Miesięczne Archiwum: Styczeń, 2022
Możliwość pracy zdalnej coraz ważniejsza dla pracowników. Jej brak zniechęca kandydatów do aplikowania na takie stanowiska
W ostatnich dwóch latach na rynku pracy zaszły nieodwracalne zmiany. Pandemia przyspieszyła cyfryzację, zmieniając model pracy na zdalny lub hybrydowy. W wielu branżach stało się to normalnością i takie też są oczekiwania pracowników. Jeśli pracodawca nie daje takiej możliwości, znacznie mniej kandydatów interesuje się jego ofertą. Widać to szczególnie w sektorze nowoczesnych usług biznesowych. Kandydaci doceniają także zdalne formy rekrutacji.
Z raportu przygotowanego w 2021 roku przez Związek Liderów Sektora Usług Biznesowych (ABSL) we współpracy z The Adecco Group, Colliers i Mercer wynika, że sektor nowoczesnych usług biznesowych stanowi jeden z najważniejszych i najbardziej dynamicznie rozwijających się segmentów gospodarki Polski – zarówno w okresie przed pandemią, jak i w dobie COVID-19. W 2008 roku zatrudnionych w nim było 50 tys. osób, zaś w 2021 roku odpowiadał on za 355 tys. miejsc pracy w ponad 1,6 tys. centrach. Raport ABSL wskazuje, że główne trendy w tym roku to przyspieszenie cyfryzacji, zmiana modelu pracy na hybrydowy lub całkowicie zdalny, potrzeba poszukiwania nowych talentów oraz nacisk na rozwój kompetencji miękkich.
– Praca zdalna rok do roku cieszy się coraz większym zainteresowaniem, a globalna pandemia miała na to ogromny wpływ. Z naszych badań wynika, że ok. 30 proc. kandydatów aplikujących do sektora call center, SSC, BPO rezygnuje już z podjęcia pracy na początkowym etapie rekrutacji w momencie, kiedy dowiaduje się, że nie możliwości pracy zdalnej – mówi agencji Newseria Biznes Marta Czech, Business Unit Manager w Instytucie Rozwoju Kapitału Ludzkiego, firmie rekrutacyjno-szkoleniowej zajmującej się pośrednictwem pracy i doradztwem personalnym
Zdaniem ekspertki ten trend będzie w dalszym ciągu zyskiwać na znaczeniu. I to niezależnie od kolejnych fali pandemii.
– Nasze badania czerpiemy z analiz aktualnych procesów rekrutacyjnych. Zestawiając dane z 2021 roku do roku poprzedniego, obserwujemy, że liczba osób aplikujących na ofertę pracy w momencie, kiedy pojawiła się możliwość pracy zdalnej, wzrosła o 40 pkt proc. – mówi Marta Czech. – Mieliśmy ostatnio klienta, dla którego na pracę stacjonarną pozyskaliśmy dosłownie kilku zainteresowanych kandydatów, natomiast w przypadku, kiedy zmienił oczekiwania co do charakteru pracy, to te wyniki wzrosły 30-krotnie. Instytut Rozwoju Kapitału Ludzkiego miesięcznie prowadzi około 40 procesów dla naszych klientów i obserwujemy, że coraz częściej pracodawcy decydują się na pracę zdalną, aczkolwiek wielu z naszych klientów jeszcze cały czas w obawie o spadek efektywności swojego przedsiębiorstwa umożliwia tylko pracę stacjonarną.
Z raportu The Adecco Group wynika, że 74 proc. pracowników uważa połączenie pracy biurowej i zdalnej za najlepsze rozwiązanie. Z kolei dane Mercer, firmy doradczej m.in. z obszaru wynagrodzeń i świadczeń pracowniczych, pokazują, że w 2020 roku pracodawcy ocenili wpływ pracy zdalnej na produktywność pracowników pozytywnie – potwierdziło to aż 25 proc. polskich respondentów, a tylko 5 proc. określiło ten wpływ jako negatywny.
Sektor nowoczesnych usług dla biznesu jako jeden z pierwszych wdrażał pracę zdalną jeszcze przed pandemią. Było to możliwe dzięki rozwojowi nowoczesnych narzędzi, dostosowaniu procesów i systemów współpracy w zespołach. Jak zauważa przedstawicielka IRKL, praca zdalna niesie za sobą szereg korzyści dla obu stron rynku pracy. Przede wszystkim to duża oszczędność czasu i pieniędzy.
– Pracodawca nie inwestuje w wynajem powierzchni biurowej i przygotowanie miejsca pracy, natomiast pracownik oszczędza na dojazdach do miejsca pracy – wymienia.
Pracodawcy mogą wybierać spośród talentów z całego świata, a kandydaci mogą aplikować do międzynarodowych korporacji, do których być może wcześniej nie mieli okazji się dostać.
– Dużą korzyścią dla pracownika jest również elastyczny czas pracy ustalony z pracodawcą. Jest w stanie sam zorganizować sobie, kiedy będzie realizował zadania. Dzięki pracy zdalnej pracownicy narażeni są na mniejszy stres. Wiadomo, że praca zdalna wiąże się z wieloma obawami i negatywnym wpływem, który możemy obserwować w przypadku budowania zespołów i w przypadku np. twórczych dyskusji, burzy mózgów, wymiany informacji. To na pewno wyzwanie dla pracodawców, ale nie jest to obszar, którego nie można byłoby również ułożyć – mówi Marta Czech.
Cyfrowa transformacja na rynku pracy to również przeniesienie rekrutacji do online’u. Jak przekonuje ekspertka Instytutu Rozwoju Kapitału Ludzkiego, to w pełni wartościowe narzędzie, skuteczne i pożądane zarówno przez pracodawców, jak i pracowników.
– W dzisiejszych czasach dziewięciu na dziesięciu Polaków jest już online i tak naprawdę to praca szuka ich, a nie oni pracy. My działamy właśnie w ten sposób. Pojawiamy się we właściwych miejscach, we właściwych portalach, social mediach i jesteśmy w stanie pozyskać kandydatów, którzy jeszcze nie wiedzą o tym, że chcą zmienić pracę bądź będą chcieli nawiązać współpracę z nowym pracodawcą. Nie zauważamy żadnych zagrożeń w rekrutacji zdalnej, wręcz przeciwnie, sądzimy, że będzie się rozwijała na rynku polskim – podkreśla.
Platformy społecznościowe pod większą kontrolą w UE. Dobiegają końca prace nad nowymi regulacjami w tym zakresie
Digital Services Act, czyli kodeks usług cyfrowych, to jedna z najważniejszych regulacji dotyczących rynku usług cyfrowych, nad którą pracuje w tej chwili Unia Europejska. Nowe przepisy, które mają ukrócić dominację cyfrowych gigantów, zwiększyć ochronę użytkowników platform społecznościowych i zapewnić transparentność ich działania, mają szansę zostać przyjęte już pod koniec tego roku. – Główną motywacją do wprowadzenia tych regulacji jest poczucie Komisji Europejskiej, że sposób, w jaki obecnie funkcjonują duże platformy internetowe, jest po prostu szkodliwy dla obywateli i należy coś z tym zrobić – mówi Dorota Głowacka, prawniczka z Fundacji Panoptykon.
Digital Services Act to – obok aktu o rynkach cyfrowych (Digital Markets Act) i rozporządzenia o sztucznej inteligencji (Artificial Intelligence Act) – jedna z najważniejszych regulacji w obszarze nowych technologii, nad którymi pracuje UE.
– Od ubiegłego roku w instytucjach unijnych trwają prace nad aktem o usługach cyfrowych – Digital Services Act, który ma wprowadzić nowe regulacje dla funkcjonowania platform internetowych. Najprawdopodobniej na początku tego roku – jest duża szansa, że jeszcze w tym miesiącu – nad swoim stanowiskiem w tej sprawie będzie głosował Parlament Europejski. Zakładamy, że cały ten rok to będą dalsze negocjacje pomiędzy Parlamentem Europejskim, Komisją Europejską i Radą UE. Prawdopodobnie pod koniec tego roku lub na początku przyszłego te przepisy zostaną ostatecznie przyjęte – mówi agencji Newseria Biznes Dorota Głowacka.
Jesienią 2020 roku Komisja Europejska ogłosiła konsultacje społeczne, których celem było podsumowanie wszystkich problemów związanych z rosnącą pozycją cyfrowych gigantów. Chodzi głównie o tzw. GAFAM, czyli wielką piątkę – Google, Amazon, Facebook, Apple i Microsoft. W konsultacjach wzięło udział w sumie ok. 3 tys. podmiotów, a ich efektem był opublikowany w połowie grudnia 2020 roku projekt Digital Services Act (kodeks usług cyfrowych).
Nowa regulacja ma przede wszystkim w większym stopniu chronić konsumentów przed dominacją cyberkorporacji i odpowiedzieć na główne problemy społeczno-ekonomiczne związane z działaniem globalnych platform internetowych – od mikrotargetowania, przez dezinformację, po utrudnianie konkurencji.
– Głównym powodem, dla którego w ogóle podjęto prace nad nowymi przepisami w tym zakresie, jest działalność międzynarodowych, globalnych firm internetowych, które mają dominującą pozycję na rynku mediów społecznościowych. To przede wszystkim ich będą dotyczyć te przepisy, choć nie tylko. Projekt Digital Services Act różnicuje bowiem poziom obowiązków w zależności od wielkości podmiotu, którego ma dotyczyć. Te największe platformy, powyżej 45 mln użytkowników, będą miały znacznie dalej idące obowiązki niż mniejsze, krajowe platformy e-commerce – wyjaśnia prawniczka z Fundacji Panoptykon.
Projekt Digital Services Act od samego początku budzi ogromne zainteresowanie nie tylko cyfrowych gigantów spod znaku GAFAM, ale też m.in. organizacji działających na rynku cyfrowym, stowarzyszeń walczących z mową nienawiści, mniejszych dostawców usług internetowych i wydawców prasowych. O skali tego zainteresowania świadczy to, że w trakcie prac nad kształtem nowej regulacji do Komisji Rynku Wewnętrznego i Ochrony Konsumentów w PE (IMCO) wpłynęło aż 2,2 tys. poprawek i uwag, które w sumie zmieściły się na ponad 1,3 tys. stron.
Projekt przedstawiony finalnie przez Komisję Europejską obejmuje różne aspekty funkcjonowania cyfrowych gigantów. Te najważniejsze dotyczą m.in. algorytmów, które odpowiadają za personalizowanie i rekomendowanie treści na Facebooku, YouTubie i innych platformach. W tej chwili odpowiada za to sztuczna inteligencja, „karmiona” danymi użytkowników (wiek, płeć, zamieszkanie, zainteresowania, cechy osobowościowe, preferencje etc.). Jej zadaniem jest zmaksymalizowanie czasu spędzanego przez nich na danej platformie, aby obejrzeli jak najwięcej reklam, a przy tym wygenerowali jeszcze więcej danych, które będą dalej napędzać algorytmy reklamowe.
– Przepisy, które rzeczywiście mogą najwięcej zmienić z punktu widzenia użytkowników, dotyczą właśnie systemów rekomendacyjnych i systemów reklamowych platform. Projekt Komisji wprowadza różne dodatkowe obowiązki dotyczące transparentności, czyli obowiązku wyjaśnienia przez platformę logiki działania swoich systemów i pewnych indywidualnych decyzji, czyli np. dlaczego widzę daną reklamę – mówi Dorota Głowacka.
W ocenie wielu ekspertów propozycje zawarte w Digital Services Act, które dotyczą działania algorytmów na platformach, są nadal zbyt ograniczone i nie zapewnią wystarczającej ochrony użytkownikom. Dlatego we wrześniu 2020 roku 50 organizacji społecznych z całej Europy – w tym też Fundacja Panoptykon – w liście otwartym do europosłów zaapelowało o to, żeby zawrzeć w DSA mechanizmy, które pozwolą poddać algorytmy na platformach większej kontroli. Jak podkreśliły, nie będzie już ku temu lepszej okazji niż trwające właśnie prace nad nowymi przepisami.
– Chcielibyśmy, żeby prawo nakładało na platformy ograniczenia w zakresie eksploatacji danych. Dzięki temu niemożliwe byłyby te najbardziej inwazyjne praktyki, zakładające przykładowo, że do wyświetlenia rozmaitych treści platformy wykorzystują takie dane, które mogą zdradzać nasze cechy wrażliwe, słabości etc. – wyjaśnia ekspertka Fundacji Panoptykon.
W kontekście Digital Services Act duże zainteresowanie budzą nie tylko algorytmy, ale i nowe zasady moderacji treści na platformach takich jak Facebook czy Twitter, które dzisiaj działają tylko według własnych, wewnętrznych regulaminów i blokują niektóre treści wedle własnego uznania. Nowa regulacja ma ukrócić tę arbitralność i stworzyć możliwość odwołania się od takiej decyzji.
– To jest próba wzmocnienia użytkowników, którzy zostali zablokowani przez platformy – tłumaczy Dorota Głowacka. – Dzisiaj prawo tego nie reguluje. Natomiast akt o usługach cyfrowych przewiduje, że tacy użytkownicy będą musieli, po pierwsze, zostać odpowiednio poinformowani o tym, że zostali zablokowani i dlaczego. Będą też mieli prawo odwołać się od tej decyzji, platforma ma obowiązek stworzyć im dostęp do takiego systemu. Ponadto projekt przewiduje utworzenie niezależnych organów, które będą rozpoznawały odwołania tych użytkowników, którzy nie będą zadowoleni z ostatecznej decyzji platformy. Czyli krótko mówiąc: to są rozwiązania, które rzeczywiście mogą przyczynić się do tego, że decyzje moderacyjne platform będą zapadały w sposób bardziej przejrzysty.
Prawniczka Fundacji Panoptykon wskazuje, że DSA przewiduje także stworzenie instytucjonalnego systemu nadzoru nad cyfrowymi gigantami, czyli w praktyce powołanie nowych organów, które będą rozliczać platformy z tego, czy i jak przestrzegają postanowień aktu.
– To będą instytucje działające zarówno na poziomie krajowym, jak i międzynarodowym. W pewnym zakresie nadzór nad działalnością platform ma też sprawować sama Komisja. Oprócz tego przewidziano system sankcji za niewypełnianie zobowiązań, które będą wynikały z aktu o usługach cyfrowych. I oczywiście najbardziej dotkliwą formą będą sankcje finansowe, sięgające nawet 6 proc. obrotów – mówi Dorota Głowacka. – Digital Services Act wprowadza również udogodnienia, które pozwolą badaczom, dziennikarzom i organizacjom takim jak nasza ubiegać się o dostęp do danych. To jeden z takich mechanizmów, które docelowo po prostu ułatwią rozliczanie platform z tego, w jaki sposób funkcjonują.
Rekordowy rok dla rynku finansowania społecznościowego. Branża czeka na nowe regulacje
Od listopada 2021 roku rynek usług crowdfundingowych jest pod względem regulacyjnym pełnoprawną częścią rynku finansowego w Unii Europejskiej. Unijne rozporządzenie ma na celu profesjonalizację tego segmentu i zwiększenie pewności dla uczestników rynku. Polskie podmioty czekają na przyjęcie krajowej ustawy, która wdroży unijne prawo. Jedną z ważniejszych zmian jest zwiększenie limitów pozyskiwanego finansowania – docelowo do 5 mln euro. Platformy crowdfundingowe czeka szereg zmian.
Crowdfunding to jedna z najszybciej rozwijających się alternatywnych metod finansowania nowych inicjatyw gospodarczych na rynku prywatnym. Z raportu „Crowdfunding udziałowy 3.0” przygotowanego przez Związek Przedsiębiorstw Finansowych i Uniwersytet Ekonomiczny we Wrocławiu wynika, że przez prawie 10 lat istnienia rynku finansowania społecznościowego w Polsce, czyli do końca października 2021 roku, start-upy pozyskały prawie 292 mln zł z emisji udziałów i akcji w ramach crowdfundingu udziałowego. W ciągu 10 miesięcy ubiegłego roku na pozyskanie kapitału w tej formie zdecydowały się 82 spółki, a jego wartość wyniosła 115 proc. wolumenu z 2020 roku, przy czym 12 emisji nie było jeszcze zakończonych, a na uruchomienie oczekiwało ponad 40 nowych.
– Crowdfunding jest narzędziem pozyskiwania finansowania, które dosyć dynamicznie rośnie na polskim rynku. W 2021 roku ok. 100 przedsiębiorstw sięgnie po finansowanie w formie crowdfundingu udziałowego. Jest to wzrost o kilkadziesiąt procent w stosunku do poprzedniego roku – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Kowcun, dyrektor ds. rozwoju biznesu firmy Crowdway.
Crowdway to działająca na polskim rynku od 2015 roku platforma typu crowd, która wspiera rozwój projektów innowacyjnych i przedsięwzięć na etapie szybkiego wzrostu.
– Dla naszej platformy wzrost też wynosi blisko 100 proc., bo w zeszłym roku zrealizowaliśmy 12 projektów, czyli wsparliśmy 12 spółek w pozyskaniu finansowania. W tym roku tych spółek będzie 21 – mówi Tomasz Kowcun.
Po 11 miesiącach 2021 roku suma środków zebranych w crowdfundingu udziałowym przez spółki współpracujące z Crowdway przekroczyła 35 mln zł. Ubiegły rok upłynął pod znakiem biznesów online, spółek konopnych i kraftowych. Wśród dużych emisji przeprowadzonych były m.in. spółka CanPoland, która na początku 2021 roku zebrała 4,4 mln zł w 11 min. Pod koniec roku z kolei Kombinat Konopny SA – spółka specjalizująca się w uprawie i przetwórstwie konopi włóknistych – zebrała 4,5 mln zł w ciągu siedmiu minut.
Wzrost popularności crowdfundingu wymusił konieczność ujednolicenia zasad jego funkcjonowania na terenie Unii Europejskiej. Nowa regulacja wspólnotowa, czyli tzw. rozporządzenie ECSP, obejmuje platformy crowdfundingowe szeregiem nowych obowiązków, zbliżających ich funkcjonowanie do działania firm inwestycyjnych. Wprowadziło m.in. wymóg uzyskania przez nie licencji. Ma to ułatwiać dostęp do kapitału dla podmiotów ubiegających się o finansowanie, zapewniając wysoki poziom ochrony inwestorów, stabilność rynku oraz możliwość transgranicznego świadczenia usług. W Polsce stosowanie unijnych regulacji ma zapewnić ustawa o finansowaniu społecznościowym dla przedsięwzięć gospodarczych.
– Czekamy na zatwierdzenie ustawy, która w praktyce pozwoli stosować to rozporządzenie, czyli umożliwi platformom ubieganie się o licencję, która pozwoli w pełni na korzystanie z tych praw – zauważa ekspert Crowdway. – Regulacje w mojej ocenie zmierzają w dobrym kierunku, nakładają na platformy crowdfundingowe dodatkowe obowiązki, rozróżniając inwestora doświadczonego i niedoświadczonego. Na tej podstawie będą kierowane oferty adekwatne do poziomu ryzyka.
Projekt polskiej ustawy o finansowaniu społecznościowym przewiduje zmianę ustawy o ofercie publicznej, której celem jest podwyższenie progu dla obowiązku prospektowego.
– Z punktu widzenia przedsiębiorstw zasadniczą zmianą jest zwiększenie limitów, które pozwolą pozyskiwać większy kapitał. W okresie przejściowym wzrosną one z 1 mln euro dotychczas do 2,5 mln euro, a po listopadzie 2023 roku spółki będą mogły się ubiegać o finansowanie nawet do równowartości 5 mln euro – precyzuje przedstawiciel platformy crowdfundingowej.
Projekt przewiduje również wyznaczenie Komisji Nadzoru Finansowego jako organu właściwego do wydawania zezwoleń na prowadzenie działalności regulowanej rozporządzeniem ECSP.
– Art. 48 ust. 1 rozporządzenia 2020/1503 umożliwia kontynuowanie świadczenia usług finansowania społecznościowego zgodnie z obecnie obowiązującym prawem krajowym do 10 listopada 2022 roku lub do dnia uzyskania zezwolenia, w zależności od tego, co nastąpi wcześniej – brzmi fragment stanowiska KNF z początku listopada br.
Zdaniem Tomasza Kowcuna wejście nowych przepisów w życie będzie miało pozytywny wpływ na rynek, ponieważ profesjonalizuje działanie platform crowdfundingowych. Dziś uzupełnieniem reguł postępowania działalności crowd w Polsce są Zasady Dobrych Praktyk Operatorów Platform Crowdfundingowych, opracowane przez ZPF wspólnie z polskimi platformami.
– Pozwoli to wyeliminować podmioty, które dopiero się rozwijają, są często wątpliwej reputacji i jeszcze bez uzasadnionych sukcesów biznesowych. Będzie to szło w kierunku większej przejrzystości dotyczącej kwalifikacji projektów, które będą mogły ubiegać się o finansowanie społecznościowe – wyjaśnia dyrektor ds. rozwoju biznesu w Crowdway. – Nowe prawo będzie nakładało dodatkowe restrykcje dotyczące dopasowania inwestorów i ofert do nich, wprowadzając również szereg zmian, które będą zapewniały ciągłość działania platformy. Czyli nawet w ekstremalnym wypadku, jeżeli platforma by upadła, to musi zapewnić możliwość kontynuacji dostępu inwestorom do danych i transakcji, których się podjęli historycznie.
Jak podkreśla, platformę Crowdway w wyniku wprowadzenia nowych regulacji też czekają zmiany.
– Będziemy dalej kierować się tym, żeby projekty, które są wspierane przez Crowdway, miały zarówno potencjał biznesowy, jak i szanse na skuteczną realizację kampanii crowdfundingowej – wyjaśnia Tomasz Kowcun. – Będziemy też wprowadzali nowe narzędzia, nową stronę i nowe funkcjonalności, które ułatwią inwestorom możliwość dostępu do danych, kontaktowania się ze spółkami etc., żeby poziom relacji inwestorskich wzrastał. Identyfikujemy to jako rzecz, którą należałoby poprawić na całym rynku kapitałowym.
Możliwości pozyskiwania kapitału poprzez crowdfunding były tematem debaty w czasie jednego z ostatnich Thursday Gathering. To cykliczne wydarzenie, które Fundacja Venture Café Warsaw wraz z partnerami organizuje w każdy czwartek w Varso na ul. Chmielnej w Warszawie. Celem wydarzeń jest integracja społeczności innowatorów, inwestorów, przedsiębiorców, twórców, studentów i budowa silnego ekosystemu dla rozwoju innowacji.
Boom na technologie w edukacji. Rynek ten przyciąga coraz większy kapitał
– To, co dzisiaj najbardziej przyciąga inwestorów do branży edtechowej, to ogromny potencjał zmiany, która jest nieuchronna i która nastąpi w najbliższych latach. Ten, kto jeszcze o tym nie zaczął myśleć, już jest spóźniony – uważa Jarosław Sroka, koordynator programu InCredibles Sebastiana Kulczyka. Raport przygotowany przez Fundację Startup Poland przy współpracy z InCredibles stwierdza, że w Polsce na razie zainteresowanie innowacjami w edukacji nie jest duże, zarówno ze strony szkół, jak i inwestorów, ale to się będzie zmieniać w kolejnych latach.
Z danych przytaczanych w raporcie „Czy polskie spółki EdTech mają szansę odmienić oblicze swojej edukacji?” wynika, że w 2020 roku fundusze venture capital zainwestowały ponad 10 mld dol. w start-upy z sektora edtech. To dwa razy więcej niż w 2019 roku. Również europejski rynek dostał w ostatnich latach duży zastrzyk kapitału, osiągając rekordową kwotę 711 mln dol. w 2020 roku. To 13 razy więcej niż w 2013 roku. Polska również osiągnęła rekordowe wyniki m.in. dzięki Brainly, który pozyskał 81 mln dol. i jest największą na świecie platformą społecznościową, która pomaga w edukacji uczniów.
Zainteresowanie inwestorów sprawia, że globalna wartość branży edtech w zaledwie dekadę (2015–2025) wzrośnie ze 105 mld do 350 mld dol., a dostarczane innowacje będą nadal przekształcać krajobraz edukacyjny na niezliczone sposoby.
– Wyzwanie jest ogromne, bo jak dzisiaj myśleć poważnie o nowym systemie edukacji w świecie, którego nie jesteśmy w stanie zdefiniować za pięć czy dziesięć lat. Ta deskryptywność musi być pobudzona w myśleniu o nowym systemie edukacji, który nie może się ograniczać wyłącznie do nowej formy kontaktu między szkołą a uczniem, czyli wykorzystania Teamsów czy Zooma. Chodzi o coś zupełnie innego: o stworzenie nowych kompetencji, które pozwolą uczniom zaistnieć w konkurencyjnej, globalnej przyszłości – mówi agencji Newseria Biznes Jarosław Sroka. – Wydaje mi się, że przetwarzanie, pozyskiwanie wiedzy przez uczniów, a nawet jej zapominanie będzie się opierać na zupełnie nowych zasadach. Jeżeli to pominiemy w myśleniu o branży edtechowej czy w ogóle o systemie edukacji, to jesteśmy na straconej pozycji.
Jak podkreślają eksperci, przed polską branżą edtechową jest kilka lekcji do odrobienia. Przede wszystkim start-upy powinny się nauczyć aktywnej komunikacji ze szkołami i rodzicami, przekonywać ich do nowoczesnych rozwiązań i pokazywać korzyści z ich stosowania w edukacji dzieci. Drugim obszarem jest komunikacja z inwestorami.
Polscy inwestorzy na razie ostrożnie podchodzą do finansowania tego sektora. Większość krajowych edtechów pozyskuje finansowanie od zagranicznych podmiotów. Z danych PFR Ventures podsumowujących inwestycje VC w 2020 roku wynika, że edtech był stosunkowo niszowym obszarem inwestycji i nie znalazł się w topowych sektorach pod względem poziomu finansowania. To o tyle dziwne, że ubiegły rok to okres boomu na technologie w edukacji. Potwierdzają to dane zawarte w raporcie Brighteye Ventures, które przywołuje publikacja Fundacji Startup Poland. Mniej więcej 50 proc. czasu przeznaczonego na edukację w 2020 roku to nauka za pomocą narzędzi cyfrowych, a jedynie niespełna 5 proc. wydatków na edukację zostało przeznaczonych na takie rozwiązania. 95 proc. wydatków przypadło na naukę tradycyjną. Autorzy raportu „Czy polskie spółki EdTech mają szansę odmienić oblicze swojej edukacji?” oceniają, że to będzie się zmieniać w kolejnych latach, kiedy fundusze VC w Polsce w większym stopniu dostrzegą potencjał branży.
– Zasady funkcjonowania tradycyjnej szkoły na pewno powinny już odejść w zapomnienie. Mamy tutaj bardzo szeroki zakres potencjalnych inwestycji, od ściśle infrastrukturalnych po stworzenie kompletnie nowej koncepcji uczenia się w oparciu o to, czego jeszcze tak naprawdę nie wiemy. To jest największym wyzwaniem – tłumaczy koordynator programu InCredibles Sebastiana Kulczyka. – Nie chodzi o to, żeby uczeń pozyskiwał w stary sposób starą wiedzę wyłącznie w oparciu o nowoczesne narzędzia komunikacji ze szkołą. Wykluczenie cyfrowe de facto pojawia się po obu stronach biurka, a kwestia infrastruktury na pewno jest bardzo dużym wyzwaniem.
Brak chipów uderzy w coraz więcej branż. Okres przestoju może potrwać dwa–trzy lata
Problem z niedoborem chipów na globalnym rynku uderzył najpierw w branżę motoryzacyjną, powodując przestoje w fabrykach samochodów i zmuszając koncerny do ograniczenia produkcji. W efekcie, według ACEA, w samej Europie sprzedaż nowych samochodów spadła o nawet kilkadziesiąt procent. Kryzys rozlał się już także na inne branże, w tym m.in. na producentów komputerów. Rynkowi eksperci wskazują zaś, że wytwórcy chipów będą potrzebować nawet kilku lat, żeby w pełni odpowiedzieć na ogromny popyt, który wciąż rośnie. – Musimy czekać, aż na rynku pojawią się nowi producenci. Ten okres przestoju, niedopasowania podaży do popytu powinien trwać dwa–trzy lata – prognozuje założyciel Walletmor Wojciech Paprota.
– Problem związany z brakiem chipów wynika z bardzo podstawowej zasady, jaka rządzi ekonomią od zarania dziejów, czyli niedopasowania podaży do popytu – mówi agencji Newseria Biznes Wojciech Paprota. – Większość chipów jest produkowana w Chinach. W momencie, kiedy tam został wprowadzony bardzo twardy lockdown, fabryki stanęły nawet na kilka miesięcy i pokończyły się im wszystkie zapasy. Na to nałożył się zwiększony popyt ze strony producentów, ponieważ coraz bardziej odchodzimy od technologii spalania węgla i przestawiamy się na bycie eko, na czerpanie energii ze źródeł odnawialnych, co też pociąga za sobą większe zapotrzebowanie na chipy.
Pandemia COVID-19 z jednej strony wywołała skokowy wzrost zapotrzebowania na elektronikę – od laptopów i komputerów, przez konsole do gry, po roboty przemysłowe. Z drugiej strony producenci układów scalonych, które są niezbędne do produkcji elektroniki, mierzyli się z dużymi utrudnieniami w działalności, związanymi m.in. z lockdownami i przerwami w zaopatrzeniu. Te problemy ciągną się do dziś, a do ich pogłębienia przyczynił się też wewnętrzny kryzys energetyczny w Chinach. Wynika on z deficytu węgla, który powoduje niedobory energii elektrycznej i paraliż produkcji przemysłowej.
– Kiedy mamy brak możliwości zasilania danej fabryki poprzez węgiel, to może ona działać tylko trzy dni w tygodniu, a nie pięć czy sześć, jak to działo się wcześniej. To akurat ma mało wspólnego z pandemią, a dotyczy polityki międzynarodowej Chin, ale oczywiście pandemia dołożyła swoje trzy grosze – mówi założyciel Walletmor, spółki produkującej implanty płatnicze. – W efekcie fabryki nadal nie są w stanie dobić do tego poziomu, gdzie faktycznie byłyby w stanie zaopatrzyć wszystkich potencjalnych klientów.
Tak zwany chip shortage dodatkowo zaostrza się od ponad roku, od kiedy zaczęło się postpandemiczne odbicie w gospodarce, które pociągnęło za sobą wzrost popytu. Kryzys związany z brakiem chipów uderzył najpierw w branżę motoryzacyjną, powodując przestoje w fabrykach samochodów i zmuszając firmy takie jak General Motors i Ford do ograniczenia produkcji. W efekcie, jak podaje Europejskie Stowarzyszenie Producentów Samochodów (ACEA), w październiku ub.r. sprzedaż nowych aut w UE spadła aż o 30,3 proc. i to w porównaniu z analogicznym okresem 2020 roku, który przypadał w środku pandemii. Z kolei w listopadzie ub.r. rejestracje nowych samochodów osobowych w UE spadły już piąty miesiąc z rzędu – o 20,5 proc., do nieco ponad 713 tys. sztuk. W ujęciu ilościowym ten wynik był najgorszy od listopada 1993 roku.
– Problem braku dostępności chipów na światowym rynku jest duży, ale nie ogromny. Pamiętajmy, że obecnie mamy tysiące rodzajów różnych chipów. Inne są wykorzystywane do produkcji implantu płatniczego, inne w telefonach czy komputerach, a jeszcze inne do produkcji deski rozdzielczej w samochodzie i całego komputera pokładowego. Tak więc jedne branże i producenci mogą w ogóle nie odczuwać takiego problemu, a inni mogą go odczuwać na bardzo dużą skalę – mówi Wojciech Paprota.
W tej chwili kryzys, który zaczął się od motoryzacji, rozlał się już także na inne branże, w tym m.in. na producentów komputerów PC. Rynkowi eksperci wskazują zaś, że wytwórcy chipów będą potrzebować nawet kilku lat, żeby w pełni odpowiedzieć na zwiększony, ogromny popyt.
– Tak naprawdę jedyną sensowną odpowiedzią jest to, żeby po prostu czekać. Nie tylko na to, aby fabryki wróciły do normy, ale również na to, żeby na tym rynku pojawiły się po prostu nowe podmioty. Taka równowaga prędzej czy później się tworzy – mówi założyciel Walletmor. – Ten okres przestoju, niedopasowania podaży do popytu w globalnych, stosunkowo dużych branżach powinien trwać nie dłużej niż dwa czy trzy lata.
Cytowany przez Bloomberga C.C. Wei, szef tajwańskiego TSMC, czyli największego na świecie producenta układów scalonych, do którego należy ponad połowa globalnego rynku, zapowiedział, że firma intensywnie pracuje nad zwiększeniem mocy produkcyjnych. Na rozbudowę swoich fabryk w ciągu trzech lat zamierza przeznaczyć ok. 100 mld dol.
– W dzisiejszych czasach, kiedy chip jest w każdym urządzeniu elektronicznym, ciężko mówić o jakimkolwiek innym rozwiązaniu, które mogłoby te chipy zastąpić. Na dzisiaj nie ma nic, co mogłoby być alternatywą – mówi Wojciech Paprota.
Banki coraz bardziej skupione na zielonych inwestycjach. Pieniądze z sektora publicznego będą niewystarczające
Kolejne lata nowej perspektywy finansowej UE będą upływać pod znakiem zielonych inwestycji. Jedna trzecia europejskich funduszy ma być przeznaczana na cele związane z polityką klimatyczną. Jednak środki z UE i pieniądze publiczne nie wystarczą, by zrealizować ogromne przedsięwzięcie, jakim jest zielona transformacja. – Potrzebny jest pieniądz rynkowy i takie środki finansowe ze strony instytucji finansowych, jak banki, będą płynęły – zapowiada Jerzy Kwieciński, wiceprezes zarządu Banku Pekao SA. Jak podkreśla, finansowanie zielonej transformacji w Polsce powinno jednak uwzględniać specyficzną sytuację związaną z dużym udziałem węgla w miksie energetycznym.
– Widzimy bardzo duże zainteresowanie zielonymi inwestycjami ze strony biznesu i to nie tylko tego, który zajmuje się stawianiem farm fotowoltaicznych czy wiatrowych. Widzimy też zainteresowanie m.in. ze strony przemysłu czy firm działających w branży energetycznej, żeby zmniejszać swój ślad węglowy, zwiększać efektywność energetyczną i inwestować w odnawialne źródła energii. To jest zainteresowanie finansowaniem komercyjnym. I my jesteśmy na to przygotowani. Bank Pekao SA przyjął specjalną strategię ESG, która zakłada m.in. przeznaczenie co najmniej 30 mld zł w najbliższych czterech latach właśnie na inwestycje związane z polityką klimatyczną. Myślę, że w praktyce te środki mogą być nawet większe – zapowiada w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jerzy Kwieciński.
ESG to akronim od angielskich słów environmental, social i governance. Inwestowanie ESG oznacza więc taki sposób lokowania kapitału, który poza zyskiem uwzględnia też czynniki środowiskowe, społeczną odpowiedzialność biznesu i ład korporacyjny (np. to, w jaki sposób firma neutralizuje swoje emisje CO2, jaki ma wpływ na środowisko i jak współpracuje z lokalnymi społecznościami).
Rosnący wpływ ESG na rynek finansowy pokazuje m.in. badanie, które firma doradcza PwC przeprowadziła wśród inwestorów, przedstawicieli spółek giełdowych i rad nadzorczych w Polsce („ESG – miecz Damoklesa czy szansa na strategiczną zmianę?”). Wynika z niego, że 43 proc. spółek giełdowych ma już zintegrowaną strategię biznesową i zrównoważonego rozwoju. Kwestie ESG już dziś wpływają na wycenę spółek – połowa inwestorów je dostrzega, a prawie 1/3 ma wypracowaną politykę w zakresie monitorowania spółek pod kątem ESG. Blisko 30 proc. inwestorów jest też skłonnych obniżyć swoją wycenę lub wycofać się z inwestycji, jeżeli ryzyka związane z ESG są zbyt wysokie. W swojej analizie PwC zauważa też, że skala zaangażowania banków w projekty o zrównoważonym ratingu ESG będzie wpływać na popyt wśród inwestorów posiadających akcje banków, a w konsekwencji na giełdowe wyceny walorów sektora bankowego.
– Na rynkach finansowych widzimy całkowicie nowe podejście, również w stosunku do banków. Po pierwsze, mamy coraz więcej środków finansowych przeznaczonych na zrównoważone, zielone inwestycje. Po drugie, oczekiwania agencji ratingowych i różnego rodzaju instytucji finansowych są takie, żeby jak najwięcej pieniędzy kierować właśnie na tego typu przedsięwzięcia – mówi wiceprezes Banku Pekao SA.
Od marca 2021 roku unijne rozporządzenie SFDR (2019/2088) zobowiązuje inwestorów finansowych do uwzględnienia ryzyk wynikających z ESG oraz wpisania zagadnień ESG w swoje strategie inwestycyjne. Trend zrównoważonego inwestowania i zielone inwestycje zyskują na popularności już od dobrych kilku lat. Według danych Bloomberga przytaczanych w raporcie „Zielone finanse w Polsce 2021”, opracowanym m.in. przy współudziale UN Global Compact Network Poland, na koniec 2021 roku wartość aktywów o zrównoważonym profilu powinna osiągnąć prawie 40 bln dol., a do końca 2025 roku będzie to już 53 bln dol., czyli ok. 1/3 wszystkich globalnych aktywów finansowych.
– Społeczeństwa na całym świecie coraz silniej interesują się zrównoważonym rozwojem, ten zrównoważony rozwój jest podstawą polityki społeczno-gospodarczej – mówi Jerzy Kwieciński. – Jest to trend bardzo silnie widoczny w Unii Europejskiej. Obecna strategia gospodarcza zakłada osiągnięcie przez UE neutralności klimatycznej w 2050 roku. Mamy też wymiar krótko- i średnioterminowy, który widzimy na przykładzie obecnej perspektywy finansowej. Zakłada ona przeznaczenie ok. 1/3 wszystkich środków w ramach polityki spójności i Europejskiego Planu Odbudowy właśnie na cele związane z polityką klimatyczną.
Jak wskazuje, w tym roku środki przeznaczone na zrównoważone inwestycje będą nawet większe, ponieważ zgodnie z wymogami Komisji Europejskiej jedna trzecia pieniędzy z Krajowego Planu Odbudowy ma zostać przeznaczona właśnie na zielone projekty. Zgodnie z szacunkami Komisji Europejskiej tylko w tej dekadzie UE będzie potrzebować dodatkowych inwestycji w wysokości 350 mld euro rocznie, aby osiągnąć cele polityki klimatycznej, a kolejne 130 mld euro będzie potrzebne na inne cele środowiskowe. Skala tych inwestycji wykracza poza możliwości sektora publicznego. Stąd konieczny jest też impuls ze strony biznesu i rynków finansowych.
– Na te wszystkie procesy potrzebne są bardzo duże środki finansowe. Te, które są przekazywane przez sektor publiczny i Unię Europejską, nie będą wystarczające. Potrzebny jest pieniądz rynkowy i takie środki finansowe ze strony instytucji finansowych, jak np. banki, będą płynęły – mówi wiceprezes zarządu Banku Pekao SA.
Mimo braku sztywnych wytycznych legislacyjnych w tym zakresie sektor bankowy – który w Polsce jest głównym źródłem finansowania dla przedsiębiorstw – już uwzględnia czynniki ESG w polityce kredytowej. Część banków całkiem wycofała się lub wprowadziła ograniczenia w finansowaniu tych branż i przedsiębiorstw, których działalność nie pokrywa się z planem zielonej transformacji gospodarki. To oznacza, że czynniki ESG, które są dziś głównym kryterium zrównoważonego rozwoju przedsiębiorstw, mają też coraz większe przełożenie na ich rentowność. Firmy, które nie przyłożą do nich odpowiedniej wagi, muszą się liczyć z utrudnionym i droższym dostępem do kapitału.
– Polsce zależy jednak na tym, żeby uwzględnić specyfikę naszej gospodarki, która jest silnie oparta na węglu. Będziemy potrzebowali okresu przejściowego, w ramach którego chcemy zmniejszać emisję gazów cieplarnianych i CO2 poprzez wykorzystywanie gazu. I chcemy, żeby na poziomie unijnym było to uznane. Zabiegamy też o to, żeby energetyka jądrowa została uznana jako nieszkodliwa dla środowiska, dla polityki klimatycznej – mówi Jerzy Kwieciński.

