Miesięczne Archiwum: Marzec, 2022
W Europie rozpoczyna się nowy wyścig zbrojeń. Prof. Soroka: To szansa dla polskiego przemysłu obronnego
Sejm przyjął w piątek rządowy projekt ustawy o obronie Ojczyzny, który zakłada m.in. podniesienie wydatków na obronność, zwiększenie liczebności Wojska Polskiego i odtworzenie systemu rezerw. Polski Instytut Ekonomiczny zauważa jednak, że – choć w ostatnich latach polskie wydatki na ten cel oscylowały wokół 2,2 proc. PKB – to tylko niewielka ich część była faktycznie przeznaczana na modernizację wojska. Dlatego teraz Polska będzie musiała wydawać znacznie więcej na sprzęt i modernizację swojej armii. Podobne plany ma już wiele europejskich państw, które w ostatnich latach zaniedbywały wydatki na obronność. – Te deklaracje to szansa dla polskich firm zbrojeniowych – wskazuje prof. Paweł Soroka z Polskiego Lobby Przemysłowego.
– Jeszcze pod koniec poprzedniej dekady zapadła decyzja, żeby w ramach Paktu Północnoatlantyckiego i Unii Europejskiej nakłady na obronność podnieść do 2 proc. PKB. Jednak ten pułap długo nie był osiągnięty – mówi prof. Paweł Soroka, koordynator Polskiego Lobby Przemysłowego i pracownik naukowy Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach. – Teraz jest niezbędne, żeby w najbliższym czasie wydawać na obronność minimum te 2 proc. Myślę, że ten procent nawet wzrośnie, że zapadną jeszcze kolejne decyzje o zwiększaniu wydatków na obronność. Mówi się, że w Polsce ma sięgnąć nawet 3 proc. PKB. I myślę, że państwa wschodniej flanki NATO pójdą w tym kierunku.
Państwa członkowskie NATO są zobowiązane do wydawania 2 proc. PKB na wydatki militarne. Jednak kraje UE przez lata zaniedbywały ten wymóg i nie przeznaczały na zbrojenia zbyt dużych środków – średnia wynosiła ok. 1,5 proc. PKB. Według danych Sztokholmskiego Instytutu ds. Badań nad pokojem Międzynarodowym (SIPRI) taki pułap utrzymywały m.in. Niemcy, Włochy czy Hiszpania. Ciężar NATO-wskich zobowiązań był oparty głównie na USA, które wydawały na zbrojenia 3,7 proc. swojego PKB, oraz na państwach bezpośrednio graniczących z Rosją (która wg SIPRI przeznacza na zbrojenia ok. 4,3 proc. swojego PKB).
– Jeszcze przed konfliktem w Ukrainie został zarysowany taki cel, aby do 2024 roku te wydatki w krajach NATO wynosiły 2 proc. PKB. Jeszcze poprzedni prezydent USA Donald Trump cały czas się tego domagał. I jest kilka krajów, które stosunkowo niedawno już taki pułap osiągnęły, choć są to raczej kraje nieduże, jak m.in. Grecja czy Estonia i Łotwa. W tym drugim przypadku to jest o tyle zrozumiałe, że te państwa się czują zagrożone przez Federację Rosyjską – mówi koordynator Polskiego Lobby Przemysłowego.
W związku z rosyjską agresją na Ukrainę, która zapoczątkowała największy konflikt w Europie od czasów II wojny światowej, kilka państw w ostatnich tygodniach podjęło już decyzję o zwiększaniu nakładów na wydatki wojskowe. Między innymi kanclerz Republiki Federalnej Niemiec Olaf Scholz zapowiedział w końcówce lutego duże zmiany w polityce zbrojeniowej. Od 2022 roku Niemcy mają przeznaczać na zbrojenia 100 mld euro, a wydatki na armię zostaną zwiększone do 2 proc. PKB.
– Biorąc pod uwagę produkt krajowy brutto Niemiec, który jest znacznie większy niż w przypadku Polski, to będzie oznaczać znaczący wzrost wydatków na uzbrojenie i modernizację armii – mówi prof. Paweł Soroka.
Jak podkreśla, wzrost wydatków na obronność w krajach Europy – zwłaszcza na wschodniej flance NATO – przełoży się również na wzrost polskiego bezpieczeństwa.
– Szereg działań obronnych zaplanowanych w ramach NATO wymaga współdziałania, udziału wszystkich państw członkowskich. I gdyby było to konieczne, te państwa powinny – w ramach 5 art. traktatu waszyngtońskiego – przyjść nam z pomocą. Jeśli będą lepiej wyposażone, to będzie też lepsza sytuacja dla nas, to będzie wzmocnienie naszych zdolności obronnych – mówi ekspert. – Po drugie, trzeba zwrócić uwagę na programy wspólne. W ramach UE istnieje Europejska Agencja Obrony, inicjująca wspólne programy zbrojeniowe, w ramach których państwa łączą środki, łączą swój potencjał intelektualny i naukowo-techniczny przy projektowaniu i wdrażaniu do użytkowania nowych typów uzbrojenia. Tutaj w ostatnich latach też nie najlepiej się działo, te wydatki powinny być większe, ale nie były. Teraz zapadły decyzje, żeby je zwiększać. A trzeba pamiętać, że nowoczesne, precyzyjne systemy uzbrojenia są coraz droższe i słabszych państw nie stać na to, żeby projektowały i wdrażały je same.
Polski Instytut Ekonomiczny w swojej marcowej analizie wskazuje, że polskie wydatki na obronność w ostatnich latach wynosiły ok. 2,2 proc. PKB, co oznacza, że Polska wypełniła zobowiązania w ramach NATO. Jednakże tylko niewielka część tych środków jest przeznaczana na modernizację wojska. W 2020 roku wydatki majątkowe stanowiły ok. 30 proc. nakładów w łącznym budżecie Ministerstwa Obrony Narodowej, a wydatki szkoleniowe – kolejne 15,1 proc. Duży udział w budżecie MON stanowią natomiast wydatki na świadczenia pieniężne, np. emerytury dla żołnierzy (18,2 proc.), które nie przekładają się bezpośrednio na potencjał militarny.
– Polska już wcześniej sytuowała się powyżej średniej, a teraz mamy podnosić te nakłady na obronność. Jest w tej kwestii konsensus wszystkich sił politycznych w Polsce, choć musimy pamiętać, że takie wydatki zawsze odbywają się kosztem innych – mówi prof. Paweł Soroka.
11 marca Sejm przyjął już rządowy projekt ustawy o obronie Ojczyzny, który teraz ma trafić do Senatu. Nowa ustawa zakłada m.in. zwiększenie wydatków obronnych do 3 proc. PKB w 2023 roku, zwiększenie liczebności Wojska Polskiego i odtworzenie systemu rezerw. Jej głównym celem jest wzmocnienie polskiej armii zarówno pod względem organizacyjnym, jak i w zakresie pozyskiwania nowoczesnych systemów uzbrojenia.
Ekspert Polskiego Lobby Przemysłowego wskazuje też, że deklaracje państw Europy i NATO dotyczące zwiększania nakładów na wyposażenie i modernizację armii to szansa na rozwój dla polskich firm zbrojeniowych – zarówno prywatnych, jak i państwowych, skupionych w Polskiej Grupie Zbrojeniowej.
– Trzeba zrobić wszystko, żeby – w tej zmienionej sytuacji geopolitycznej i w kontekście rosyjskiej agresji na Ukrainę – wszelkie nowe kontrakty na zakup uzbrojenia przewidywały duży udział polskiego przemysłu obronnego. Jest taka stara zasada, która dotąd Polski nie dotyczyła, że 70 proc. uzbrojenia powinno być produkowane w kraju. Natomiast pozyskiwanie tego uzbrojenia, które my musimy kupić – jak np. rakiety dla systemu Narew – powinno wiązać się z transferem technologii, żebyśmy mogli później ten sprzęt eksploatować, remontować i modernizować. To by bardzo unowocześniło nasz przemysł obronny – wskazuje prof. Paweł Soroka.
Zielona transformacja jest tańsza niż trwanie przy paliwach kopalnych. Ten rok może przynieść rewizję ambicji klimatycznych państw
Produkcja energii wciąż odpowiada za ok. 70 proc. globalnych emisji gazów cieplarnianych. Bez natychmiastowych działań nie będzie możliwe ograniczenie tych emisji o połowę przed 2030 rokiem, co zaprzepaści szansę na powstrzymanie globalnego wzrostu temperatury poniżej bezpiecznej granicy 1,5°C. Duński koncern energetyczny Ørsted, który przeszedł już zieloną transformację, wskazuje na 2022 rok jako na kluczowy dla tego procesu. Dlatego jest bardzo prawdopodobne, że rządy zweryfikują swoje zobowiązania wynikające z COP26, a inwestorzy i konsumenci zwiększą wymagania dotyczące działań na rzecz ochrony klimatu.
– Na przyspieszenie procesu dekarbonizacji wpływają koszty zakupu energii. Ceny prądu w ostatnim roku znacząco wzrosły, podobnie jak koszty emisji CO2. Odwrotny trend widzimy w cenach energii odnawialnej. Przykładowo koszty produkcji energii z morskich elektrowni wiatrowych w ciągu ostatnich 10 lat spadły o ok. 66 proc. To dodatkowo wspiera tempo dekarbonizacji – mówi agencji Newseria Biznes Søren Westergaard Jensen, p.o. dyrektora zarządzającego Ørsted Offshore Wind w Polsce, dyrektor MFW Baltica z ramienia Ørsted.
W pakcie klimatycznym z Glasgow, gdzie w 2021 roku miała miejsce konferencja klimatyczna ONZ (COP26), znalazł się apel o zwiększenie do końca 2022 roku ambicji w zakresie klimatu ujętych w krajowych planach działania. To oznacza, że przed COP27, które tym razem ma się odbyć w Egipcie, państwa powinny dokonać rewizji swoich inicjatyw, tak by w perspektywie 2030 roku przyspieszyć proces transformacji. Eksperci spodziewają się, że na kolejnej konferencji klimatycznej zostanie przyjęty plan realizacji konkretnych kroków na następne siedem lat.
W przygotowanym podręczniku przywództwa klimatycznego („Na drodze powstrzymania wzrostu temperatury na Ziemi poniżej 1,5°C”) koncern Ørsted wskazuje na priorytetowe działania do podjęcia przez administrację i biznes.
– Naszą rekomendacją dla rządu i administracji jest przyspieszanie procesu przechodzenia na energię odnawialną. Najważniejsze jest stworzenie odpowiednich ram prawnych takich jak uchwalona w ubiegłym roku ustawa offshore. Obecnie w Polsce te ramy są dookreślane. Dlatego priorytetem powinno być stworzenie konkurencyjnego rynku, na którym funkcjonuje wielu deweloperów posiadających odpowiednie kompetencje i są gotowi do realizacji celów wyznaczonych przez polski rząd, konkurując pod względem ceny, terminów realizacji i niezawodności zrealizowanych inwestycji w zakresie elektrowni wiatrowych – podkreśla Søren Westergaard Jensen.
Wśród pilnych inicjatyw do podjęcia w sektorze prywatnym wymienia ustalenie opartych na podstawach naukowych celów zerowej emisji oraz ograniczenie o co najmniej 90 proc. emisji gazów cieplarnianych przed wykorzystaniem środków kompensacyjnych.
Duński koncern przeszedł już ścieżkę zielonej transformacji, odchodząc od wytwarzania energii z paliw kopalnych na rzecz odnawialnych źródeł energii. Ørsted zaczął tę drogę od opracowania technologii produkcji energii z morskiego wiatru i w ciągu 30 lat od postawienia pierwszej na świecie morskiej farmy wiatrowej doprowadził do zeskalowania tej technologii, co miało znaczący wpływ na spadek kosztów produkcji. Jak podkreślają przedstawiciele koncernu, przeszedł on tę drogę znacznie szybciej niż jakakolwiek inna duża firma z branży energetycznej, a nową technologię uczynił podstawą swojego nowego modelu biznesowego. Dlatego na początku 2022 roku po raz czwarty z rzędu został uznany za najbardziej zrównoważoną firmę energetyczną na świecie według rankingu Corporate Knights 2022 Global 100. Jednocześnie firma stara się motywować innych do podjęcia podobnych kroków.
– Główną przeszkodą dla przyspieszenia procesu dekarbonizacji jest zapewne strach przed nowością. Technologia wykorzystująca energię odnawialną jest stosunkowo nowa. A kiedy czegoś jeszcze dobrze nie znamy, to obawiamy się tego. Jednak Ørsted od ponad 30 lat udowadnia, że można zamienić produkcję energii opartą na paliwach kopalnych na produkcję całkowicie odnawialną. Dlatego te obawy nie są uzasadnione – argumentuje dyrektor zarządzający Ørsted Offshore Wind w Polsce.
Spółka wspólnie z Polską Grupą Energetyczną realizuje na Bałtyku projekt Morskiej Farmy Wiatrowej Baltica w dwóch fazach: Baltica 2 i Baltica 3. To właśnie rozwój offshore może stanowić w Polsce impuls do zielonej transformacji i jest jednym z filarów rządowej strategii przejścia na niskoemisyjną gospodarkę. Według danych przytaczanych w raporcie PSEW („Rozwój morskiej energetyki wiatrowej w basenie Morza Bałtyckiego”) najnowsze projekty morskiej energetyki wiatrowej są tańsze niż nowe moce w energetyce jądrowej i elektrownie gazowe. Wiatr na morzu ma niższą zmienność i wyższe współczynniki wykorzystania mocy, które według Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA) wynoszą 40–50 proc. dla nowych projektów.
– Zielona transformacja jest tańsza od trwania przy paliwach kopalnych. Obserwujemy to na przykładzie spadku kosztów odnawialnych źródeł energii w miarę ich coraz powszechniejszego wykorzystywania na skalę przemysłową. Natomiast ceny paliw kopalnych wahają się – ich ceny raz idą w górę, raz w dół, ale są zmienne – mówi Søren Westetrgaard Jensen. – Kiedyś 95 proc. naszej produkcji energii opierało się na paliwach kopalnych. Teraz ponad 80 proc. to energia odnawialna, dlatego nie jesteśmy w takim stopniu zależni od tych wahań cen.
To też przekłada się na ceny energii dla konsumentów. Tym bardziej że ramy prawne w obszarze morskiej energetyki wiatrowej w zakresie systemu wsparcia uwzględniają mechanizm takich gwarancji cen dla odbiorców energii.
Obecnie moc zainstalowana w morskiej energetyce wiatrowej na wodach Bałtyku to 2,2 GW (Niemcy – 1074 MW, Dania – 879 MW, Szwecja – 192 MW i Finlandia – 70 MW). Z kolei w polskiej części Morza Bałtyckiego nie kręci się jeszcze żadna turbina wiatrowa. Są jednak w planach. Zgodnie z aktualnymi, rządowymi planami (PEP2040) do końca obecnej dekady moc zainstalowana w offshore ma sięgnąć ok. 5,9 GW, a w 2040 roku – 11 GW.
– Polski rząd przygotował w ubiegłym roku tzw. ustawę offshore i obecnie trwa dookreślanie tych ram prawnych. Najważniejsze jest stworzenie całego ekosystemu opartego na konkurencji, obecności na tym rynku wielu różnych deweloperów i konkurowania pod względem ceny, ale także terminów czy niezawodności elektrowni wiatrowych – mówi p.o. dyrektora zarządzającego Ørsted Offshore Wind w Polsce. – Innym aspektem są też ambicje polskich władz w zakresie offshore. Obecne plany zakładają moc elektrowni wiatrowych w Polsce na ok. 11 GW. Z kolei niezależne raporty wskazują, że polski potencjał energetyczny na Bałtyku może sięgać przeszło 28 GW. Obranie ambitniejszych celów przyciągnęłoby tu więcej deweloperów i więcej branż przemysłu.
Według danych przedstawionych w raporcie „Our energy, our future”, opracowanych przez BVG Associates przy współpracy WindEurope, eksperci wskazują, że morskie farmy wiatrowe na Bałtyku mogą zapewnić nawet 83 GW mocy, z czego najwięcej przewidywane jest właśnie w Polsce (28 GW), Szwecji (19,8 GW) i Finlandii (15,5 GW). Innymi słowy, Polska może stać się liderem morskiej energetyki wiatrowej na Bałtyku, z potencjałem na poziomie ok. 1/3 całkowitej mocy, która może zostać zainstalowana w tym regionie.
Jednak aby te plany zostały zrealizowane, konieczny jest szereg czynników, w tym m.in. dostęp do systemu wsparcia dla realizowanych inwestycji, utworzenie stabilnego łańcucha dostaw i ram prawnych dla sektora offshore. Mimo spadających kosztów w tej branży inwestycje w morską energetykę wiatrową pozostają bardzo kosztowne ze względu na olbrzymią skalę.
Ułatwienia dla Ukraińców otwierających firmy w Polsce. Mogą liczyć na wsparcie także przy relokacji biznesu z Ukrainy
Działania wojenne w Ukrainie spowodowane agresją Rosji uniemożliwiają przedsiębiorcom prowadzenie biznesu na terenie kraju. Już niedługo obywatele Ukrainy będą mogli kontynuować działalność w Polsce, a w załatwieniu potrzebnych formalności wspomoże ich m.in. Polska Agencja Inwestycji i Handlu. Istnieją także kancelarie, które mają doświadczenie w sprowadzaniu firm do Polski, bo zajmowały się tym już w 2014 roku po aneksji Krymu przez Rosję.
– Najpierw trzeba przeanalizować, czy osoba, która chce założyć spółkę, fizycznie może to zrobić. Po pierwsze, czy jest w Polsce, a jeśli jej nie ma, to czy jest ktoś inny, kto by mógł założyć taką spółkę tutaj. Po drugie, potrzebny jest numer PESEL i ePUAP, a następnie trzeba otworzyć konto w banku. Dlatego potrzebne jest, żeby osoba była bezpośrednio w kraju – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Yaroslav Romanchuk, adwokat, partner zarządzający Euconu Grupy Prawniczej.
9 marca Sejm przyjął ustawę o pomocy obywatelom Ukrainy. Zakłada ona m.in. legalizację pobytu Ukraińców w Polsce przez 18 miesięcy i możliwość uzyskania przez nich numeru PESEL, co jest niezbędne przy zakładaniu firmy. To samo dotyczy dzieci urodzonych już w Polsce przez uciekające przed wojną Ukrainki. Z kolei uczniowie i studenci uzyskają dostęp do edukacji w Polsce, a rodziny pomagające Ukraińcom w zapewnieniu dachu nad głową i wyżywienia otrzymają dofinansowanie w wysokości 40 złotych dziennie na osobę przez dwa miesiące. Sami Ukraińcy jednorazowo dostaną po 300 zł na osobę.
– Mieliśmy spotkanie w Ministerstwie Rozwoju i Technologii, gdzie opowiadano o procedowanej ustawie co do wsparcia ukraińskiego biznesu i pomocy przy relokacji. Z tego, co rozumiem, Polska liczy, że na pomoc finansową dla ukraińskiego biznesu będą przeznaczone środki unijne – informuje Yaroslav Romanchuk. – PAIH też uruchomił program wsparcia ukraińskiego biznesu. Cudzoziemcy będą mieli takie same prawo przy założeniu spółek czy jednoosobowej działalności gospodarczej jak obywatele Polski, bo teraz jako cudzoziemiec nie mogę założyć jednoosobowej działalności gospodarczej w Polsce.
Polska Agencja Inwestycji i Handlu uruchomiła program pomocy zarówno polskim firmom, które straciły biznes w Ukrainie, jak i ukraińskim przedsiębiorcom, którzy chcieliby tymczasowo kontynuować działalność w Polsce. Pogram wsparcia obejmuje m.in. udostępnienie bezpłatnej przestrzeni coworkingowej w centrum Warszawy, uruchomienie stałej obsługi w języku ukraińskim, pomoc w znalezieniu dostępnej od ręki powierzchni logistycznej i produkcyjnej (PAIH prowadzi specjalną bazę), a także udzielanie wszelkich informacji niezbędnych do szybkiego rozpoczęcia działalności. Ponadto służy bezpłatnymi radami w zakresie wyszukania odpowiedniej nieruchomości do prowadzenia działalności (działki, hale, biura) oraz doradztwa w kwestii uzyskania możliwej pomocy publicznej (granty, zwolnienia podatkowe). W PAIH-u powstał także zespół ds. wsparcia biznesu polsko-ukraińskiego, który będzie koordynować relokację firm zlokalizowanych w Ukrainie oraz pomoże w znalezieniu nowych rynków zbytu dla produktów dotąd eksportowanych na Wschód.
Również Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie zapowiedziała wsparcie dla ukraińskich biznesów, udostępniając im swoją przestrzeń biurową, włączając je do swojego systemu cyberbezpieczeństwa i oferując do 50 tys. zł na relokację. Ukraińskie firmy mogą także liczyć na wsparcie działających w Polsce kancelarii.
– Mamy doświadczenia z relokacji biznesu z 2014 roku, kiedy była rewolucja i też były zamknięte rynki wschodnie, a otworzył się rynek polski. Sprowadziliśmy wówczas 150 spółek ukraińskich, które założyły swoje firmy w Polsce. Dla nas to jest pomocne doświadczenie na dzisiaj, możemy powiedzieć, jak to działa, jak to robić szybko i jak nie popełniać błędów – mówi prawnik.
Podstawowe problemy, które dotknęły wszystkich firm działających w Ukrainie, można podzielić na trzy obszary. Pierwszy dotyczy przelewów. Obecnie nie ma możliwości jakiegokolwiek transferu walut poza granice Ukrainy, żeby nie pozbawiać kraju rezerw walutowych. Płatności realizowane są tylko za import krytyczny, co dotyczy towarów z listy zatwierdzonej przez Gabinet Ministrów Ukrainy. Przesył w drugą stronę, do Ukrainy, jest możliwy. To samo dotyczy dostaw. Jeśli firma produkowała w Ukrainie ze względu na koszty albo łatwość dostępu półprodukty lub nawet produkty finalne, ich dostarczenie jest obecnie niemożliwe. Wreszcie problematyczny jest kontakt z pracownikami, którzy zostali wcieleni do wojska.
– Część z tych pracowników, jeśli mówimy o mężczyznach, została zabrana do wojska, zanim otrzymała wynagrodzenie. Inni ludzie gdzieś wyjechali, bo składali wymówienia i nie wiadomo, gdzie są, to jest też problem – wyjaśnia Yaroslav Romanchuk.
Rośnie skala oszustw i wyłudzeń. Wymiana informacji między bankami i innymi instytucjami finansowymi pomaga im zapobiegać
Na przestrzeni ostatnich dwóch lat wzrosła skala oszustw i wyłudzeń w sektorze finansowym. Sięga ona kilkuset milionów złotych rocznie. – Działania hakerów w sieci i cyberprzestępstwa z wykorzystaniem skradzionych danych mają już skalę, nad którą trudno zapanować. Są jednak sposoby na to, żeby przeciwdziałać nadużyciom i wyłapywać fałszywe finansowanie – mówi Marzena Jabłońska, ekspertka ds. usług antyfraudowych w Biurze Informacji Kredytowej. Stworzona w tym celu Platforma Antyfraudowa BIK w ciągu ostatniego roku udaremniła ok. 24 tys. takich prób, zapobiegając oszustwom o wartości ponad 100 mln zł. – Dzięki temu wątpliwy kredyt czy leasing nie został wypłacony przestępcom – podkreśla ekspertka.
Defraudacje i wyłudzenia kredytów wciąż pozostają jednym z najważniejszych wyzwań dla sektora finansowego, a pandemia COVID-19 dodatkowo zaostrzyła ten problem. Badanie BIK, przeprowadzone we wrześniu ub.r., pokazało, że w ocenie 71 proc. Polaków skala wyłudzeń w wyniku kradzieży danych osobowych wzrosła w drugim roku pandemii. W ciągu sześciu miesięcy poprzedzających badanie 38 proc. ogółu Polaków padło ofiarą phishingu, a 27 proc. doświadczyło ataku ransomware.
O rosnącej skali wyłudzeń informują też przedstawiciele sektora bankowego. Raport firmy doradczej EY („Nadużycia w sektorze finansowym”) pokazuje, że w 2020 roku 54 proc. ankietowanych przedstawicieli instytucji finansowych zauważyło wzrost liczby wyłudzeń kredytów i pożyczek. Więcej było także oszustw z wykorzystaniem kart kredytowych (15 proc.), prania pieniędzy, fałszowania sprawozdań finansowych, a także ataków hakerskich i nieautoryzowanych transakcji na rachunkach klientów (każde po 12 proc. wskazań).
Pomysłowość oszustów podejmujących próby popełnienia nadużyć finansowych wciąż zaskakuje. Przestępcy, aby przechwycić dane osobowe i wykorzystać je do wyłudzeń kredytów, pożyczek czy produktów finansowych dla firm, takich jak leasing oraz faktoring, korzystają nie tylko ze sprawdzonych technik manipulacji socjotechnicznych, ale także z potencjału nowych technologii. Z drugiej strony – jak wskazuje ekspertka BIK – technologie pomagają też takim oszustwom zapobiegać. Temu właśnie służy stworzona przez BIK Platforma Antyfraudowa.
– To narzędzie wzajemnego ostrzegania uczestników systemu finansowego o wyłudzeniach. Opiera się na zautomatyzowanym obiegu wymiany danych i współdzieleniu informacji – mówi agencji Newseria Biznes Marzena Jabłońska. – Obecnie na Platformie Antyfraudowej BIK mamy 16 uczestników i przeprowadzamy równolegle pięć–sześć projektów integracyjnych. Tym samym w pierwszej połowie 2022 roku uczestnikami naszego systemu będą praktycznie wszystkie największe banki w Polsce.
System został uruchomiony w 2017 roku i od tego czasu jest sukcesywnie udoskonalany, aby wychwytywać budzące podejrzenia wnioski o kredyt, pożyczkę, leasing czy faktoring. O jego skuteczności świadczy fakt, że tylko w ciągu ostatnich 12 miesięcy zatrzymał ok. 24 tys. wniosków oznaczonych jako próby wyłudzenia. Ich łączna wartość sięgnęła 101 mln zł. Z kolei od momentu wdrożenia platforma zapobiegła już oszustwom na kwotę ok. 400 mln zł.
– To potwierdza, że wymiana wiedzy pomiędzy uczestnikami wspólnego systemu to najskuteczniejsza metoda detekcji wyłudzeń – podkreśla ekspertka BIK.
Tym bardziej że oszust, któremu udało się wyłudzić pożyczkę lub kredyt w jednym banku, prawdopodobnie powtórzy sprawdzony schemat i spróbuje w ten sam sposób oszukać inną instytucję, np. inny bank, firmę pożyczkową czy leasingową. Dlatego system wymiany informacji jest stale rozszerzany o kolejne instytucje. Od września ub.r. dzięki zmianom w prawie również firmy faktoringowe mogą być jego uczestnikami.
– Uwzględnienie firm faktoringowych w art. 106d ustawy Prawo bankowe poszerzyło katalog podmiotów, które mogą wymieniać się informacjami o fraudach lub o podejrzeniach wyłudzeń z pozostałymi uczestnikami obrotu finansowego. Dzięki temu sektor prężnie rozwijających się w Polsce firm faktoringowych przyłączył się do Platformy Antyfraudowej BIK, zwiększając jego wartość informacyjną, wzmacniając bezpieczeństwo własnych usług, jak i skuteczność działania prewencyjnego systemu. Jest to niezwykle ważne m.in. z uwagi na model działania fraudstera, z natury nielojalnego wobec jednej atakowanej instytucji, który powiela sprawdzone schematy, dokonując nadużyć wobec różnych form finansowania – wskazuje Marzena Jabłońska.
Najczęstszymi wyłudzeniami na rynku finansowym są kradzież danych identyfikacyjnych, czyli kradzież danych tożsamości, wyłudzenia finansowania przy pomocy skradzionych danych lub przejęcie danych do logowania po to, żeby wyłudzić środki finansowe. Liczba takich oszustw z każdym rokiem rośnie, dlatego konieczne jest ciągłe doskonalenie narzędzi antyfraudowych.
– Przeciwdziałanie wyłudzeniom finansowym powinno mieć charakter systemowy i powszechny – mówi ekspertka ds. usług antyfraudowych w Biurze Informacji Kredytowej. – W najbliższym czasie planujemy rozszerzenie informacji przetwarzanych przez Platformę Antyfraudową BIK o dane z bazy KRS. To wzbogaci wartość informacyjną oraz efektywność wykrywania fraudów, zwłaszcza w przypadku finansowania przedsiębiorstw.
Kolejny park narodowy stawia na instalacje fotowoltaiczne. Inwestycja w Dolinie Biebrzy pozwoli zredukować emisję CO2 o 20 ton rocznie
Dolina Biebrzy to jedne z największych i najlepiej zachowanych mokradeł w Europie, unikalne siedlisko wielu rzadkich gatunków roślin, zwierząt i ptaków. Znajdujący się na tym terenie Biebrzański Park Narodowy od lat aktywnie działa w obszarze odnawialnych źródeł energii, m.in. nad wykorzystaniem biomasy. Inwestycje w nisko- i zeroemisyjne źródła energii to także kluczowy kierunek strategii Grupy PGE do 2030 roku, dlatego działająca przy koncernie Fundacja PGE zdecydowała się wesprzeć budowę instalacji fotowoltaicznej na terenie Parku. Projekt realizowany wspólnymi siłami ma przynieść nie tylko oszczędności kosztowe, lecz także redukcję emisji CO2. To już kolejne wsparcie PGE dla parków narodowych w Polsce.
– Fundacja PGE przekazała darowiznę dla Biebrzańskiego Parku Narodowego, dzięki której powstała instalacja fotowoltaiczna na dwóch bardzo ważnych obiektach w Parku. Ta instalacja pozwoli ograniczyć emisję CO2 o ponad 20 t w skali roku – mówi agencji Newseria Biznes Anna Kęzik, wiceprezes zarządu Fundacji PGE.
Nowa instalacja PV o mocy 30,36 kWp powstanie na dwóch obiektach: Ośrodku Rehabilitacji Zwierząt w Grzędach oraz w siedzibie Parku w Osowcu-Twierdzy.
– Te 30 kW wprost ograniczą ślad węglowy funkcjonowania Biebrzańskiego Parku Narodowego, co nas bardzo cieszy. Takie instalacje chcielibyśmy montować na kolejnych obiektach, które są w użytkowaniu Parku. Za produkcją energii stoją koszty, więc ilość wyprodukowanej energii ze źródeł odnawialnych, w tym przypadku z energii słonecznej, przełoży się wprost na oszczędności, które zostaną w naszym budżecie. Te środki będziemy mogli wykorzystać na inne działania ekologiczne, które również będą się przyczyniały do ochrony klimatu i przyrody – mówi Artur Wiatr, dyrektor Biebrzańskiego Parku Narodowego.
Biebrzański Park Narodowy obejmuje zasięgiem niemal całą bagienną dolinę rzeki Biebrzy. To największy park narodowy w Polsce. Chroni zarazem jedne z największych i najlepiej zachowanych torfowisk w Europie, będących siedliskiem bytowania wielu rzadkich gatunków flory i fauny – przede wszystkim ptaków. Dla niektórych – takich jak wodniczka, orlik grubodzioby, dubelt, uszatka błotna i cietrzew – Dolina Biebrzy jest jedną z ostatnich ostoi w Europie. Ponadto w Parku występuje też kilka rodzin wilków, rysie, bobry, wydry, a ostatnio także żubry. Z kolei tutejsza populacja łosi jest największa w Polsce i liczy ok. 600 osobników.
– Jednym z naszych głównych zadań jest ochrona otwartych ekosystemów. Inaczej mówiąc, musimy kosić bagna, żeby nie zarastały i żeby siedliska rzadkich gatunków flory i fauny miały tu odpowiednie warunki. W związku z tym koszeniem powstaje bardzo duża ilość biomasy, która może być odnawialnym źródłem energii. Dlatego już od kilku lat pracujemy nad stworzeniem systemu, który pozwoli optymalnie wykorzystać tę biomasę jako OZE. Współpracujemy w tym celu m.in. z Politechniką Białostocką – mówi dyrektor Biebrzańskiego Parku Narodowego.
O unikalności Parku świadczy fakt, że w 1995 roku został on wpisany na listę siedlisk Konwencji ramsarskiej, czyli najcenniejszych na świecie mokradeł. Środowiska te warunkują stabilność życia na Ziemi na równi z lasami. Magazynują i oczyszczają olbrzymie ilości wody oraz pochłaniają z atmosfery dwutlenek węgla, przyczyniając się do ochrony klimatu.
Od czerwca 2020 roku Biebrzański Park Narodowy współpracuje z Grupą PGE. Montaż instalacji fotowoltaicznej to niejedyny wspólny projekt w tym roku. Razem będą realizować m.in. projekty edukacyjne, naukowo-badawcze, inwestycyjne i projekty z zakresu czynnej ochrony przyrody. Wsparcie Biebrzańskiego Parku Narodowego jest elementem długoterminowych działań Grupy PGE w zakresie ochrony środowiska. Są one zgodne z opublikowaną w październiku strategią, której długoterminowym celem jest osiągnięcie przez Grupę neutralności klimatycznej do 2050 roku. Jako jedno z pierwszych przedsiębiorstw w Polsce, które ogłosiły ten cel, PGE wspiera także inne podmioty w podejmowaniu podobnych działań.
– Kluczowym kierunkiem w strategii Grupy PGE są inwestycje w nisko- i zeroemisyjne źródła energii, dlatego też wspieramy takie inwestycje w parkach narodowych. Taka inwestycja powstała już w Świętokrzyskim Parku Narodowym, teraz w Biebrzańskim – mówi Anna Kęzik. – Wspieramy ochronę ptaków, wspieramy projekty edukacyjne, które mają charakter ekologiczny. Wsparcie Biebrzańskiego Parku Narodowego to kolejna inicjatywa w ramach prowadzonego w Grupie PGE już od ponad 22 lat programu „Lasy pełne energii”. Jego celem jest poprawa jakości powietrza, odbudowa drzewostanów w polskich lasach oraz poprawa jakości wód gruntowych.
W ramach prowadzonego od ponad dwóch dekad programu „Lasy pełne energii” pracownicy spółki wraz z rodzinami posadzili do tej pory już blisko 600 tys. drzew. Grupa PGE od lat prowadzi działania i projekty mające na celu ochronę przyrody i środowiska naturalnego. Spółka aktywnie angażuje się w opiekę nad dzikimi ptakami – sokołami wędrownymi i bocianami białymi. Wspiera Biebrzański Park Narodowy, Świętokrzyski Park Narodowy, Roztoczański Park Narodowy i Kampinoski Park Narodowy w działaniach na rzecz ochrony przyrody, projektach edukacyjnych i naukowo-badawczych. PGE wspiera także Nadleśnictwo Gryfino w rewitalizacji pomnika przyrody, jakim jest Krzywy Las. W 2021 roku PGE nawiązała współpracę z najstarszą w Polsce organizacją proekologiczną, czyli działającą od prawie 100 lat Ligą Ochrony Przyrody. Współpraca zakłada realizację szeregu działań z zakresu ochrony środowiska oraz edukacji przyrodniczej i ekologicznej.
P. Soroka: Polska musi uwzględniać scenariusz wojny z Rosją teraz lub w przyszłości. Armia wymaga modernizacji i szybkich inwestycji
– Nie widzę groźby, aby konflikt w najbliższym czasie przeniósł się na teren naszego kraju. Czasami jednak dynamika konfliktu jest taka, że może się on wymknąć spod kontroli – mówi prof. Paweł Soroka, koordynator Polskiego Lobby Przemysłowego. Jak podkreśla, mimo to Polska powinna brać pod uwagę scenariusz potencjalnego konfliktu z Rosją. Dlatego też polski przemysł obronny i jego zaplecze badawczo-rozwojowe wymagają szybkiego wzmocnienia i dodatkowych inwestycji. Przyspieszenia potrzebuje zwłaszcza program Narew i polska Marynarka Wojenna, która od lat znajduje się w opłakanym stanie.
– To, co się dzieje na Wschodzie, jest dla Polski zagrożeniem, ale na razie niebezpośrednim. Nie widzę takiej groźby, aby ten konflikt w najbliższym czasie przeniósł się na teren naszego kraju, choćby dlatego że jesteśmy członkami NATO i Rosja na pewno bierze to pod uwagę. Z drugiej strony musimy pamiętać, że wojny eskalują. Czasami dynamika konfliktu jest taka, że może się on wymknąć spod kontroli. Dlatego też powinniśmy się przygotowywać na wypadek, gdyby ten najbardziej pesymistyczny scenariusz się ziścił – mówi agencji Newseria Biznes prof. Paweł Soroka, ekspert Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach, koordynator Polskiego Lobby Przemysłowego.
Wojna w Ukrainie trwa już dwa tygodnie, od 24 lutego, kiedy rosyjskie wojska rozpoczęły zmasowaną inwazję na terytorium sąsiada, wywołując w Europie największy konflikt od czasów II wojny światowej. Intensywne walki toczą się na terytorium całego kraju, prowadzony jest też ostrzał wielu ukraińskich miast. Znacznie mniejsza armia ukraińska stara się jednak odpierać te ataki. Sztab generalny Sił Zbrojnych Ukrainy poinformował, że od początku wojny Rosja straciła już 12 tys. swoich żołnierzy, ponad tysiąc wozów opancerzonych, 317 czołgów, 49 samolotów i 81 śmigłowców.
Większość ekspertów i analityków ocenia, że mimo kolejnych gróźb i prowokacji Moskwy, jak np. naruszanie przestrzeni powietrznej państw nadbałtyckich, kremlowski reżim nie zdecyduje się na rozszerzenie konfliktu na inne kraje, w tym Polskę. Zwłaszcza w kontekście dotkliwych strat, jakie Rosja już ponosi na wojnie z Ukrainą. Nie oznacza to jednak, że kraje Zachodu nie powinny być na taki scenariusz przygotowane. Jak podkreśla ekspert, za około tydzień, dwa tygodnie prawdopodobnie nastąpi druga fazy wojny w Ukrainie.
– Nasi wojskowi ze Sztabem Generalnym na czele z pewnością śledzą sytuację bardzo uważnie, być może zostały już podjęte jakieś wstępne decyzje do przygotowania ewentualnej mobilizacji, ale szczegóły są kwestią tajemnicy wojskowej – mówi prof. Paweł Soroka. – Natomiast długofalowo ta sytuacja wymaga przyspieszonych działań związanych z modernizacją techniczną naszych sił zbrojnych. A to z kolei wymaga pieniędzy. Dobrze się składa, że podjęto akurat prace nad nową ustawą o obronności.
Rządowy projekt ustawy o obronie Ojczyzny trafił już do pierwszego czytania w Sejmie w ubiegły czwartek, 3 marca br., a w tym tygodniu trwają prace w podkomisjach. Przepisy zakładają m.in. zwiększenie wydatków obronnych do 3 proc. PKB w 2023 roku, zwiększenie liczebności Wojska Polskiego i odtworzenie systemu rezerw. Jej głównym celem jest wzmocnienie polskiej armii zarówno pod względem organizacyjnym, jak i w zakresie pozyskiwania nowoczesnych systemów uzbrojenia.
– To bardzo ważna i skomplikowana ustawa. Wynika z niej, że będą zwiększone nakłady na obronność i będą podejmowane różne działania, które powinny unowocześnić naszą armię, umocnić nasz system obronny. To oczywiście będzie wymagało czasu. Chodzi jednak o to, żeby połączyć te bieżące, krótkofalowe reakcje na aktualną sytuację z długofalowymi, strategicznymi działaniami, bo nawet gdyby ten konflikt się teraz zakończył albo doszłoby do rozejmu, to nie można wykluczyć, że w przyszłości może zostać wznowiony, być może także na innych kierunkach – przestrzega koordynator Polskiego Lobby Przemysłowego.
Organizacja ta wskazuje, że dla Polski – państwa znajdującego się na wschodniej flance NATO – fundamentem bezpieczeństwa jest również posiadanie własnego, niezależnego zaplecza produkującego i remontującego uzbrojenie oraz prowadzącego prace badawczo-rozwojowe. W przypadku ataku, jaki został przeprowadzony na Ukrainę, takie zaplecze pozwoliłoby na samodzielne odparcie lub powstrzymanie agresora w pierwszej fazie konfliktu. Stąd też polski przemysł obronny i jego zaplecze B+R wymagają szybkiego wzmocnienia i dodatkowych inwestycji.
– Priorytety dla naszych sił zbrojnych muszą być nieco inne niż te, które były zakładane w dotychczasowym programie modernizacji. Powinny wynikać z przebiegu starć militarnych i walk na terenie Ukrainy. Chociażby w kwestii umocnienia systemu obrony powietrznej jest bardzo dużo do zrobienia, ponieważ nasz system jest już przestarzały i część środków poradzieckich była wycofana. Należy też umacniać obronę przeciwpancerną, zwłaszcza w środki rakietowe, i obronę terytorialną, bo działania na wschodzie Ukrainy wykazały, że tego typu formacje są potrzebne. Wreszcie trzeba by też zwrócić uwagę na potrzebę odbudowy obrony cywilnej, bo ona istnieje na papierze. Jest zadeklarowana, ale właściwie jej nie ma – wylicza prof. Paweł Soroka.
Jak wskazuje, w ciągu ostatnich kilku lat zapadły już decyzje m.in. o zakupie samolotów F-35, rakiet o zasięgu 300 km ziemia–ziemia HIMARS, systemu przeciwlotniczego i antyrakietowego Patriot. Ruszył też program Homar dotyczący obrony przeciwlotniczej krótkiego zasięgu. Realizacja wszystkich tych programów modernizacyjnych potrwa jednak kolejne lata.
– Nawet jeśli czołgi Abrams przyjadą do Polski za pół roku, to pozostaje jeszcze kwestia ich wdrożenia, stworzenia logistyki, systemu eksploatacji, w międzyczasie będą szkolone załogi. Jeszcze bardziej skomplikowaną kwestią będzie przeszkolenie pilotów i stworzenie infrastruktury towarzyszącej samolotom F-35, które są maszynami najnowszej generacji i bardzo wymagającymi w obsłudze. Z kolei system Patriot jest pozyskiwany w ramach programu Wisła i nasi przeciwlotnicy już szkolą się w Stanach Zjednoczonych, a pierwsze dwie baterie zapewne niedługo przyjadą do Polski – mówi koordynator Polskiego Lobby Przemysłowego.
Na wczesnym etapie jest za to program Narew, zakładający pozyskanie zestawów rakietowych obrony powietrznej krótkiego zasięgu, bo decyzje o jego uruchomieniu zapadły w drugiej połowie ubiegłego roku.
– Nie został jeszcze wybrany partner, który ma dostarczyć rakiety, bo wiele elementów tego systemu nasz przemysł obronny jest w stanie wyprodukować, stworzyć, ale rakiety musimy kupić sobie za granicą. Moim zdaniem szczególnie program Narew należy przyspieszyć – ocenia ekspert.
Jego zdaniem w bardzo złej sytuacji jest polska Marynarka Wojenna. Należąca do niej flota podwodna właściwie przestała istnieć. Został jeden okręt Orzeł, radzieckiej produkcji, nabyty w latach 80. XX wieku, który często ulega awariom.
– Polskie Lobby Przemysłowe od pewnego czasu postuluje tzw. rozwiązanie pomostowe, żeby nabyć dwa–trzy używane okręty podwodne z krajów zachodnich albo np. z Korei Południowej, żeby przede wszystkim uratować kadrę tych okrętów. Wycofanie okrętów z użytkowania może bowiem oznaczać, że niebawem będziemy pozbawieni wyszkolonej kadry, która w tym rodzaju uzbrojenia jest bardzo ważna. Następna kwestia to nowe okręty nawodne, dlatego że większość z posiadanych ma około 40 lat. Dlatego pozytywnie przyjęliśmy decyzję o rozpoczęciu realizacji programu Miecznik, który dotyczy budowy trzech fregat wielozadaniowych. Co więcej, już został wybrany partner brytyjski – mówi prof. Paweł Soroka.
Jak podkreśla, to będą nowoczesne okręty wyposażone zarówno w środki rażenia woda–woda czy podwodne, ale też systemy obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej krótkiego i być może nawet średniego zasięgu.
– Czyli może nastąpić przedłużenie programu Narew i Wisła na akwen Bałtyku. Czyli gdybyśmy byli zaatakowani z powietrza od strony Bałtyku, to wtedy te okręty będą na pierwszej linii, żeby takie zagrożenia zwalczać – mówi ekspert.
Procedowana ustawa o wyrobach medycznych wprowadza wielomilionowe kary za drobne błędy formalne. To może się odbić na cenach usług dla pacjentów
W Sejmie trwają prace nad ustawą o wyrobach medycznych, która ma do polskiego prawa zaimplementować unijne regulacje. Przedstawiciele sektora medycznego podkreślają jednak, że wiele propozycji wychodzi poza ramy rozporządzenia, co więcej, może mieć negatywny wpływ na rynek. Jednym z takich przepisów są wielomilionowe kary, np. za błąd formalny w oznakowaniu wyrobu, nawet tak drobny jak brak adresu producenta. – Gdyby taka kara, sięgająca 2 czy 5 mln zł, dotknęła jakiejkolwiek pracowni protetycznej, to będzie ona musiała ogłosić bankructwo, ponieważ kara wielokrotnie przewyższy jej obroty – wskazuje Katarzyna Hendzel-Subotowicz, technik dentystyczny z laboratorium Denta-Port. Takie ryzyko może oznaczać, że część takich firm, zwłaszcza mniejszych, będzie zmuszona zakończyć działalność, a wielu techników może odejść z zawodu, co ostatecznie przełoży się na wzrost cen usług.
– Ustawy o wyrobach medycznych, nad którą w tej chwili pracuje komisja sejmowa, spowoduje, że odpowiedzialność za wyroby medyczne i pracę oddawaną pacjentom będzie w większym stopniu rozkładać się pomiędzy stomatologa i technika dentystycznego. Technik dentystyczny jest osobą, która wykonuje wyrób medyczny na zlecenie lekarza. Natomiast teraz – wedle naszej wiedzy i umiejętności – będziemy musieli decydować również o tym, czy jego praca jest wykonana prawidłowo, czy nie – mówi agencji Newseria Biznes Katarzyna Hendzel-Subotowicz.
Sejmowa Komisja Zdrowia 23 lutego br. pozytywnie zaopiniowała rządowy projekt ustawy o wyrobach medycznych, wprowadzając do niej kilkanaście poprawek. Ustawa ma dostosować polskie przepisy do rozporządzeń Unii Europejskiej. Do wyrobów medycznych zaliczają się m.in. wózki inwalidzkie, opatrunki hydrożelowe, jednorazowe cewniki, pojemniki na krew, kołnierze ortopedyczne i zastawki serca, a także protezy zębowe czy aparaty ortodontyczne. Zgodnie z projektem prezes Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych będzie mógł m.in. zażądać informacji o wyrobach medycznych od instytucji zdrowia publicznego i podmiotów, które je stosują bądź nimi obracają. Ma to dotyczyć również wyrobów medycznych wykonywanych na zamówienie i ich producentów. Nowa ustawa wprowadzi również obowiązek przekazywania m.in. deklaracji zgodności, instrukcji użytkowania oraz oznakowań i materiałów promocyjnych wyrobów medycznych wprowadzanych do obrotu na terytorium Polski. Ten obowiązek ma dotyczyć np. wytwórców, autoryzowanych przedstawicieli, podmioty zestawiające wyroby medyczne czy podmioty sterylizujące systemy bądź zestawy zabiegowe.
Organizacje branżowe podkreślają, że wiele propozycji zawartych w projekcie jest dla nich nieakceptowalnych. Szczególnie bolesne dla branży są regulacje dotyczące wysokich kar finansowych, które mogą mocno uderzyć w cały rynek medyczny, zwłaszcza małe podmioty. Z inicjatywy Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Wyrobów Medycznych POLMED 15 organizacji wystosowało do Sejmu list otwarty, w którym wskazują na możliwe negatywne skutki nowej ustawy dla pacjentów, szpitali i lekarzy, a także farmaceutów, techników dentystycznych i protetyków oraz producentów i firmy zajmujące się obrotem wyrobami medycznymi.
Jak podkreślają, polscy producenci, np. technicy dentystyczni czy ortopedyczni, mogą otrzymać nawet 5 mln zł kary za błąd formalny w znakowaniu wyrobu medycznego, nawet tak drobny jak brak adresu producenta. Taka sama kara grozi dystrybutorom wyrobów medycznych za brak weryfikacji, czy sprzedawany wyrób spełnia określone wymogi, co jest możliwe tylko w przypadku producentów, bo to oni mają dostęp do dokumentacji. Wprowadzenie wielomilionowych kar może też spowodować, że część działających na rynku podmiotów, zwłaszcza tych mniejszych, będzie zmuszona zakończyć działalność.
– Pracownie protetyczne to jednak w większości stosunkowo małe podmioty gospodarcze, liczące po kilka, kilkanaście osób. Przewidziane w ustawie kary, które mogą sięgnąć ogromnych sum, zupełnie nieadekwatnych do obrotów większości pracowni, mogą odstraszać od tego zawodu. Dodatkowo wisząca nad nami groźba w postaci kar za niedopełnienie formalności może zniechęcić część techników do pozostania w tym zawodzie bądź otwierania kolejnych pracowni – mówi ekspertka laboratorium Denta-Port.
To zaś może oznaczać spadek dostępności usług, a co za tym idzie – wydłużenie terminów, spadek konkurencyjności rynku i wzrost cen usług protetycznych.
– Technicy dentystyczni będą też potrzebować dodatkowych ubezpieczeń, co też podniesie koszty wytworzenia wyrobów medycznych – wskazuje Katarzyna Hendzel-Subotowicz.
Nowa ustawa, która ma uregulować rynek takich wyrobów i dostosować go do unijnego prawodawstwa, wprowadzi również przepisy regulujące zasady reklamy wyrobów medycznych oraz reklamy usług świadczonych za ich pomocą. Środowisko ocenia, że to zaburzy współpracę m.in. pomiędzy firmami protetycznymi a gabinetami stomatologicznymi.
– Wyroby medyczne to zarówno najnowszy tomograf komputerowy, jak i licówka czy maleńka korona, którą montuje się pacjentowi w ustach. Dla technika dentystycznego jedyną drogą, żeby pokazać się od najlepszej strony i nawiązać współpracę z nowymi gabinetami, jest zamieszczenie, np. w social mediach, zdjęć swoich prac. A to już jest reklama wyrobu medycznego i będzie zakazane – zauważa ekspertka. – Ponadto lekarze i technicy wymieniają się między sobą informacjami na temat nowych materiałów i technologii. Często jest tak, że technicy dentystyczni wiedzą o nich wcześniej i to oni informują o zaistniałych zmianach lekarza, który może dzięki temu zaproponować pacjentowi nowe rozwiązanie. Jeśli reklama będzie całkowicie zakazana, nie będzie tych źródeł dodatkowych, z których można by się o tym dowiadywać. Tymczasem technologie, na których pracujemy, zmieniają się niebywale szybko, z dnia na dzień przybywa rozwiązań i materiałów, na których możemy pracować.
Zawód technika dentystycznego w Polsce wykonuje ok. 10 tys. osób. Ekspertka laboratorium Denta-Port zauważa, że wpływ będzie mieć na niego nie tylko nowa ustawa o wyrobach medycznych, ale także procedowana właśnie ustawa o niektórych innych zawodach medycznych. Nowa regulacja rozszerzy listę zawodów medycznych o 17 nowych pozycji, poszerzając ją m.in. o asystentkę stomatologiczną, dietetyka, higienistkę stomatologiczną, masażystę, opiekuna medycznego, technika farmaceutycznego, optometrystę czy właśnie technika dentystycznego. Wprowadzi ona mechanizm zapewniający dostęp do wykonywania danych zawodów tylko profesjonalistom z odpowiednimi kwalifikacjami i kompetencjami. Szczegółowe wymagania mają zostać określone w rozporządzeniu ministra zdrowia.
– Zawód technika dentystycznego istnieje już od lat, natomiast nie ma ustawy dotyczącej tego zawodu i rzeczywiście dzisiaj pracujemy na podstawie dekretu pochodzącego jeszcze z 1946 roku. Komisja sejmowa pracuje w tej chwili nad ustawą o zawodach medycznych i jest to koszyk, do którego wrzucono kilkanaście różnych zawodów, które nie są zbyt zbieżne, więc jest to bardzo szeroka regulacja. Natomiast jakość pracy powinna wyglądać cały czas tak samo, ponieważ technik dentystyczny jest jednak szkoloną, wykształconą osobą. Możemy mieć albo licencjat po uniwersytecie medycznym, albo dwuipółletnie studium, które też uprawnia do tytułu technika dentystycznego – mówi Katarzyna Hendzel-Subotowicz.
Polska już od miesięcy jest celem rosyjskich cyberataków i dezinformacji. W polskim internecie pojawia się nawet 120 tys. fejków dziennie
Wojna w Ukrainie zwiększyła skalę cyberzagrożeń, na które Polska nie jest do końca gotowa. Jednym z nich jest aktywność rosyjskich trolli w polskim internecie, która jest widoczna już od wielu miesięcy, a w ostatnich dniach zdecydowanie nabiera rozpędu. Dziennie pojawia się ok. 120 tys. fejków, które w nawale bodźców i informacji coraz trudniej rozpoznać, dlatego w procesie weryfikacji pomagają instytucje państwa. Eksperci nie wykluczają także nasilonych ataków na administrację i infrastrukturę krytyczną. Dla Rosjan sieci elektroenergetyczne i telekomunikacyjne to istotny strategicznie obszar, co pokazuje szturm na elektrownię w Czarnobylu.
– Słyszeliśmy parę dni temu informację o tym, że Rosja zajęła elektrownię w Czarnobylu. Słychać wiele opinii, że jest to niebezpieczne ze względów nuklearnych, ale w mojej ocenie zupełnie nie o to chodzi Rosji. Pamiętajmy, że pod Czarnobylem przebiegają absolutnie wszystkie nitki telekomunikacyjne Ukrainy. To jest centrum, przez które przechodzi całość sieci energetycznych, elektroenergetycznych, telekomunikacyjnych. Posiadanie władzy nad takim obszarem, nad takim węzłem komunikacyjnym jest dla Rosji niezwykle istotne i to jest największe ryzyko – mówi agencji Newseria Biznes dr Maciej Kawecki, prorektor ds. innowacji Wyższej Szkoły Bankowej w Warszawie, prezes Instytutu Lema.
To pokazuje, jak dużą wagę do cyberwalki – jako elementu wojny z Ukrainą – przywiązują Rosjanie. Ale aktywność rosyjskich cyberprzestępców rośnie także w Polsce. Jak podkreśla ekspert WSB, od wielu miesięcy systematycznie podejmowane są ataki na polską sieć.
– Jeżeli porównamy statystyki względem 2020 roku, to liczba ataków tylko na malutką cząstkę naszej rzeczywistości, jaką jest sektor publiczny, wzrosła aż o 70 proc. Tygodniowo to jest kilkaset ataków hakerskich, znaczna część jest kierowana właśnie z kierunku rosyjskiego – mówi dr Maciej Kawecki.
Wojna w Ukrainie zwiększyła zagrożenia w obszarze polskiego cyberbezpieczeństwa. Dlatego 21 lutego premier Mateusz Morawiecki podpisał zarządzenie, którym podwyższył stopień alarmowy dotyczący zagrożeń w cyberprzestrzeni z ALFA-CRP do CHARLIE-CRP. To trzeci z czterech alertów określonych w ustawie o działaniach antyterrorystycznych.
– Tak zwany alert Charlie jest adresowany do organów administracji publicznej i organów infrastruktury krytycznej. On świadczy o tym, że mieliśmy w Polsce do czynienia z atakiem terrorystycznym o charakterze cyfrowym. I rzeczywiście mieliśmy – przykładem są ataki na Lotnicze Pogotowie Ratunkowe, które zostało na jakiś czas sparaliżowane – mówi ekspert warszawskiej WSB. – Adresatami tych alertów nie jesteśmy my jako obywatele, ale jest to dla nas sygnał, że poprzez infrastrukturę krytyczną i organy administracji atakowani jesteśmy wszyscy. Dlatego taki alert zawsze powinien podnosić naszą świadomość cyfrową.
W połowie lutego Lotnicze Pogotowie Ratunkowe padło ofiarą ataku typu ransomware, polegającego na szyfrowaniu danych na dyskach. Hakerzy zażądali 390 tys. dol. okupu, jednak LPR nie podjęło negocjacji, czego efektem były problemy z działaniem strony internetowej, poczty i łączności.
Pytany o najbardziej prawdopodobne cele rosyjskich cyberataków ekspert wskazuje, że są one uzależnione od celu. Jeśli byłoby nim sparaliżowanie kraju, wówczas najbardziej prawdopodobnym celem będą systemy bankowe, energetyczne i infrastruktura telekomunikacyjna.
Prezes Instytutu Lema ocenia, że jest jednak mało prawdopodobne, aby Polska padła ofiarą tak dużego ataku hakerskiego, jaki sparaliżował Estonię w 2007 roku i zapoczątkował trwającą trzy tygodnie cyberwojnę. W jej trakcie zablokowane zostały m.in. strony internetowe parlamentu, ministerstw obrony i sprawiedliwości, partii politycznych, policji, mediów, estońskich firm i banków, z których część musiała zawiesić usługi online i wstrzymać transakcje zagraniczne. Według wielu źródeł cyberataki zostały przeprowadzone przez hakerów powiązanych z Rosją, choć nie zostały przedstawione dowody potwierdzające tę tezę.
– Przez tych kilkanaście lat nauczyliśmy się bardzo wiele. Inwestujemy w cyberarmię. Systemy informatyczne coraz częściej są stawiane od podstaw, żeby domyślnie uwzględniać ryzyka związane z cyberatakami, więc one nie powinny sparaliżować funkcjonowania naszego kraju jako takiego. Mogą za to wpłynąć na funkcjonowanie nas jako obywateli – podkreśla dr Maciej Kawecki.
W Polsce poziom cyberbezpieczeństwa jest zróżnicowany w zależności od sektora. Najlepiej radzą sobie w tym aspekcie polskie banki, które już od lat uchodzą w Europie za jedne z najbardziej zdigitalizowanych i innowacyjnych. Jego najsłabszym ogniwem są użytkownicy końcowi, czyli klienci banków, którzy są narażeni na ataki phishingowe, czyli próby wyłudzenia danych do logowania za pomocą fałszywych stron.
– Jeśli chodzi o organy administracji publicznej, tu jest o tyle gorzej, że przez całe lata nie było w Polsce społecznej akceptacji na wydatkowanie środków na cyberarmię. Proszę sobie wyobrazić, że minister wychodzi i mówi, że 3 proc. budżetu będzie ukierunkowane na rozwój cyberarmii. Prawdopodobnie poparcie społeczne takiego projektu byłoby bardzo niskie. Dodatkowo nasze systemy informatyczne powstawały przez system nadpisywania, a więc aktualizowaliśmy je wraz z biegiem lat. Niewiele jest systemów tworzonych od podstaw. To tworzy niestety ryzyko tzw. długu technologicznego, część tych systemów faktycznie nie jest dojrzała, żeby poradzić sobie z taką skalą cyberataków – ocenia prorektor ds. innowacji Wyższej Szkoły Bankowej w Warszawie.
Celem cyberataków jest jednak coraz częściej opinia publiczna, co oznacza, że każdy z użytkowników sieci i mediów społecznościowych może paść ofiarą wojny informacyjnej.
– W polskim internecie pojawia się ok. 120 tys. fejków dziennie – mówi dr Maciej Kawecki. – Jedną z form dezinformacji jest też zjawisko trollingu. Pod wpisami dotyczącymi wojny rosyjsko-ukraińskiej pojawiają się komentarze trolli, które poprzez skrajne opinie często generują ogromne zainteresowanie. Z drugiej strony nasz wpis powoduje, że w pewien sposób promujemy treści z gruntu złe i stajemy się narzędziem w rękach dezinformatora. Dlatego jeśli mamy takie podejrzenia, powinniśmy usuwać możliwość komentowania. Udostępniajmy treści z informacji oznaczonych niebieską gwiazdką w górnym prawym rogu, oznaczające tzw. konto zweryfikowane. Można też korzystać z adresów informacja@nask.pl i internet@nask.pl, pod które można wysłać wiadomość, żeby zweryfikować, czy dana treść jest fejkiem.
Na Twitterze NASK prowadzi również konto HASHWłączWeryfikację, które na bieżąco weryfikuje prawdziwość bądź nieprawdziwość treści udostępnianych w sieci.

