Miesięczne Archiwum: Marzec, 2022
Zastosowanie baterii wciąż ma wiele ograniczeń. Technologia opracowana na Politechnice Warszawskiej może ten rynek zrewolucjonizować
Do 2026 roku globalny rynek baterii ma już osiągnąć wartość blisko 174 mld dol. Napędza go m.in. segment elektroniki użytkowej, rozwój elektromobilności i rynku magazynowania energii. – Dziś wciąż jest jednak kilka ograniczeń, które blokują nam możliwości zastosowania baterii – zauważa dr hab. inż. Leszek Niedzicki z Politechniki Warszawskiej. Nierozwiązanym problemem pozostają m.in. technologie szybkiego ładowania baterii, ich ograniczenia temperaturowe, jak i pozyskiwanie surowców do ich produkcji. Dlatego też naukowcy stale pracują nad ich doskonaleniem. Duże osiągnięcia na tym polu ma zespół polskich badaczy z Politechniki Warszawskiej, który opracował m.in. nowy typ elektrolitu. To dopiero druga taka technologia na świecie i pierwsza w Europie, ale już korzysta z niej m.in. kilku producentów elektroniki.
– Właściwie jesteśmy już cywilizacją na baterie. Prawie wszystkie nowe technologie, które wchodzą na rynek, są na nich oparte. Używamy baterii wszędzie, np. jadąc autobusem czy samochodem elektrycznym, nasze słuchawki, myszki i laptopy też są na baterie. Są już też pomysły na pociągi, są już pierwsze promy na baterie i małe samolociki napędzane elektrycznie, więc ten trend będzie tylko rósł – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. inż. Leszek Niedzicki, profesor na Wydziale Chemicznym Politechniki Warszawskiej.
Baterie są niezbędnym źródłem zasilania dla szerokiej gamy energochłonnych urządzeń elektronicznych w zastosowaniach konsumenckich i przemysłowych. Z chemicznych magazynów energii korzysta – bez kabli i emisji spalin – ogromna liczba urządzeń: od słuchawek bezprzewodowych, laptopów, przez samochody Tesli, po ogromnego Dreamlinera czy nawet sondy kosmiczne.
Z opublikowanego w styczniu br. raportu Global Industry Analysts („Battery – Global Market Trajectory & Analytics) wynika, że wartość globalnego rynku baterii – w 2021 roku szacowana na ok. 105,6 mld dol. – w ciągu kilku najbliższych lat znacząco wzrośnie, osiągając 173,7 mld dol. już w 2026 roku, przy średniorocznym tempie wzrostu wynoszącym 10,3 proc. Obecnie blisko 1/3 udziałów w tym rynku mają stosunkowo najpopularniejsze baterie litowo-jonowe i zdaniem analityków właśnie ten segment zanotuje największy wzrost (blisko 15 proc. rocznie), aby w 2027 roku osiągnąć wartość 118,4 mld dol.
Podobne analizy przytacza też MarketsandMarkets. Wynika z nich, że globalny rynek baterii litowo-jonowych wzrośnie z nieco ponad 41 mld dol. w 2021 roku do 116,6 mld dol. na koniec obecnej dekady. Ten rynkowy wzrost będzie zaś napędzany głównie przez segment elektroniki użytkowej i rozwój samochodów elektrycznych (eksperci szacują, że w latach 2020–2027 globalne zapotrzebowanie na baterie wzrośnie aż 10-krotnie wskutek rozwoju elektromobilności), a także energetykę odnawialną i rozwój rynku magazynowania energii.
– Jest jednak kilka ograniczeń, które na dziś blokują nam rozwój bądź możliwości zastosowania baterii – zauważa dr hab. inż. Leszek Niedzicki.
Jak wskazuje, pierwszym z nich są ograniczenie temperaturowe, ponieważ przyjmuje się, że baterie działają w zakresie od ok. -10 do maksymalnie 60°C. Dlatego ich użytkowanie bywa problemem w zimie oraz w niektórych branżach i gorętszych regionach świata. Nierozwiązanym problemem wciąż pozostają też technologie szybkiego ładowania baterii oraz pozyskiwania surowców do ich produkcji. Dla przykładu Kongo odpowiada za niemal 70 proc. dostaw kobaltu. Tak duża zależność stwarza zarówno ekonomiczne, jak i geopolityczne ryzyka. Ma też przełożenie na cenę.
– To m.in. kobalt, którego większość jest wydobywana tylko w jednym kraju na świecie i w dodatku dość niestabilnym, bo w Kongo. Z drugiej strony mamy materiały takie jak grafit, który niby jest powszechnie dostępny, ale ten najlepszej jakości pochodzi z krajów takich jak Sri Lanka, Chiny i Australia, a to są kraje dalekie i możliwości wydobycia wcale nie są tak duże, jak by się wydawało – podkreśla profesor Politechniki Warszawskiej. – Są też problemy dotyczące zastosowania baterii, np. ze względu na zbyt małą gęstość energii, czyli zbyt małą pojemność albo zbyt małe możliwości ładowania. W niektórych zastosowaniach nadal nie możemy ich użyć, chociażby w samolotach elektrycznych, ponieważ te baterie ciągle są zbyt ciężkie.
Kilka lat temu wszystkie samoloty Dreamliner zostały „uziemione” właśnie ze względu na wadliwe magazyny prądu. Podobne problemy zdarzały się też w przypadku elektroniki konsumenckiej, czego przykładem były kilka lat temu chociażby wybuchające baterie w smartfonach. Dlatego też naukowcy stale pracują nad ich doskonaleniem.
– Baterie przyszłości to w tej chwili dwa nurty i trudno powiedzieć, który wygra, bo to horyzont przynajmniej 10 lat. Pierwsza kwestia to możliwość zastosowania litu metalicznego w ogniwach, co bardzo poprawiłoby ich pojemność. Natomiast to niestety jeszcze chwilę potrwa. Możliwości szybkiego ładowania litem też są ograniczone i nie wyszliśmy jeszcze poza obszar prototypów. Jednak lit metaliczny to najprawdopodobniej przyszłość dla bardziej pojemnych ogniw. Podobnie jak zastosowanie siarki. I to jest ten drugi element, chodzi o pozbycie się kobaltu, niklu i innych droższych metali na rzecz dosyć taniej albo wręcz prawie odpadowej siarki – mówi dr hab. inż. Leszek Niedzicki. – Kolejny kierunek to ogniwa, które mają być jak najtańsze, i prawdopodobnie posłuży temu sód, być może z siarką, być może z powietrzem, albo ogniwa lit–powietrze. Wciąż nie jest jednak pewne, która z tych technologii wejdzie do użycia.
Poszukiwaniem nowych materiałów i technologii produkcji baterii zajmuje się również zespół polskich naukowców z Wydziału Chemicznego Politechniki Warszawskiej, kierowanego przez prof. Władysława Wieczorka. Polscy badacze już mają na tym polu olbrzymie osiągnięcia – technologie opracowane na Politechnice Warszawskiej są już wykorzystywane przez jeden z europejskich koncernów.
– Nasze osiągnięcia obejmują przede wszystkim wdrożenie drugiej w historii technologii elektrolitów do baterii – mówi ekspert Wydziału Chemicznego Politechniki Warszawskiej. – Baterie litowo-jonowe składają się z trzech głównych komponentów: katody, anody i elektrolitu. Te elektrolity przez ostatnich 30 lat istnienia baterii litowo-jonowych na rynku, właściwie od momentu ich powstania, bazowały na jednej technologii. Wszystkie pozostałe komponenty się zmieniały, a elektrolit był niezmienny. Na Politechnice Warszawskiej opracowaliśmy nowy elektrolit, z użyciem mniej toksycznego materiału, który sprawia, że ogniwo działa dłużej i wolniej się starzeje. Bez problemu może też działać w dużo wyższych temperaturach, do 90°C. To dopiero druga taka technologia na świecie i pierwsza w Europie. Baterie z użyciem tego elektrolitu już są na rynku. Z powodu tajemnicy handlowej nie mogę podać konkretnych marek, ale droższe modele smartfonów są w nie już wyposażone.
Polskie innowacje na rynku baterii były głównym tematem marcowego Good Morning Science. To cykl comiesięcznych spotkań skupionych wokół innowacji w nauce organizowany w ramach inicjatywy klubu Trend House założonego przez Fundację Venture Café Warsaw. Misją klubu jest łączenie innowatorów i rozwiązywanie ważnych problemów społecznych, ekonomicznych i technologicznych. Trend House obecnie liczy ponad 240 członków, w tym osobistości ze świata nauki, biznesu i ekosystemu innowacji. Gospodarzem formatu jest znany popularyzator nauki i legenda telewizji Wiktor Niedzicki (członek klubu), który co miesiąc zaprasza swoich gości, by zaprezentowali najnowsze naukowe dokonania polskich zespołów badawczych.
Liczba badań klinicznych w Polsce bije rekordy. Wpływ na to mają kompetencje badaczy, niższe koszty i wyższa produktywność ośrodków
Polska to atrakcyjny kraj dla prowadzenia badań klinicznych. W 2021 roku zarejestrowano rekordową ich liczbę: 800 projektów komercyjnych i niekomercyjnych. Polska wraz z całym regionem Europy Środkowo-Wschodniej ma istotny udział w europejskim i światowym rynku badań klinicznych. Choć do tej pory dominował w nim segment komercyjnych projektów, to zaczyna przybywać również tych niekomercyjnych, zwłaszcza od kiedy powstała Agencja Badań Medycznych. Przygotowywana jest ustawa, która dopasuje polskie przepisy do europejskiego prawodawstwa i pozwoli na szerszą współpracę międzynarodową.
Jak wynika z raportu przygotowanego przez Związek Pracodawców Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych INFARMA oraz Związek Pracodawców Firm Prowadzących Badania Kliniczne na Zlecenie POLCRO, w okresie ostatnich 25 lat Polska ugruntowała swoją pozycję jako jeden z potentatów na światowym rynku badań klinicznych. W 2019 roku zajęła 11. miejsce na świecie pod względem udziału w rynku iBPCT (innowacyjnych biofarmaceutycznych komercyjnych badań klinicznych).
– Polska jest liderem, szczególnie w Europie Środkowej, ale i w całej Europie, i to bardzo cieszy. Widzimy potencjał gospodarczy, bo rynek jest wart co najmniej 6 mld zł, więc kontrybucja gospodarcza jest nie do przecenienia – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. n. med. Radosław Sierpiński, prezes Agencji Badań Medycznych.
W latach 2014–2019 Polska odnotowała jeden z największych wzrostów udziału w rynku iBPCT na świecie, plasując się na piątym miejscu za Chinami, Hiszpanią, Koreą Południową i Tajwanem. Mimo pandemii w 2020 roku wartość ekonomiczna iBPCT przekroczyła 1,4 mld dol. (15 proc. wszystkich nakładów na R&D w Polsce), utworzono ok. 9 tys. miejsc pracy związanych z tym segmentem badań, a ponad 25 tys. polskich pacjentów uzyskało dostęp do nowych terapii eksperymentalnych.
– Tym, co przyciąga sponsorów, którzy realizują międzynarodowe badania kliniczne w Polsce, jest przede wszystkim bardzo profesjonalna kadra. To jest bardzo istotne, że mamy badaczy, którzy naprawdę świetnie sobie z tym radzą – podkreśla dr hab. n. med. Radosław Sierpiński. – Jesteśmy również państwem o scentralizowanej ochronie zdrowia, więc możliwości włączania pacjentów w badania są wyraźnie większe niż w tych krajach, gdzie medycyna jest bardziej rozdrobniona.
Pozycję w światowej czołówce kraje CEE i Polska zawdzięczają takim czynnikom jak wyższa produktywność ośrodków w porównaniu z rynkami o ugruntowanej pozycji, niższe koszty pracy i rozpoczęcia badań oraz dobra reputacja w zakresie jakości.
– Takie instytucje jak Agencja Badań Medycznych pokazują, że ekosystem w Polsce jest przyjazny, że potrafimy i chcemy to robić, i mam nadzieję, że czekają nas tylko wzrosty – mówi prezes agencji.
Powstała w 2019 roku ABM jest państwowym podmiotem odpowiedzialnym za rozwój badań w dziedzinie nauk medycznych i nauk o zdrowiu. Realizuje jeden z pierwszych publicznych programów dotacyjnych z finansowaniem przeznaczonym na niekomercyjne badania kliniczne w Polsce, które są szansą dla polskich pacjentów na dostęp do najnowszych technologii. Są też okazją dla polskich naukowców na udział w światowych badaniach. W latach 2011–2019 odsetek projektów niekomercyjnych osiągał w Polsce niskie w porównaniu z Europą Zachodnią wartości pomiędzy 0,5 a 5 proc.
Jednym z projektów ABM było stworzenie wyspecjalizowanych Centrów Wsparcia Badań Klinicznych na zasadzie modelu usług wspólnych dla kompleksowego i systemowego wsparcia realizacji badań komercyjnych i niekomercyjnych. Ta inicjatywa ma na celu uatrakcyjnienie rynku badań klinicznych w Polsce, co przyczyni się do zwiększenia dostępu pacjentów do nowoczesnych, innowacyjnych terapii, częstszego wyboru przez sponsorów ośrodków badawczych, a także wzrostu liczby realizowanych badań. Nowo powstałe Centra pozwolą na lepszą koordynację badań klinicznych w Polsce.
– W Polsce powstaje ponad 20 takich centrów, będą otwierane już niebawem co miesiąc. Z jednej strony zabezpieczamy w ten sposób jakość obsługi pacjenta i prowadzenie badań klinicznych, a z drugiej pokazujemy, że jesteśmy wartościowym partnerem na arenie międzynarodowej – informuje Radosław Sierpiński.
Ponadto Agencja Badań Medycznych przeznaczyła ponad 47 mln zł na stworzenie wyspecjalizowanych Onkologicznych Centrów Wsparcia Badań Klinicznych (OnkoCWBK), które dołączą do Polskiej Sieci Badań Klinicznych. Siedem rekomendowanych do dofinansowania ośrodków dołączy do już istniejących 16 placówek.
– Onkologiczne Centra Wsparcia Badań Klinicznych to istotna inicjatywa, która pokazuje, że nie skupiamy się tylko na szpitalach akademickich, największych instytutach naukowo-badawczych. Chcemy również, żeby badania kliniczne stanowiły realny dostęp do innowacyjnych terapii onkologicznych i hematologicznych. Stąd też skłonienie się w kierunku regionalnych centrów onkologii, jak choćby na Dolnym Śląsku. To są miejsca, gdzie takie badania mogą się toczyć na wysokim poziomie. Gros pacjentów na przykład w Świętokrzyskiem bierze w nich udział i dzięki temu uzyskuje dostęp do nowoczesnej terapii, niejednokrotnie nie mając w zasięgu ośrodka akademickiego – informuje prezes ABM.
Jak wskazuje Deloitte, udział badań onkologicznych na późnych etapach wynosi ok. 35 proc. i pozostaje stabilny, mimo że ostatnio duży nacisk położono na walkę z koronawirusem.
Zgodnie z raportem INFARMY i POLCRO Polska zajmuje czołowe miejsce wśród krajów o wysokim poziomie dostępności badań klinicznych dla pacjentów, plasując się na 12. miejscu na świecie i ósmym miejscu w Europie, wyprzedzając Niemcy, Francję, Włochy i Wielką Brytanię. Z raportu Deloitte’a wynika, że w 2021 roku w Polsce przeprowadzono rekordową liczbę ponad 800 badań klinicznych. Jednak w zakresie dostępu do innowacyjnych terapii mamy jeszcze trochę do nadrobienia.
– Zwracam uwagę, że przez bardzo wiele lat szeroko pojęty przemysł biotechnologiczny czy biomedyczny nie był właściwie doinwestowany, nie było źródeł finansowania i bardzo często proces badawczy nie kończył się stosownym wdrożeniem na polskim rynku. W najbliższym czasie przed nami uchwała Rady Ministrów, czyli plan rozwoju biomedycyny na najbliższe 10 lat, gdzie faktycznie wsparci zostaną polscy badacze, zespoły badawcze, polskie innowacyjne firmy biotechnologiczne, żeby te innowacje pochodzące z Polski mogły tu pozostać dla polskich pacjentów – podkreśla Radosław Sierpiński.
Jak dodaje, trend wzrostowy rynku badań klinicznych łatwiej będzie utrzymać dzięki odpowiednim przepisom.
– Finiszujemy z projektem ustawy o badaniach klinicznych, która w najbliższych miesiącach będzie przedłożona w polskim parlamencie. Będzie dostosowywała, harmonizowała nasze prawodawstwo w tym zakresie z prawodawstwem europejskim – zauważa prezes ABM.
Wśród najważniejszych zmian, które wprowadzi ustawa, jest m.in. utworzenie Naczelnej Komisji Bioetycznej przy Agencji Badań Medycznych oraz Funduszu Kompensacyjnego przy Biurze Rzecznika Praw Pacjenta. Te instytucje mają spowodować, że system będzie jeszcze bardziej przyjazny dla pacjentów.
Grupa Anonymous nie ustaje w swojej wojnie przeciw Rosji i Białorusi. Możliwy odwet ze strony rosyjskich cyberprzestępców
Anonymous, najbardziej znany kolektyw haktywistów, opublikował kolejne zdjęcia zhakowanych, rządowych stron internetowych w Rosji i na Białorusi. Od początku inwazji na Ukrainę grupa, która oficjalnie wytoczyła cyberwojnę Władimirowi Putinowi, nie przestaje atakować także prokremlowskich instytucji i mediów. – To jest bez wątpienia coś, o czym mówi cała Rosja. Te strony w dużym stopniu wciąż dziś nie działają, co paraliżuje m.in. funkcjonowanie mediów lokalnych, które są ośrodkiem propagandy. Dlatego te działania mają dziś ogromne znaczenie – mówi dr Maciej Kawecki z warszawskiej Wyższej Szkoły Bankowej.
– Działanie grupy Anonymous jest dzisiaj fundamentalne ze względu na model działania rosyjskiego reżimu, który jest bardzo zamknięty i tak naprawdę obywatele nie mają rzetelnej informacji o wojnie pomiędzy Rosją a Ukrainą. Dlatego blokowanie stron internetowych rządu, mediów, telewizji jest formą przekazania im, że trwa wojna, że zagraniczne ośrodki też są w stanie zaatakować Rosję, pokazują w ten sposób bezwład rosyjskich władz – mówi agencji Newseria Biznes dr Maciej Kawecki, prorektor ds. innowacji Wyższej Szkoły Bankowej w Warszawie, prezes Instytutu Lema.
Grupa Anonymous w dniu rosyjskiej inwazji na Ukrainę oficjalnie poinformowała na Twitterze, że wypowiada agresorowi cyberwojnę. Od tego czasu anonimowa grupa haktywistów przeprowadziła ataki i zablokowała dostęp do wielu stron internetowych w Rosji i na Białorusi, z których część nadal jest nieosiągalna.
– Jest bardzo wiele form ataków. Mamy tzw. ataki DDoS, ataki przeciążeniowe, które polegają na wykorzystaniu ogromnej liczby botów, fałszywych kont do generowania sztucznego ruchu na określonej stronie internetowej i tym samym jej zablokowania. Przykładem jest choćby strona Kremla i strona prezydenta Władimira Putina, które padły ofiarą takiego ataku DDoS-owego, organizowanego przez grupę Anonymous. Innym rodzajem są też tzw. ataki wycieraczkowe, polegające na zainfekowaniu komputerów złośliwym oprogramowaniem, które następnie w bardzo krótkim czasie nadpisuje ogromną liczbę plików, a tym samym blokuje ich działanie – wyjaśnia dr Maciej Kawecki.
W ramach wymierzonej w Rosję cyberwojny grupa Anonymous przejęła też rosyjskie systemy łączności, publikując fragmenty rozmów rosyjskich żołnierzy, oraz państwową, rosyjską telewizję, w której zamiast normalnej transmisji puszczała materiały dotyczące Ukrainy. Z kolei w niedzielę zamieściła na Twitterze kolejne zdjęcia zablokowanych stron internetowych ministerstwa komunikacji i informatyzacji, urzędu przemysłu wojskowego oraz sił zbrojnych Białorusi i służby celnej Rosji.
– To jest bez wątpienia coś, o czym mówi cała Rosja – mówi prezes Instytutu Lema. – Dlatego te działania mają dziś ogromne znaczenie. Chodzi m.in. o to, żeby dezinformować, wprowadzać w błąd wojsko rosyjskie i to również grupa Anonymous robi skutecznie.
W niedzielę w sieci pojawiła się również informacja o tym, że hakerzy z grupy Anonymous „zhakowali” prywatny jacht Władimira Putina, włamując się do systemu o ruchu morskim. Na mapach jacht był oznaczony jako jednostka, która rozbiła się na ukraińskiej Wyspie Węży, a jej miejsce docelowe zostało zmienione na piekło. Kolektyw haktywistów już wcześniej w opublikowanym przez siebie nagraniu zwrócił się bezpośrednio do Władimira Putina, ostrzegając przed publicznym ujawieniem jego tajemnic.
– Władimir Putin wykorzystuje cyfryzację do siania propagandy wewnątrz własnego kraju, poprzedził atak na Ukrainę dwoma atakami hakerskimi, natomiast już właściwą wojnę prowadzi tradycyjnie. Ale dzisiaj ta wojna mu nie wychodzi. Nie udało mu się zdobyć Kijowa tak szybko, jak chciał, w związku z tym prawdopodobnie dalej będzie podążał w kierunku wojny hybrydowej, wykorzystując również metody cyfrowe po to, żeby atakować Ukrainę, pokazując tym samym jej odosobnienie, samotność, ale również Polskę i inne kraje Europy Środkowo-Wschodniej – mówi ekspert warszawskiej WSB.
Cyberwojna wytoczona Rosji i Władimirowi Putinowi to nie pierwsza akcja grupy, której znakiem rozpoznawczym jej maska Guya Fawkesa z antysystemowego filmu „V jak Vendetta”. Jedną z najgłośniejszych była m.in. obrona WikiLeaks, w ramach której grupa Anonymous dokonała ataków DDoS na Mastercard, Visę i PayPala.
– Anonymous to jest największy na świecie kolektyw hakerski, a więc organizacja, która gromadzi hakerów z całego świata i w swoich założeniach ma szczytne cele. Pokazuje, obnaża słabość reżimów, władz, które – oczywiście w sposób subiektywny, w ich ocenie – działają na szkodę obywateli. W tym przypadku mówimy o działalności szczytnej, mającej na celu pokazać ograniczenia techniczne rządu Rosji w związku z jej agresją na Ukrainę. Jednak z działalnością Grupy Anonymous mieliśmy do czynienia już dużo wcześniej, zdarzały się również przypadki ataków na banki, instytucje finansowe. Anonymous stawiają sobie za taki cel przywrócenie przestrzeni cyfrowej obywatelom, walkę z jakąkolwiek reglamentacją, są bardzo wolnościowym, liberalnym ośrodkiem hakerskim – mówi dr Maciej Kawecki.
Coraz częstsze ataki hakerów na szpitale. Mogą skutkować ogromnymi stratami finansowymi, a nawet zagrożeniem życia pacjentów
Opieka zdrowotna w ostatnich latach coraz częściej znajduje się na celowników cyberprzestępców. Sprzyja temu pandemia, w trakcie której szpitale i inne placówki medyczne, stanowiące pierwszy front walki z COVID-19, zyskały na znaczeniu. Wycieki danych, blokowanie systemów i szyfrowanie plików wraz z żądaniami wysokiego okupu są coraz częstszym zjawiskiem, również w Polsce. Mogą prowadzić do paraliżu działania i ogromnych strat, a życie i zdrowie pacjentów narazić na ryzyko.
Ochrona zdrowia należy do krytycznych sektorów usług publicznych. Zagrożenie ze strony cyberprzestępców rośnie wraz z rozwojem technologii cyfrowych. Ataki skierowane na infrastrukturę krytyczną, taką jak szpital, zagrażają bezpieczeństwu, wydajności, reputacji i ekonomii organizacji szpitalnych poprzez narażanie prywatności pacjentów, wyników ich badań i zasobów finansowych.
– Trzeba zwrócić uwagę na dwa wymiary związane z cyberbezpieczeństwem szpitali i ogólnie podmiotów leczniczych. Klasycznie kojarzy się to przede wszystkim z ochroną informacji. Dane o chorobach są wrażliwe i kluczowe w warstwie przetwarzania informacji – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jędrzej Bieniasz, ekspert ds. cyberbezpieczeństwa w Zakładzie Cyberbezpieczeństwa Instytutu Telekomunikacji Politechniki Warszawskiej. – Drugi wymiar to ciągłość działania – przykładowo, czy maszyna, która podtrzymuje życie, będzie nadal sprawnie działała i nie zostanie zaatakowana. W tym wymiarze obserwowane są możliwości cyberataków, ale na razie traktujemy je trochę jako możliwe scenariusze, bardziej jako kwestia, o której musimy myśleć.
Organizacje opieki zdrowotnej odnotowują w ostatnich miesiącach znaczny wzrost incydentów cyberataków. Podczas trwania pandemii COVID-19 Agencja Unii Europejskiej ds. Cyberbezpieczeństwa (ENISA) zaobserwowała 47-proc. wzrost cyberataków na szpitale i sieci opieki zdrowotnej, a według specjalistów Check Point Research opieka zdrowotna jest obecnie na piątym miejscu wśród sektorów narażonych na ataki hakerskie. Według najnowszego raportu firmy „2022 Cyber Security Report” w 2021 roku na całym świecie odnotowano wzrost ataków skierowanych w szpitale i laboratoria medyczne aż o 71 proc. w porównaniu z poziomem z 2020 roku. Średnia tygodniowa liczba ataków w sektorze zdrowia w ujęciu globalnym to 830 przypadków. Eksperci z Check Point Research już w 2021 roku informowali, że hakerzy coraz częściej kierują swoje ataki przeciw szpitalom głównie w Europie Środkowej: wówczas był to wzrost o 145 proc.
Pod koniec ubiegłego roku cyberprzestępcy zaatakowali system opieki zdrowotnej w jednej z kanadyjskich prowincji, co było najgroźniejszym tego typu incydentem w historii państwa. Zakłócenia w działalności trwały przez kilka dni. Cyberataki zdarzają się także w Polsce. Dla przykładu w lutym br. Zakład Opieki Zdrowotnej w Pajęcznie padł ofiarą hakerów, którzy włamali się do systemu informatycznego i zaszyfrowali prawie wszystkie pliki, żądając okupu za ich odblokowanie. Kilka dni później atakowi uległy systemy informatyczne Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, w tym wykorzystywany do przesyłania informacji dotyczących interwencji. Hakerzy zażądali ok. 1,5 mln zł okupu.
– Dla cyberprzestępców najważniejsze jest zdobycie pieniędzy, możliwie jak najszybciej. Szpitale stały się celem w ostatnich dwóch latach w kontekście pandemii, potrzeb zdrowotnych i zainteresowania społeczeństwa własnym zdrowiem. Ten okres uzmysłowił nam, jak istotne są to podmioty w ciągłości działania i bezpieczeństwa społecznego – podkreśla Jędrzej Bieniasz. – Atakujący wykorzystują ten kontekst, aby zmuszać właścicieli szpitali czy podmioty decydujące do szybkiego wypłacania okupów w przypadku ataków typu ransomware.
W ten sposób szpital chce uniknąć przestoju w działaniu, co byłoby groźne dla życia i zdrowia pacjentów, wycieku wrażliwych danych, za co grożą wysokie kary w ramach RODO i utrata reputacji.
– Cyberprzestępcy mogą wykorzystać takie dane np. do przygotowywania innych cyberataków, chociażby daty urodzin są często wykorzystywane przez użytkowników cyberprzestrzeni do tworzenia haseł do swoich systemów. Możemy też rozmawiać o handlu takimi informacjami. To są bardzo niszowe działania, ale nie możemy tego pomijać w analizie ryzyka takich zagrożeń – mówi ekspert Politechniki Warszawskiej.
Jak podkreśla, wraz ze wzrostem liczby ataków i świadomości zagrożeń poprawiają się także lepsze zabezpieczenia systemów. To zaś oznacza, że hakerzy muszą być coraz bardziej kreatywni i szukać nowych furtek. Jednak wciąż jednym z poważniejszych zagrożeń dla cyberbezpieczeństwa jest nieostrożność użytkowników końcowych systemów i aplikacji, czyli np. pracowników szpitala. Podobnie jak inni internauci również oni są narażeni na próby wyłudzeń i włamań poprzez chociażby maile oszustów podszywających się pod firmy kurierskie czy energetyczne, jednak w ich przypadku konsekwencje mogą być groźne dla całej placówki medycznej.
– Cały czas potrzebujemy uświadamiania na temat cyberzagrożeń, warto mieć pewną pokorę do tego, a nie nastawiać się na to, że nas to nie dotyczy – mówi Jędrzej Bieniasz. – Mając świadomość, co chronimy i po co, możemy wybrać z wielu różnych środków ochrony, natomiast na pewno podstawą jest dobra konfiguracja systemów końcowych użytkowników, czyli np. wyłączanie niepotrzebnych aplikacji, właściwe skonfigurowanie kont użytkowników. Drugi środek to kontrola dostępu do systemów końcowych i aplikacji. Tu zalecałbym wykorzystanie uwierzytelnienia dwu- czy wieloskładnikowego. Jest to jeden z takich środków, który ma niski koszt, a ma bardzo wysoką wartość dodaną dla cyberbezpieczeństwa. Warto też wspomnieć ogólnie o porządku w systemach, patrząc z punktu widzenia sieciowego. Nie udostępniamy do internetu tego, czego nie potrzebujemy, a to, co udostępniamy, konfigurujemy w sposób tzw. z minimalnymi aplikacjami i otwartymi portami, tak żeby te systemy nie mogły stanowić furtki dla cyberatakujących.
Na przełomie 2022 i 2023 roku ruszy budowa fabryki magazynów energii. Zakład pod Bełchatowem zatrudni na początku 300 osób
Trwają przygotowania do rozpoczęcia inwestycji w fabrykę magazynów energii. Przedstawiciele spółki Compremum, koordynującej całą inwestycję, zapowiadają, że nastąpi to na przełomie 2022 i 2023 roku. Fabryka powstanie w Kleszczowie pod Bełchatowem i na początku zatrudni 300 specjalistów. Będzie produkować części do baterii litowo-jonowych, uniezależniając polski rynek od dostaw międzynarodowych, które dziś sprawiają producentom tak duże problemy. Popyt na magazyny energii będzie rósł, ponieważ – w opinii ekspertów – mogą one być remedium na poważne bolączki na rynku OZE, związane m.in. z niewydolnością sieci elektroenergetycznych oraz niekorzystnymi dla prosumentów zmianami w prawie.
– Fabryka Compremum w Kleszczowie będzie produkowała podstawowe części do magazynów energii. Dzięki temu nie trzeba będzie ich sprowadzać z Dalekiego Wschodu czy Afryki. Będą przetwarzane i dostępne na miejscu, abyśmy mogli konstruować z nich magazyny energii – zarówno te wielkopowierzchniowe, wielkomocowe, jak i te kierowane do prosumentów – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Laskowski z Compremum, energetyk i ekspert Centrum im. Adama Smitha.
Inwestycja w pierwszą w Polsce fabrykę ogniw, baterii i magazynów energii na wewnętrzny rynek to efekt współpracy poznańskiej spółki Compremum z pochodzącą z Singapuru firmą Durapower Holdings PTE LTD, która dostarczy know-how, oraz Elmodis z Krakowa, dostarczającą rozwiązania IoT do sterowania magazynami.
– Naszą ofertę kierujemy przede wszystkim do operatorów sieci dystrybucyjnych i przesyłowych, jak i do operatorów przemysłowych posiadających własne sieci dystrybucyjne, czyli do wszystkich tych, którzy zużywają bardzo dużo energii i jest ona znaczącym składnikiem wytwarzania produktów, które przemysł dostarcza potem do nas. Jednak energia – i jej znaczny wzrost kosztów – jest w tej chwili znaczącym problemem również dla gospodarstw domowych. Dlatego nasza oferta wyjdzie też naprzeciw oczekiwaniom rynku detalicznego, prosumenckiego – zapowiada Andrzej Laskowski.
– My jako spółka będziemy w przyszłości oferować magazyny litowo-jonowe, czyli te, które generalnie są dzisiaj podstawową technologią w zakresie magazynowania energii ze względu na dosyć sprawne i efektywne jednostki, które mają wysoką gęstość magazynowania energii oraz dosyć szybkie i sprawne funkcjonowanie na rynku mocy – mówi Zbigniew Stępniewski, doradca zarządu spółki Compremum, prawnik specjalizujący się w prawie energetycznym.
Zgodnie z zapowiedziami spółki warta 255 mln zł inwestycja ruszy na przełomie 2022 i 2023 roku. Pod koniec ubiegłego roku inicjatywa ta otrzymała pozytywną decyzję o wsparciu przez Łódzką Specjalną Strefę Inwestycyjną. Inwestor zapowiada, że przy produkcji ogniw, baterii i magazynów energii zatrudnienie znajdzie początkowo 300 osób.
– Lokalizacja fabryki też jest nieprzypadkowa. Po 2032 roku, kiedy w Bełchatowie zostanie wygaszone wydobycie węgla brunatnego, gmina Kleszczów będzie przygotowana do transformacji energetycznej – mówi Andrzej Laskowski.
Zgodnie z przewidywaniami ekspertów rynku energetycznego zapotrzebowanie na magazyny energii będzie dynamicznie rosło. W tym kontekście produkcja takich rozwiązań na potrzeby lokalnego rynku, w oderwaniu od dostaw komponentów z dalekiej Azji, wydaje się kluczowa. Pobudzenie rynku może nastąpić już wkrótce, m. in. przez wchodzące w życie zmiany w prawie.
– 1 kwietnia br. wchodzi w życie net-billing, czyli nowy system rozliczania prosumentów. Polega on na tym, że energia odprowadzona do sieci będzie bilansowana w ciągu jednej godziny i nie będzie już możliwości długookresowego magazynowania tej energii u operatora sieci dystrybucyjnej. Net-billing ma tę wadę, że w momencie, kiedy w godzinach porannych lub wieczornych konsumpcja energii jest zwiększona, a kiedy instalacja nie pracuje, wtedy energię kupujemy jak u spółki dystrybucyjnej – wyjaśnia Zbigniew Stępniewski.
Dzisiejszy system zakłada, że posiadacze przydomowej fotowoltaiki mogą przekazywać nadwyżki produkcyjne wprost do sieci, a w ramach zwrotu odebrać ok. 80 proc. tej energii. Zmiana regulacyjna spowoduje jednak, że sieci nie będzie można już traktować jako naturalnego magazynu energii na dotychczasowych zasadach. Net-billing zakłada, że prosumenci będą sprzedawać do sieci nadwyżki energii po cenach hurtowych, a kiedy im jej zabraknie, za energię pobieraną z sieci będą płacić jak inni odbiorcy, w cenach detalicznych. To rozwiązanie niekorzystne, bo cena sprzedaży energii będzie niższa niż cena energii kupowanej z sieci. Eksperci prognozują, że zmiana ta wydłuży okres zwrotu inwestycji w panele z pięciu do ośmiu lat. Część specjalistów twierdzi, że w zależności od rocznego zużycia może sięgać nawet 16 lat. To z kolei może osłabić rozwój fotowoltaiki, która w ostatnich latach przeżywa istny boom. Według danych PTPiREE na koniec 2021 roku łączna liczba mikroinstalacji prosumenckich przyłączonych do sieci dystrybucyjnej sięgnęła w Polsce 854 tys., a ich moc przekroczyła już 6 GW.
– Rozwiązaniem, które mogłoby poprawić rozliczenia prosumenta ze spółką obrotu, byłoby dostawienie magazynu energii do przydomowej instalacji PV, dzięki czemu prosumenci mogliby tę zmagazynowaną energię skonsumować na własne potrzeby – mówi doradca zarządu spółki Compremum.
Zgodnie z zapowiedziami Ministerstwa Klimatu i Środowiska magazyny energii będą objęte dopłatami w ramach kolejnej, czwartej już edycji programu Mój Prąd, która ma wystartować jeszcze w tym kwartale. Eksperci wskazują, że upowszechnienie tego rozwiązania pomogłoby także poradzić sobie z problemem przeciążonych i przestarzałych sieci przesyłowych.
– Najważniejszą barierą dla rozwoju zielonej energii w Polsce jest dziś kwestia dostępności sieci elektroenergetycznych. W ostatnim czasie liczba wniosków składanych do operatorów sieci dystrybucyjnych czy przesyłowych znacząco przewyższa wartości, jakie mogą być włączone do systemu elektroenergetycznego – tłumaczy Zbigniew Stępniewski. – Ponieważ nasze sieci elektroenergetyczne są dosyć stare – większość z nich ma po kilkadziesiąt lat – to dzisiejsza, rozproszona energetyka odnawialna powoduje dość istotne zakłócenia w pracy systemu. Magazyny energii, które mogą być zainstalowane w sieciach, pozwolą zbilansować i uregulować zmienną charakterystykę pracy odnawialnych źródeł energii.
Z analizy Forum Energii („Sieci dystrybucyjne. Planowanie i rozwój”) wynika, że w Polsce sieci dystrybucyjne pilnie wymagają wielomiliardowych inwestycji, aby móc sprostać rozwojowi OZE i elektromobilności. Według ostatnich dostępnych danych już w 2017 roku aż 90 proc. linii elektroenergetycznych wysokiego napięcia miało ponad 10 lat, w tym 43 proc. – 40 lat i więcej. Wiek i stan linii średniego i niskiego napięcia również jest niepokojący, podobnie jak w przypadku transformatorów sieciowych oraz stacji i rozdzielni elektroenergetycznych.
W efekcie – jak pokazują dane Urzędu Regulacji Energetyki, które przytacza PIME – tylko w 2020 roku operatorzy sieci dystrybucyjnych odmówili wydania warunków przyłączenia dla odnawialnych źródeł 768 razy, a w 2019 roku – 437 razy. Odmowę najczęściej uzasadniano ryzykiem zmian napięcia i potencjalnym wpływem źródeł o niskiej sterowalności na sieć elektroenergetyczną. Temu problemowi zaradzić mogą właśnie stacjonarne magazyny energii, ograniczające wpływ źródeł wytwórczych i odbiorców na sieć. Takie rozwiązanie byłoby też korzystne dla posiadaczy przydomowej fotowoltaiki, którzy energię zgromadzoną w magazynie mogliby wykorzystać na własne potrzeby bez żadnych dodatkowych kosztów.
– Zielona energia musi być traktowana bardzo komplementarnie. Gospodarstwo domowe powinno posiadać nie tylko panele na dachu, ale i związaną z tym całą logikę postępowania, czyli zużywać u siebie maksymalnie tę energie, którą wytwarza. Dlatego potrzebne są też instalacje pomp ciepła czy właśnie magazyny energii – mówi Andrzej Laskowski.

