszej współpracy z Newserią skorzystamy nie tylko my, ale cały ekosystem. Nie każda organizacja ma dostęp do narzędzi potrzebnych do dystrybucji efektywnej informacji. Współpraca z agencją prasową, która rozumie świat innowacji, jest kluczowa, bo można będzie dzięki temu mówić bardzo szeroko o swoich rozwiązaniach. Skoncentrowanie tego wszystkiego w centrum innowacji odbije się szerokim echem nie tylko w Polsce, ale na całym świecie, będziemy jeszcze lepiej mogli komunikować, jakie rzeczy dzieją się nad Wisłą – przekonuje Aureliusz Górski.
Orange Polska uruchamia pod Warszawą gigantyczne centrum danych. Nowoczesne serwery i sieć ułatwią rozwój usług opartych na 5G

W ciągu najbliższych pięciu lat światowy rynek komercyjnych centrów danych ma wzrosnąć ponad dwukrotnie. W Polsce powierzchnia takich obiektów do 2025 roku będzie przyrastać w tempie 8 proc. rocznie, aby osiągnąć 90 tys. mkw. – wynika z raportu PMR. To odpowiedź na rosnącą dynamicznie ilość przesyłanych danych. Orange Polska tylko w sierpniu odnotował 64-proc. wzrost rok do roku ilości danych przesyłanych po światłowodzie. W sieci mobilnej wzrost ten wyniósł ok. 26 proc. Tak duży ruch w sieci ma obsługiwać nowa infrastruktura operatora – ogromne centrum danych Warsaw Data Hub, jakie powstało w Łazach pod Warszawą. Znajdą się tam nie tylko serwery Orange, ale i jego klientów biznesowych. Nowy obiekt pozwoli zwiększyć niezawodność sieci i zmniejszyć jej opóźnienia, co jest kluczowe przy usługach oferowanych w sieci 5G.
– Chcemy zaoferować naszym klientom bezpieczne miejsce, gdzie będą mogli korzystać z usług data center i kolokacji – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Piotr Jaworski, członek zarządu ds. sieci i technologii Orange Polska. – Warsaw Data Hub to obiekt nowoczesny, który został stworzony przede wszystkim po to, aby pomieścić w sobie infrastrukturę Orange Polska służącą do świadczenia usług, ale także aby był przyjazny i dostępny dla klientów biznesowych, którzy będą mogli instalować tu swoją infrastrukturę.
Położenie blisko stolicy ma szczególne znaczenie, bo to tu popyt na usługi rośnie najszybciej. Warsaw Data Hub w podwarszawskich Łazach ma zapewniać optymalne warunki pracy urządzeń, a także ciągłe zasilanie i nieprzerwaną transmisję danych. To szczególnie istotne z uwagi na obserwowane wzrosty ruchu w sieci.
W komorach serwerowych Warsaw Data Hub ma się znaleźć 1,6 tys. mkw. powierzchni wyposażonej w niezależne zasilanie, wentylację i system gaszenia pożarów przestrzeni dla sprzętu IT i sieciowego. W kolejnych etapach inwestycji w miarę rosnących potrzeb obiekt będzie mógł zostać rozbudowany o dodatkowe komory.
– Warsaw Data Hub został wybudowany przede wszystkim pod kątem dużego bezpieczeństwa energetycznego. Mamy tam zainstalowane zarówno systemy, które pozwalają utrzymywać zasilanie w przypadku braku energii z zewnątrz, jak i systemy związane z kontrolą dostępu zewnętrznego. Autoryzowani klienci będą oczywiście mieli łatwy i swobodny dostęp do obiektu – tłumaczy Piotr Jaworski.
Istotną kwestią jest także minimalizacja opóźnień w sieci. Będzie to miało kluczowe znaczenie przy oferowaniu usług 5G takich jak komunikacja z autonomicznymi samochodami czy operacje na odległość. To właśnie one będą wymagały minimalnych opóźnień na zakładanym poziomie ok. 5 ms RTT (5 milisekund Round Trip Time).
Mimo swoich rozmiarów Warsaw Data Hub będzie obiektem przyjaznym dla środowiska. Jak podkreśla Orange Polska, samo przeniesienie części głównych serwerów operatora pozwoli znacznie zmniejszyć liczbę wykorzystywanych urządzeń.
– Dzięki zastosowanym rozwiązaniom będziemy rocznie emitować do atmosfery około 5 tys. ton dwutlenku węgla mniej. Na terenie Warsaw Data Hub planujemy też wybudowanie farmy fotowoltaicznej o mocy 0,5 MW. Zużycie wody będzie mniejsze o ponad 500 m3, niż gdybyśmy korzystali z wodociągów, ponieważ wykorzystujemy tak zwaną szarą wodę z opadów atmosferycznych – wyjaśnia członek zarządu ds. sieci i technologii Orange Polska.
Na parkingu przy WDH są też stacje ładowania dla samochodów elektrycznych, a 700 mkw. najbliższego otoczenia budynku wyłożono kostką brukową pochłaniająca smog. Szacowane przez Orange 5 tys. ton CO2, o które dzięki proekologicznym rozwiązaniom uda się ograniczyć emisję, to tyle, ile rocznie emituje prawie 1,3 tys. samochodów.
Według analityków Mordor Intelligence światowy rynek komercyjnych centrów danych osiągnął w 2020 roku przychody sięgające 49 mld dol. Do 2026 roku kwota ta ma przekroczyć 108 mld dol.
Polacy masowo korzystają z usług publicznych w internecie. Dla firm i inwestorów zagranicznych e-administracja wciąż jednak nie jest przyjazna

W czasie pandemii wiele usług publicznych zostało przeniesionych do online’u i Polacy coraz chętniej z nich korzystają. Rekordowym zainteresowaniem cieszy się Profil Zaufany, który jest kluczem do e-usług administracji i z którego korzysta już prawie 13 mln Polaków. – Pod względem cyfryzacji usług dla biznesu wciąż jednak mamy wiele do nadrobienia, a wiele rozwiązań służy raczej samym urzędnikom, a nie firmom – ocenia Piotr Jaśkiewicz z kancelarii Baker McKenzie. Szczególnie utrudnione zadanie mają inwestorzy zagraniczni. Problemem dla nich jest m.in. ograniczony dostęp do metod weryfikacji online.
– Digitalizacja usług dla biznesu w polskiej administracji trochę jeszcze kuleje. Europejski wskaźnik DESI w zakresie usług e-administracji plasuje nas na 20. miejscu w Unii Europejskiej. Odstajemy najbardziej w zakresie liczby użytkowników administracji oraz usług dla biznesu. W 2014 roku byliśmy w okolicach średniej unijnej pod względem procenta usług, które można załatwić online, i od tego czasu, podczas gdy inne państwa poprawiały swoje wskaźniki, u nas ten wskaźnik spadł. Obecnie jesteśmy na 26. miejscu, wyprzedzamy tylko Grecję i Rumunię – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Jaśkiewicz, prawnik polski i amerykański, counsel w kancelarii Baker McKenzie.
W ostatnim rankingu Komisji Europejskiej DESI 2020, który pokazuje postępy państw UE w obszarze cyfryzacji (dane za 2019 rok), Polska awansowała o dwie pozycje, ale wciąż jest to końcówka stawki – 23. miejsce. Doceniono m.in. cyfryzację w służbie zdrowia, czyli uruchomienie e-recepty czy e-skierowania. Jednak pod względem dostępności usług administracji elektronicznej dla przedsiębiorstw wynik Polski to jedynie 75 punktów na 100, podczas gdy średnia dla UE wynosi 88. Ekspert Baker McKenzie także wskazuje, że w trakcie pandemii COVID-19 cyfryzacja w administracji publicznej nabrała dużego rozpędu, jednak wciąż nie ma dużo e-usług kierowanych do biznesu, a te dostępne nie zawsze rzeczywiście służą biznesowi.
– Wydaje się, że często funkcją nowo wprowadzanych rejestrów jest tak naprawdę przerzucenie na biznes ciężaru wprowadzania danych do systemów komputerowych, żeby nie musieli tego robić urzędnicy. Tutaj przykładem jest jednolity plik kontrolny, który nie pomaga w żaden sposób biznesowi, natomiast służy do kontroli przedsiębiorców, podobnie sprawozdanie finansowe – wymienia Piotr Jaśkiewicz.
Część wprowadzanych udogodnień, zamiast ułatwiać przedsiębiorcom życie, nawet je komplikuje. Przykładem jest akceptowanie podpisów elektronicznych – różne usługi administracji wymagają jego różnych ustawień i w dodatku brakuje jasnych instrukcji, które pomogłyby firmom odnaleźć się w tych wymaganiach. Druga istotna wada to niedopracowanie istniejących systemów, przez co nie są one przyjazne w obsłudze.
– Weźmy system do założenia spółki w 24 godziny. Formularze mamy tam elektroniczne, więc wydawałoby się, że wszystko załatwimy sprawnie, ale okazuje się, że jednak jakieś trzeciorzędne dane musimy sami napisać na komputerze i wgrać do systemu – wyjaśnia prawnik kancelarii Baker McKenzie. – System nie weryfikuje kompletności wniosku. Jeżeli okaże się, że mamy jakiś błąd, musimy wypełniać i podpisywać wszystko od nowa, więc wtedy mamy spółkę w dwa tygodnie i często z dokumentami podpisywanymi trzykrotnie przez pięć różnych osób.
Problemem dla biznesu jest także fakt, że systemy administracji nie współpracują między sobą, więc jedno zdarzenie gospodarcze trzeba wprowadzać do kilku rejestrów. Zdarza się również, że wprowadzane zmiany w e-administracji, które wiążą się z nowymi obowiązkami dla firm, często nie są odpowiednio wcześnie przygotowane. Przez to przedsiębiorcy aż do uruchomienia systemu nie wiedzą, jak on będzie funkcjonował i z jakimi wyzwaniami się wiązał.
– Jeżeli wiemy, że mamy dużą reformę i powstaje nowy rejestr, który będzie całkowicie elektroniczny, oczekiwalibyśmy, że dużo wcześniej będziemy mieli instrukcje, jak z tego korzystać, co umożliwiłoby przedsiębiorcom przygotowanie się do takiej zmiany. Natomiast w Polsce to się nie zdarza. Przy rejestrze beneficjentów, wcześniej przy elektronicznym składaniu sprawozdań finansowych, ostatnio przy wprowadzeniu elektronicznego KRS-u informacje na temat szczegółów technicznych pojawiły się tak naprawdę w dniu, w którym ruszał rejestr – mówi Piotr Jaśkiewicz.
Szczególnie trudne są sprawy administracyjne dla inwestorów zagranicznych. Problemem jest m.in. brak różnych opcji językowych w załatwianiu formalności urzędowych w Polsce. Często potrzebne są tłumaczenia przysięgłe, co nie tylko wydłuża czas na załatwienie sprawy, lecz również zwiększa związane z tym koszty. Innym problemem jest nieuznawanie przez administrację podpisów elektronicznych z innych państw.
– Jest to o tyle niezrozumiałe, że przepisy unijne zrównują status wszystkich podpisów elektronicznych wydanych w Unii Europejskiej, stąd każdy podpis – włoski czy niemiecki – powinien być w Polsce uznawany, ale serwery polskiej administracji po prostu nie przyjmą tych dokumentów – podkreśla prawnik Baker McKenzie. – Obsługujemy wiele korporacji działających globalnie. Członkowie ich zarządu mają całą szufladę podpisów elektronicznych z różnych państw na potrzeby e-administracji i zazwyczaj dają radę samodzielnie podpisać wszystkie dokumenty. W momencie, gdy słyszą, że jest dokument z Polski, organizowane są sesje z udziałem sztabu informatyków i prawników, ponieważ tam zawsze coś nie działa. To nie jest najlepsza laurka.
Paradoksalnie tego typu problemy z weryfikacją tożsamości powodują, że inwestorzy chętniej skorzystaliby z offline’owego trybu załatwienia sprawy, ale często jest to niemożliwe.
– Takie usługi, które są w stu procentach elektroniczne, zaczynają blokować biznes – mówi Piotr Jaśkiewicz. – Przykładowo, jeśli chcielibyśmy szybko wymienić członków zarządu na osoby z zagranicy, jest to niemożliwe z dnia na dzień, ponieważ taki nowy zarząd musiałby ujawnić się w rejestrze beneficjentów. Ma na to siedem dni i musi zrobić to elektronicznie, podczas gdy uzyskanie polskiego podpisu elektronicznego z zagranicy w siedem dni niemal graniczy z cudem.
Shell chce mieć największą na świecie sieć ładowarek do aut elektrycznych. Koncern stawia także na LNG i rozwijanie oferty konsumpcyjnej dla klientów

Do 2035 roku Shell zamierza ograniczyć ślad węglowy netto swoich produktów energetycznych o 30 proc., a do 2050 roku zredukować go o 65 proc. Jednocześnie celem koncernu jest stanie się biznesem energetycznym o zerowej emisji netto do 2050 roku. Zielona strategia Shella obejmuje też rozbudowę sieci stacji LNG – obecnie jednej z najczystszych dostępnych alternatyw dla oleju napędowego dla ciężarówek oraz infrastruktury do ładowania elektryków. W ciągu kolejnych czterech lat paliwowo-energetyczny koncern chce zwiększyć liczbę dostępnych ładowarek z 60 tys. do 500 tys. Shell sukcesywnie zmienia także stacje paliwowe, które przekształcają się w wielofunkcyjne punkty, gdzie klienci mogą także dobrze zjeść i napić się kawy. Strategia Shell Retail zakłada, że do 2025 roku ok. 50 proc. marży będzie pochodzić z produktów i usług pozapaliwowych.
– W mobilności przyszłości dużą rolę odegrają pojazdy elektryczne. Jeśli patrzymy na rozwój tej branży, aspiracją Shella jest uzyskanie pozycji globalnego lidera w zakresie ładowania elektryków. Naszym celem jest zwłaszcza zwiększenie liczby punktów ładowania z obecnych 60 tys. do ponad 500 tys. w 2025 roku. Na niektórych rynkach, na przykład w Wielkiej Brytanii, już jesteśmy liderem – mówi agencji Newseria Biznes Carol Chen, wiceprezes ds. marketingu w Grupie Shell.
Według danych ACEA (Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodów) w I kwartale tego roku liczba nowych rejestracji samochodów elektrycznych w UE wzrosła o ponad 59 proc. r/r, do blisko 146,2 tys. sztuk. W przypadku hybryd typu plug-in ten wzrost wyniósł aż 175 proc., do 208,4 tys. sztuk. Na szybko rosnącym rynku elektrycznej mobilności swoje miejsce chce znaleźć Shell, który w całej Europie rozwija partnerstwa w celu budowy infrastruktury dla elektryków. Paliwowo-energetyczny koncern chce w ciągu nadchodzących czterech lat ośmiokrotnie zwiększyć liczbę swoich stacji ładowania.
– Strategia polega na zbudowaniu Shell Recharge jako podmarki stacji do ładowania pojazdów elektrycznych, co pozwoli zdobyć zaufanie naszych klientów. Jednocześnie budowa infrastruktury będzie się odbywać zarówno po stronie detalicznej, jak i po stronie klienta docelowego – mówi Carol Chen.
W Polsce firma planuje otworzyć 10 stacji ładowania Shell-Ionity. Wiceprezes ds. marketingu grupy wskazuje, że tak szybki rozwój infrastruktury ładowania elektryków będzie wyzwaniem, m.in. ze względu na wciąż relatywnie niski popyt, ponieważ po polskich i europejskich drogach nadal jeździ stosunkowo mało takich pojazdów.
W swojej strategii Shell uwzględnia także rozbudowę sieci stacji LNG. To obecnie jedna z najczystszych alternatyw dla oleju napędowego w transporcie ciężkim. Jak podkreślają przedstawiciele koncernu, ciężarówki napędzane tym paliwem są również przystosowane do wykorzystywania bio-LNG, które jest neutralne pod względem emisji dwutlenku węgla. Prognozy Shella dotyczące globalnego zapotrzebowania na skroplony gaz mówią o jego dwukrotnym wzroście do 2040 roku. W ciągu ostatniego roku zostały otworzone dwie pierwsze stacje Shell LNG w Bielanach Wrocławskich i Świecku. Punkty są częścią korytarza LNG składającego się docelowo z 39 stacji budowanych w ramach konsorcjum BioLNG EuroNet. Wśród nich planowane są także kolejne stacje w Polsce: w Piotrkowie Trybunalskim, Iłowej, Jędrzychowicach i Poznaniu.
– W Polsce działa wiele firm z branży logistyki i transportu. Ważne jest, aby były one jak najmniej obciążające dla środowiska. LNG, czyli ciekły gaz ziemny, to bardzo ważne biopaliwo dla przyszłości, dlatego rządy powinny zaangażować się w jego wspieranie. Naszym zdaniem jest to świetna opcja tankowania ciężarówek naszych klientów w drodze po Polsce, a także w całej Europie, zależnie od potrzeb – mówi Sydney Kimball, wiceprezes ds. mobilności na Europę oraz Afrykę Południową w Grupie Shell.
W kręgu zainteresowania Shella są też inne paliwa alternatywne, w tym wodór. Koncern już w tej chwili inwestuje w infrastrukturę wodorową m.in. w Wielkiej Brytanii, Holandii czy Niemczech, gdzie do 2030 roku zamierza wybudować 400–500 punktów tankowania wodoru.
– Widzimy wyraźnie, że wodór także będzie odgrywać istotną rolę w przyszłości energii – mówi Carol Chen. – Obserwujemy rosnące trendy, jak właśnie paliwa wodorowe, LNG czy e-mobilność. Wszystkie one są ważne także w kontekście polskiego rynku. Musimy też jednak brać pod uwagę popyt ze strony klientów, żeby wiedzieć, kiedy on wzrośnie, i dostosować odpowiednio budowę infrastruktury. Cały proces rozbudowy infrastruktury – od uzyskania pozwoleń poprzez planowanie sieci – zajmuje sporo czasu. Powstaje więc kluczowe pytanie: jak przyspieszyć planowanie w obliczu rosnącego zapotrzebowania konsumentów, jak uczynić je bardziej wydajnym i efektywnym kosztowo.
Odnawialna energia i paliwa alternatywne wpisują się w dekarbonizację transportu, którą Shell zamierza wspierać. Zgodnie z przyjętą niedawno strategią Powering Progress do 2030 roku koncern planuje ograniczyć emisje netto dwutlenku węgla o 20 proc., do 2035 roku o 45 proc., a do 2050 roku zredukować ją o 100 proc. Według niej Shell będzie inwestować 8–9 mld dol. rocznie w filar transformacji.
– Założenia naszej strategii są bardzo przejrzyste: chcemy ograniczyć własne emisje dwutlenku węgla, ale jednocześnie pomóc naszym klientom ograniczyć ich emisje w poszczególnych sektorach – m.in. lotniczym, morskim czy budowlanym – dzięki pełnej gamie produktów i rozwiązań. Razem możemy osiągnąć cel zerowego zużycia energii netto dużo szybciej – mówi wiceprezes ds. marketingu w Grupie Shell.
Jednym z narzędzi, które mają służyć osiągnięciu tego celu, są tzw. NBS – nature based solutions, czyli rozwiązania oparte na ochronie przyrody. Wśród nich jest usługa dla biznesu polegająca na kompensacji emisji dwutlenku węgla z paliwa zakupionego za pomocą karty Shell Card. Koncern obliczy wysokość emisji CO2 generowanych przez floty i zrównoważy je poprzez zakup kredytów węglowych pochodzących z międzynarodowych projektów, które chronią i odbudowują naturalne ekosystemy. W Polsce usługa ta jest dostępna od stycznia br. dla klientów biznesowych, ale w niektórych krajach, takich jak Wielka Brytania, Holandia, Niemcy, Austria czy Szwajcaria, Shell umożliwia kompensację CO2 również klientom indywidualnym.
– Obecnie skupiamy się na obu typach napędów – zapewniamy tradycyjnie benzynę, olej napędowy, LNG, ale i ładowanie samochodów elektrycznych – dodaje Sydney Kimball. – Bardzo dużą uwagę poświęcamy też naszym sklepom. Mamy 45 tys. lokalizacji w 80 krajach i chcemy zapewniać klientom znakomite paliwa, produkty i jakość obsługi.
Strategia Shell Retail zakłada, że do 2025 roku ok. 50 proc. marży będzie pochodzić z produktów i usług pozapaliwowych. Shell zamierza w tym celu m.in. inwestować i rozwijać marki własne, takie jak nowy koncept kawiarniano-gastronomiczny Shell Café, który w sierpniu zadebiutował w Polsce i części krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Nowa marka – wprowadzona w miejsce dotychczasowego deli by Shell – oferuje kawę premium i obsługę baristów, co ma przyciągnąć na stacje nawet niezmotoryzowanych klientów.
– Shell koncentruje się na utrzymaniu i wzmocnieniu lojalności obecnych klientów i pozyskaniu jak największej liczby nowych – zapewnia Sydney Kimball. – Przemieszczając się czy jeżdżąc na spotkania, klienci oczekują przede wszystkim wygody i wysokiej jakości. Chcą mieć pewność, że ich pojazd zostanie zatankowany najlepszym paliwem albo odpowiednio naładowany. Oczekują dostępu do najlepszych napojów i produktów, a nasz nowy koncept Shell Café jest w stanie im to zapewnić.
Paliwowo-energetyczny koncern sukcesywnie przekształca swoje stacje w wielofunkcyjne punkty, które są miejscem, gdzie klienci mogą zrobić drobne zakupy, napić się kawy i dobrze zjeść, odebrać paczkę albo skorzystać z myjni. Dlatego w Polsce na wielu stacjach Shella można już m.in. odebrać paczkę DHL, skorzystać z paczkomatów InPost albo zrobić drobne zakupy do domu w sklepach Shell Select.
Polacy przyzwyczaili się do zawierania umów czy składania wniosków przez internet. Bezpieczna weryfikacja tożsamości zwiększa dostęp do e-usług

W czasie pandemii COVID-19 Polacy przestawili się na korzystanie z usług elektronicznych. Dotyczy to zarówno e-oferty administracji publicznej, jak i usługodawców takich jak firmy telekomunikacyjne, ubezpieczeniowe, finansowe czy energetyczne. Przez kanały zdalne użytkownicy m.in. zawierają umowy, zgłaszają roszczenia, składają wnioski i zlecają polecenia zapłaty. Do tego potrzebna jest jednak bezpieczna weryfikacja tożsamości klienta. Udostępniana przez KIR usługa mojeID umożliwia potwierdzenie tożsamości za pomocą bankowości internetowej. To ułatwia dostęp do e-usług, ponieważ nie wymaga zapamiętywania szeregu haseł i ich regularnego zmieniania ze względu na bezpieczeństwo danych.
– mojeID jest coraz powszechniej wykorzystywaną metodą potwierdzania tożsamości w ramach usług świadczonych zarówno przez podmioty komercyjne, jak i administrację publiczną – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Wichowski, dyrektor Linii biznesowej usługi identyfikacji w KIR. – Użytkownik nie musi w żaden sposób aktywować usługi ani rejestrować się do niej. Po prostu w momencie, w którym usługodawca wymaga potwierdzenia tożsamości klienta i umożliwia mu wykonanie tej czynności z wykorzystaniem mojeID, wystarczy, że wybierze mojeID jako metodę jego uwierzytelnienia.
Użytkownik usługi KIR ma możliwość potwierdzenia swojej tożsamości przez bankowość internetową i dane posiadane przez banki uczestniczące w systemie.
– Użytkownik wybiera bank, który będzie potwierdzał jego tożsamość i który następnie przeprowadzi go przez proces zdalnego potwierdzenia tożsamości. Bank jako dostawca tożsamości prezentuje klientowi informacje, do kogo, w jakim celu i w jakim zakresie jego dane będą przekazane. Po udzieleniu przez użytkownika zgody na przekazanie jego danych z potwierdzeniem tożsamości zostaje on z powrotem przekierowany na stronę usługodawcy do procesu, który wymagał jego uwierzytelnienia – wyjaśnia Piotr Wichowski.
Dostawcami tożsamości w usłudze mojeID są kluczowe banki komercyjne oraz większość banków spółdzielczych zrzeszonych i współpracujących z Bankiem BPS i SGB-Bank (ponad 500 banków spółdzielczych). Z tego rozwiązania może korzystać ponad 14 mln klientów, którzy są użytkownikami bankowości elektronicznej.
– W obszarze usług publicznych mojeID jest wykorzystywane przy logowaniu do usług i serwisów administracji publicznej, jak ePUAP czy Internetowe Konto Pacjenta. Umożliwia też uwierzytelnienie użytkownika w procesie założenia i korzystania z Profilu Zaufanego, wymaganego do podpisywania dokumentów, wniosków i deklaracji składanych w ramach spraw realizowanych w obszarze administracji publicznej – mówi dyrektor Linii biznesowej usługi identyfikacji w KIR.
W tym obszarze wykorzystanie usługi wyraźnie wzrosło w czasie pandemii, kiedy Polacy więcej spraw urzędowych załatwiali online, unikając osobistych wizyt w urzędach. Z Profilu Zaufanego korzysta 12,5 mln Polaków, a tylko w wakacje przybyło 900 tys. użytkowników.
Z miesiąca na miesiąc widać rosnącą popularność e-usług nie tylko w sektorze administracji, lecz także w innych segmentach gospodarki takich jak ubezpieczenia, ochrona zdrowia, finanse, energetyka czy telekomunikacja. Za tym idzie wzrost wykorzystania również usługi mojeID.
– Oferowana przez nas usługa może być wykorzystana m.in. w procesie zawierania umów, np. ubezpieczeniowych, telekomunikacyjnych czy na dostawę prądu i gazu. Umożliwia rejestracje do portali i zakładanie kont zapewniających dostęp do usług oferowanych np. przez firmy ubezpieczeniowe czy dostawców usług w zakresie ochrony zdrowia. Usługa ułatwia także składanie wszelkich zgłoszeń i kwestionariuszy, jak zgłoszenie roszczenia szkody czy odszkodowania z polisy ubezpieczeniowej – wymienia ekspert KIR. – W ostatnim czasie widzimy też coraz powszechniejsze wykorzystanie mojeID w procesie AML-owym, czyli w celu spełnienia wymogów określonych przez ustawę o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu.
Jak pokazało badanie Kantar przeprowadzone dla KIR i ZBP, Polacy chcą mieć możliwość korzystania z narzędzi do cyfrowej weryfikacji tożsamości przy logowaniu do różnych serwisów (32 proc.), autoryzowaniu dyspozycji i oświadczeń (32 proc.), potwierdzaniu swojej tożsamości w serwisach internetowych (42 proc.) oraz rejestracji w celu dostępu do usług (22 proc.). Co trzeci Polak, który aktywnie korzysta z bankowości internetowej, chce również móc zdalnie potwierdzać swoją tożsamość w kontaktach z administracją publiczną. Sami użytkownicy usług wskazują coraz więcej obszarów potencjalnego wykorzystania tożsamości cyfrowej, co może świadczyć o ich rosnącym zaufaniu.
– mojeID jest usługą zapewniającą najwyższe standardy bezpieczeństwa we wszystkich obszarach jej funkcjonowania. Wykorzystujemy najnowsze rozwiązania technologiczne i kryptograficzne, zapewniające bezpieczeństwo procesów i danych przetwarzanych w ramach potwierdzenia tożsamości – wyjaśnia Piotr Wichowski.
Jak podkreśla przedstawiciel KIR, istotną wartością usługi mojeID jest jej zgodność ze wszystkimi obowiązującymi regulacjami – zarówno unijnymi, jak i krajowymi, które określają zasady świadczenia usług identyfikacji elektronicznej.
W Polsce płatności zbliżeniowe biją rekordy popularności. Xiaomi i Mastercard wprowadzają tę funkcję do opasek elektronicznych na rękę

Według PwC Polska należy do grupy 10 państw świata, które przodują w płatnościach zbliżeniowych. Ich popularność nie ogranicza się jednak tylko do kart płatniczych, bo Polacy chętnie płacą też smartfonami, zegarkami czy opaskami. Według badań Mastercard już w 2019 roku Polska była piątym krajem w Europie i szóstym na świecie pod względem liczby transakcji dokonywanych za pomocą wearables. Wkrótce może awansować, bo Xiaomi – producent najpopularniejszych na rynku opasek Mi Band – wprowadził do najnowszej generacji swojego urządzenia funkcję płatności zbliżeniowych.
– Polska to świetne miejsce do tego, żeby popularyzować płatności zbliżeniowe, zresztą ten rynek już od dawna jest uznany przez wielkich graczy z tej branży. Nasycenie terminali płatniczych w punktach sprzedaży i punktach usługowych jest duże, dlatego popularyzacja np. bezstykowych kart zbliżeniowych czy kart kredytowych postępowała bardzo dynamicznie. W tej chwili jako ciekawostkę można powiedzieć, że ponad 95 proc. transakcji kartami kredytowymi to są właśnie transakcje bezstykowe. Z pewnością pomogła tu pandemia i związane z nią kwestie bezpieczeństwa – mówi Andrzej Gładki, zastępca dyrektora generalnego Xiaomi w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.
Polska jest jednym z liderów innowacji w finansach. Firma doradcza PwC już kilka lat temu wskazywała, że tutejszy rynek jest swoistym poligonem doświadczalnym pod względem rozwoju i wykorzystania nowych technologii w sektorze finansowym, a Polacy błyskawicznie adaptują wszelkie nowinki w tym zakresie.
Przykładem są płatności zbliżeniowe. Polska należy do grupy 10 państw świata, które w nich przodują. Według danych NBP w I kwartale br. na około 38 mln Polaków przypadało w sumie 44,1 mln kart płatniczych (w tym prawie 39 mln kart zbliżeniowych), którymi dokonano w tym czasie 1,52 mld transakcji na łączną kwotę 198,2 mld zł. Transakcje bezgotówkowe stanowiły wśród nich blisko 93 proc. Według danych Ministerstwa Finansów już w połowie ubiegłego roku w Polsce działał ponad 1 mln terminali płatniczych POS, z których wszystkie obsługiwały płatności zbliżeniowe.
– Polacy są niezwykle chłonni, jeśli chodzi o innowacje płatnicze – mówi Aleksander Naganowski, dyrektor ds. rozwoju biznesu cyfrowego w Mastercard Polska. – Płatności zbliżeniowe to już w Polsce właściwie standard, w badaniach aż 96 proc. Polaków deklaruje, że płaci kartą zbliżeniowo.
Co ciekawe, badania Fundacji Polska Bezgotówkowa pokazują, że Polacy chcieliby mieć możliwość płacenia w nowoczesny sposób nawet w takich miejscach jak pobliski bazarek (48 proc.) czy publiczne toalety (41 proc.), w których zwykle potrzebny jest bilon. 1/3 Polaków chciałaby też móc zapłacić bezgotówkowo u krawca czy szewca, czyli w zakładach rzemieślniczych, które w ostatnich latach przeżywają swój renesans.
Popularność płatności zbliżeniowych w Polsce nie ogranicza się jednak tylko do kart, Polacy chętnie płacą też m.in. smartfonami. Według danych Cashless w II kwartale tego roku udział płatności mobilnych we wszystkich transakcjach zbliżeniowych wynosił ok. 10 proc., a klienci coraz chętniej sięgają po urządzenia mobilne, żeby płacić nimi zbliżeniowo. Dotyczy to też tzw. wearables, czyli np. zegarków i opasek fitness. Wystarczy zbliżyć je do terminala płatniczego w sklepie, tak jak w przypadku plastikowej karty czy telefonu. Według przeprowadzonego w 2019 roku badania Mastercard Polska była już wtedy piątym krajem w Europie i szóstym na świecie pod względem liczby transakcji dokonywanych za pomocą wearables.
– Płatności różnymi urządzeniami to ciągle rozwijający się sektor. W jednym z badań Mastercard już 36 proc. Polaków zadeklarowało, że płaci telefonem, a 2 proc. – jakimś urządzeniem, które nosi na sobie, np. opaską czy zegarkiem. Tego typu rozwiązania pojawiły się w Polsce kilka lat temu i początkowo oczywiście były drogie, ale później pojawiło się coraz więcej takich, które pozwalają popularyzować tę technologię – mówi Aleksander Naganowski.
– Możemy płacić telefonem, możemy płacić smartwatchem, ale to są urządzenia z innych kategorii cenowych, wciąż dużo droższe. Natomiast nasze Mi Bandy jak zwykle są bardzo przystępne cenowo, wersja Smart Band 6 z NFC kosztuje 249 zł, więc myślę, że wchodzimy na zupełnie inny poziom przystępności. To może spowodować jeszcze większą popularyzację płatności zbliżeniowych – dodaje Andrzej Gładki z Xiaomi.
Xiaomi Mi Band to jedna z najlepiej sprzedających się opasek sportowych – zarówno w Polsce, jak i globalnie. Według danych firmy analitycznej Canalys w II kwartale tego roku do klientów trafiło łącznie 40,9 mln tego typu urządzeń, a Xiaomi jest liderem tego rynku. Ma w nim 20-proc. udział i wyprzedza pod tym względem nawet Apple’a.
Xiaomi Mi Band pozwala rejestrować wyniki treningów, badać stan zdrowia i jakość snu, a przy tym odczytywać powiadomienia ze smartfona. Jedyną cechą, której do tej pory brakowało, jest możliwość płatności zbliżeniowych. Jednak to się właśnie zmienia, bo na polskim rynku zadebiutowała najnowsza generacja Mi Smart Band 6 NFC, która pozwala płacić za zakupy, wykorzystując w tym celu wirtualną kartę płatniczą Mastercard, zapisaną w opasce w formie tokena.
– Dotychczas już wprowadziliśmy na rynek kilka generacji opasek, które święcą triumfy i właśnie dzięki tym produktom jesteśmy liderem kategorii wearables na świecie. Natomiast w tej chwili dodajemy funkcjonalność płatności bezstykowych – mówi zastępca dyrektora generalnego Xiaomi w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.
– Opaski Xiaomi, które są coraz częściej używane – nawet nie przez samych sportowców, ale też ludzi, którzy lubią liczyć kroki, mieć ładny zegarek albo po prostu dbają o zdrowie i pilnują, czy trenują wystarczająco – z pewnością przyczynią się do tego, że będziemy mieli tych płatności zbliżeniowych jeszcze więcej – dodaje dyrektor ds. rozwoju biznesu cyfrowego w Mastercard Polska.
Proces płatności nowym smart bandem jest bardzo prosty. Wystarczy w aplikacji Mi Fit wybrać usługę Xiaomi Pay, dostępną przy zakupie opaski, wprowadzić dane wybranej karty Mastercard, a następnie odpowiedni token zostanie wgrany na urządzenie, którym od tej pory będzie można płacić w sposób równie łatwy, co zegarkiem lub telefonem. Aby dokonać transakcji, wystarczy zbliżyć nadgarstek z urządzeniem do terminala POS. Co istotne, urządzenie jest wyposażone w funkcję, która zabezpiecza przed dokonaniem płatności w przypadkowy sposób.
Z funkcji płatności w Xiaomi Mi Smart Band 6 NFC mogą już korzystać użytkownicy kart Mastercard wydanych przez Bank Pocztowy oraz fintechy ZEN.com i Curve. Wkrótce do tej listy dołączą jednak kolejne instytucje finansowe.
– Do współpracy w ramach projektu Mi Smart Band 6 NFC – wspólnie z naszym partnerem Mastercard – zapraszamy jak najwięcej partnerów. Na start będzie to Bank Pocztowy oraz dwa fintechy, natomiast wkrótce dołączą jeszcze cztery kolejne banki, czyli BNP Paribas, Getin, mBank oraz SGB – zapowiada Andrzej Gładki.
Opaska Xiaomi Mi Smart Band 6 NFC, wprowadzona w partnerstwie z Mastercard, to pierwszy smart band tej marki wyposażony w funkcję płatności zbliżeniowych. Producent ocenia, że w jeszcze większym stopniu wesprze rosnącą popularność mobilnych płatności.
Prace nad medycznymi innowacjami przyspieszają. W Zabrzu otwarto nowoczesne centrum naukowo-badawcze

W Zabrzu swoją działalność rozpoczęło Europejskie Centrum Innowacyjnych Technologii dla Zdrowia (European HealthTech Innovation Center – EHTIC). Inwestycja warta 110 mln zł to jeden z najnowocześniejszych w Europie ośrodków naukowo-badawczych, który będzie rozwijać i wdrażać technologie z zakresu sztucznej inteligencji, telemedycyny i inżynierii biomedycznej. – Chcemy się koncentrować na największych problemach współczesnej medycyny. Będziemy rozwijać technologie na potrzeby onkologii, kardiologii oraz innych specjalizacji – zapowiada dyrektor EHTIC, prof. Marek Gzik.
– Szpital przyszłości to lekarze i personel medyczny, ale i wiele technologii, które wyręczą ich w czynnościach absorbujących cenny czas. Sztuczna inteligencja i algorytmy będą też wspomagać lekarzy w podejmowaniu decyzji o tym, jaka ścieżka leczenia będzie dla danego pacjenta najlepsza – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. inż. Marek Gzik.
We wdrożeniu takiego szpitala przyszłości pomoże otwarte właśnie w Zabrzu Europejskie Centrum Innowacyjnych Technologii dla Zdrowia. EHTIC to zarazem jeden z najnowocześniejszych w Europie ośrodków, który będzie prowadzić badania m.in. nad sztuczną inteligencją, telemedycyną i informatyką kliniczną.
– Przygotowujemy całą infrastrukturę po to, żeby uruchamiać kolejne laboratoria i rozwijać technologie, które zostaną zaimplementowane w medycynie i obszarach takich jak bioinformatyka, bioelektronika, biomechatronika czy biomateriały – mówi dyrektor Europejskiego Centrum Innowacyjnych Technologii dla Zdrowia. – Inżynieria biomedyczna ma szerokie zastosowania w medycynie, w diagnostyce, terapii, ale także tzw. home care, czyli opiece domowej. Chcemy się tu koncentrować na największych problemach współczesnej medycyny.
– Potrzebujemy takich nowoczesnych placówek, w których będą powstawały nowe technologie biomedyczne, jako że na styku dziedzin dzieje się najwięcej. Dlatego bardzo się cieszę i wydaje mi się, że właśnie to połączenie inżynierii biomedycznej z medycyną ma bardzo duży potencjał – mówi prof. dr hab. n. med. Tomasz Szczepański, rektor Śląskiego Uniwersytetu Medycznego.
– W Europejskim Centrum Innowacyjnych Technologii dla Zdrowia naukowcy będą pracować nad systemami wspierającymi procesy leczenia i rehabilitacji. To m.in. technologie informatyczne, materiałowe, czyli związane np. z implantami, elektronika medyczna i różnego rodzaju systemy wirtualnej rzeczywistości, wspomagające procesy rehabilitacji. Mamy też pracownię słuchu, wirtualną salę operacyjną i wiele innych technologii, które dopiero pojawiają się w medycynie, ale niedługo będą już standardem – dodaje prof. dr hab. inż. Arkadiusz Mężyk, rektor Politechniki Śląskiej.
EHTIC ma opracowywać i wdrażać technologie, które realnie przyczynią się do poprawy profilaktyki, diagnostyki i leczenia pacjentów. Obecny na uroczystości otwarcia centrum prezydent Andrzej Duda stwierdził, że niosą one wielkie nadzieje i szanse dla pacjentów. Samą inwestycję określił jako inspirujący przykład współdziałania nauki, biznesu i samorządu przy współudziale państwa.
– Nie tak dawno w tym centrum powstała już technologia, która wspomaga kardiologów interwencyjnych. Jest to system neutralizacji wirusów podczas wykonywania zabiegów ratowania życia w trakcie zawałów serca. To swego rodzaju czasza odprowadzająca powietrze, w którym może znajdować się wirus groźny dla zdrowia zarówno personelu, jak i pacjenta – mówi prof. Marek Gzik.
– W Polsce obserwujemy nieustanny rozwój innowacji, czego przykładem jest niewątpliwie otwarte właśnie Europejskie Centrum Innowacyjnych Technologii dla Zdrowia – projekt unikatowy nie tylko w skali naszego kraju, ale także Europy – dodaje Marcin Bruszewski, dyrektor generalny Philips Health Systems Polska. – Nowoczesny szpital dziś już istnieje, ale wciąż jest niezsynchronizowany, niepołączony. Zadaniem takich miejsc jak EHTIC jest połączenie wiedzy, doświadczeń i rozwiązań technologicznych, tak aby te rozproszone jeszcze elementy stanowiły jeden, dobrze funkcjonujący system. Naszą misją jest to, żeby właśnie poprzez technologię zapewniać pacjentom lepszą jakość życia.
Europejskie Centrum Innowacyjnych Technologii dla Zdrowia to inwestycja, której koszt sięgnął 110 mln zł. W ramach projektu powstał budynek laboratoryjny wyposażony w nowoczesną aparaturę naukowo-badawczą. Około 72 mln zł na ten cel pochodziło ze środków unijnych, 18 mln zł zainwestował Philips, a kolejne 20 mln zł dołożyły Zabrze oraz Politechnika Śląska.
– Wyjątkowość tego miejsca to jego lokalizacja w Zabrzu – mieście, w którym funkcjonuje Śląski Uniwersytet Medyczny, Śląskie Centrum Chorób Serca i wiele instytutów badawczych działających w obszarze technologicznego wspomagania medycyny. Tu mieści się też Wydział Inżynierii Biomedycznej Politechniki Śląskiej, a zatem mamy pewien ekosystem innowacji, które są wdrażane do praktyki medycznej – mówi prof. Arkadiusz Mężyk.
– Wyjątkowość tego miejsca polega także na tym, że będą tu skupione najnowsze technologie. Pozyskany partner, jakim jest firma Philips, gwarantuje dostęp do najnowocześniejszej aparatury medycznej i technologii informatycznych, co jest niezmiernie ważne, bo przyszłość medycyny jest dziś związana ze sztuczną inteligencją – dodaje prof. Tomasz Szczepański.

